Rozbita bombka

(Adwentowe lektury II)

Pewnie każdemu przytrafiło się, że stłukł ukochaną bombkę, ubierając choinkę. U mnie w tym roku przytrafiło się to ładnej, bardzo ładnej, ludowej bombce, malowanej w kwiaty i łowickie pasy. Popatrzcie, jak pięknie pisała o takiej sytuacji Tove Jansson (ta od Muminków)

Opowiadanie Tove Jansson Boże Narodzenie

„Im się jest mniejszym, tym Boże Narodzenie jest większe. Pod ga­łęziami choinki jest ogromne, jest zieloną dżunglą z czerwonymi jabłkami i smutnymi, cichymi aniołami, które wirują na nitkach, strzegąc wejścia do dziewiczego lasu, a w szklanych bombkach dziewiczy las nie ma końca. Dzięki choince Boże Narodzenie jest absolutnym bezpieczeństwem.

Dookoła jest bardzo duża i bardzo zimna pracownia. Tylko przy piecu kaflowym jest ciepło. Trzaska ogień i cienie kładą się na podłodze i na nogach rzeźb, jakby na kolumnach. (…)

Potem pracownia zostaje przemieniona w puszczę dziewi­czą, gdzie można się schować głęboko pod choinką i stać się niedostępnym. Pod choinką trzeba być przepełnionym miło­ścią. Są miejsca, w których można smucić się albo nienawidzić, na przykład między podwójnymi drzwiami, tam gdzie wpada poczta. Drzwi od strony przedpokoju mają małe, zielone i czer­wone szybki, a w przedpokoju jest pełno ubrań, nart i kufrów. Właśnie między tymi podwójnymi drzwiami jest akurat wystar­czająco miejsca, żeby stać i nienawidzić. Jeżeli się nienawidzi w dużym pokoju, od razu się umiera. Ale jeżeli jest ciasno, nie­nawiść wchodzi z powrotem do wewnątrz i krąży po ciele, nie docierając nigdy do Boga.

Z choinkami jest całkiem inaczej, zwłaszcza gdy już wiszą bombki. One gromadzą w sobie miłość i dlatego upuszczenie ich jest tak strasznie niebezpieczne.

Gdy tylko choinka zostaje wniesiona do pracowni, wszystko nabiera nowego znaczenia, jest przepełnione świętością niemającą nic wspólnego ze sztuką. Wtedy Boże Narodzenie zaczyna się na serio.

Szłyśmy z mamą do oblodzonych skał za rosyjskim kościołem i wydrapywałyśmy mech. Wylepiałyśmy z gliny święty krajobraz, z pustynią i Betlejem, zawsze z nowymi ulicami i domami, zaj­mował całe okno w pracowni. Robiłyśmy jeziora z lusterek, usta­wiałyśmy pasterzy na całym terenie, dając im nowe owce i nowe nogi, bo stare rozmiękły w zeszłorocznym mchu, piasek nasypywałyśmy bardzo ostrożnie, żeby glina mogła być później użyta. Kiedy wyciągnęłyśmy żłobek ze strzechą, który pochodził z Pa­ryża z roku 1910, tatuś bardzo się wzruszył i musiał zrobić sobie drinka.

Maria siedziała zawsze na samym przodzie, ale Józefa trzeba było postawić wśród krów, bo został kiedyś uszkodzony przez wodę, a poza tym jest mniejszy, więc perspektywicznie lepiej wy­gląda w tyle. Na końcu umieszczałyśmy Dzieciątko Jezus, które jest z wosku i ma prawdziwe kręcone włosy, tak jak to robiono w Paryżu, nim ja się urodziłam. Kiedy już było na swoim miejscu, musieliśmy milczeć przez długą chwilę. (…)

Boże Narodzenie zawsze szeleści. Szeleści za każdym razem, tajemniczo, srebrnym papierem i złotym papierem, i bibułką, a wszystko osłania, ozdabia i kryje przebogata obfitość błyszczą­cego papieru, świadcząca o niczym nieskrępowanej rozrzutno­ści.

Wszędzie były gwiazdy i kokardki, nawet na półmisku z zapie­kanką z brukwi i na drogich, kupnych kiełbasach, które pojawiały się na świątecznym stole, zanim zaczęliśmy jadać szynkę.

Można było obudzić się w nocy i usłyszeć dający poczucie bez­pieczeństwa szelest zawijanych przez mamę prezentów. Którejś nocy mama namalowała na każdym kaflu pieca, aż do samej góry, małe niebieskie krajobrazy i bukiety kwiatów.

