Polewka na bazie wigilijnego barszczu

Święta się skończyły i pomału wyjadamy z lodówki pozostałości z wigilijnego menu (zawsze jakoś wychodzi tego jedzenia za dużo).

Dziś proponuję zupę, przygotowaną na bazie wigilijnego, grzybowego barszczu (który się ostał, choć uszka do niego „wyszły”)

Będą w tej zupie ziemniaki, makaronowa zacierka i dużo śmietany.

  • ok 1 litra grzybowego barszczu wigilijnego
  • 1 spory ziemniak
  • 2 czubate łyżki zacierki makaronowej
  • 1 cebula
  • kilka suszonych prawdziwków
  • 3-4 łyżki gęstej śmietany

Ziemniaka i cebulę kroimy w kostkę, zalewamy zimną wodą, dodajemy suszone grzybki i zagotowujemy. Dodajemy makaronową zacierkę i gotujemy, aż wszystkie składniki będą miękkie.

Wlewamy  barszcz.

Kiedy się zagotuje, dodajemy śmietanę i przyprawiamy solą i pieprzem.

Smacznego!

Choinki na pniu

Kiedy kilka lat temu pojawiły się na rynku, od razu mi się spodobały.

Ale niełatwo je ubrać; inaczej rozkładają się im gałęzie, trudno zachować właściwe proporcje, bo nagle ze smukłego pnia wyrasta rozłożysta choina. Już nie mówiąc o tym, że niełatwo choinki fotografować.

To moje tegoroczne próby.

Wesołych Świąt wokół choinki dla wszystkich!

Narodził się już!

„Zamiast stajni – mógł być pałac

Zamiast Maryi i Józefa, ludzi prostych i ubogich – mogli być ludzie wykształceni i bogaci, nawet milionerzy.

Zamiast pasterzy – Anioł mógł powiadomić możnych i wpływowych czy polityków.

Dlaczego było zwykle, prosto i ubogo?

Może dlatego, żebyśmy wiedzieli, że Bóg narodził się dla wszystkich?

Aby nadal rok w rok, dzień po dniu, mógł rodzić się w sercach wszystkich ludzi, także naszych.”

Ta szopka, nazywana w domu małą – bo rzeczywiście jest malutka, to mój tegoroczny nabytek. Z drzewa oliwnego, kupiona na stronie „Kościoła w potrzebie” https://pkwp.org/sklep

Pięknie wpisała się w półkę domowej biblioteczki.

Wesołych Świąt!

Dawne kartki świąteczne

Kiedyś wysyłało się z życzeniami kartki papierowe, tradycyjną pocztą.

Kiedyś znani artyści dostawali zlecenia na opracowanie serii świątecznych kartek.

Znalazłam kartki Bożonarodzeniowe grafika Jana Marcina Szancera, mojego ulubionego ilustratora dziecięcych bajek.

Wraz z najlepszymi życzeniami przesyłam je wszystkim, którzy do mnie zaglądają!

Wigilia w Opactwie Cystersów

W opisie wigilijnych wieczerzy przenosimy się do czasów nam współczesnych, do pięknego opisu Wigilii w Opactwie Cystersów w Wąchocku

Patrz: tej nocy cichej dziecię się zrodziło
I co Adam stracił, szczodrze nadrobiło:
Gdy cicha jest twa dusza i spoczywa nocą,
I w tobie się człowiekiem stanie Bóg z ochotą.

Angelus Silesius

Święta, grudniowa noc z majestatyczną powagą spowijała wąchockie zabudowania klasztorne. Żwawe, okruszki białego puchu przyklejały się do kamiennych murów romańskiej świątyni, znajdując schronienie w głębszych glifach przeźroczy okiennych oraz wypełniając pustki między piaskowcowym licem murów. Przybyły one z popielatego nieboskłonu, którego firmament powoli czerniał, aby ukazać wyhaftowany wzór z gwiazd. Tradycyjne, gdy pierwsza z nich rozbłysła – cysterscy mnisi zasiedli do wigilijnej wieczerzy.

Przygotowania przedświąteczne trwały w najlepsze od kilku dni. W kaplicy bł. Wincentego Kadłubka bracia dzielnie wznosili szopkę. Ciszę w świątyni przerywał dźwięk wkrętarki, łączącej ze sobą drewniane deseczki; czy metaliczne drżenia drabiny, gdy na kilku metrach wymieniano oświetlenie na bardziej nastrojowe. Podobnie i bliżej prezbiterium, ku pozycji wertykalnej wyrastały zielone, iglaste drzewka, ozdabiane biało – niebieskimi żaróweczkami. Nie inaczej pracowano w refektarzu – gdzie choinka została okraszona także i czerwienią bombek i srebrnym łańcuchem. Tak starej tradycji stało się zadość – gdyż zielona choinka symbolizuje rajskie drzewo, czerwone bombki – jabłka, a srebrny łańcuch – inteligentnego węża.

