Babeczki królowej Elżbiety

Elżbieta II obchodzi w tym roku 94. urodziny. Jednak, z uwagi na pandemię i izolację, nie będzie w Wielkiej Brytanii hucznego świętowania. Ale smakosze otrzymali niezwykły prezent od królewskiego dworu. Opublikowano przepis kucharzy królowej na oryginalne czekoladowe babeczki – The Royal Pastry Chefs – ofiarowane jej w dniu urodzin.

Czemu by nie spróbować? są bardzo proste i pyszne. Może trochę za słodkie.

Te królewskie były ozdobione lukrem i emblematami królewskimi. Moje są zwykłe takie, domowe.

  • 250 g mąki
  • 300 g cukru
  • 75 g kakao
  • 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 jajka
  • 300 ml mleka
  • 1 łyżka octu
  • 50 ml oleju
  • 60 g masła rozpuszczonego i ostudzonego
  • 5 ml ekstraktu waniliowego
  • 100 g wiórków czekoladowych
  • Na polewę:
  • 90 g czekolady 90 %
  • 10 g masła
  • 125 g cukru pudru
  • posiekane orzechy do ozdoby

W jednej misce wymieszać mąkę, cukier, kakao, proszek do pieczenia i sodę

W drugiej misce wymieszać jajka, masło, olej, mleko, ocet i ekstrakt z wanilii.

Połączyć składniki obu mis, aż uzyskana masa będzie gładka.

Dodać wiórki czekoladowe.

Formę na muffinki wyłożyć papilotkami, nałożyć do otworów masę.

Piec w piecu nagrzanym do 160 st. C przez ok. 15-18 minut, aż będą złote i sprężyste.

Zostawić do ostygnięcia.

Zrobić polewę: stopić czekoladę i lekko ostudzić. Rozetrzeć masło i cukier puder do gładkości, dodać stopiona czekoladę, wymieszać.

Dekorować masą babeczki, posypać posiekanymi orzechami.

Zjedz za zdrowie królowej!

Ciasto marchewkowe z Marcinkowa

Wszystkim się wydaje, że ciasto marchewkowe to amerykański wynalazek. A ja, przy okazji poszukiwań genealogicznych, w pamiętniku Zofii Anny z Marcinkowa (k. Wąchocka), z czasów głębokiego PRL-u, kiedy nie śniło się nikomu o żadnych kontaktach ze „światem”, znalazłam kartkę z przepisem na placek z marchwi. Wtedy, gdy praktycznie w sklepach nic nie można było kupić, robiło się takie potrawy,  z nietypowych składników, choćby tort fasolowy.

Zrobiłam to ciasto marchewkowe. Jest pyszne. I takie proste.

  • 2 szklanki utartej marchewki
  • 2 szklanki mąki
  • 1 i 1/2 szklanki cukru
  • pół szklanki oleju
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • przyprawa do pierników
  • rodzynki
  • 2 łyżki gęstej śmietany do posmarowania placka
  • garść posiekanych drobno orzechów do posypania

Roztrzepać jajka z olejem, dodać do pozostałych składników, dodać rodzynki, wymieszać wszystko razem.

Przełożyć masę do formy keksowej, wyłożonej pergaminem.

Piec w nagrzanym do 180 st. C piekarniku, ok. 45 minut, aż włożony w ciasto patyczek będzie suchy.

Wyjąć ciasto, posmarować śmietaną, posypać orzechami, zostawić do ostygnięcia.

Smacznego!

Jesienny piknik

Leśna polana skąpana w słońcu, szelest spadających złotych jesiennych liści, snujące się nitki babiego lata – to dobra sceneria na babskie pogaduchy.

Jest taka specjalna polana piknikowa koło Tarnowa, zaraz za Wierzchosławicami, z ławami i stołami zbitymi z drewnianych pali, z miejscem na ognisko. Ale akurat zjawiła się tam szkolna wycieczka i o ciszy można było tylko pomarzyć.  Trzeba było poszukać jakiegoś miłego zakątka, ale w tutejszych lasach o to nietrudno.

