Wigilia w Opactwie Cystersów

W opisie wigilijnych wieczerzy przenosimy się do czasów nam współczesnych, do pięknego opisu Wigilii w Opactwie Cystersów w Wąchocku

Patrz: tej nocy cichej dziecię się zrodziło
I co Adam stracił, szczodrze nadrobiło:
Gdy cicha jest twa dusza i spoczywa nocą,
I w tobie się człowiekiem stanie Bóg z ochotą.

Angelus Silesius

Święta, grudniowa noc z majestatyczną powagą spowijała wąchockie zabudowania klasztorne. Żwawe, okruszki białego puchu przyklejały się do kamiennych murów romańskiej świątyni, znajdując schronienie w głębszych glifach przeźroczy okiennych oraz wypełniając pustki między piaskowcowym licem murów. Przybyły one z popielatego nieboskłonu, którego firmament powoli czerniał, aby ukazać wyhaftowany wzór z gwiazd. Tradycyjne, gdy pierwsza z nich rozbłysła – cysterscy mnisi zasiedli do wigilijnej wieczerzy.

Przygotowania przedświąteczne trwały w najlepsze od kilku dni. W kaplicy bł. Wincentego Kadłubka bracia dzielnie wznosili szopkę. Ciszę w świątyni przerywał dźwięk wkrętarki, łączącej ze sobą drewniane deseczki; czy metaliczne drżenia drabiny, gdy na kilku metrach wymieniano oświetlenie na bardziej nastrojowe. Podobnie i bliżej prezbiterium, ku pozycji wertykalnej wyrastały zielone, iglaste drzewka, ozdabiane biało – niebieskimi żaróweczkami. Nie inaczej pracowano w refektarzu – gdzie choinka została okraszona także i czerwienią bombek i srebrnym łańcuchem. Tak starej tradycji stało się zadość – gdyż zielona choinka symbolizuje rajskie drzewo, czerwone bombki – jabłka, a srebrny łańcuch – inteligentnego węża.

Długie korytarze konwentu spowijała ostra woń detergentów; w kuchni mieszały się przeróżne zapachy potraw, a prace przerywał tylko dźwięczny hałas dzwonka, wzywający na liturgię godzin. W niej podniosłą atmosferę oczekiwania, już od IX w. podkreślą „Wielkie antyfony O!” Są to antyfony podczas nieszporów, otwierające Magnificat, a ich nazwa wywodzi się z tego, że każda rozpoczyna się właśnie od wykrzyknienia z literą ”O”. Ostatnia z nich – ,,O Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany Zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas zbawić, nasz Panie i Boże” rozległa się 23 grudnia, gdyż pierwsze nieszpory dnia następnego są już z oficjum Narodzenia Pańskiego. Uciszona jest już adwentowa tęsknota – a majestatycznym spokojem tchną hymny, antyfony i psalmy. Oczekiwanie zamieniało się w radość przyjścia, co szczególne uderza w antyfonie, którą Kościół śpiewa tego dnia o zachodzie słońca: ,,Kiedy wzejdzie słońce na niebie, ujrzycie Króla królów, który wychodzi od Ojca, jak oblubieniec ze swojej komnaty”.

Również starą tradycją jest, tego dnia, czytanie fragmentu Martyrologium, zawierającego starożytne daty:
,,W roku 5119 od stworzenia świata, gdy Bóg stworzył na początku niebo i ziemię;
w roku 2759 po potopie;
w roku 2015 po narodzeniu Abrahama;
w roku 1510 po wyprowadzeniu ludu izraelskiego pod wodzą Mojżesza z niewoli egipskiej;
w roku 1032 od czasu, gdy Dawid został pomazany na króla;
w 65 tygodniu według proroctwa Daniela;
w 194 olimpiadzie, w roku 752 po zbudowaniu miasta Rzymu;
w 42 roku panowania Oktawiana Augusta, gdy na całym świecie pokój zapanował;
w 6 okresie historii świata,
Jezus Chrystus, Przedwieczny Bóg i Przedwiecznego Ojca Syn, chcąc uświęcić świat swoim miłościwym najświętszym Przybyciem,
począł się z Ducha Świętego i po upływie dziewięciu miesięcy
w Betlejem Judzkim rodzi się z Maryi Dziewicy jako człowiek.
Narodzenie Pana naszego Jezusa Chrystusa podług ciała”.

O godz. 18 rozpoczęła się w wąchockim klasztorze wigilijna wieczerza. Naturalnie, jej wstępem był zwyczaj łamania się opłatkiem i składania życzeń. Po nich, mnisi zasiedli do stołów, aby spożyć 12 potraw. Na dębowych blatach pojawiały się ryby na przeróżny sposób przyrządzone, uszka, zupa grzybowa, kompot z suszu i inne dania, znane z każdego polskiego domu.

Po posiłku – oczekiwanie na wigilię liturgiczną. Tak bowiem dawniej nazywano Godzinę czytań, która tej nocy została wyznaczona na godzinę przed północą. Noc bowiem przeznaczona jest nie tylko na sen, ale także i na rozmyślanie i modlitwę. Przygotowywała ona do Eucharystii o północy – Pasterki.

Wielkie czyny historii świata dzieją się zazwyczaj za dnia, a pamiątkę ich obchodzi świat w świetle dziennym. Kościół jednak wybrał uroczystą ciszę nocy i w dawnych czasach wszelkie święta swoje obchodził w nocy. Wielkie wydarzenia w dziejach odkupienia odbywały się z dala od oczu ludzkich, w cieniach nocy – wyprowadzanie z niewoli egipskiej, czy zabicie i spożywanie baranka wielkanocnego. Eucharystię ustanowił Chrystus o wieczornej porze, a właściwie już w nocy. Oddał On ducha wprawdzie za dnia, ale słońce wówczas zaćmiło się i świat opanowały ciemności. Zmartwychwstał zaś w mroku świtającego poranka wielkanocnego.

Gdy zaś na świat przychodził, również wybrał noc – jak wspaniale śpiewa liturgia: ,,Gdy wszystko spoczywało w głębokim milczeniu, a noc połowę swej drogi przebiegła – Wszechmocne Słowo Twoje, Panie, przybyło z nieba królewskiego tronu”.

Wielijo pod Łysicą

Szukając opisów Wigilii, cofamy się jeszcze dalej w czasie; mamy lata międzywojenne, jesteśmy w Świętokrzyskiem, w Chybicach, w chłopskiej chacie. Opisał ją w autobiograficznej powieści Stanisław Orzeł. Znalazłam tę jego książkę – „Pod Łysicą” – w genealogicznych poszukiwaniach swoich świętokrzyskich korzeni. Chybice są „nasze”; żyli tu moi powinowaci.

Ta chybicka wigilia jest uboga; nie ma choinki, nie ma szopki, nie ma prezentów. Ale jest snop słomy w izbie i są śpiewane przez wszystkich kolędy!