Długie korytarze konwentu spowijała ostra woń detergentów; w kuchni mieszały się przeróżne zapachy potraw, a prace przerywał tylko dźwięczny hałas dzwonka, wzywający na liturgię godzin. W niej podniosłą atmosferę oczekiwania, już od IX w. podkreślą „Wielkie antyfony O!” Są to antyfony podczas nieszporów, otwierające Magnificat, a ich nazwa wywodzi się z tego, że każda rozpoczyna się właśnie od wykrzyknienia z literą ”O”. Ostatnia z nich – ,,O Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany Zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas zbawić, nasz Panie i Boże” rozległa się 23 grudnia, gdyż pierwsze nieszpory dnia następnego są już z oficjum Narodzenia Pańskiego. Uciszona jest już adwentowa tęsknota – a majestatycznym spokojem tchną hymny, antyfony i psalmy. Oczekiwanie zamieniało się w radość przyjścia, co szczególne uderza w antyfonie, którą Kościół śpiewa tego dnia o zachodzie słońca: ,,Kiedy wzejdzie słońce na niebie, ujrzycie Króla królów, który wychodzi od Ojca, jak oblubieniec ze swojej komnaty”.

Również starą tradycją jest, tego dnia, czytanie fragmentu Martyrologium, zawierającego starożytne daty:
,,W roku 5119 od stworzenia świata, gdy Bóg stworzył na początku niebo i ziemię;
w roku 2759 po potopie;
w roku 2015 po narodzeniu Abrahama;
w roku 1510 po wyprowadzeniu ludu izraelskiego pod wodzą Mojżesza z niewoli egipskiej;
w roku 1032 od czasu, gdy Dawid został pomazany na króla;
w 65 tygodniu według proroctwa Daniela;
w 194 olimpiadzie, w roku 752 po zbudowaniu miasta Rzymu;
w 42 roku panowania Oktawiana Augusta, gdy na całym świecie pokój zapanował;
w 6 okresie historii świata,
Jezus Chrystus, Przedwieczny Bóg i Przedwiecznego Ojca Syn, chcąc uświęcić świat swoim miłościwym najświętszym Przybyciem,
począł się z Ducha Świętego i po upływie dziewięciu miesięcy
w Betlejem Judzkim rodzi się z Maryi Dziewicy jako człowiek.
Narodzenie Pana naszego Jezusa Chrystusa podług ciała”.

O godz. 18 rozpoczęła się w wąchockim klasztorze wigilijna wieczerza. Naturalnie, jej wstępem był zwyczaj łamania się opłatkiem i składania życzeń. Po nich, mnisi zasiedli do stołów, aby spożyć 12 potraw. Na dębowych blatach pojawiały się ryby na przeróżny sposób przyrządzone, uszka, zupa grzybowa, kompot z suszu i inne dania, znane z każdego polskiego domu.

Po posiłku – oczekiwanie na wigilię liturgiczną. Tak bowiem dawniej nazywano Godzinę czytań, która tej nocy została wyznaczona na godzinę przed północą. Noc bowiem przeznaczona jest nie tylko na sen, ale także i na rozmyślanie i modlitwę. Przygotowywała ona do Eucharystii o północy – Pasterki.

Wielkie czyny historii świata dzieją się zazwyczaj za dnia, a pamiątkę ich obchodzi świat w świetle dziennym. Kościół jednak wybrał uroczystą ciszę nocy i w dawnych czasach wszelkie święta swoje obchodził w nocy. Wielkie wydarzenia w dziejach odkupienia odbywały się z dala od oczu ludzkich, w cieniach nocy – wyprowadzanie z niewoli egipskiej, czy zabicie i spożywanie baranka wielkanocnego. Eucharystię ustanowił Chrystus o wieczornej porze, a właściwie już w nocy. Oddał On ducha wprawdzie za dnia, ale słońce wówczas zaćmiło się i świat opanowały ciemności. Zmartwychwstał zaś w mroku świtającego poranka wielkanocnego.