Leśne powietrze zaostrza apetyt. Kosze piknikowe są bardzo pożądane.

Co pakujecie do koszy?

U nas znalazły się:

  • panierowane paseczki indyka
  • kosteczki hiszpańskich serów z oliwkami
  • pieczywo jasne i ciemne
  • porcje sałatki (składniki sałatki: kukurydza, ananas, kosteczki szynki, jajko na twardo, ryż w kształcie łezki, cebula, troszkę majonezu, by to wszystko połączyć)
  • owoce: jabłka i winogrona
  • ciasteczka maślane tzw. konferencyjne
  • napoje: herbata, woda mineralna, coca-cola

Jak wam się podoba taka wyprawa?

Mnie bardzo, bardzo!

Regionalne wędliny z Wąchocka

Będąc w Wąchocku, warto spróbować miejscowych tradycyjnych wędlin: kiełbasy hycowanej i szynki sznurowanej.

wędliny wąchockie

Dokumenty źródłowe wskazują, że początki produkcji wędliniarskiej i rzeźniczej w Wąchocku sięgają czasów przedwojennych. W 1932 roku Stefan Nowak złożył przed komisją egzaminacyjną w Kielcach egzamin czeladniczy w zawodzie rzeźniczo-wędliniarskim. Zdobytą wiedzę i umiejętności posiadł od swojego ojca, który w latach 20. i 30. XX w. prowadził uboje oraz sprzedaż mięsa i wędlin w sklepie w Wąchocku przy ul. Kolejowej. Lata wojny to czas, w którym uboje i proste wyroby wędliniarskie robiono w konspiracji, dla potrzeb rodziny i zaufanej, niewielkiej grupy mieszkańców Wąchocka. Dopiero po wojnie 1945 r., po uzyskaniu „karty rzemieślniczej” zezwalającej na prowadzenie działalności rzeźniczo-wędliniarskiej, rozwinął się skup i ubój trzody i bydła z okolicznych wsi.

W latach 70. po rozbudowie zakładu wyroby stały się powszechne na rynku w Starachowicach, Skarżysku i okolicy. Wśród mieszkańców utarł się zwyczaj, że na wszelkie święta i uroczystości rodzinne bierze się wyroby swojskie „od Nowaka”. Popyt na produkty robione w rodzinnych firmach (prosto od rzeźnika) tradycyjnymi metodami dziś staje się coraz powszechniejszy. Decydują o tym doświadczenia rodzinne oraz przekazywane z pokolenia na pokolenia przepisy i receptury.

Kiełbasa swojska hycowana (czyli wędzona) wykonana jest według rodzinnej receptury.

Napełniana jest w naturalne jelito wieprzowe i wędzona w gorącym dymie z drewna liściastego, olchowo-dębowego. Jest lekko pomarszczona. Posiada specyficzny i bardzo intensywny zapach wędzenia oraz naturalnych przypraw, szczególnie czosnku. Na przekroju ma „oczko” – charakterystyczną cechę dla wyrobów peklowanych samą solą (bez saletry).

Produkt wpisany na listę produktów tradycyjnych w 2010 roku w kategorii Produkty mięsne w woj. świętokrzyskim. Kiełbasę w Wąchocku przygotowywano zawsze po uboju świń, przeważnie 2-3 razy w tygodniu. Było to związane z jarmarkami odbywającymi się w Wierzbniku, na których sprzedawano ten produkt.

Szynkę sznurowaną z Wąchocka cechuje specyficzny smak i zapach charakterystyczny dla szynki gotowanej i wędzonej z delikatnym bukietem zastosowanych przypraw oraz z białym wianuszkiem tłuszczu na obwodzie.

Produkt wpisany na listę produktów tradycyjnych w 2010 roku w kategorii Produkty mięsne w woj. świętokrzyskim.