Wigilia nazywała się u nas dziwacznie „wielijo”. Nigdy nie wiedziałem, co to znaczy. Do szkoły nikt nie szedł, bo była zamknięta. Kiedy wstałem, na ławie pod piecem i na tej, na której jadamy, leżały już duże bochenki białego  placka. Z wierzchu były ciemniejsze, spod spody białe, a u niektórych z boku wyrastała „gęba” i wyraźnie śmiała się do nas, jakby prosiła, aby ją oderwać. Ale nie było wolno.

– Niech cie ręka bosko broni – upominała matka. – Placki z mlekiem som i smarowane jojkiem, zaroz by ci zęby powylotały.

Patrzeć nie mogłem na te placki. Urwałbym na pewno taką „gębę” i zjadł, ale te baryły, Zośka i Baśka, pilnowały mnie najlepiej. Jak tylko co , to zaraz w krzyk:

– Mama, Stasek bierze!

A same to „rypały” po kawałeczku i nic. Im można bo jeszcze małe. I żeby chociaż barszcz był na śniadanie, a tu nic. Jeść nie można aż dopiero wieczorem. Szczęście matka ulitowała się i dała herbaty, ale chleb był tylko czarny i suchy.

Kiedy potem położyłem czarny bochen obok tych białych, to aż się tamte jakby odsunęły od niego. Prędko zabrałem go z ławy, bo i mnie żal było czarnego, powszedniego chleba.

Biedny, czarny chleb.

W piecu paliło się już na drugie pieczenie. Też placki. Dużo ich będzie, ale musza wystarczyć aż do Trzech Króli. Muszą, a przecież nie wystarczyły i w Trzech Króli musieliśmy przeprosić nasz czarny chleb.

W domu , choć dużo ludzi, każdy dostał robotę. Nawet Kazik, który przyjechał na święta, rżnął sieczkę z Józkiem. Pobiegłem im pomagać. Pchałem słomę do sieczkarni, ale więcej słuchałem, co sobie opowiadali o mieście. A Kazik mówił ładniej niż sam Ciarupa, jakby z książki czytał. I nikt się z niego nie śmiał , chociaż mówił „po pańsku”. Lubiłem takiej mowy słuchać: była jak biały placek, a nasza jak ten czarny chleb, który musiałem jeść na śniadanie.

Wieczór już był, ciemniało, a matka z Maryną jeszcze swojego nie zrobiły. Józek zakończył mnie właśnie strzyc, ku ogólnej wesołości, bo powystrzygał na mojej głowie to drabinę, to pokosy siana, to pole nierówno w skiby zaorane. Każdy widział co innego. Nic mnie to jednak nie obchodziło . Co znaczyły schody na głowie wobec zapachu racuchów smażonych na oleju.

Byłem głodny i ogromnie zły na zakaz jedzenia. Toteż gdy Maryna zawołała mnie do robienia „kołeczków” (takie kluski z ciasta), szepnąłem jej na ucho, że będę robił, ale ma mi dać natychmiast dwa racuchy. O jednym w ogóle słyszeć nie chciałem. Muszą być dwa i koniec. Dała. Zjadłem je w ciemnej sieni. Gorące były, ale jakie smaczne! Grzech – to prawda, ale obiecałem Panu Bogu zmówić za to dwa pacierze po kolacji. Matka nie widziała , bo karmiła akurat małego Jurka, aby nie przeszkadzał, gdy będziemy jedli.

A ja potem z nosem spłaszczonym o oddmuchaną z mrozu szybę wpatrywałem się w kawałek nieba na wprost kuchennego okna. 

– Jest, jest już – krzyknąłem. – Jest pierwsza gwiazda!

Nareszcie. Codzienna ława wydała mi się wspaniałym stołem, chociaż wkoło niej staliśmy wszyscy ci sami, każdy ze swoją łyżką zaznaczoną kreską lub kółkiem. Ojciec też w ten jeden dzień w roku siedział razem z nami przy naszej kulawej trochę ławie. Właściwie to z początku łyżkę trzymałem tylko ja i dwie małe siostry. Wszyscy inni byli jacyś spokojni i nieśmiali. Podejrzewałem ich, że na pewno nie są głodni, na pewno „podsmycyły” już czego. Musiałem jednak i ja łyżkę położyć, bo matka przyniosła z pokoju całą paczkę opłatków. Teraz dopiero zobaczyłem, że były na dużym placku, leżącym na sianie i przykrytym białym płótnem. Każdy z nas otrzymał po połówce lub trochę więcej opłatka. Staliśmy wszyscy przy ławie. Nikt nikomu nie dawał łamać opłatka, dopóki ojciec nie zaczął.

Słuchaliśmy wszyscy w skupieniu, jak ojciec mówił do matki głośno, wyraźnie:

– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony, żebyś się poprawieła i wiency myślała o gospodarce.

– A juści, bo to mało myśle – zaczęła matka, ale urwała zaraz i podsunęła ojcu swój opłatek, a gdy łamał go malutkimi kawałeczkami, mówiła tak samo wolno i wyraźnie:

– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony… a żebyś się nie złościeł, nie zemścieł i mnie nie bieł i …

– Te, jucho – nie wytrzymał ojciec – cóz ty znowu z tym biciem wyjezdzos. Jak ci …

Pomiarkował się jednak i zakończył dobrotliwie:

– Dobrze, dobrze, zobocymy, ale ci dzisioj obiecuje, ze bieł nie bede. A teroz , ty Józek.

I zaraz podzieliliśmy się na dwie grupy. Jednym życzył ojciec, drugi matka, a potem zmiana i dopiero na końcu my między sobą. Każdy musiał najpierw wymienić i to koniecznie – inaczej nie byłoby ważne – to co najważniejsze: szczęścia, zdrowia, fortuny i korony w niebie, a potem dopiero mógł dołożyć na końcu swoje życzenia. A życzenia były różne. Józkowi i Marynie życzył ojciec,  aby dobrze krów i konia  pilnowali, Kazikowi i mnie, abyśmy się dobrze uczyli, a naszym siostrom, aby rosły duże. Wszystkim nam, abyśmy o rodzicach nie zapomnieli. Cały czas powtarzałem sobie w pamięci: „zdrowia, szczęścia, fortuny” – i udawało mi się potem powiedzieć prędko i bez zająknienia, a o to najwięcej chodziło.

Najpierw jedliśmy barszcz z grzybów z plackiem a potem śledzia. Następnie szły po kolei: kasza, fasola, kapusta, paluszki, czyli „kołki” z makiem posypane cukrem, pierogi z kapusty z olejem, ptasie mleko, soporek i w końcu racuchy z herbatą z cukrem.

Matka nie siedziała z nami. Dokładała jedzenia. Z każdej potrawy brała kilka łyżek do żeleźniaka stojącego pod ławą – dla krów. Sama pojadała trochę, stojąc. Nikt się nie kłócił przy jedzeniu. Każdy jadł, ile chciał, ale musiał wszystkiego choćby po jednej łyżce zjeść – bo inaczej grzech. Trzeba było tylko łyżki dobrze oblizywać, gdy  matka stawiała nowe jedzenie.