Gdy zaś na świat przychodził, również wybrał noc – jak wspaniale śpiewa liturgia: ,,Gdy wszystko spoczywało w głębokim milczeniu, a noc połowę swej drogi przebiegła – Wszechmocne Słowo Twoje, Panie, przybyło z nieba królewskiego tronu”.

Wielijo pod Łysicą

Szukając opisów Wigilii, cofamy się jeszcze dalej w czasie; mamy lata międzywojenne, jesteśmy w Świętokrzyskiem, w Chybicach, w chłopskiej chacie. Opisał ją w autobiograficznej powieści Stanisław Orzeł. Znalazłam tę jego książkę – „Pod Łysicą” – w genealogicznych poszukiwaniach swoich świętokrzyskich korzeni. Chybice są „nasze”; żyli tu moi powinowaci.

Ta chybicka wigilia jest uboga; nie ma choinki, nie ma szopki, nie ma prezentów. Ale jest snop słomy w izbie i są śpiewane przez wszystkich kolędy!

Wigilia nazywała się u nas dziwacznie „wielijo”. Nigdy nie wiedziałem, co to znaczy. Do szkoły nikt nie szedł, bo była zamknięta. Kiedy wstałem, na ławie pod piecem i na tej, na której jadamy, leżały już duże bochenki białego  placka. Z wierzchu były ciemniejsze, spod spody białe, a u niektórych z boku wyrastała „gęba” i wyraźnie śmiała się do nas, jakby prosiła, aby ją oderwać. Ale nie było wolno.

– Niech cie ręka bosko broni – upominała matka. – Placki z mlekiem som i smarowane jojkiem, zaroz by ci zęby powylotały.

Patrzeć nie mogłem na te placki. Urwałbym na pewno taką „gębę” i zjadł, ale te baryły, Zośka i Baśka, pilnowały mnie najlepiej. Jak tylko co , to zaraz w krzyk:

– Mama, Stasek bierze!

A same to „rypały” po kawałeczku i nic. Im można bo jeszcze małe. I żeby chociaż barszcz był na śniadanie, a tu nic. Jeść nie można aż dopiero wieczorem. Szczęście matka ulitowała się i dała herbaty, ale chleb był tylko czarny i suchy.

Kiedy potem położyłem czarny bochen obok tych białych, to aż się tamte jakby odsunęły od niego. Prędko zabrałem go z ławy, bo i mnie żal było czarnego, powszedniego chleba.

Biedny, czarny chleb.

W piecu paliło się już na drugie pieczenie. Też placki. Dużo ich będzie, ale musza wystarczyć aż do Trzech Króli. Muszą, a przecież nie wystarczyły i w Trzech Króli musieliśmy przeprosić nasz czarny chleb.

W domu , choć dużo ludzi, każdy dostał robotę. Nawet Kazik, który przyjechał na święta, rżnął sieczkę z Józkiem. Pobiegłem im pomagać. Pchałem słomę do sieczkarni, ale więcej słuchałem, co sobie opowiadali o mieście. A Kazik mówił ładniej niż sam Ciarupa, jakby z książki czytał. I nikt się z niego nie śmiał , chociaż mówił „po pańsku”. Lubiłem takiej mowy słuchać: była jak biały placek, a nasza jak ten czarny chleb, który musiałem jeść na śniadanie.

Wieczór już był, ciemniało, a matka z Maryną jeszcze swojego nie zrobiły. Józek zakończył mnie właśnie strzyc, ku ogólnej wesołości, bo powystrzygał na mojej głowie to drabinę, to pokosy siana, to pole nierówno w skiby zaorane. Każdy widział co innego. Nic mnie to jednak nie obchodziło . Co znaczyły schody na głowie wobec zapachu racuchów smażonych na oleju.

Byłem głodny i ogromnie zły na zakaz jedzenia. Toteż gdy Maryna zawołała mnie do robienia „kołeczków” (takie kluski z ciasta), szepnąłem jej na ucho, że będę robił, ale ma mi dać natychmiast dwa racuchy. O jednym w ogóle słyszeć nie chciałem. Muszą być dwa i koniec. Dała. Zjadłem je w ciemnej sieni. Gorące były, ale jakie smaczne! Grzech – to prawda, ale obiecałem Panu Bogu zmówić za to dwa pacierze po kolacji. Matka nie widziała , bo karmiła akurat małego Jurka, aby nie przeszkadzał, gdy będziemy jedli.

A ja potem z nosem spłaszczonym o oddmuchaną z mrozu szybę wpatrywałem się w kawałek nieba na wprost kuchennego okna. 

– Jest, jest już – krzyknąłem. – Jest pierwsza gwiazda!