Do przygotowania szynki sznurowanej wąchockiej wykorzystuje się udziec wieprzowy. Mięso naciera się mieszanką peklującą, układa w kamiennych peklownikach i pozostawia w ziemnej piwnicy na jeden do dwóch dni. Następnie przygotowuje się marynatę, w skład której wchodzi mieszanka peklująca, ziele angielskie, goździki, liść laurowy, rozmaryn oraz kolendra. Mięso zalewa się marynatą i przyciska dębową deską. Pozostawia się je na 10-20 dni. Po wyjęciu szynki osusza się ją na drewnianych kratkach. Mięso sznuruje się szpagatem, tak aby przybrało kształt zbliżony do walca. Następnie wędzi się stosując drewno dębowe i olchowe przez 1,5 do 2,5 godziny, aż szynka stanie się ciemnobrązowa. Po uwędzeniu parzy się ją w wodzie przez 1,5 do 2,5 godzin, a następnie studzi w zimnej wodzie przez 15-30 minut.

Myślę, że według tego opisu można by się pokusić o własnoręczne przygotowanie szynki domowej:)

Pierogi Mnicha

U mnie znów pierogi. Ale kto by ich nie lubił?

Tym razem są to pierogi, których recepturę opracowali bracia cystersi z Wąchocka w Świetokrzyskiem. Głównym twórcą i pomysłodawcą receptury był brat Tymoteusz, obecnie przeor i ekonom klasztoru.

pierogi mnicha

Są to pierogi ruskie, tyle że doprawione jakoś tak, że są niezwykłe. Nadzienie jest bardzo kremowe, ciasto w sam raz, ani za grube, ani za cienkie. Na wielkość – to są pierogi, nie żadne tam pierożki, duże, ładnie zawijane, widać, że ręcznie robione, bo każdy jest nieco innej wielkości. Powiem wam, że naprawdę smaczne.

Pierogi można spróbować w kawiarni cysterskiej, w murach wąchockiego klasztoru.

kawiarnia cysterska

Kawiarenka mieści się w dawnej kancelarii Domu Opata. Do dyspozycji pielgrzymów i turystów przygotowano w sumie 30 miejsc. Ściany kawiarni ozdobione są freskami, które tworzą tematyczną całość w myśl maksymy, która towarzyszy mnichom od ponad 900 lat: „Ora et labora” – módl się i pracuj. O. Tymoteusz tłumaczy jednak, że pełne znaczenie tej maksymy to: „Módl się i pracuj, i nie bądź smutny”.  „Kawiarnia cysterska” w sezonie letnim czynna jest od poniedziałku do soboty w godz. 9.30-20.00, w niedzielę i święta: 14.30-20.00.

Zakonnicy podkreślają, że pomysł utworzenia kawiarni związany jest jednym z istotnych charyzmatów cysterskich, jakim jest gościnność. – Z roku na rok nasz klasztor odwiedza coraz więcej turystów. Grupy, które odwiedzają te tereny zawsze trafiają także do nas, a w samym Wąchocku trudno było znaleźć miejsce, gdzie można na chwilę usiąść, odpocząć, coś zjeść czy też napić się kawy – opowiadają zakonnicy. Oprócz dobrej kawy i słodkości serwowane są także dania barowe, w tym „pierogi mnicha”, które mają szansę stać się sztandarową potrawą.

opactwo w Wąchocku

– Staramy się, by wszystko było wykonane z własnych produktów. To, co uprawiamy w naszym ogrodzie: cebulę, cukinię czy ziemniaki wykorzystujemy, przygotowując dania dla pielgrzymów i turystów – mówi o. Tymoteusz.

Gołąbki p. Teresy z Marcinkowa

Zagroda  w Marcinkowie, o której pisałam https://garstkasmaku.home.blog/2019/07/12/kuchnia-moich-przodkow/

pielęgnuje nie tylko pamięć o dawnym gospodarstwie wiejskim, ale i chroni dziedzictwo kulinarne przodków. Żona p. Jaruszewicza, Teresa, podyktowała mi unikalny, lokalny przepis na gołąbki z nadzieniem ziemniaczanym, który od lat, po dziś dzień, pojawia się na jej stole.

Dziękuję!

