Święta u Buddenbrooków

Ostatnia z tegorocznych lektur adwentowo-świątecznych.

Przenieśmy sie do Lubeki, do domu senatora Buddenbrooka, stworzonego przez noblistę, Tomasza Manna.

Duża sala była już tajemniczo zamknięta, na stole zjawiły się marcepany i pierniki, w mieście czuło się Boże Narodzenie. Spadł śnieg, chwycił mróz i w ostrym, czystym powietrzu zabrzmiały skoczne lub żałosne melodie włoskich kataryniarzy, którzy przyszli na święta w swych aksamitnych kurtkach i z czarnymi wąsikami. W oknach sklepów zajaśniały wspaniałe świąteczne wystawy. Wokoło gotyckiej studni na rynku rozstawiono jaskrawe budy jarmarczne, pełne świątecznych atrakcji. Gdziekolwiek się poszło, wdychało się wigilijny aromat wystawionych na sprzedaż choinek.

Potem nadszedł wreszcie wieczór dwudziestego trzeciego grudnia, a wraz z nim Gwiazdka w sali domu na Fischergrube. Gwiazdka w najbliższym kółku, będąca tylko początkiem, wstępem, przygrywką, wieczór wigilijny należał bowiem do konsulowej, która zapraszała całą rodzinę, tak że przed wieczorem dwudziestego czwartego zebrało się w pokoju pejzażowym całe czwartkowe towarzystwo, a prócz tego jeszcze Jurgen Kroger z Wismaru oraz Teresa Weichbrodt z madame Kethelsen.

Stara dama przyjmowała gości odziana w suknię z grubego jedwabiu w czarne i szare pasy, owiana delikatnym zapachem paczuli, cała zaczerwieniona i z rozgorączkowanymi oczami, a wśród milczących uścisków cicho dźwięczały jej złote bransoletki.”

Oglądamy święta oczami małego Hano, który nie może doczekać się prezentów. Słuchamy śpiewu kolęd, widzimy z jakim pietyzmem otwiera się starą księgę Biblii, by przeczytać opis Bożego Narodzenia

Boże Narodzenie… Przez szpary wysokich, biało lakierowanych, teraz jeszcze zamkniętych drzwi do sali przenikał słodki zapach choinki, budząc wyobrażenie cudów, których oczekiwało się co roku z bijącym sercem, ich niepojętej, nieziemskiej wspaniałości… Cóż tam będzie dla niego?

Konsulowa podeszła wolno do stołu i otoczona rodziną usiadła na sofie, która nie stała już oddzielnie, jak w dawnych czasach. Poprawiła lampę i przyciągnęła wielką Biblię w wyblakłej ze starości, niezwykle szerokiej złoconej oprawie. Potem nałożyła okulary, odpięła dwie skórzane klamry, na które kolosalna księga była zamknięta, otworzyła założone miejsce – ukazała się gruba, sztywna, żółtawa karta, pokryta ogromnym drukiem – i przełknąwszy łyk wody z cukrem zaczęła odczytywać rozdział o Bożym Narodzeniu.

Dawne, dobrze znane słowa odczytywała powoli, w sposób prosty, płynący do serca, a wzruszony jej głos rozbrzmiewał czysto i pogodnie w zbożnej ciszy. – Pokój ludziom dobrej woli – powiedziała. Zaledwie umilkła, w kolumnowej sali zabrzmiała na trzy głosy pieśń „Cicha noc, święta noc”, do której dołączyły się głosy rodziny w pokoju pejzażowym. Zabrano się do śpiewu z pewną ostrożnością, większość obecnych była bowiem niemuzykalna i od czasu do czasu rozbrzmiewał w zespole głęboki, zupełnie niewłaściwy ton… Ale nie zmniejszało to wrażenia tej pieśni…

A potem konsulowa powstała. Ujęła rękę swego wnuka Jana i prawnuczki Elżbiety i przeszła przez pokój. Starzy państwo poszli razem z nią, młodsi za nimi, w sali kolumnowej przyłączyła się służba i biedni i szli śpiewając chórem starą pieśń do choinki „O, Tannenbaum”, przy czym stryj Chrystian kroczył przed dziećmi i pobudzał je do śmiechu, wyrzucając przy chodzeniu nogi jak pajac i śpiewając jak głupi: „chojenka – wujenka”, i tak olśnieni, z uśmiechem na twarzy, przez szeroko otwarte białe drzwi weszli wprost do nieba.