Ptasie mleko to był sok z maku wyciskany wałkiem od maglownicy, a w tym makowym mleku ugotowana była tylko jedna garść jaglanej kaszy. Z cukrem smakowało mi to ptasie mleko bardzo. Żaden ptak mleka nie daje, więc po co tak śmiesznie nazywać.

Soporku matka nagotowała pół dzieżki, tylko też był trochę oszukański, bo z sacharyną. Ale śliwki i gruszki gotowane, aby tylko było ich dużo, to i z sacharyną smakują i chronią od boleści – tłumaczyła nam zawsze matka.

Najsmaczniejsze jednak były racuchy. Wyrośnięte, posypane cukrem, te bardziej przysmażone trzeszczały w zębach i „same się jadły”. Przy śledziu była też i wódka, ale pił sam ojciec i to tylko trochę. Widziałem, że przyglądał się butelce i miał wielką ochotę wypić wszystko, ale matka zabrała zaraz wódkę do szafy. Aż dziw brał, że ojciec nie zaklął. Niechby tak spróbowała w inny dzień schować – strach pomyśleć, co by to było.

Jak tylko dopiliśmy herbatę, ojciec przydźwigał do kuchni wielki snop słomy. Toż to była uciecha! Ojciec położył słomę pod oknem. Każdy brał garść i rzucał za belki sufitu. Zaraz też cała kuchnia i pokój przystrojone były to długimi źdźbłami, to całymi garściami słomy. Pachniało w domu stodołą i polem we żniwa. Resztę matka podmiotła i zrobiła wygodne posłanie.

To było dla nas. Wywijaliśmy na nim kozły i nawet dochodziło do bójki o lepsze miejsce. Słomę można było wyrzucić dopiero w drugi dzień świąt, a tę zza belek dopiero w Nowy Rok. Wtedy robiło się z niej krzyż i stawiało na polu żyta, aby duże rosło i aby je grad nie wybił we żniwa.

Mały snopek z przyniesionej słomy odebrał zaraz na początku Józek i razem z Maryną i Kazikiem wybiegli do ogrodu. Pobiegłem i ja za nimi, chociaż mnie nikt nie prosił, bo co tam ja dla nich? Po słomie się turlam, tom smarkacz i nic mi do wiązania drzew. Ale ja poszedłem i chociaż tylko cieniutką śliwkę i gałąź bzu, ale zawsze związałem.

Mróz skrzypiał pod nogami, gwiazdy mrugały do nas z nieba, jakby i one miały „wielijo”, a we wszystkich sadach rozlegały się wesołe krzyki, a ze wszystkich okien błyszczały światła. Cała wieś i wszystkie wsie naokoło śpiewały. To było prawdziwe święto, bez smutku, bez pomstowania, bez bicia. Wszystko się wszystkim zapomniało i wszędzie w chałupach było jak w kościele.

Tymczasem w izbie słychać już było głos ojca, który zaczynał śpiewać „Wśród nocnej ciszy”. Wpadliśmy razem do kuchni i zaczęło się prawdziwe śpiewanie. A potem każdy mył się po kolei, a dobrze, bo następne święta będą dopiero za trzy miesiące. Spałem tej nocy długo. Zamiast anioła, który w tę noc każdego odwiedza – jak mówiła babka Franciszka – śniły mi się tylko racuchy. Ojciec przynosił je z pola w workach i sypał  w kuchni aż pod powałę – duże, pachnące, pocukrowane.

Wigilia Hubalczyków

W adwentowych rozmyślaniach cofamy się w czasie; trwa II wojna światowa.

To musiała być strasznie smutna Wigilia. Pierwsza okupacyjna…  W wielu domach miejsce przy stole miało już zawsze pozostać puste. Byli jednak tacy, którzy chociaż przez chwilę mogli mieć wrażenie, że do wigilijnej wieczerzy zasiadają w wolnej Polsce. Sprawiał to widok polskich mundurów, noszonych w okupowanym kraju jeszcze dwa miesiące po Wrześniu. 23. grudnia 1939 roku w leśniczówce Bielawy niedaleko Poświętnego miała miejsce Wigilia Oddziału Wydzielonego WP majora Hubala. 

Major do oddziału wrócił 23. grudnia, przywożąc z Warszawy awanse dla pchor. Zygmunta Morawskiego („Bem”),  kpr. Romualda Rodziewicza („Roman”) i wspomnianego już Alickiego, a z Kielc prezenty: ciepłe skarpety, szaliki, rękawiczki, bieliznę i papierosy. Były to dary od tamtejszych harcerek, nazywanych później Ósemką Kielecką. Ze swoimi żołnierzami spotkał się na Bielawach, gdzie trwały już przygotowania do Wigilii.

Leśniczówkę Józefa Żulikowskiego wybrano nieprzypadkowo. Jeszcze w połowie XIX wieku należała do zgromadzenia księży Filipinów, administrujących tutejszą owczarnią. Za pomoc udzielaną powstańcom w 1863 roku władze carskie odebrały zakonnikom ich dobra i przez prawie pięćdziesiąt kolejnych lat w obszernych budynkach gospodarskich stacjonowała sotnia kozacka. W niepodległej Polsce osada stała się siedzibą leśniczego i gajowego, a także ośrodkiem szkoleniowym dla gajowych. Do wybuchu wojny leśniczówka pełniła również funkcje reprezentacyjne – przed lub po udanym polowaniu często biesiadował tu prezydent Ignacy Mościcki. Ustronnie położona, dysponująca przestronną salą myśliwską, świetnie nadawała się na miejsce Wigilii Hubalczyków i ich zaproszonych gości. 

Był to już dzień wigilijny, wieczorem stawiliśmy się w leśniczówce, gdzie był już major z Korabiem. Spotkaliśmy się wszyscy w dużej sali z podwyższeniem na scenę. Na podwyższeniu stała choinka. Pod białym obrusem pachniało siano, na stole opłatek. – wspominał Marek Szymański, ps. „Sęp”. Stoły ustawiono w podkowę, a na ścianach zawisły godło państwowe i polskie flagi. Panował podniosły nastrój. Ksiądz Mieczysław Gawron z Poświętnego zmówił krótką modlitwę. Chwilę później Major, ubrany w nieskazitelny mundur, rozpoczął dzielenie się opłatkiem, w pierwszej kolejności przełamując się z gospodynią, Ludmiłą Wróblewską. Na chwilę zapomniałam, że trwa wojna  – zwierzyła się później.  – Te mundury polskich żołnierzy zwiodły wszystkich obecnych. Wydawało nam się, że jesteśmy w wolnej Polsce…

Po odjeździe gości rozpoczęła się część mniej oficjalna. Pamiętam, jak major siedział przy kominku, podparty na łokciu. – wspominała Maria Żulikowska. –  Ogień buzował, burka zwisała majorowi z ramienia. A naokoło siedziały jego chłopaki i śpiewały pieśni. Wigilia musiała być dla Hubalczyków pięknym przeżyciem, skoro następnego dnia pisali w liście do harcerek kieleckich: Cóż to była za Wigilia! Jedni z bardzo nielicznych Polaków święciliśmy ją wolni i niepodlegli żadnej okupacyjnej władzy i ten kawałek Ziemi Polskiej na którym ją święciliśmy, był skrawkiem Państwa Polskiego w całym tych dwóch wyrazów, tak drogich dla nas, znaczeniu. Dużo nas tu nie było, ale jakże dobrane towarzystwo! Było nam osobliwie dobrze na tej Wigilii, jedynej takiej w życiu, niezapomnianej, dobrze z naszym dowódcą, ze sobą w tej naszej zwartej, zżytej tak mocno, serdecznie, żołnierskiej gromadzie.