Przepis prosty, a przepyszny! Zobaczcie sami:

gołąbki z Marcinkowa

Z podanych niżej proporcji składników wyszło mi osiem niezbyt dużych gołąbków

  • 60 dag ziemniaków
  • 30 dag boczku
  • 1 duża cebula
  • sól, pieprz, majeranek
  • kapusta na gołąbki

Przygotować liście kapusty, jak na każde gołąbki, oddzielając je w gorącej wodzie od główki (z której wycięliśmy głąb), ściąć gruby nerw z każdego liścia

Boczek i cebulę pokroić w kostkę, podsmażyć na patelni (ma być sporo tłuszczu)

Obrane ziemniaki utrzeć na drobnej tarce i nie odciskając ich, przełożyć na patelnię z boczkiem. Wymieszać, doprawić solą, pieprzem, majerankiem i smażyć, mieszając, aż masa będzie gęsta.

Przestudzić, po czym formować gołąbki i dusić je w dużym rondlu, podlane osoloną wodą, aż liście kapusty zmiękną.

Podawać z sosem, np. grzybowym.

O grzyby w tym roku trudno, z uwagi na suszę, zrobiłam więc sos pomidorowy z dodatkiem pieczarek.

Zapraszam!

Kuchnia moich przodków

Kuchnię moich przodków odnalazłam w Marcinkowie, nad rzeką Kamienną, koło Wąchocka, w Świętokrzyskiem.

XIX-wieczna kuchnia

Znajduje się w zabytkowej XIX-wiecznej zagrodzie-skansenie, którą pieczołowicie ratuje od zniszczenia i zapomnienia pan Stanisław Jaruszewicz

http://www.zabytkowazagroda.pl/

https://www.facebook.com/Zabytkowa-Zagroda-w-Marcinkowie-2207678956158233/

zagroda w Marcinkowie

Jak ją odnalazłam? To efekt moich prac genealogicznych nad historią rodziny, które zajmują mi niemal każdą wolną chwilę już od przeszło roku. Okazało się, że korzenie mojego rodu są właśnie w Marcinkowie. Wtedy wystarczyła zwykła wyszukiwarka internetowa i zagroda sama weszła mi w ręce. Ściśle rzecz biorąc jest to zagroda wybudowana w 1895 roku przez moich dość odległych krewnych, nie bezpośrednich w linii prostej przodków, ale krewnymi jesteśmy na pewno.

To bardzo niezwykłe doznanie stanąć na ziemi przodków i jeszcze w dodatku zobaczyć, jak wyglądały ich domy, jak żyli.

Przeczytałam setki starych metryk urodzin, ślubów, zgonów; kiedy już poukładały mi się w drzewo wszystkie te Maryjanny i Jany, Walentowie i Feliksy, Franciszkowie i Petronele, wszyscy oni zaczęli żyć własnym życiem w mojej pamięci. Wyobrażałam sobie jak doszło do ślubu młodziutkiej siedemnastolatki z wdowcem, dlaczego w jednym małżeństwie umierało każde kolejne z sześciu urodzonych dzieci, skąd takie a nie inne imiona nadawano dzieciom….

A przede wszystkim próbowałam sobie wyobrazić dzień młodej mężatki i matki:

Pewnie wcześnie rano wstawała

izba sypialna

Doiła krowę, karmiła bydło, kury, psa

bańki na mleko

Szła do studni po wodę

studnia przodków

Myła w misce dzieci i ubierała je

kącik do mycia

Rozpalała w piecu, szykowała śniadanie – pewnie żur z chlebem, potem gotowała zupę i ziemniaki

stara kuchnia

Huśtała nogą kołyskę z niemowlęciem

kołyska

Myła naczynia i garnki i wieszała je na sztachetach płotu, by wyschły

garnki na płocie

Pewnie trzeba było zrobić jakąś przepierkę – za pomocą kijanki lub tary

tary do prania

Prasowała ciężkim żelazkiem na duszę (zauważyliście, że na żelazku jest wizerunek Opactwa Wąchockiego?)