Cała komnata, napełniona zapachem osmalonych gałęzi choinki, błyszczała i lśniła od niezliczonych małych płomieni, a błękit tapet z białymi posągami bóstw jeszcze bardziej rozjaśniał wielką salę. Płomyki świec w głębi między ciemnoczerwonymi zasłonami u okien, okrywające potężne, wznoszące się aż do sufitu drzewo, przybrane w srebro i białe lilie, z połyskującym u szczytu aniołem i małą stajenką u stóp, migotały w tej powodzi światła jak dalekie gwiazdy. Na biało nakrytym stole, bardzo długim, ciągnącym się od okien prawie aż do drzwi i obładowanym podarkami, ustawiony był szereg małych, obwieszonych cukierkami drzewek, również rozbłyskujących światłem woskowych świec. Paliły się też gazowe kinkiety na ścianach i płonęły grube świece w złoconych kandelabrach we wszystkich czterech rogach sali. Duże przedmioty, podarki, które nie mieściły się na stole, stały na podłodze. Mniejsze stoliki, również biało nakryte i ozdobione płonącymi drzewkami, stały po obu stronach drzwi: była to gwiazdka dla służby i biednych.

Olśnieni i przejęci uczuciem obcości w tej starej, dobrze znanej sali, wędrowali ze śpiewem przez cały pokój, przedefilowali przed żłobkiem, w którym woskowe Dzieciątko Jezus zdawało się czynić znak krzyża, a następnie, zauważywszy po drodze poszczególne przedmioty, zatrzymali się przy swoich miejscach.”

Poczytajmy o kulinariach tego dnia; niemieckie tradycje trochę inne są od polskich, ale tak jak wszędzie obfitość posiłków jest obowiązkowa!

„Teraz panna Severin wraz z pokojówką obnosiły herbatę i biszkopty i Hanno, zanurzając biszkopt w herbacie, czuł się zbyt ociężały, by wstać z miejsca. Niektórzy stali koło stołu, inni chodzili wzdłuż niego, rozmawiali i śmieli się, pokazując sobie nawzajem swoje podarki i podziwiając inne. Były to najróżniejsze przedmioty: z porcelany, niklu, ze srebra, ze złota, z drzewa, z jedwabiu i sukna. Duże pierniki, ozdobione symetrycznie migdałami i cykatą, leżały na stole długim szeregiem na przemian z ciężkimi, świeżymi, wilgotnymi jeszcze w środku chlebami z marcepanu.

Podarki wykonane lub zdobione przez panią Permaneder, worek do robótek, poduszka pod nogi, podstawka na doniczki, udekorowane były dużymi atłasowymi kokardami. Od czasu do czasu podchodził ktoś do małego Jana, kładł rękę na jego marynarskim kołnierzu i oglądał jego prezenty z ironicznym, przesadnym podziwem, jaki zazwyczaj okazuje się wobec dziecięcych wspaniałości.

Wszyscy jedli dziś obiad trochę wcześniej i dlatego obficie pochłaniali herbatę z biszkoptami.  Ale zaledwie skończyli, obniesiono duże kryształowe misy, pełne żółtej ziarnistej masy. Był to krem migdałowy, mieszanina jajek, tartych migdałów i olejku różanego, co smakowało wyśmienicie, ale jeśli zjadło się łyżeczkę za wiele, powodowało okropną niestrawność. Pomimo to i chociaż konsulowa prosiła, by pozostawili sobie troszeczkę miejsca na kolację, wszyscy raczyli się do woli.

Dla orzeźwienia podano też ponczową galaretkę w filiżankach, a do niej angielskie „plum_cake”. Powoli wszyscy przeszli do pokoju pejzażowego i zasiedli z talerzykami dokoła stołu.

O dziewiątej udano się do stołu.

Jak co roku, i tego wieczoru nakryto w sali kolumnowej. Konsulowa serdecznie wypowiedziała tradycyjną modlitwę: Słodki Jezu, zstąp do nas sam, pobłogosław, coś zesłał nam… do której, jak również chce zwyczaj tego wieczoru, dołączyła krótkie napomnienie, wzywające do pomyślenia o tych, którzy nie przepędzają tego świętego wieczoru tak dostatnio jak rodzina Buddenbrooków. Po dopełnieniu tego z czystym sumieniem zasiedli do długo ciągnącej się uczty, którą rozpoczęły karpie z masłem oraz stare wino reńskie. Senator wsunął do portmonetki parę rybich łusek, żeby przez cały rok były w niej pieniądze.

Indyk nadziewany kasztanami, rodzynkami i jabłkami zyskał ogólną pochwałę. Robiono porównanie z przeszłorocznym i okazało się, że równie dużego nie było od bardzo dawna. Podano do niego smażone kartofle, dwa rodzaje jarzyn oraz kompotów, krążące zaś dokoła salatery były tak pełne, jak gdyby zawierały nie dodatek i przyprawę, lecz posiłek, którym wszyscy mogliby się nasycić. Pito stare czerwone wino z firmy Mollendorpf.