Nareszcie. Codzienna ława wydała mi się wspaniałym stołem, chociaż wkoło niej staliśmy wszyscy ci sami, każdy ze swoją łyżką zaznaczoną kreską lub kółkiem. Ojciec też w ten jeden dzień w roku siedział razem z nami przy naszej kulawej trochę ławie. Właściwie to z początku łyżkę trzymałem tylko ja i dwie małe siostry. Wszyscy inni byli jacyś spokojni i nieśmiali. Podejrzewałem ich, że na pewno nie są głodni, na pewno „podsmycyły” już czego. Musiałem jednak i ja łyżkę położyć, bo matka przyniosła z pokoju całą paczkę opłatków. Teraz dopiero zobaczyłem, że były na dużym placku, leżącym na sianie i przykrytym białym płótnem. Każdy z nas otrzymał po połówce lub trochę więcej opłatka. Staliśmy wszyscy przy ławie. Nikt nikomu nie dawał łamać opłatka, dopóki ojciec nie zaczął.

Słuchaliśmy wszyscy w skupieniu, jak ojciec mówił do matki głośno, wyraźnie:

– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony, żebyś się poprawieła i wiency myślała o gospodarce.

– A juści, bo to mało myśle – zaczęła matka, ale urwała zaraz i podsunęła ojcu swój opłatek, a gdy łamał go malutkimi kawałeczkami, mówiła tak samo wolno i wyraźnie:

– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony… a żebyś się nie złościeł, nie zemścieł i mnie nie bieł i …

– Te, jucho – nie wytrzymał ojciec – cóz ty znowu z tym biciem wyjezdzos. Jak ci …

Pomiarkował się jednak i zakończył dobrotliwie:

– Dobrze, dobrze, zobocymy, ale ci dzisioj obiecuje, ze bieł nie bede. A teroz , ty Józek.

I zaraz podzieliliśmy się na dwie grupy. Jednym życzył ojciec, drugi matka, a potem zmiana i dopiero na końcu my między sobą. Każdy musiał najpierw wymienić i to koniecznie – inaczej nie byłoby ważne – to co najważniejsze: szczęścia, zdrowia, fortuny i korony w niebie, a potem dopiero mógł dołożyć na końcu swoje życzenia. A życzenia były różne. Józkowi i Marynie życzył ojciec,  aby dobrze krów i konia  pilnowali, Kazikowi i mnie, abyśmy się dobrze uczyli, a naszym siostrom, aby rosły duże. Wszystkim nam, abyśmy o rodzicach nie zapomnieli. Cały czas powtarzałem sobie w pamięci: „zdrowia, szczęścia, fortuny” – i udawało mi się potem powiedzieć prędko i bez zająknienia, a o to najwięcej chodziło.

Najpierw jedliśmy barszcz z grzybów z plackiem a potem śledzia. Następnie szły po kolei: kasza, fasola, kapusta, paluszki, czyli „kołki” z makiem posypane cukrem, pierogi z kapusty z olejem, ptasie mleko, soporek i w końcu racuchy z herbatą z cukrem.

Matka nie siedziała z nami. Dokładała jedzenia. Z każdej potrawy brała kilka łyżek do żeleźniaka stojącego pod ławą – dla krów. Sama pojadała trochę, stojąc. Nikt się nie kłócił przy jedzeniu. Każdy jadł, ile chciał, ale musiał wszystkiego choćby po jednej łyżce zjeść – bo inaczej grzech. Trzeba było tylko łyżki dobrze oblizywać, gdy  matka stawiała nowe jedzenie.

Ptasie mleko to był sok z maku wyciskany wałkiem od maglownicy, a w tym makowym mleku ugotowana była tylko jedna garść jaglanej kaszy. Z cukrem smakowało mi to ptasie mleko bardzo. Żaden ptak mleka nie daje, więc po co tak śmiesznie nazywać.

Soporku matka nagotowała pół dzieżki, tylko też był trochę oszukański, bo z sacharyną. Ale śliwki i gruszki gotowane, aby tylko było ich dużo, to i z sacharyną smakują i chronią od boleści – tłumaczyła nam zawsze matka.

Najsmaczniejsze jednak były racuchy. Wyrośnięte, posypane cukrem, te bardziej przysmażone trzeszczały w zębach i „same się jadły”. Przy śledziu była też i wódka, ale pił sam ojciec i to tylko trochę. Widziałem, że przyglądał się butelce i miał wielką ochotę wypić wszystko, ale matka zabrała zaraz wódkę do szafy. Aż dziw brał, że ojciec nie zaklął. Niechby tak spróbowała w inny dzień schować – strach pomyśleć, co by to było.