żelazko na duszę

Ciągle było coś do zacerowania – znacie takie grzybki do cerowania? Ale kto dziś umie cerować? Ha! Ja umiem!

grzybki do cerowania

A wieczór, przy lampie naftowej, nasza Maryjanna siadała z kądzielą przy kołowrotku, albo wyszywała makatki

kołowrotki i makatki

Wszystko to zobaczycie w Marcinkowie. Oglądając zbiory w zagrodzie p. Jaruszewicza można również prześledzić dzień gospodarza domu i zobaczyć setki eksponatów, w tym bardzo bogatą kolekcję zabytkowych sztućców i galanterii stołowej, która jest obecnie prawdziwą pasją gospodarza. Warto tam zajrzeć w czasie wakacyjnych wędrówek (wcześniej trzeba uzgodnić telefonicznie wizytę 505-058-126)

Zalipianki Ewy Wachowicz

Pod koniec ubiegłego roku otwarto na nowo dawną restaurację „U Zalipianek”, u zbiegu ulicy Szewskiej i Karmelickiej w Krakowie. Teraz lokal nosi nazwę „Zalipianki” a jej właścicielka jest p. Ewa Wachowicz, znana z kulinarnych programów i książek.

Czaiłam się na obiad tutaj, zwłaszcza, że restauracja w zamyśle nawiązuje do lokalnej kuchni galicyjskiej, a tytułowe Zalipie – słynna, malowana wieś, leży w bliskim sąsiedztwie mojego miejsca zamieszkania.

Tak więc trafiłyśmy tu z siostrzenicą przy okazji jej pobytu w Polsce.

Różnie już pisano o tej restauracji, więc tym bardziej byłyśmy ciekawe. Zgodnie przyznajemy obie, że było warto, było miło i było smacznie. Byłyśmy w zwykły, wtorkowy dzień, po południu, prosto z ulicy, bez rezerwacji. Na tarasie było sporo gości, ale wewnątrz – miejsc ile by się nie chciało. Ja zawsze wolę posiłek wewnątrz lokalu; wtedy odczuwa się klimat miejsca.

Zalipianki mają wnętrza stylizowane na ludowo, z barwnymi kwiatami malowanymi na ścianach, surowymi podłogami, umeblowanie jednolite, proste. Ludowe akcenty, ale i prostota – to duże atuty lokalu.

Chyba czas już na menu. To będzie dwugłos – każda z nas opisze swoje dania. Już kiedyś miałyśmy takie lato, kiedy jadałyśmy codziennie obiady w lokalach naszego miasta i opisywałyśmy swoje wrażenia:) Miło było do tej tradycji wrócić.

Marta:

Za moich studenckich czasów Zalipianki nigdy nie były miejscem, gdzie chciało się wejść na polski, domowy obiad. Może dlatego, że takowy był najlepszy w domy  i zawsze można było nim jeszcze wypchać słoiki. Gości z zagranicy zabierało się w inne miejsca. Dlatego trochę zdziwiła mnie propozycja zjedzenia tam obiadu.

Tak kiedyś wyglądały Zalipianki:

Najpierw dostałyśmy czekadełko – świetny chleb z czarnuszką, do tego pyszny smalec  i nieco mniej pyszna pasta z fasoli

Polski obiad musi mieć zupę. Ja wybrałam zalewajkę; szalenie byłam jej ciekawa, bo też rzadko można znaleźć restaurację, gdzie by ją podawano. Ta tutaj zasługuje na osobny wpis na blogu; póki co powiem tylko, że bardziej przypomina ona świąteczny żurek. Ale smakowała!

Marta:

Jako przystawkę/ zupę wybrałam krem z ogórka kiszonego ze słodką śmietaną i bundzem. Zupa była dobra, kwaśna, z dobrej jakości ogórków kiszonych, gęsta i kremowa. Jeżeli ktoś nie jest fanem kwaskowatości śmietana ją idealne zbalansuje. Polecam też pozostawić ser na parę chwil w zupie, wtedy będzie miał czas na rozpuszczenie się.

Danie główne.

Wybrałam maczankę po krakowsku, jako że to nasze regionalne, sławne danie. Tradycyjnie powinna być podana w bułce z dużą ilością sosu. Tutaj była to raczej wariacja klasycznej maczanki, jako że w misce ułożono spory kawałek chleba (z czarnuszką), polano sosem i na to nałożono kawałki wieprzowiny i ozdobiono jeszcze chrupiącym chipsem z bekonu. Ale dobre było.