I jeszcze wojenna kolęda:

Żołnierz drogą maszerował to kolęda powstańcza.

Autorka listu skierowanego do Olgierda Straszyńskiego, podpisująca się imieniem Wanda, pisze: Przesyłam słowa kolędy z Powstania. Historia jej: grudzień 1944 – Boże Narodzenie. W szpitalu w Milanówku leżą ranni powstańcy. Nadeszła wigilia. Smutne drzewko, smutne myśli i wtedy powstały te słowa. Po wojnie, w latach czterdziestych, nagrana została płyta. Ktoś kupił „Piosenkę o mojej Warszawie” i niespodziewanie – znalazł tę kolędę na drugiej stronie. Obecnie płyta jest unikalna.

Wigilia w PRL

Pierwszy dzień Adwentu.

Kolejny Adwent w naszym życiu. Z powodu pandemii zapewne będzie trudny: i sam Adwent i Święta Bożego Narodzenia.

Ale często tak bywało: czas świąt nie zawsze niósł tylko radość. Każda epoka miała swoje zmartwienia i troski.

Wróćmy dziś do czasów PRL-u. Łatwo nie było.

Fragment książki Barbary Czaykowskiej-Kłoś: Historie kuchenne

Nawet w najtrudniejszych czasach, kiedy trze­ba było zdobywać karpia, wystawać w kilometro­wych kolejkach, w wieczór wigilijny ryba była na wszystkich, nawet najbiedniejszych stołach. Opła­tek i karp. Zostawiłam dzieci i Piotra w pachnącej świątecznymi przygotowaniami kuchni, a sama pognałam na przystanek. Miałam zarezerwowaną kolejkę pod ursynowskim megasamem. Wszyscy czekali na rybi transport, bo poranna dostawa kar­pia się wyczerpała. Byłam już przy ladzie, kiedy się skończyły. Ależ to bolało! Wystałam jedynie dwa należące mi się śledzie i ponownie zajęłam kolejkę, tym razem na końcu ogona, po dwa karpie. Chy­trze pomyślałam, że dzięki temu wystoję jeszcze kolejne dwa śledzie.

Niemal radosna pojechałam sprawdzić, co w domu. Miałam co najmniej trzy godziny. Wiedziałam, że zdołam się rozgrzać i coś na pewno zdążę zrobić.

Kolejka nieco się przesunęła. Moje miejsce było już prawie w drzwiach. Będzie trochę cieplej – po­myślałam. Nie było. Drzwi na oścież otwarte, pełno śliskiej, burej, błotnistej mazi na podłodze. Na dwo­rze było równie zimno, trochę bardziej wiało, ale za to był śnieg, który to nasze nędzne życie bielił zdobiąc ostatnie dni Adwentu. Do władczyń zza lady było jeszcze daleko, ale już rozlegały się ich niemiłe odzywki i wrzaski. Umordowany tłum stał dość pokornie, może czasem ktoś próbował wyże­brać nieco większą rybkę i to wzbudzało wściekłość ekspedientek.

Fakt, od rana, a może i od wczoraj biegają po tej błotnistej bryi. Przecież po tamtej stronie lady mają jej tyle samo albo i więcej, co my tutaj, a w domu też ktoś na nie czeka – ćwiczyłam sobie na nich szwankującą miłość bliźniego.

Kolejka nie stała „gęsiego”. Ludzie grzali się sobą nawzajem. Żadnych szpar. Staliśmy po trzy, cztery osoby razem, ale każdy wiedział, za kim stoi. Ogon, który wyglądał na pięćdziesiąt metrów, jakby go rozciągnąć w pojedynczy, cienki, miałby pewnie ze dwieście i znów wylądowałabym kawał poza sklepem. Wszyscy chcieli być przynajmniej pod dachem. Rozmyślałam o domu. Dzieci pewnie nanizały już pierniczki na nitki. Piotr dziurawił je igłą i przewlekał białą nitką, Kinga wiązała supełki, a Anusia zawieszała wszystko na drążku miotły, opartej o dwa stołki. W kolejce czekały cukierki i sterta białych, postrzępionych na końcach bibułek. W każdą trzeba zawinąć cukierek i porządnie skręcić oba końce. Będzie śliczny cukierkowy łańcuch…

Stojąc wciśnięta w tłum, z nosem wtulonym w zwój wełnianego szala, z rozrzewnieniem myślałam o ciepłym domu. Nie czułam chłodu. Butami prawie nie dotykałam zimnego, rozmokłego kartonu. Ściśnięta przez tłum, stałam jakby lekko uniesiona, niemal bezwładnie. Mogłam nawet się przespać. Kolejka mnie niosła.

Harmider jakby ktoś pokrętłem lekko ściszył. Nos wygrzał sobie miłe gniazdko w szalu, więc ostrożnie tylko przekręciłam głowę, żeby jak naj­mniej zmieniać pozycję. Szerzej tylko otworzyłam oczy i bezmyślnie wodziłam wzrokiem po ludzkich nogach, po błocie i rozmoczonych „dywanikach” z tektury. Zatrzymałam się przy otwartych drzwiach wejściowych. Dziwne, bardzo płytkie półbuty, cał­kiem nie na tę pogodę. Mocno sfatygowane, jakby nigdy nie widziały pasty ani szewca. Wyżej skarpet­ki – długie, coś z nich wyłaziło. Wąskie, za krótkie spodnie, wąski ciasny płaszcz. Kiedyś pewnie był ładny, „Marengo”, w jodełkę – oceniłam. Płaszcz miał zbyt krótkie rękawy. Wystające z nich wąskie ręce i długie szczupłe palce były bladosine, pewnie skostniałe z zimna. Ostrożnie, by nie tracić ciepła, uniosłam nieco nos razem z szalem. Mężczyzna był wysoki. Okulary, bardzo ascetyczna, chuda twarz, duże, średnioprzytomne oczy patrzyły gdzieś hen. Łzy zakręciły mi się w oczach. Pomyślałam: dusza Norwida w łachmanach u schyłku życia. Stanęłam mocniej na mokrej mazi i przeprosiłam „podtrzy­mujące” mnie panie.

– O, tamten pan jest ze mną, szuka mnie. Ścią­gam go wzrokiem, ale jakoś nie patrzy w naszą stronę. Pójdę po niego, dobrze?

Uśmiechnęłam się do „Norwida”;

– Proszę do mnie podejść… Do kolejki szepnęłam. – Kupimy razem karpie. Będzie panu w ścisku cieplej.