Jak tylko dopiliśmy herbatę, ojciec przydźwigał do kuchni wielki snop słomy. Toż to była uciecha! Ojciec położył słomę pod oknem. Każdy brał garść i rzucał za belki sufitu. Zaraz też cała kuchnia i pokój przystrojone były to długimi źdźbłami, to całymi garściami słomy. Pachniało w domu stodołą i polem we żniwa. Resztę matka podmiotła i zrobiła wygodne posłanie.

To było dla nas. Wywijaliśmy na nim kozły i nawet dochodziło do bójki o lepsze miejsce. Słomę można było wyrzucić dopiero w drugi dzień świąt, a tę zza belek dopiero w Nowy Rok. Wtedy robiło się z niej krzyż i stawiało na polu żyta, aby duże rosło i aby je grad nie wybił we żniwa.

Mały snopek z przyniesionej słomy odebrał zaraz na początku Józek i razem z Maryną i Kazikiem wybiegli do ogrodu. Pobiegłem i ja za nimi, chociaż mnie nikt nie prosił, bo co tam ja dla nich? Po słomie się turlam, tom smarkacz i nic mi do wiązania drzew. Ale ja poszedłem i chociaż tylko cieniutką śliwkę i gałąź bzu, ale zawsze związałem.

Mróz skrzypiał pod nogami, gwiazdy mrugały do nas z nieba, jakby i one miały „wielijo”, a we wszystkich sadach rozlegały się wesołe krzyki, a ze wszystkich okien błyszczały światła. Cała wieś i wszystkie wsie naokoło śpiewały. To było prawdziwe święto, bez smutku, bez pomstowania, bez bicia. Wszystko się wszystkim zapomniało i wszędzie w chałupach było jak w kościele.

Tymczasem w izbie słychać już było głos ojca, który zaczynał śpiewać „Wśród nocnej ciszy”. Wpadliśmy razem do kuchni i zaczęło się prawdziwe śpiewanie. A potem każdy mył się po kolei, a dobrze, bo następne święta będą dopiero za trzy miesiące. Spałem tej nocy długo. Zamiast anioła, który w tę noc każdego odwiedza – jak mówiła babka Franciszka – śniły mi się tylko racuchy. Ojciec przynosił je z pola w workach i sypał  w kuchni aż pod powałę – duże, pachnące, pocukrowane.

Wigilia Hubalczyków

W adwentowych rozmyślaniach cofamy się w czasie; trwa II wojna światowa.

To musiała być strasznie smutna Wigilia. Pierwsza okupacyjna…  W wielu domach miejsce przy stole miało już zawsze pozostać puste. Byli jednak tacy, którzy chociaż przez chwilę mogli mieć wrażenie, że do wigilijnej wieczerzy zasiadają w wolnej Polsce. Sprawiał to widok polskich mundurów, noszonych w okupowanym kraju jeszcze dwa miesiące po Wrześniu. 23. grudnia 1939 roku w leśniczówce Bielawy niedaleko Poświętnego miała miejsce Wigilia Oddziału Wydzielonego WP majora Hubala. 

Major do oddziału wrócił 23. grudnia, przywożąc z Warszawy awanse dla pchor. Zygmunta Morawskiego („Bem”),  kpr. Romualda Rodziewicza („Roman”) i wspomnianego już Alickiego, a z Kielc prezenty: ciepłe skarpety, szaliki, rękawiczki, bieliznę i papierosy. Były to dary od tamtejszych harcerek, nazywanych później Ósemką Kielecką. Ze swoimi żołnierzami spotkał się na Bielawach, gdzie trwały już przygotowania do Wigilii.

Leśniczówkę Józefa Żulikowskiego wybrano nieprzypadkowo. Jeszcze w połowie XIX wieku należała do zgromadzenia księży Filipinów, administrujących tutejszą owczarnią. Za pomoc udzielaną powstańcom w 1863 roku władze carskie odebrały zakonnikom ich dobra i przez prawie pięćdziesiąt kolejnych lat w obszernych budynkach gospodarskich stacjonowała sotnia kozacka. W niepodległej Polsce osada stała się siedzibą leśniczego i gajowego, a także ośrodkiem szkoleniowym dla gajowych. Do wybuchu wojny leśniczówka pełniła również funkcje reprezentacyjne – przed lub po udanym polowaniu często biesiadował tu prezydent Ignacy Mościcki. Ustronnie położona, dysponująca przestronną salą myśliwską, świetnie nadawała się na miejsce Wigilii Hubalczyków i ich zaproszonych gości. 