Marta:

Jako danie główne wybrałam tradycyjny kotlet schabowy, ziemniaki i  zasmażaną młodą kapustę.  Kiedy myślę o tradycyjnym polskim obiedzie w czerwcu to ten zestaw zawsze będzie numerem jeden. I muszę przyznać, że to był strzał w 10. Wszystko było bardzo smaczne. Kapusta była zupełnie inna niż ta, którą znałam  z domu rodzinnego, ale do jej  smaku nie mogłam się przyczepić. Kotlet słusznych rozmiarów, mięso nie było rozbite zbyt cienko ani zbyt grubo, panierka nie była mokra i nie odklejała się od mięsa. Jedyne zastrzeżenie mogę mieć do zbyt malej ilości soli na kotlecie. Ale zawsze lepiej dosolić.

Deser

Czułam, że będę zbyt przejedzona, by dać radę deserowi. Dlatego zdecydowałam się tylko na sorbet, ale i tak porcja była za duża

Marta:

Niestety, deser mnie rozczarował. Chociaż prezentacja była oszałamiająca. Zamówiłam szarlotkę na rubinoli z lodami waniliowymi i sosem cynamonowym. O ile ani do sosu ani do lodów nie mogę się przyczepić, choć nie wiem czy lody robią sami, o tyle szarlotka nie za bardzo przypominała szarlotkę. W cieście dominującym smakiem był smak cytryny, który maskował wszystkie inne smaki, przez co szarlotka smakowała bardziej jak ciasto cytrynowe. Próbowałam różnych kombinacji składników na talerzu, niestety nic nie ocaliło nieszczęsnej szarlotki.

Generalnie – ja jestem zadowolona. Cenowo – jak to w krakowskich lokalach – trochę to wszystko kosztuje, ale ceny są porównywalne do innych lokali. Obiad dla dwóch osób, z napojami na początek, lampką wina dla mnie i drinkiem dla Marty – kosztował nas 200 zł (bez napiwków).

Fatalny minus – BRAK SERWETEK!

Marta:

Ogólnie muszę przyznać, że obiad był bardzo udany. Jedna przestroga uważajcie na porcje – są ogromne. 2 – daniowy obiad z deserem to było zdecydowanie zbyt dużo. Jest  jedna rzecz, którą chętnie bym zmieniła  – dekoracja dań. Zarówno „na” zupie i „na” schabowym rzucona była kupka liści sałatopodobnych.  Trochę nie zrozumiałam zamysłu kucharza po co ją tam umieścił i nie widziałam też sensu, ponieważ zaburzało to spójność dania. Ale to tylko taka mała uwaga- żeby nie było zbyt cukierkowo.

Ach, jeszcze jedno – sztućce dostaje się w ładnej kopercie

sztućce

Kulinarny ślad Wita Stwosza w Krakowie

Każdy zna ołtarz Wita Stwosza w Kościele Mariackim w Krakowie.

Każdy zna historię żółtej ciżemki, którą znaleziono za tym ołtarzem w czasie remontu. Według powieści Antoniny Domańskiej zgubił ją Wawrzuś, uczeń mistrza Stwosza, kiedy tuż przed odsłonięciem ołtarza wbiegł po drabinie, by wsunąć w dłoń biskupa Stanisława pastorał, który przez niedopatrzenie leżał na posadzce.

Ale dom, w którym kiedyś, przed laty mieszkał Wit Stwosz, długo był nieznany i popadał w ruinę.

Jednak kamienica przy zbiegu ulic Grodzkiej i Poselskiej zdobyła nową szatę i nowe życie.

Po gruntowym remoncie powstała tu Restauracja Enoteka Pergamin.

b_wit_stwosz

dom_w_stwosza

Gospodarze restauracji tak piszą o swoim lokalu:

„W tym pradawnym domu twórcy ołtarza Mariackiego łączymy kilka pasji – do wina, jedzenia, alkoholi z całego świata, ale przede wszystkim zrozumienia i szacunku do regionalnych polskich produktów.