Poszedł ze mną bez słowa. Poczułam się odpowiedzialna za niego i zadbałam, by był odpowiednio ściśnięty przez tłum. Grzecznie dał się ludziom nieść. Nie rozmawialiśmy. Dalej grzałam nos w sza­lu, mój podopieczny mnie pilnował.

Zapłaciłam za cztery, szczęśliwie już śnięte, kar­pie i cztery śledzie. Taki był urzędowy przydział: dwa karpie i dwa śledzie na twarz. Wyszliśmy ra­zem. Dałam mu zawiniątko z jego rybami. Wziął bez słowa, nie podziękował.

  • A może przyjdzie pan do nas na Wigilię? To niedaleko. Dam panu adres. Drzwi będą otwarte – zapraszałam.

Wreszcie się odezwał i spojrzał na mnie jak czło­wiek, a nie duch.

  • Mam psa – powiedział i obdarował mnie czymś w rodzaju uśmiechu. Nie wiem, dlaczego myślałam, że jest samotny i opuszczony.

Przyjechałam do domu nocnym autobusem. Piotr zdenerwowany skubał brodę spacerując z Panem Migdałem przed domem, a dziewczynki spały ubrane w łańcuszki z cukierków okręconych białymi bibułkami. Wyglądały jak aniołki otulone skrzydłami. Byłam tak zmęczona, że dopiero w cie­płym, pachnącym i bezpiecznym domu poczułam, jak zimno mną telepie. Chyba jednak bardziej niż zimno, czułam wszechogarniający błogostan, satysfakcję i dumę. Mieliśmy cztery śledzie, dwa karpie i uszczęśliwiłam pana w półbutach oraz jego psa. Czego chcieć więcej?

(Barbara Czaykowska-Kłoś, Historie kuchenne)

Czas pożegnać choinki

Zbliża się 2 luty – data, kiedy tradycyjnie rozbiera się choinki. Zanim się je schowa na pawlaczach, jeszcze ostatnie spojrzenie:

Moja była w stylu ludowym, zalipiańskim, z ozdobami z bibułki i słomki. Najpierw miała sztywne kule  i serca, ale później zastąpiły ją bibułkowe pompony, pastelowe i bardziej zwiewne

Jeszcze zdjęcia wigilijnego stołu: biały obrus w śnieżynkowe  gwiazdki, bieżnik stylizowany na kwiaty gwiazdy betlejemskiej pośrodku, na nim sianko, świece, figurki aniołków i menu wieczerzy wigilijnej ze zdjęciami uczestników

I jeszcze jedna ubierana przeze mnie choinka: z piernikowymi aniołkami, kwiatami zasuszonej hortensji i kokardami ze złocistej wstążki

Karp w galarecie wg Magdy Gessler

Nazywa się inaczej gefilte fish i jest podawany w tarnowskiej restauracji „Stara Łaźnia” po rewolucjach kuchennych Magdy Gessler. Mam nagranie tego programu emitowanego w tv i z niego odtworzyłam sposób przyrządzenia potrawy (oczywiście w proporcjach na kilka osób).

W takiej postaci pojawił się ten karp na moim stole wigilijnym.

  • mały karp (z głową i płetwami)
  • płat  karpia pozbawiony ości (Lidl oferował w tym roku takiego)
  • 4 marchewki
  • 2 pietruszki
  • pół selera
  • por
  • cebula
  • kilka ziaren ziela angielskiego
  • 3-4 liście laurowe
  • kilka ziaren pieprzu
  • pieprz, sól
  • opakowanie żelatyny
  • posiekany zielony szczypior
  • chrzan przygotowany z jajkiem
  • sos tatarski
  • + opcjonalnie kogel-mogel (ale to trzeba lubić zestawienie smaków słodko-pikantnych)

Całego karpia (wypatroszonego i oskrobanego z łusek) ale z głową i płetwami wkładamy do dużego rondla, dodajemy obrane warzywa oraz przyprawy, zalewamy zimną wodą, gotujemy na malutkim ogniu, aż wszystko będzie miękkie. Pod koniec gotowania dodajemy płat karpia pozbawiony ości, sprawdzamy, czy wywar jest wystarczająco doprawiony, po czym po ok. 20-30 minutach (kiedy mięso karpia będzie już mięciutkie), zdejmujemy garnek z ognia.

Odstawiamy do przestygnięcia.

Wyjmujemy delikatnie płat bez ości, obieramy z mięsa.

Wyjmujemy marchewkę i kroimy ją na ładne plasterki.

Pozostały wywar przecedzamy, do gorącego dodajemy żelatynę (zgodnie z przepisem na opakowaniu).

Przygotowujemy kokilki czy filiżanki – tyle, ile potrzebujemy mieć porcji.

Na dno każdej filiżanki wsypujemy posiekany szczypior, układamy plastry marchwi, posypujemy grubo mielonym pieprzem, wykładamy kawałki mięsa karpia.

Zalewamy przygotowanym wywarem.

Wstawiamy do lodówki.

Podając – na talerzyk nakładamy sos tatarski, na to wyjętą zastygniętą galaretkę, na niej układamy chrzan i opcjonalnie kogel-mogel.

Święta u Buddenbrooków

Ostatnia z tegorocznych lektur adwentowo-świątecznych.

Przenieśmy sie do Lubeki, do domu senatora Buddenbrooka, stworzonego przez noblistę, Tomasza Manna.

Duża sala była już tajemniczo zamknięta, na stole zjawiły się marcepany i pierniki, w mieście czuło się Boże Narodzenie. Spadł śnieg, chwycił mróz i w ostrym, czystym powietrzu zabrzmiały skoczne lub żałosne melodie włoskich kataryniarzy, którzy przyszli na święta w swych aksamitnych kurtkach i z czarnymi wąsikami. W oknach sklepów zajaśniały wspaniałe świąteczne wystawy. Wokoło gotyckiej studni na rynku rozstawiono jaskrawe budy jarmarczne, pełne świątecznych atrakcji. Gdziekolwiek się poszło, wdychało się wigilijny aromat wystawionych na sprzedaż choinek.

Potem nadszedł wreszcie wieczór dwudziestego trzeciego grudnia, a wraz z nim Gwiazdka w sali domu na Fischergrube. Gwiazdka w najbliższym kółku, będąca tylko początkiem, wstępem, przygrywką, wieczór wigilijny należał bowiem do konsulowej, która zapraszała całą rodzinę, tak że przed wieczorem dwudziestego czwartego zebrało się w pokoju pejzażowym całe czwartkowe towarzystwo, a prócz tego jeszcze Jurgen Kroger z Wismaru oraz Teresa Weichbrodt z madame Kethelsen.

Stara dama przyjmowała gości odziana w suknię z grubego jedwabiu w czarne i szare pasy, owiana delikatnym zapachem paczuli, cała zaczerwieniona i z rozgorączkowanymi oczami, a wśród milczących uścisków cicho dźwięczały jej złote bransoletki.”