Mały Jan siedział pomiędzy rodzicami i z trudem ładował do żołądka kawałek nadziewanej piersi indyczej. Nie mógł już dłużej dotrzymywać kroku w jedzeniu cioci Tyldzi, czuł się zmęczony i nie bardzo zdrowy, dumny był z tego, że siedzi przy stole ze starszymi oraz że w jego kunsztownie złożonej serwetce również leżała taka dobra maślana bułeczka z makiem, a przy jego nakryciu tak samo jak u starszych stały trzy kieliszki, podczas gdy zazwyczaj pijał z małego złotego kubka, podarowanego mu przez chrzestnego ojca, wuja Krogera… Ale później, gdy wuj Justus zaczął rozlewać do najmniejszych kieliszków żółte jak oliwa greckie wino, gdy ukazały się bezy z lodami, czerwone, białe i brązowe, poprawił mu się apetyt. Pomimo że czuł przy tym nieznośny ból zębów, zjadł białą, potem połowę czerwonej, wreszcie musiał spróbować brązowej, napełnionej czekoladowymi lodami, chrupał przy tym wafle, maczał usta w słodkim winie i przysłuchiwał się stryjowi Chrystianowi, który zaczął coś opowiadać.

Zanim podano masło i sery, konsulowa wypowiedziała jeszcze jedną krótką mowę do swych najbliższych. – Jeśli nie wszystko – mówiła – w tym roku tak się układało, jakbyśmy sobie krótkowzrocznie i nierozsądnie życzyli, to jednak zawsze jeszcze pozostaje tyle widomego błogosławieństwa, że serca nasze powinny być przepełnione wdzięcznością. Właśnie owe następujące po sobie kolejno okresy szczęścia i ciężkich prób dowodzą, że Bóg nie odwrócił się od rodziny, lecz że kieruje jej losami według głębokich zamierzeń, których nie wolno nam zgłębiać. A teraz z sercem pełnym nadziei wypijmy za pomyślność rodziny, za jej przyszłość, ową przyszłość, która nadejdzie wtedy, gdy starzy i starsi spośród obecnych tutaj od dawna spoczywać będą w chłodnej ziemi… za dzieci, do których właściwie należy dzisiejsze święto… Ponieważ zaś nie było już córeczki dyrektora Weinschenka, mały Jan musiał sam jeden obejść cały stół i podczas gdy starsi przepijali wzajemnie do siebie, trącić się ze wszystkimi, począwszy od babci, a skończywszy na pannie Severin.

Gdy podszedł do ojca, senator, zbliżywszy swój kielich do kieliszka dziecka, łagodnie podniósł w górę brodę Hanna, by spojrzeć mu w oczy… Nie spotkał jego wzroku, gdyż długie, ciemnobrązowe rzęsy małego opuściły się nisko, nisko, aż na niebieskie cienie pod jego oczami. Ale Teresa Weichbrodt ujęła oburącz jego głowę, pocałowała go w oba policzki i rzekła tak serdecznym tonem, że Pan Bóg nie mógłby jej się oprzeć: – Bądź szcząśliwy, drogie dziacko!”

Czy próbowaliście kiedyś opisać Wigilię w waszym domu?

U mnie ciągle jeszcze nie ma takiego opisu; ciągle mam nadzieję, że pojawią się kiedyś wreszcie odpowiednie słowa….

Póki co, życzę wszystkim tu zaglądającym wesołych Świąt!

Pasjonaci smaku

Książkę Łukasza Modelskiego „Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu” nazwano: „więcej niż książka kucharska, więcej niż rozmowa”. To dobrze ją charakteryzuje; są to rozmowy dziennikarza i smakosza zarazem, Łukasza Modelskiego z osobami, które o smaku mają dużo do powiedzenia, a ich nazwiska powszechnie są znane i kojarzone ze sztuką kulinarną.

książka "Piąty smak"

Trzynaście rozmów, trzynaście  opowieści o sztuce „piątego smaku”, czyli „umami”.

Do tej pory znaliśmy cztery smaki: słodki, słony, gorzki, kwaśny. Czym jest ten tajemniczy, piąty smak, owo „umami”, które pojawiło się zupełnie niedawno, w XX wieku?

Określa się go jako pełny, mięsisty, pyszny, wyśmienity. To smak „domykający“ inne smaki.

Czytałam tę książkę szybko, rozmowa po rozmowie. Może dlatego uderzyło mnie jedno: są to rozmowy z pasjonatami. Każdy z rozmówców żyje tym, o czym mówi, ich pasja ukierunkowuje ich życie.

Dobra lektura dla tych, którzy zagubili radość smakowania życia.