Chcemy by to wyjątkowe miejsce kojarzyło się Państwu z regionalnymi dobrodziejstwami, które można znaleźć w naszej autorskiej kuchni. Mowa tu o lokalnych produktach: mięsiwach i serach, które produkowane są z należytą starannością od pokoleń, przez co mają swój niezwykły, wysublimowany smak.”

 

A ja zapraszam na kilka migawek z menu degustacyjnego, które wczoraj tam jadłam:

 Znów oddajmy głos gospodarzom:

„Nasze autorskie menu degustacyjne to okazja do spróbowania wielu różnych potraw i spędzenia czasu w ciekawy i zaskakujący sposób. Potrawy opisane są w karcie jedynie trzema wyrazami np.: dorsz/rydz/dynia. Składniki to podpowiedzi, a forma, w której dostaniecie Państwo potrawę owiana jest tajemnicą.”

Ale opiekujący sie nami kelner cierpliwie i serdecznie wyjaśniał wszelkie szczegóły

GĘŚ / JABŁKO / CZOSNEK NIEDŹWIEDZI / CEBULA / WIŚNIA

To była roladka z gęsi  podana na musie jabłkowo-cebulowym

b_menu_rulonik_gsi

KUKURYDZA / SORGO  lub  JAGNIĘCINA / GRASICA CIELĘCA  – po prostu świetne aromatyczne zupy; miałyśmy jedną i drugą, bo każda z nas wzięła inną zupę

b_zupy_w_enotece

POMARAŃCZ / TABASCO lub TONIC / MIĘTA – to była kulka sorbetu (podobnie jak zupy, każda wzięła inny sorbet). Tyle tylko, że tego „pomarańcza” nie mogę im darować! To nie jest ten pomarańcz, tylko TA pomarańcza.

b_sorbety_w_enotece

ŻABNICA / ŻUREK / ŚLIWKA

Kawałek ryby na musie żurkowym – fajne i pomysłowe!

b_abnica_w_enotece

SERY / WĘDLINY

To największe rozczarowanie tego menu; dobre, ale takie zwyczajne, bez żadnej niespodzianki smakowej czy wizualnej

b_deska_serw_w_enotece

MAK / MARAKUJA / SER DOJRZEWAJĄCY – czyli deser: sakiewki z ciasta filo.

b_deser_w_enotece

WINO DEDYKOWANE – do każdej potrawy było specjalnie dobrane wino – znakomite.

Uwielbiam menu degustacyjne! To świetny sposób na niekonwencjonalny obiad i pogaduchy. I to jeszcze w piwnicach przeszło 500-letniego domu, marzenie!

Zanika sztuka biesiadowania?

Spędzając bardzo miło czas w krakowskiej „Białej róży” na degustowaniu i rozmowie ” (patrz: wczorajszy wpis), nie sposób było jednak nie zauważyć jednej zdumiewającej tendencji: otóż obok naszego stolika siedziała para, ich talerze z daniami stały na stole, a oni coś tam skubnęli od czasu do czasu, nie rozmawiali, nawet nie patrzyli się na siebie, a ich podstawowym zajęciem było  stukanie paluszkami w swoich smartfonach.

smartfony w restauracji

Dlaczego mówię o tendencji? No bo za chwilę pojawiły się dwie dziewczyny i zaczął się ten sam scenariusz: po złożeniu zamówienia, smartfony do rąk, i…. nic innego nie było już ważne.

Zrozumiałabym jeszcze, gdyby ktoś przyszedł do restauracji sam, i oczekując na posiłek wyciągnąłby tego smartfona. Ale będąc z kimś? Tak go lekceważyć? zatraca się zupełnie  idea spotkania przy stole.

Sztukę kulinarną kucharza też się lekceważy, równie dobrze mogliby ci ludzie kupić sobie hot-doga, pewnie nie zauważyliby różnicy.

Sorry, że tak marudzę, ale to jest naprawdę coś niesamowitego! To namacalny dowód, że świat wirtualny staje się ważniejszy od rzeczywistego.