Był to już dzień wigilijny, wieczorem stawiliśmy się w leśniczówce, gdzie był już major z Korabiem. Spotkaliśmy się wszyscy w dużej sali z podwyższeniem na scenę. Na podwyższeniu stała choinka. Pod białym obrusem pachniało siano, na stole opłatek. – wspominał Marek Szymański, ps. „Sęp”. Stoły ustawiono w podkowę, a na ścianach zawisły godło państwowe i polskie flagi. Panował podniosły nastrój. Ksiądz Mieczysław Gawron z Poświętnego zmówił krótką modlitwę. Chwilę później Major, ubrany w nieskazitelny mundur, rozpoczął dzielenie się opłatkiem, w pierwszej kolejności przełamując się z gospodynią, Ludmiłą Wróblewską. Na chwilę zapomniałam, że trwa wojna  – zwierzyła się później.  – Te mundury polskich żołnierzy zwiodły wszystkich obecnych. Wydawało nam się, że jesteśmy w wolnej Polsce…

Po odjeździe gości rozpoczęła się część mniej oficjalna. Pamiętam, jak major siedział przy kominku, podparty na łokciu. – wspominała Maria Żulikowska. –  Ogień buzował, burka zwisała majorowi z ramienia. A naokoło siedziały jego chłopaki i śpiewały pieśni. Wigilia musiała być dla Hubalczyków pięknym przeżyciem, skoro następnego dnia pisali w liście do harcerek kieleckich: Cóż to była za Wigilia! Jedni z bardzo nielicznych Polaków święciliśmy ją wolni i niepodlegli żadnej okupacyjnej władzy i ten kawałek Ziemi Polskiej na którym ją święciliśmy, był skrawkiem Państwa Polskiego w całym tych dwóch wyrazów, tak drogich dla nas, znaczeniu. Dużo nas tu nie było, ale jakże dobrane towarzystwo! Było nam osobliwie dobrze na tej Wigilii, jedynej takiej w życiu, niezapomnianej, dobrze z naszym dowódcą, ze sobą w tej naszej zwartej, zżytej tak mocno, serdecznie, żołnierskiej gromadzie.

I jeszcze wojenna kolęda:

Żołnierz drogą maszerował to kolęda powstańcza.

Autorka listu skierowanego do Olgierda Straszyńskiego, podpisująca się imieniem Wanda, pisze: Przesyłam słowa kolędy z Powstania. Historia jej: grudzień 1944 – Boże Narodzenie. W szpitalu w Milanówku leżą ranni powstańcy. Nadeszła wigilia. Smutne drzewko, smutne myśli i wtedy powstały te słowa. Po wojnie, w latach czterdziestych, nagrana została płyta. Ktoś kupił „Piosenkę o mojej Warszawie” i niespodziewanie – znalazł tę kolędę na drugiej stronie. Obecnie płyta jest unikalna.

Wigilia w PRL

Pierwszy dzień Adwentu.

Kolejny Adwent w naszym życiu. Z powodu pandemii zapewne będzie trudny: i sam Adwent i Święta Bożego Narodzenia.

Ale często tak bywało: czas świąt nie zawsze niósł tylko radość. Każda epoka miała swoje zmartwienia i troski.

Wróćmy dziś do czasów PRL-u. Łatwo nie było.

Fragment książki Barbary Czaykowskiej-Kłoś: Historie kuchenne

Nawet w najtrudniejszych czasach, kiedy trze­ba było zdobywać karpia, wystawać w kilometro­wych kolejkach, w wieczór wigilijny ryba była na wszystkich, nawet najbiedniejszych stołach. Opła­tek i karp. Zostawiłam dzieci i Piotra w pachnącej świątecznymi przygotowaniami kuchni, a sama pognałam na przystanek. Miałam zarezerwowaną kolejkę pod ursynowskim megasamem. Wszyscy czekali na rybi transport, bo poranna dostawa kar­pia się wyczerpała. Byłam już przy ladzie, kiedy się skończyły. Ależ to bolało! Wystałam jedynie dwa należące mi się śledzie i ponownie zajęłam kolejkę, tym razem na końcu ogona, po dwa karpie. Chy­trze pomyślałam, że dzięki temu wystoję jeszcze kolejne dwa śledzie.

Niemal radosna pojechałam sprawdzić, co w domu. Miałam co najmniej trzy godziny. Wiedziałam, że zdołam się rozgrzać i coś na pewno zdążę zrobić.