Mama wycinała foremką piernikowe koziołki, szafranowym ciasteczkom w kształcie kotków robiła kręcone nogi i wciskała ro­dzynek na środku brzucha. Kiedy przysyłano je nam ze Szwecji, kotki miały tylko cztery nogi, ale co roku tych nóg im przybywało i w końcu całe ciasteczka ozdabiała poskręcana, wariacka orna­mentyka.

Mama odważała cukierki i orzechy na wadze do listów, tak żeby każdy dostał tyle samo. W ciągu roku wszystko mierzy się z grubsza, nikt nie ma czasu na taką dokładność, ale Boże Naro­dzenie jest okresem bezwzględnej sprawiedliwości, dlatego wy­maga tyle wysiłku.

W Szwecji robi się domowe kiełbasy, leje się w domu świe­ce i przez kilka miesięcy zanosi się biednym koszyczki z darami. Wszystkie mamy szyją nocami prezenty, a w wigilijny wieczór stają się Łucjami, z dużym wieńcem i mnóstwem świec na głowie.

Leżałam w łóżku na moim pięterku i słyszałam, jak Łucja z tru­dem wchodzi po schodach. Wszystko razem było tak piękne jak w niebie, a mama, szwedzkim zwyczajem, ulepiła świnkę z marcepanu. Potem znowu troszkę pośpiewała i weszła na pięterko tatusia. Mama śpiewa tylko raz w roku, bo jej struny głosowe są popsute.

Na balustradzie dookoła naszej antresoli stały setki świec cze­kających na zapalenie tuż przed ewangelią o Bożym Narodzeniu. Wówczas po pracowni zaczynają wędrować wzdłuż i wszerz jakby migoczące sznury pereł, i jest ich może nawet tysiąc. Bardzo cie­kawie wygląda dogasanie, bo wtedy łatwo może się zająć tekturo­wa ściana.

Około południa tatusia ogarniało podniecenie, traktował świę­ta bardzo poważnie i ledwo wytrzymywał te wszystkie przygotowa­nia. Był całkiem wykończony. Poprawiał każdą świecę, żeby stała prosto, i ostrzegał nas przed niebezpieczeństwem pożaru. Wybie­gał do miasta po malutką gałązkę jemioły, która jest droższa od róż i orchidei, ale musi wisieć pod sufitem. Wciąż się dopytywał, czy na pewno wszystko jest w porządku, i nagle dochodził do wniosku, że całe Betlejem jest źle zakomponowane. Potem robił sobie drinka, żeby się uspokoić. Mama wyskubywała lak ze złotych wstążek i pa­pieru z zeszłorocznego Bożego Narodzenia.

Po kolacji robiliśmy długą przerwę, żeby przygotować miejsce Bożemu Narodzeniu.

Leżeliśmy po ciemku na naszej antresoli, słuchając, jak w pra­cowni mama szeleści przy piecu; za oknami, na ulicach, było zu­pełnie cicho.

Potem zaczynało się zapalanie po kolei długich rzędów świec, a tatuś zrywał się z łóżka, żeby sprawdzić, czy na choince trzymają się idealnie prosto i czy ta za Józefem nie podpali strzechy.

Potem następowało czytanie ewangelii o Bożym Narodze­niu. Najbardziej uroczyście brzmiało to, że Maria chowa słowa w swoim sercu, i prawie równie pięknie, że wybrali inną drogę po­wrotną do swojego kraju. Reszta nie robiła takiego wrażenia.

Kiedyśmy już trochę z tego ochłonęli, tatuś nalewał sobie drinka. I wtedy stwierdzałam triumfalnie, że Boże Narodzenie na­leży do mnie.

Wpełzałam do zielonej dziewiczej puszczy i wyciągałam pacz­ki. Tam, głęboko pod gałęziami, uczucie pełnej miłości było pra­wie nie do wytrzymania, taka skondensowana świętość, na którą składały się Marie i anioły, i mamy, i Łucje, i rzeźby, wszyscy razem błogosławili mnie i przebaczali cały miniony rok, ten przedpokój też, i w ogóle wszystko na całym świecie, byle tylko mogli mieć pewność, że wszyscy się wzajemnie kochają.

W tym właśnie momencie upuściłam na cementową podłogę największą bombkę – i zrobiły się z niej najmniejsze i najsmut­niejsze na świecie okruchy szkła.