Książka jest piękna edytorsko; bardzo spodobał mi się pomysł, by przy każdej rozmowie zaznaczyć specjalną czcionką, dużą i kolorową, jedną charakterystyczną dla rozmówcy myśl.

Poczytajmy:

Agnieszka Kręglicka: „Jeśli coś jest dobre, nie musi być lepsze. Lepiej cofnąć się parę kroków i znaleźć smak, który nie jest <perfekcyjny>, ale po prostu taki, jaki ma być.”

Carlo Petrini: „Warto patrzeć na jedzenie jako na całość – wspólnota stołu, hojność, dzielenie się, wspomaganie, wspólna radość. Człowiek nie jest stworzony do jedzenia w samotności”.

Carl Honoré: „Nie chodzi o to, żeby powoli wykonywać przeróżne czynności, tylko by odnaleźć swoje własne tempo, własny rytm. Taki, który jest odpowiedni dla twojego samopoczucia.”

Aleksandra Seghi: „Żeby coś dobrze ugotować, trzeba być zrelaksowanym. Kucharz powinien się skupić na tym, co robi, a nie myśleć, że za godzinę musi przyjąć gości.”

Patricia Atkinson: „Produkując wino, jest się zdanym na łaskę natury. W końcu uświadamiamy sobie, że to jednak cud.”

Elizabeth Gilbert: „Piec do pizzy, doskonałe, świeże ryby, świetne sery. Tak chyba musi wyglądać niebo.”

Anne Applebaum: „Kwaśny smak jest bardzo charakterystyczny dla Polski. Gdy ktoś z zagranicy wybiera się tutaj i chce skosztować czegoś polskiego, wysyłam go na żurek. Na świecie nie ma niczego podobnego.”

Grzegorz Łapanowski: „Zawsze imponowało mi sprawne posługiwanie się nożem. Dobra umiejętność cięcia daje naprawdę świetny efekt końcowy na talerzu”.

Tomasz Kolecki-Majewicz: „Degustacja to nie tylko sam smak, lecz także jego interpretacja, wiedza, z czego ten smak sie bierze. W tym sensie smaku można się nauczyć.”

Charles MacLean: „Maksymalnie dziesięć punktów da się przyznać wyłącznie whisky produkowanej w niebie. Na ziemi można dostać, powiedzmy, dziewięć i pół punktu”.

Michel Escoffier: „Sarah Bernhardt, pytana o sekret jej długowieczności, niegasnącej urody i sił, odpowiedziała: <Co rano wypijam kieliszek szampana i jem jajecznicę pana Escoffiera>.”

Danièle Mazet-Delpeuch: „W kuchni ważne są dwie rzeczy – dar i talent. Dar nie zależy od nas. Z talentem jest inaczej – trzeba go rozwijać.”

Côme de Chérisey: „Kucharze mają prawo do gorszego dnia, do zakwestionowania swojej pracy, do zwątpienia. Są artystami, wolno im.”

Dodam tylko, że każdy z rozmówców podał jeden swój przepis kulinarny.

Kuchnia Iwaszkiewiczów – dlaczego nie kupię tej książki

Pokazała się ta książka w Wydawnictwie „Znak”; okładka wygląda kusząco, tytuł zachęca, bo przecież Stawisko – siedziba pp. Iwaszkiewiczów – to legendarne miejsce spotkań całej plejady pisarzy i artystów, a p. Maria, córka Jarosława Iwaszkiewicza, to niekwestionowany autorytet kulinarny epoki PRL-u.

Mam jej książki wydane na przełomie lat 70 i 80 XX wieku: „Z moim ojcem o jedzeniu”, „Gawędy o przyjęciach”, „Gawędy o jedzeniu”. Zaczytywałam się nimi, zwłaszcza książką „Gawędy o przyjęciach”. Akurat wtedy wprowadziłam sie do pierwszego, własnego mieszkania, urządzałam kuchnię i bardzo chciałam, by moje przyjęcia dla gości, których nigdy u mnie nie brakowało, były piękne, nietypowe, niepowtarzalne. Ta książka to była moja biblia i objawienie w tym zakresie. Właśnie od p. Iwaszkiewiczowej zaczerpnęłam pomysł tworzenia kartonikowych menu wydawanych przyjęć, które goście zabierali ze sobą. Całe pudło tych menu się u mnie już uzbierało.

Ale ta nowa książka?  – o! jest trochę tych „ale”.