Kolejka nieco się przesunęła. Moje miejsce było już prawie w drzwiach. Będzie trochę cieplej – po­myślałam. Nie było. Drzwi na oścież otwarte, pełno śliskiej, burej, błotnistej mazi na podłodze. Na dwo­rze było równie zimno, trochę bardziej wiało, ale za to był śnieg, który to nasze nędzne życie bielił zdobiąc ostatnie dni Adwentu. Do władczyń zza lady było jeszcze daleko, ale już rozlegały się ich niemiłe odzywki i wrzaski. Umordowany tłum stał dość pokornie, może czasem ktoś próbował wyże­brać nieco większą rybkę i to wzbudzało wściekłość ekspedientek.

Fakt, od rana, a może i od wczoraj biegają po tej błotnistej bryi. Przecież po tamtej stronie lady mają jej tyle samo albo i więcej, co my tutaj, a w domu też ktoś na nie czeka – ćwiczyłam sobie na nich szwankującą miłość bliźniego.

Kolejka nie stała „gęsiego”. Ludzie grzali się sobą nawzajem. Żadnych szpar. Staliśmy po trzy, cztery osoby razem, ale każdy wiedział, za kim stoi. Ogon, który wyglądał na pięćdziesiąt metrów, jakby go rozciągnąć w pojedynczy, cienki, miałby pewnie ze dwieście i znów wylądowałabym kawał poza sklepem. Wszyscy chcieli być przynajmniej pod dachem. Rozmyślałam o domu. Dzieci pewnie nanizały już pierniczki na nitki. Piotr dziurawił je igłą i przewlekał białą nitką, Kinga wiązała supełki, a Anusia zawieszała wszystko na drążku miotły, opartej o dwa stołki. W kolejce czekały cukierki i sterta białych, postrzępionych na końcach bibułek. W każdą trzeba zawinąć cukierek i porządnie skręcić oba końce. Będzie śliczny cukierkowy łańcuch…

Stojąc wciśnięta w tłum, z nosem wtulonym w zwój wełnianego szala, z rozrzewnieniem myślałam o ciepłym domu. Nie czułam chłodu. Butami prawie nie dotykałam zimnego, rozmokłego kartonu. Ściśnięta przez tłum, stałam jakby lekko uniesiona, niemal bezwładnie. Mogłam nawet się przespać. Kolejka mnie niosła.

Harmider jakby ktoś pokrętłem lekko ściszył. Nos wygrzał sobie miłe gniazdko w szalu, więc ostrożnie tylko przekręciłam głowę, żeby jak naj­mniej zmieniać pozycję. Szerzej tylko otworzyłam oczy i bezmyślnie wodziłam wzrokiem po ludzkich nogach, po błocie i rozmoczonych „dywanikach” z tektury. Zatrzymałam się przy otwartych drzwiach wejściowych. Dziwne, bardzo płytkie półbuty, cał­kiem nie na tę pogodę. Mocno sfatygowane, jakby nigdy nie widziały pasty ani szewca. Wyżej skarpet­ki – długie, coś z nich wyłaziło. Wąskie, za krótkie spodnie, wąski ciasny płaszcz. Kiedyś pewnie był ładny, „Marengo”, w jodełkę – oceniłam. Płaszcz miał zbyt krótkie rękawy. Wystające z nich wąskie ręce i długie szczupłe palce były bladosine, pewnie skostniałe z zimna. Ostrożnie, by nie tracić ciepła, uniosłam nieco nos razem z szalem. Mężczyzna był wysoki. Okulary, bardzo ascetyczna, chuda twarz, duże, średnioprzytomne oczy patrzyły gdzieś hen. Łzy zakręciły mi się w oczach. Pomyślałam: dusza Norwida w łachmanach u schyłku życia. Stanęłam mocniej na mokrej mazi i przeprosiłam „podtrzy­mujące” mnie panie.

– O, tamten pan jest ze mną, szuka mnie. Ścią­gam go wzrokiem, ale jakoś nie patrzy w naszą stronę. Pójdę po niego, dobrze?

Uśmiechnęłam się do „Norwida”;

– Proszę do mnie podejść… Do kolejki szepnęłam. – Kupimy razem karpie. Będzie panu w ścisku cieplej.

Poszedł ze mną bez słowa. Poczułam się odpowiedzialna za niego i zadbałam, by był odpowiednio ściśnięty przez tłum. Grzecznie dał się ludziom nieść. Nie rozmawialiśmy. Dalej grzałam nos w sza­lu, mój podopieczny mnie pilnował.