Oglądamy święta oczami małego Hano, który nie może doczekać się prezentów. Słuchamy śpiewu kolęd, widzimy z jakim pietyzmem otwiera się starą księgę Biblii, by przeczytać opis Bożego Narodzenia

Boże Narodzenie… Przez szpary wysokich, biało lakierowanych, teraz jeszcze zamkniętych drzwi do sali przenikał słodki zapach choinki, budząc wyobrażenie cudów, których oczekiwało się co roku z bijącym sercem, ich niepojętej, nieziemskiej wspaniałości… Cóż tam będzie dla niego?

Konsulowa podeszła wolno do stołu i otoczona rodziną usiadła na sofie, która nie stała już oddzielnie, jak w dawnych czasach. Poprawiła lampę i przyciągnęła wielką Biblię w wyblakłej ze starości, niezwykle szerokiej złoconej oprawie. Potem nałożyła okulary, odpięła dwie skórzane klamry, na które kolosalna księga była zamknięta, otworzyła założone miejsce – ukazała się gruba, sztywna, żółtawa karta, pokryta ogromnym drukiem – i przełknąwszy łyk wody z cukrem zaczęła odczytywać rozdział o Bożym Narodzeniu.

Dawne, dobrze znane słowa odczytywała powoli, w sposób prosty, płynący do serca, a wzruszony jej głos rozbrzmiewał czysto i pogodnie w zbożnej ciszy. – Pokój ludziom dobrej woli – powiedziała. Zaledwie umilkła, w kolumnowej sali zabrzmiała na trzy głosy pieśń „Cicha noc, święta noc”, do której dołączyły się głosy rodziny w pokoju pejzażowym. Zabrano się do śpiewu z pewną ostrożnością, większość obecnych była bowiem niemuzykalna i od czasu do czasu rozbrzmiewał w zespole głęboki, zupełnie niewłaściwy ton… Ale nie zmniejszało to wrażenia tej pieśni…

A potem konsulowa powstała. Ujęła rękę swego wnuka Jana i prawnuczki Elżbiety i przeszła przez pokój. Starzy państwo poszli razem z nią, młodsi za nimi, w sali kolumnowej przyłączyła się służba i biedni i szli śpiewając chórem starą pieśń do choinki „O, Tannenbaum”, przy czym stryj Chrystian kroczył przed dziećmi i pobudzał je do śmiechu, wyrzucając przy chodzeniu nogi jak pajac i śpiewając jak głupi: „chojenka – wujenka”, i tak olśnieni, z uśmiechem na twarzy, przez szeroko otwarte białe drzwi weszli wprost do nieba.

Cała komnata, napełniona zapachem osmalonych gałęzi choinki, błyszczała i lśniła od niezliczonych małych płomieni, a błękit tapet z białymi posągami bóstw jeszcze bardziej rozjaśniał wielką salę. Płomyki świec w głębi między ciemnoczerwonymi zasłonami u okien, okrywające potężne, wznoszące się aż do sufitu drzewo, przybrane w srebro i białe lilie, z połyskującym u szczytu aniołem i małą stajenką u stóp, migotały w tej powodzi światła jak dalekie gwiazdy. Na biało nakrytym stole, bardzo długim, ciągnącym się od okien prawie aż do drzwi i obładowanym podarkami, ustawiony był szereg małych, obwieszonych cukierkami drzewek, również rozbłyskujących światłem woskowych świec. Paliły się też gazowe kinkiety na ścianach i płonęły grube świece w złoconych kandelabrach we wszystkich czterech rogach sali. Duże przedmioty, podarki, które nie mieściły się na stole, stały na podłodze. Mniejsze stoliki, również biało nakryte i ozdobione płonącymi drzewkami, stały po obu stronach drzwi: była to gwiazdka dla służby i biednych.

Olśnieni i przejęci uczuciem obcości w tej starej, dobrze znanej sali, wędrowali ze śpiewem przez cały pokój, przedefilowali przed żłobkiem, w którym woskowe Dzieciątko Jezus zdawało się czynić znak krzyża, a następnie, zauważywszy po drodze poszczególne przedmioty, zatrzymali się przy swoich miejscach.”

Poczytajmy o kulinariach tego dnia; niemieckie tradycje trochę inne są od polskich, ale tak jak wszędzie obfitość posiłków jest obowiązkowa!

„Teraz panna Severin wraz z pokojówką obnosiły herbatę i biszkopty i Hanno, zanurzając biszkopt w herbacie, czuł się zbyt ociężały, by wstać z miejsca. Niektórzy stali koło stołu, inni chodzili wzdłuż niego, rozmawiali i śmieli się, pokazując sobie nawzajem swoje podarki i podziwiając inne. Były to najróżniejsze przedmioty: z porcelany, niklu, ze srebra, ze złota, z drzewa, z jedwabiu i sukna. Duże pierniki, ozdobione symetrycznie migdałami i cykatą, leżały na stole długim szeregiem na przemian z ciężkimi, świeżymi, wilgotnymi jeszcze w środku chlebami z marcepanu.

Podarki wykonane lub zdobione przez panią Permaneder, worek do robótek, poduszka pod nogi, podstawka na doniczki, udekorowane były dużymi atłasowymi kokardami. Od czasu do czasu podchodził ktoś do małego Jana, kładł rękę na jego marynarskim kołnierzu i oglądał jego prezenty z ironicznym, przesadnym podziwem, jaki zazwyczaj okazuje się wobec dziecięcych wspaniałości.

Wszyscy jedli dziś obiad trochę wcześniej i dlatego obficie pochłaniali herbatę z biszkoptami.  Ale zaledwie skończyli, obniesiono duże kryształowe misy, pełne żółtej ziarnistej masy. Był to krem migdałowy, mieszanina jajek, tartych migdałów i olejku różanego, co smakowało wyśmienicie, ale jeśli zjadło się łyżeczkę za wiele, powodowało okropną niestrawność. Pomimo to i chociaż konsulowa prosiła, by pozostawili sobie troszeczkę miejsca na kolację, wszyscy raczyli się do woli.

Dla orzeźwienia podano też ponczową galaretkę w filiżankach, a do niej angielskie „plum_cake”. Powoli wszyscy przeszli do pokoju pejzażowego i zasiedli z talerzykami dokoła stołu.

O dziewiątej udano się do stołu.

Jak co roku, i tego wieczoru nakryto w sali kolumnowej. Konsulowa serdecznie wypowiedziała tradycyjną modlitwę: Słodki Jezu, zstąp do nas sam, pobłogosław, coś zesłał nam… do której, jak również chce zwyczaj tego wieczoru, dołączyła krótkie napomnienie, wzywające do pomyślenia o tych, którzy nie przepędzają tego świętego wieczoru tak dostatnio jak rodzina Buddenbrooków. Po dopełnieniu tego z czystym sumieniem zasiedli do długo ciągnącej się uczty, którą rozpoczęły karpie z masłem oraz stare wino reńskie. Senator wsunął do portmonetki parę rybich łusek, żeby przez cały rok były w niej pieniądze.