Okazuje się, że nie jest to nowa pozycja p. Marii, ale kompilacja jej trzech książek, o których wspomniałam wyżej. Kompilacja nie wiadomo przez kogo dokonana, bo w książce nie ma na ten temat ani słowa; żadnego wstępu, żadnej notatki autorki. Zwykle, kiedy ukazuje się nowe, zmienione wydanie znanej już książki, autor pisze, co nim kierowało, dlaczego i co zmienił. Ja rozumiem, że p. Iwaszkiewicz ma już 94 lata i pewnie nie jest już w stanie aktywnie uczestniczyć w procesie wydawniczym. Nie lubię jednak pozycji, które nie mają swojego autora. Mamy jedynie notatkę wydawnictwa na ich stronie internetowej:

Kuchnia Iwaszkiewiczów to kompilacja trzech uwielbianych książek: Gawęd o jedzeniu, Z moim ojcem o jedzeniu oraz Gawęd o przyjęciach, które po latach doczekały się wydania w odświeżonej formie.

 

Porównałam kilka przepisów, zamieszczonych w tej książce z tymi poprzednimi. Nie są dokładnie takie same (choćby sławna kura po literacku); ktoś zaproponował proporcje składników, uściślił sposób przygotowania, wykonał potrawę, zrobił zdjęcie – kto? Lubię takie rzeczy wiedzieć.

A` propos zdjęcia – mamy tu przepis na magdalenki, słynne proustowskie ciasteczka. Każdy, kto wie cokolwiek o kuchni francuskiej, wie też, że magdalenki mają kształt muszelek. Można kupić specjalne formy do tego wypieku (także i w Polsce!). A co mamy w książce? – magdalenki w kształcie babeczek (!)

 

Dlatego nie kupię tej książki, wolę pozostać przy tych starych, nieco siermiężnych wydaniach, w broszurowych okładkach, wydanych na szarym, brzydkim papierze.

 

 

Smak kwiatów pomarańczy – Tessy Capponi Borawskiej

Tak wygląda najnowsza książka Tessy Capponi-Borawskiej.

Podtytuł mówi o niej właściwie wszystko: Rozmowy o kuchni i kulturze

książka Tessy Capponi

Tak wygląda najnowsza książka Tessy Capponi-Borawskiej.

Podtytuł mówi o niej właściwie wszystko: Rozmowy o kuchni i kulturze

 

P. Tessy Capponi-Borawskiej – Włoszki osiadłej w Polsce – raczej nie musi się przedstawiać tym, którzy interesują się kuchnią. Wszyscy pamiętają jej „Kuchnię pachnącą bazylią”.

Tym razem przepisów kulinarnych raczej tu nie znajdziemy (od czasu do czasu pojawi się tylko jakiś zarys receptury), a książka ma właściwie dwóch autorów, a raczej autorek; bo jest to rozmowa pisarki i dziennikarki Agnieszki Drotkiewicz z Tessą Capponi-Borawską.

Osobiście nie przepadam za tą formą literacką, tymi wywiadami-rzekami.

Tematyka tej książki jednakże skłania do lektury. Poziom nasycenia rynku księgarskiego i mojej biblioteczki książkami z przepisami sięgnął już zenitu. Chcę czegoś więcej niż tylko zbioru przepisów. I między innymi dlatego warto tę książkę przeczytać.

Znajdziecie w niej trochę wspomnień autorki z pierwszych dni pobytu w Polsce, trochę rozważań o dietach, trochę o roli kobiet w kuchni, dużo o kulturze kulinarnej Włoch, ich książkach kucharskich i włoskich ucztach, sporo o zapachach, dźwiękach i wrażeniach wizualnych w kuchni; dla mnie rewelacyjny był rozdział poświęcony malarskim „martwym naturom”, które zawsze mnie fascynowały. Nie, w książce nie ma reprodukcji obrazów (musiałaby wtedy kosztować majątek), więc czytając, otwórzcie internet.

Jest też coś dla blogerów kulinarnych – prezentacja trzech blogerek z Nowego Jorku, Rzymu i Medoc we Francji, autorstwa A. Drotkiewicz (dlaczego nie ma nikogo z Polski??), jest omówienie polskiej prasy kulinarnej. Ciekawostką jest rozmowa z córką p. Tessy, Flavią, która pracuje jako szef kuchni.

Przeczytałam tę książkę szybko, ale myślę, że jeszcze wrócę do niektórych rozdziałów – bo proszą się o więcej uwagi i przemyśleń.



Mizeria małopolska

Propozycja z mojej, małopolskiej, kuchni regionalnej (przepis z książki Hanny Szymanderskiej „Potrawy regionalne”). Świeże, starte ogórki z dodatkiem białego sera, cebuli i śmietany są dobrą propozycją zarówno jako dodatek do obiadu, jak i na śniadanie (z dodatkiem bagietki).

mizeria małopolska

2 spore świeże ogórki, takie grubsze, na mizerię

1 cebula

łyżka posiekanego koperku

kawałek twarogu (dobry będzie też ser sałatkowy, lekko słony)

2-3 łyżki śmietany

sól, pieprz

Ogórki obieramy i kroimy na cienkie plasterki (dobrze sprawdza się starcie na tarce, tej części do ogórków), lekko solimy.