Powstała nieprawdopodobna cisza. Bombka miała w szyjce małe kółko z dwoma metalowymi pręcikami. Mama powiedziała:

– Właściwie to ona zawsze była w złym kolorze.

No i zapadła noc, wszystkie świece się wypaliły, wszystkie po­żary zostały zagaszone, wstążki i papiery pozwijane do następ­nych świąt. Swoje prezenty wzięłam ze sobą do łóżka.

Świece mamy dawno już powygasały, pachniało choinką, troszkę spalenizną i wszechogarniającym błogosławieństwem.

Nigdy spokój nie jest tak błogi jak po świętach, kiedy otrzy­mawszy przebaczenie za wszelkie przewinienia, można znowu być normalnym.

Pomalutku zapakowaliśmy święte rzeczy i włożyliśmy je do szafy w przedpokoju; jodłowe gałązki paliły się w kaflowym piecu, trzaskając krótko i gwałtownie. Ale pień choinki spaliliśmy dopiero podczas następnych świąt. Stał przez cały rok koło skrzy­ni z gipsem i przypominał nam o Bożym Narodzeniu i absolut­nym bezpieczeństwie wszystkiego.”

TOVE JANSSON (1914-2001) wychowała się w mówiącej po szwedzku artystycznej rodzinie w Helsinkach. Jej ojciec był rzeź­biarzem, a matka ilustratorką. Największy rozgłos pisarka i malarka zyskała dzięki opowieściom o rodzinie trolli zwanych Muminkami. Tove pisała też dla doros­łych, m.in. na wpół autobiograficzną Córkę rzeźbiarza, z której po­chodzi Boże Narodzenie.

Adwentowe lektury (I)

Nie zapomniałam o Adwencie, nie zapomniałam o lekturach, ale zamówione książki nieco się opóźniły a i proza życia trochę przeszkadzała siąść do komputera.

Teraz, w ostatnim tygodniu Adwentu, dzień po dniu, będzie skoncentrowana dawka lektur i rozmyślań.

Oto Zwiastowanie – od tego zdarzenia rozpoczynamy zwykle przygotowania do Bożego Narodzenia.

W kościele św. Wawrzyńca w Norymberdze jest piękna rzeźba Wita Stwosza, wykonana z drzewa lipowego. Zachwyci was na pewno, jeśli tam traficie (a warto!). Główna scena, którą stanowią wielkie ponadnaturalnej wielkości rzeźby Archanioła Gabriela i Marii stojących na skale, którą trzyma anioł, jest wpisana w owalny wieniec róż, wzbogaconych pięcioma medalionami, z płaskorzeźbionymi scenami Bożego Narodzenia, Ofiarowania Jezusa, Zmartwychwstania Pańskiego, Wniebowstąpienia Chrystusa i Zesłania Ducha Świętego. Każdy odcinek składa się z 8 róż – paciorków. Ponadto z główną kompozycją są zintegrowane liczne mniejsze rzeźby – muzykujące aniołki, po bokach zwisają sznurki z paciorkami, całość zwieńczają kolejne aniołki i 2 medaliony ze scenami Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny oraz Koronacji Marii. Na samym wierzchołku ukazany jest Bóg Ojciec w stroju koronacyjnym. Dworskie stroje mają także Archanioł, który dzierży w ręku berło i Maryja, odziana we wzorzystą suknię.

Jako tekst do rozważań proponuję książkę Jana Dobraczyńskiego „Przyszedłem rozłączyć” o życiu św. Elżbiety Węgierskiej, księżnej Turyngii, żony Ludwika IV (zwanej w tej książce Elzą). Elza żyła w czasach św. Franciszka z Asyżu, i choć nigdy się nie spotkali, jego nauka wpłynęła bardzo istotnie na jej życie.

Oto dzień Bożego Narodzenia na zamku w Wartburgu w Turyngii; franciszkańscy bracia mniejsi przygotowali – wzorem św. Franciszka – jasełka o Bożym Narodzeniu dla dworu i okolicznej ludności.

„Kościółek, który Elza ofiarowała braciom mniejszym, był starą, na wpół rozwaloną kapliczką, znajdująca się już poza murami miejskimi. Dziś nabity był po brzegi ludźmi, oczekującymi na przedstawienie.

Boczna kaplica, której użyto za scenę, była przesłonięta zasłoną. Wyszedł jeden z braci i rozpoczął naukę o dziejach ludzi w raju i o tym, co było później, po grzechu pierworodnym.