Zapłaciłam za cztery, szczęśliwie już śnięte, kar­pie i cztery śledzie. Taki był urzędowy przydział: dwa karpie i dwa śledzie na twarz. Wyszliśmy ra­zem. Dałam mu zawiniątko z jego rybami. Wziął bez słowa, nie podziękował.

  • A może przyjdzie pan do nas na Wigilię? To niedaleko. Dam panu adres. Drzwi będą otwarte – zapraszałam.

Wreszcie się odezwał i spojrzał na mnie jak czło­wiek, a nie duch.

  • Mam psa – powiedział i obdarował mnie czymś w rodzaju uśmiechu. Nie wiem, dlaczego myślałam, że jest samotny i opuszczony.

Przyjechałam do domu nocnym autobusem. Piotr zdenerwowany skubał brodę spacerując z Panem Migdałem przed domem, a dziewczynki spały ubrane w łańcuszki z cukierków okręconych białymi bibułkami. Wyglądały jak aniołki otulone skrzydłami. Byłam tak zmęczona, że dopiero w cie­płym, pachnącym i bezpiecznym domu poczułam, jak zimno mną telepie. Chyba jednak bardziej niż zimno, czułam wszechogarniający błogostan, satysfakcję i dumę. Mieliśmy cztery śledzie, dwa karpie i uszczęśliwiłam pana w półbutach oraz jego psa. Czego chcieć więcej?

(Barbara Czaykowska-Kłoś, Historie kuchenne)

Wystawa sztućców w czasach zarazy

Inaczej to miało wyglądać, więcej miało być osób, ale cóż, takie są prawa pandemii…

Długo przygotowana i długo oczekiwana wystawa p. Stanisława Jaruszewicza z Marcinkowa (kolebki mojej rodziny) wreszcie ujrzała światło dzienne. W Starachowicach, w Muzeum Techniki i Przyrody otwarto wystawę „Przemysł domowy. Zabytkowe sztućce i zastawy stołowe – wytwórcy, wzornictwo i zastosowanie”.

https://www.facebook.com/Zabytkowa-Zagroda-w-Marcinkowie-2207678956158233/

Szkoda, że tylko w sieci mogłam ją zobaczyć. Wprawdzie widziałam rok temu kolekcję sztućców w marcinkowskiej zagrodzie, ale w międzyczasie i zbiory p. Stanisława się powiększyły i muzealna ekspozycja wydobywa i pogłębia piękno zastawy.

Pan Stanisław o sztućcach wie chyba wszystko.

Jego kolekcja liczy kilkaset sztuk; najwięcej ma tych z XIX wieku, ale nie brak i starszych okazów. Łyżki, noże, widelce, sztućce do ryb, sztućce do skorupiaków, do sałat, do szparagów, chwytaki do kości, łyżeczki do musztardy, do odmierzania liści herbaty, do obcinania skorupek jaj na miękko, łyżeczki do kawy, do lodów, szczypce do cukru, łyżki wazowe do zup i sosów, łyżki cedzakowe, sztućce dla dzieci, specjalne sztućce dla chorych, nożyki do masła, noże do chleba, noże do sera, do porcjowania drobiu, łopatki do pasztetów, łopatki do ogórków, łopatki do sardynek, widelczyki do raków, do oliwek, nożyczki do winogron, sitko do cukru pudru, łyżki barmańskie….

Długo można by wymieniać.

Wystawa jest bardzo ciekawie przygotowana (autorstwa p. Wioletty Sobieraj); to nie tylko ułożenie sztućców w gablotach i szklanych witrynach. Stworzono aranżację dwóch stołów: ze szlacheckiego dworku i wiejskiej chaty.

Zdarzało mi się już wydawać przyjęcia w ludowym stylu, w glinianych misach, z drewnianymi łyżkami. Ale mając taką ilość sztućców, jak pan Stanisław, już widzę oczami wyobraźni, te tematyczne przyjęcia, które bym wydała…

Kocham ten pierwszy rzut oka na nakryty na przyjęcie stół, kiedy jeszcze nie ma rozgardiaszu, który nieuchronnie towarzyszy każdemu spotkaniu przy stole.

A zauważyliście te plansze, przed którymi stoją twórcy wystawy?

To schematy aranżacji stołu; dawniej wiele pań domu pilnie studiowało takie plansze, w tym temacie obowiązywały bowiem dość sztywne reguły i nie można było pozwolić sobie na gafy…