Cebulę obieramy i kroimy na cieniutkie plasterki. Dodajemy do ogórków.

Ser kruszymy na kawałki (lub kroimy w kostkę), dodajemy do niego śmietanę, sól i pieprz, po czym wymieszawszy, dodajemy do ogórków.

Mieszamy delikatnie i posypujemy pokrojonym koperkiem.

Krupnik pani Ćwierczakiewiczowej

Kiedy czytałam „Córkę kucharki” (o losach Tosi, przybranej córki słynnej pani Lucyny Ćwierczakiewiczowej), od razu wiedziałam, że muszę wypróbować przepis na krupnik. Bo, po pierwsze, zachwycali się nim bohaterowie książki i po drugie, bo był robiony inaczej niż robię go ja i wszyscy moi znajomi.

Jak więc?

Pani Ćwierczakiewiczowa zaleca:

„Ugotować rosół jak zwyczajnie z tych kości i żyłowatych kawałków, osobno także ugotować kwaterkę kaszy jęczmiennej na gęsto, lejąc parę łyżek tłuszczu z rosołu i gdy się dostatecznie rozklei, wziąć jeszcze kawałek masła, włożyć w kaszę, ubić ją z tym masłem doskonale i rozprowadzić ugotowanym rosołem. Wiele osób zasypuje od razu rosół kaszą jęczmienną; nie jest to dobrze, bo krupnik nie będzie kleisty i biały, a kasza będzie oddzielać się od rosołu”.

Czyli cały sekret w tym, żeby osobno ugotować rosół z jarzynami, a osobno kaszę i dopiero później wszystko razem połączyć.

Tak też zrobiłam. I wyszło pysznie, chyba będę zawsze tak krupnik gotować.

krupnik

Przepis? proszę bardzo, choć jeśli ktoś czytał książki kucharskie pani Ćwierczakiewiczowej, to wie, że nie ma tam dokładnych proporcji składników, dokładnych wskazówek (ot, choćby to stwierdzenie: „ugotować rosół jak zwyczajnie” – co wtedy znaczyło to: zwyczajnie?)

Tak więc przepis, który podam, będzie moją interpretacją tego bardzo ogólnego z książki. Ot, choćby dodanie ziemniaków; pani Lucyna pisze tylko o dodaniu włoszczyzny, a ziemniaki na pewno nie zaliczają sie do tej kategorii. Ale ja po prostu MUSZĘ mieć w krupniku ziemniaki. U nas w domu nikt nie wyobrażał sobie, że może ich w krupniku nie być.

Co do jarzyn, to albo mają się gotować w całości i potem zostaną pokrojone, albo ściera się je na tarce – nie kroi!

Bardziej mi się podoba to tarkowanie:)

To zacznijmy:

kawałek wołowiny (mogą być też kości)

skrzydełko z kurczaka

liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego

2-3 suszone grzybki

sól, pieprz

Wrzucamy wszystko do rondla, zalewamy zimną wodą i gotujemy na małym ogniu ok. 2 godzin (uzupełniając wodę).

marchew

pietruszka

kawałek selera

cebula

kawałek pora

3-4 ziemniaki

Marchew, pietruszkę i seler po obraniu zetrzeć na grubej tarce, pora pokroić w plasterki, cebulę w piórka, ziemniaki w kostkę, dodać wszystko do rosołu i gotować dalej do miękkości warzyw, ok. godziny.

filiżanka kaszy pęczaku

2-3 łyżki masła

Wypłukać pęczak, po czym wrzucić do zagotowanych w rondelku trzech filiżanek wody (lekko osolonej) i gotować do miękkości, mieszając i uzupełniając wodę. Kiedy kasza się już rozklei (będzie gęsta, klejąca się), dodać do niej kilka łyżek rosołu i masło, po czym zdjąć z ognia, rozetrzeć pałką lub drewnianą łyżką i połączyć ją z naszą zupą.

Mięso wyjąć i pokroić na małe kawałki, po czym z powrotem wrzucić do zupy.

Doprawić solą i pieprzem, dosypać posiekaną zieleninę (pietruszka, koperek, szczypiorek).

Można jeszcze dodać każdemu na talerz łyżeczkę gęstej śmietany.

Smacznego!