Indyk nadziewany kasztanami, rodzynkami i jabłkami zyskał ogólną pochwałę. Robiono porównanie z przeszłorocznym i okazało się, że równie dużego nie było od bardzo dawna. Podano do niego smażone kartofle, dwa rodzaje jarzyn oraz kompotów, krążące zaś dokoła salatery były tak pełne, jak gdyby zawierały nie dodatek i przyprawę, lecz posiłek, którym wszyscy mogliby się nasycić. Pito stare czerwone wino z firmy Mollendorpf.

Mały Jan siedział pomiędzy rodzicami i z trudem ładował do żołądka kawałek nadziewanej piersi indyczej. Nie mógł już dłużej dotrzymywać kroku w jedzeniu cioci Tyldzi, czuł się zmęczony i nie bardzo zdrowy, dumny był z tego, że siedzi przy stole ze starszymi oraz że w jego kunsztownie złożonej serwetce również leżała taka dobra maślana bułeczka z makiem, a przy jego nakryciu tak samo jak u starszych stały trzy kieliszki, podczas gdy zazwyczaj pijał z małego złotego kubka, podarowanego mu przez chrzestnego ojca, wuja Krogera… Ale później, gdy wuj Justus zaczął rozlewać do najmniejszych kieliszków żółte jak oliwa greckie wino, gdy ukazały się bezy z lodami, czerwone, białe i brązowe, poprawił mu się apetyt. Pomimo że czuł przy tym nieznośny ból zębów, zjadł białą, potem połowę czerwonej, wreszcie musiał spróbować brązowej, napełnionej czekoladowymi lodami, chrupał przy tym wafle, maczał usta w słodkim winie i przysłuchiwał się stryjowi Chrystianowi, który zaczął coś opowiadać.

Zanim podano masło i sery, konsulowa wypowiedziała jeszcze jedną krótką mowę do swych najbliższych. – Jeśli nie wszystko – mówiła – w tym roku tak się układało, jakbyśmy sobie krótkowzrocznie i nierozsądnie życzyli, to jednak zawsze jeszcze pozostaje tyle widomego błogosławieństwa, że serca nasze powinny być przepełnione wdzięcznością. Właśnie owe następujące po sobie kolejno okresy szczęścia i ciężkich prób dowodzą, że Bóg nie odwrócił się od rodziny, lecz że kieruje jej losami według głębokich zamierzeń, których nie wolno nam zgłębiać. A teraz z sercem pełnym nadziei wypijmy za pomyślność rodziny, za jej przyszłość, ową przyszłość, która nadejdzie wtedy, gdy starzy i starsi spośród obecnych tutaj od dawna spoczywać będą w chłodnej ziemi… za dzieci, do których właściwie należy dzisiejsze święto… Ponieważ zaś nie było już córeczki dyrektora Weinschenka, mały Jan musiał sam jeden obejść cały stół i podczas gdy starsi przepijali wzajemnie do siebie, trącić się ze wszystkimi, począwszy od babci, a skończywszy na pannie Severin.

Gdy podszedł do ojca, senator, zbliżywszy swój kielich do kieliszka dziecka, łagodnie podniósł w górę brodę Hanna, by spojrzeć mu w oczy… Nie spotkał jego wzroku, gdyż długie, ciemnobrązowe rzęsy małego opuściły się nisko, nisko, aż na niebieskie cienie pod jego oczami. Ale Teresa Weichbrodt ujęła oburącz jego głowę, pocałowała go w oba policzki i rzekła tak serdecznym tonem, że Pan Bóg nie mógłby jej się oprzeć: – Bądź szcząśliwy, drogie dziacko!”

Czy próbowaliście kiedyś opisać Wigilię w waszym domu?

U mnie ciągle jeszcze nie ma takiego opisu; ciągle mam nadzieję, że pojawią się kiedyś wreszcie odpowiednie słowa….

Póki co, życzę wszystkim tu zaglądającym wesołych Świąt!

Adwentowe lektury III

Dziś wigilia księdza Rafała Nowiny z książki Macieja Grabskiego Ksiądz Rafał. Pewnie wielu z was zna tę przejmującą historię małej wioski, do której przybywa młody, pełen ideałów ksiądz, żyjący zgodnie z franciszkańską ascezą, którego najcenniejszym dobytkiem są nuty (ksiądz Rafał jest mistrzem organów). Ja się potoczyły jego losy w Gródku? Nie wszystkim się młody ksiądz spodobał…

Ale dziś poczytajmy o pięknym dniu Wigilii Bożego Narodzenia; jeszcze wszystko jest dobrze….

Anioł na krakowskim Rynku

„Dzisiaj to ja, w imieniu wszystkich, chcę powitać księdza pro­boszcza Rafała Nowinę, który spędza z nami swoją pierwszą Wigilię w Gródku. Niech tych Wigilii będzie jak najwięcej, nawet gdy nas już nie stanie na tym świecie. W imieniu tu zgromadzonych proszę księdza proboszcza o odczytanie Ewangelii z tej Biblii, którą przywiózł ze sobą świętej pamięci ksiądz Stanisław i którą pozostawił nam, by czytano z niej co roku te same zdania. Prosimy księdza proboszcza o słowo, modlitwę i błogosławieństwo. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen…

Rafał wziął w dłonie Biblię i otworzył jej karty w zaznaczo­nym przez opłatek miejscu. Zerknął na strony; gdyby nie znał tych słów niemal na pamięć – z trudem odczytałby tekst dru­kowany starym, choć nadal wyraźnym szryftem, wieki temu.

Słowa Ewangelii według świętego Łukasza… Rafał cicho, lecz wyraźnie zaczął czytać:

Stało się, a w one dni wyszedł dekret od cesarza Augusta aby popisano wszystek świat. Ten popis pierwszy stał się od staro­sty syryjskiego Cyryna. Y szli wszyscy aby się popisali, każdy do miasta swego.

Szedł też y Joseph od Galileiey z miasta Nazareth, do żydowskiej ziemie, do mieysca Dawidowego które zowią Bethlehem, przeto iż był z domu y pokolenia Dawidowego aby był popisan z Maryą, poślubioną sobie małżonką brze­mienną. Y stało się gdy tam byli wypełniły się dni aby poro­dziła. Y porodziła syna swoiego pierworodnego a uwinęła go w pieluszki y położyła go w żłobie iż mieysca im nie było w gospodzie.

Zawiesił na chwilę głos. Po chwili podjął głośniej:

A byli pasterze w teyże krainie czyniący y strzegący nocne straże nad trzodą swoią. A oto anyoł Pański stanął podle nich, a iasność Boża zewsząd ich oświeciła: y zlękli się wielką boiaźnią: Y rzekł im aniyoł: Nie bóycie się: bo oto opowiadam wam wesele wielkie które będzie wszytkiemu ludowi: iż się wam dziś narodził zbawiciel który jest Christus Pan w mieś­cie Dawidowym. A ten wam znak: znaydziecie niemowiątko uwinione w pieluszki y położone we żłobie. A natychmiast było z anyołem mnóstwo woyska niebieskiech chwalących Boga y mówiących: chwała na wysokości Bogu: a na ziemi pokóy ludziom dobrey woley.

Rafał ucałował Biblię i odłożył ją z uśmiechem. Odmówił modlitwę i pobłogosławił opłatki. Wziął jeden z nich i rozej­rzał się po obecnych.