Córka kucharki

Oto nowa książka – jeszcze cieplutka, jak świeża bułeczka – parę dni temu pojawiła się na księgarskim rynku. Nieprzypadkowo porównałam ją do ciepłej bułeczki, bo jest to powieść kulinarna, o Tosi, przybranej córce słynnej w XIX wieku kucharki i – jak byśmy to dziś nazwali – kulinarnej celebrytki, Lucyny Ćwierczakiewiczowej.

córka kucharki

Tosia, wychowana przez tak silną osobowość, jaką była p. Lucyna (często bardzo kontrowersyjna w poglądach i ich oznajmianiu światu) i tak świetną kucharkę, nie miała wyboru: sama została świetną kucharką i zachwycała swym kunsztem rodzinę, jak i znajomych, zarówno w swojej młodości, kiedy łatwo było o znakomitej jakości produkty kulinarne, i kiedy ceniło się sztukę kulinarną, jak i w mrocznych czasach powojennej Warszawy, kiedy jako osiemdziesięcioletnia staruszka, umiała wyczarować pyszności po prostu z niczego.

Bo autorka, Weronika Wierzchowska, prowadzi nas przez dzieje Tosi symulatanicznie, XX wiek jest odskocznią we wspomnieniach Tosi do czasów belle époque.

Książka ta spodobałaby się także wielbicielom kryminałów, bo i te, zarówno sensacyjne, jak i zabawne – jak się okaże – wątki pojawiają sie na kartach powieści. O! i szachiści znajdą coś dla siebie!

Ale wróćmy do kuchni.

Tosia, młoda panienka, z zamożnego mieszczańskiego domu, kończy właśnie pensję, i staje się panną na wydaniu. Słynne obiady wtorkowe, wydawane przez panią Ćwierczakiewiczową, staną się sceną prezentacji Tosi i jej kulinarnych umiejętności. Wyobrażacie sobie tę krzątaninę w kuchni? Te zapachy i aromaty? Opis obiadu zwykłego, opis obiadu weselnego, zakupy na targu… Koniecznie trzeba to przeczytać.

Lektura tej książki sprawiła, że ponownie sięgnęłam do zapomnianej już nieco książki Ćwierczakiewiczowej  „365 obiadów”, która gdzieś tam kurzyła się na półce. Wszystkie przepisy, tak barwnie opisane w „Córce kucharki”, tu są.

Przyznam też, że być może zweryfikuję swoją pewność co do sposobu przygotowania niektórych potraw… I jedna i druga autorka z taką pewnością siebie twierdzą, że tylko taki a nie inny sposób gotowania jest właściwy. Choćby taki krupnik; matko jedyna, może ja naprawdę źle go gotuję???? Sprawdzę to:)

 



Kulinaria w polskim Vogue

Pojawił się pierwszy numer polskiej edycji miesięcznika mody „Vogue”.

vogue

Oczywiście wzbudził wielkie emocje, zwłaszcza okładka z Pałacem Kultury i czarną „Wołgą” w tle – przypominająca PRL-owskie zdjęcie sprzed lat! (dużo szumu o tym w necie).

Ale nie o modzie chciałam tu napisać (za mało się na tym znam i tylko staram się przedrzeć przez blisko 360 stron miesięcznika i stwierdzić, czy mi się spodoba na tyle by go od czasu do czasu kupować, czy nie).

Najpierw przedarłam się przez kilkanaście stron reklam do spisu treści (czy nie powinien być jednak ten spis treści na początku? przeglądanie kolejnych kartek w poszukiwaniu tego spisu budzi tylko irytację a nie zainteresowanie reklamą).

Kiedy wreszcie pojawiła się zawartość numeru, poszukałam artykułu o kulinariach – z reguły w każdym większym objętościowo piśmie coś takiego jest. Vogue nie stanowi wyjątku. Na stronie 344 mamy artykuł „Podróż do Szamapanii – wino z Bożym błogosławieństwem”.

Czemu w polskiej edycji pisma zaczynamy kulinaria od Francji?

Tego nam nie wyjaśniono.

Artykuł jest ciekawy, zdjęcia trochę mnie rozczarowały.

Ciekawostką jest podanie menu kolacji, w której uczestniczyła autorka artykułu, a której głównym bohaterem był szampan.

Proszę bardzo:

Przystawka: Dom Perignon Rose 2005 i tarta z krewetkami, krążkami cebuli i szafranem

Danie główne: Dom Perignon P2 2000 i kuskus w śródziemnomorskim stylu, przepiórka i gęsia wątróbka

Sery: Dom Perignon P2 2000 i regionalny ser Chaource

Deser: Dom Pergnon Rose 2005 i lody waniliowe oprószone pieprzem w kompocie z miechunki

Angielskie śniadanie panny Marple

„Hotel Bertram” – kryminał Agaty Christie, którego jeszcze nie czytałam. W rewelacyjnym, moim ukochanym tłumaczeniu Krystyny Bockenheim. Nikt, tak jak p. Krystyna, nie umie oddać angielskiej atmosfery! I moja ulubiona agatkowa bohaterka, znająca ludzką naturę jak mało kto, genialnie tropiąca zbrodnię panna Jane Marple.