– Najdrożsi, tylko kilka słów. W dzisiejszej Ewangelii czy­tamy nie tylko o tym, że narodził się nam Pan, Zbawiciel świata. Ewangelista pokazuje Józefa i Marię jako podróżnych, którzy wracają do miejsca narodzin Józefa i nie mają gdzie się podziać.

Przez stulecia podróżni i pielgrzymi w imię Chrystusa prosili o gościnę – i otrzymywali ją. My zostawiamy tego jednego dnia na stole puste nakrycie, przez pamięć naszych bliskich, których nie ma wśród nas, ale i po to, by powiedzieć: ugo­ścimy tego, kto potrzebuje. Dziś jest dzień pamiątki narodze­nia naszego Zbawiciela: nikt nie powinien tego dnia być sam. Ja też jestem podróżnym, którego przyjęliście – i za to dziękuję wam najserdeczniej. Wszyscy, jak tu jesteśmy, będziemy zaraz składać sobie życzenia, ale ja życzę wam wszystkim już teraz: błogosławieństwa Bożego Dzieciątka na każdą chwilę waszego życia. I obyśmy spotkali się wszyscy za rok!

Amen – rozległo się.

Rafał zaczął rozdawać opłatki. Życzenia trwały długo, dopóki organiścina nie zaprosiła wszystkich do stołu. Zapach­niało barszczem z uszkami, wniesionym w olbrzymiej wazie na stół. Antoni wzniósł chochlę do góry.

No to do dzieła!

Dzieło skończyło się półtorej godziny później, gdy ku radości dzieci Antoni przyniósł wielki talerz posmarowa­nych miodem opłatków. Oznaczało to najwyraźniej rozluź­nienie dyscypliny, bo maluchy jak na komendę opuściły swoje miejsca i wraz z Bartkiem wybrały podłogę nieopodal choinki, zajadając deser i zerkając niecierpliwie na piętrzące się pod drzewkiem prezenty.”

(Grabski M., Ksiądz Rafał. Dobra Nowina)

Adwentowe lektury i rozmyślania

Mamy pierwszą niedzielę Adwentu. Wszyscy myślimy już o świętach i o Wigilii.

Wiele instytucji, wielu ludzi – pewnie w najlepszej wierze – włącza się w organizację tzw. wigilii dla ubogich, bezdomnych, samotnych. Piękna idea. Tylko dlaczego robi się ją dwa dni, trzy dni, czy nawet tydzień wcześniej? Zawsze myślałam, że to jakieś nieporozumienie.

Pewnie, że czas Wigilii to czas umowny. Ale wszyscy wiemy, że przypada 24 grudnia, gdy wzejdzie pierwsza gwiazdka na niebie. Jak Polska długa i szeroka, wszystkie domy wtedy właśnie rozbłyskają światełkami choinek, ludzie dzielą się opłatkami, zasiadają do stołu, przy którym, oczywiście, jest jeden talerz pusty, czekający na niespodziewanego gościa.

A co wówczas z ubogimi, bezdomnymi, samotnymi?

No cóż, jakoś muszą sobie radzić.

Czytam właśnie najnowszą książkę kardynała Konrada Krajewskiego (jałmużnika papieskiego) Zapach Boga

Popatrzcie, on myśli dokładnie tak samo:

„Zgodnie z naszą polską tradycją przy wigilii jest zawsze wolny talerz. Po co jest ten wolny talerz? No, żeby kogoś przyjąć. Ilu uchodźców można zaprosić do naszego stołu, ilu bezdomnych – ale my tak nie robimy. Zobaczcie, jak robimy. Nie mówię przeciw Krakowowi. Organizujemy na przy­kład świetną wigilię przy Sukiennicach. Ile reklam, ile pierogów kto zrobił, ile kapusty z grzybami… Za­praszamy wszystkich biednych, żeby razem się kisili w swoim so­sie, czyli żeby razem zasiedli do stołu. Kto z biednych chciałby, żeby wigilię spożywać tylko wśród biednych? Mało tego, robimy to dwa tygodnie wcześniej. My za­siądziemy tylko z naszą rodziną i postawimy wolny talerz, żeby czasem nikogo nie zaprosić. Gdybyśmy w wigilię zaprosili tych ludzi, to ani jednego z nich nie byłoby na ulicy. Natomiast robimy inaczej. Tak doraźnie, żeby było dużo reklamy, żebyśmy się do­brze czuli… A w wigilię jesteśmy przy stole, a oni są na ulicy, bo spożyli wigilię dwa tygodnie wcześniej.”

(Krajewski K., Zapach Boga, s. 119)

Wigilijny bigos literacki M. Musierowicz

Jak ja lubię wigilijne kapusty!

Odmian tych kapust są dziesiątki! Co dom – to przepis.

Kapusta z grochem, kapusta z grzybami, farsz z kapusty i grzybów do uszek i pierogów, kapusta kiszona, kapusta biała, czy wreszcie – już nie wigilijny, a świąteczny – bigos.

Ja zapraszam dziś na wigilijny bigos literacki.

Kiedy wstawiłam gar kapusty kiszonej, przypomniała mi się scena z książki M. Musierowicz „McDusia”, kiedy Józinek, zupełnie już duży syn Idy, pałaszuje wigilijny bigos babci, Mili Borejko; posłuchajcie:

„Wtedy to właśnie mama wbiła w Józefa zielone spojrzenie znaczące i naglące, co niestety przypadło na moment, gdy jeszcze miał pełen talerz tego rewelacyjnego, ciemnego bigosu ze śliwkami, rodzynkami i borowikami (o, jak on lubił babciny wigilijny bigos!) – właśnie nałożył sobie szczodrą ręką dokładkę.”

Ech, nie oparłam się pokusie zrobienia czegoś podobnego u siebie:)

wigilijny bigos

Proporcje właściwie dowolne. Korzystałam z tego, co miałam już przygotowane na inne wigilijne potrawy.

A więc przede wszystkim kapusta kiszona, obowiązkowo z wióreczkami marchwi w środku, ugotowana z dodatkiem kminku, ziela angielskiego i liścia laurowego.

Do tego: kapusta biała cieniutko poszatkowana, lekko osolona, podduszona na oleju z dodatkiem wody, koniecznie z cieniutkimi półkrążkami cebuli.

Koniecznie grzyby: garść suszonych zalewam wodą, lekko solę i gotuję do miękkości. Odstawiam, kiedy przestygną, wyławiam grzyby, kroję je na paseczki.

Teraz pieczarki i boczniaki: drobno je siekam, podsmażam na maśle, dodaję posiekaną cebulkę.

Kiedy kapusty są już miękkie, łączymy je razem i dodajemy grzyby suszone, grzyby podsmażone, wlewamy wodę z gotowania grzybów suszonych.

Dodajemy drobno posiekane śliwki suszone, garstkę rodzynek i garstkę suszonej żurawiny.

Mieszamy wszystko, doprawiamy solą i pieprzem.

Ostawiamy na noc.

Niech się smaki przegryzają.

Potem już smacznego!