            Na zimne ciągle i deszczowe kwietniowe dni – rewelacja!

            A kto by się oparł śniadaniu w eleganckim hotelu, które przyniesiono pannie Marple do pokoju?

niadanie_panny_Marple

Poczytajmy:

            „Panna Marple zamówiła śniadanie. Herbata, jajka w koszulkach, świeże bułeczki. Pokojówka była tak bystra, że nawet nie wspomniała o soku pomarańczowym ani o płatkach zbożowych.

            Pięć minut później podano śniadanie. Wygodna taca, z wielkim, brzuchatym czajnikiem do herbaty, mleko jak śmietanka, srebrny dzbanek wrzątku. Dwa śliczne jajka na grzankach, ugotowane jak trzeba, spora, okrągła porcja masła, z wyciśniętym wzorkiem — kwiatem ostu, zamiast małych, twardych kulek kształtowanych metalową foremką. Marmolada, miód, dżem truskawkowy. Apetycznie wyglądające bułeczki nie były twarde, jak z masy papierowej i pachniały świeżym pieczywem (najpiękniejszy zapach na świecie). Podano też jabłko, gruszkę i banana.

            Panna Marple przecięła jajko delikatnie, ale pewnie. Nie rozczarowała się: wyciekło ciemnozłote żółtko, gęste jak krem. Należycie przyrządzone jajko!

            Wszystko było gorące. Prawdziwe śniadanie!”

 

Moje jajko w koszulce nie jest tak perfekcyjne.

Bo też ja dopiero zaczynam się w tym kierunku kształcić. Właściwie nigdy dotąd takich jajek nie robiłam.

Niby jest to proste:

trzeba zagotować wodę, lekko ją osolić, wlać 3-4 łyżki octu i zanurzać w tej gotującej się wodzie jajka. Gotować 2-3 minuty.

Problem w tym, że białko lubi się rozlewać po całej powierzchni garnka, nie trzymając się żółtka!

Raz wyjdzie lepiej, raz gorzej.

Ale – jak to mówią: praktyka czyni mistrza:)

Bigos kapitana żeglugi wielkiej

Jest to przepis kapitana żeglugi wielkiej p. Karola Olgierda Borchardta (autora książki „Znaczy Kapitan”), podany przez jego asystentkę p. Ewę Ostrowską w książce wspomnieniowej „Pod białą różą”. Kapitan nazwał ten bigos: kaczka na jabłoni.

Zawsze, kiedy czytam takie przepisy (lub choćby tylko zarysy przepisów, jak w tym wypadku), mam ochotę lecieć do kuchni i przyrządzić potrawę.

Jak mi wyszło tym razem?

Zapraszam!

bigos_kapitana_w

30 dag kapusty kiszonej

30 dag kapusty białej (mniej więcej 1/4 małej główki)

1 duże jabłko winne (wagi ok. 30 dag)

upieczona pierś kaczki

przyprawy: sól, pieprz, majeranek, kminek, ziele angielskie, listek laurowy, szczypta cynamonu, szczypta papryki, łyżeczka cukru

olej, masło

100 ml calvadosu lub cydru jabłkowego

 

Kapustę kiszoną lekko odciskamy, szatkujemy by włosy nie były zbyt długie. Wkładamy do rondla z rozgrzanym olejem i łyżką masła, smażymy chwilę, po czym podlewamy niewielką ilością wody i dusimy do miękkości, dodając 2-3 ziarnka ziela angielskiego, listek laurowy i nieco pieprzu.

Kapustę białą dość drobno szatkujemy, lekko solimy, ugniatając, po czym wkładamy do drugiego rondla i podlewamy niewielką ilością wody, a kiedy już zabulgocze dodajemy sporą łyżkę masła, kminek, pieprz, nieco soli. Gotujemy do miękkości.

W trzecim rondlu topimy nieco oleju i łyżkę masła, dodajemy obrane i starte na grubej tarce jabłko, doprawiamy cukrem, cynamonem, papryką i dusimy do miękkości, uważając by jabłko się nie rozpadło.

Kiedy już wszystko będzie miękkie, łączymy w jednym garnku: kapustę kiszoną, kapustę białą, duszone jabłko i kaczkę pokrojoną na małe kawałki.

Mieszamy wszystko i dusimy jeszcze jakieś 20 minut. Doprawiamy solą, majerankiem, podlewamy calvadosem lub cydrem.

Gasimy ogień, przykrywamy pokrywką i zostawiamy na kilka godzin w spokoju. Dopiero po tym czasie podgrzewamy, próbujemy i doprawiamy do smaku według uznania.

Smacznego!