  • Patrzcie, bracia i siostry, ile nieszczęść spadło na ród ludzki za ten jeden grzech. Zło pierwsze zrodziło inne, bo ludzie wygnani z raju poczęli się ze sobą spierać, walczyć, zabijać się wzajemnie. Świat ogarnęły nienawiść i pycha, i pożądanie… Ludzie przestali służyć Panu, lecz także nie służyli sobie, ale każdy chciał, by wszyscy służyli jemu… Gdy nie służymy Bogu, to trzeba nam służyć grzechowi. Pan jednak nie opuścił grzesznej ludzkości. Przez cztery tysiące lat różnymi znakami zapowiada! ocalenie…

Znowu ukazał się na scenie Anioł, tym razem bez miecza, zapowia­dając, iż idzie do domu, w którym żyje Istota bezgrzeszna — cud Bożej Łaski. Maryja siedziała przy kołowrotku i na widok Anioła chciała upaść na kolana. Ale on Ją powstrzymał. To on ukląkł przed Nią. Schylony pokornie, mówił, Ona zaś słuchała jego słów także pochyliwszy głowę. Nie odpowiedziała od razu. Jakby zaniepokojony tym, że każe czekać Boskiemu wysłańcowi, komentator zawołał:

  • O, Maryjo! Świat cały zakuty w kajdany grzechu czeka na Twą zgodę! Nie każ czekać niebieskiemu posłowi! Spiesz się! Spiesz się! Powiedz słowo, którego on oczekuje! Spiesz się, powiedz słowo, któ­rego i my czekamy! O, Maryjo! W Twoim ręku nasz ratunek!

Niby przynaglona tym wołaniem, ugięła się jeszcze niżej. Powie­działa: „Oto jestem służebnicą Pańską, więc niech mi się stanie we­dług Jego woli”. Chór wybuchnął dziękczynnym śpiewem:

Ave Maris Stella

Dei Mater alma,

Pieśń była śpiewana po łacinie, ale po każdej zwrotce brat-komentator tłumaczył jej słowa. Podobało się to wszystkim i znana zresztą pieśń nabrała jakby całkiem nowych barw. Komentator mówił z co­raz większym wzruszeniem w głosie. Wskazywał swym słuchaczom na tę młodą Dziewczynę izraelską, którą Pan postanowił uczynić Matką swego Syna.

  • Nie sądźcie, bracia i siostry — wołał — że Maryja była innym człowiekiem niż każdy z nas. Wprawdzie uchował Ją Pan od zmazy i pierworodnego grzechu, lecz nie ukrył Jej przed trudami życia. Znał ją, zanim jeszcze urodziła się na świecie, i wiedział, że nie chcia­łaby ujść żadnemu trudowi, żadnemu bólowi, które są losem nas wszystkich. To, co spadło na nas jako kara, Jej Bóg pozwolił nosić i wycierpieć dobrowolnie dla nas, aby była pierwszą naśladowczynią swego Syna. Jezus, Jej Syn, stał się do Niej podobny, ale wpierw Ona stała się podobna’ do Niego… Święci są naśladowcami tego, co widzieli. Ona, największa z nich, była naśladowczynią tego, co prze­czuwała. Dlatego trzeba ją bardzo kochać, wzorować się na Niej…

Maryja na scenie biegła tymczasem do Elżbiety. Elza oderwała się od swych myśli i z bijącym sercem patrzyła na swą patronkę, jak schy­lała się nisko do nóg Maryi. Obie kobiety wykrzykiwały radośnie. Elza roziskrzonym wzrokiem wpatrywała się w scenę.

Potem ludzie w kaplicy zaczęli pociągać płaczliwie nosami, wzru­szeni widokiem Maryi, wspartej na ramieniu Józefa. Strudzeni Po­dróżni poszukiwali gospody. Lecz na próżno Józef pukał to do jed­nych, to do drugich drzwi. Wszędzie spotykała go odmowa. Para Wę­drowców szła słaniając się z wyczerpania przez kałuże i śnieg, nanie­siony z dworu i rozrzucony na scenie. Być zbłąkanym, bez domu — myślała Elza — czy może być coś okrutniejszego? Krąg bliskich lu­dzi, ciepły dech komina jest tak bardzo potrzebny, nawet gdy znajdują się daleko, nawet gdy do nich trzeba dążyć poprzez śnieg i zimno. Och, nie zostać nigdy samą! — nagły lęk targnął jej sercem.

Błądzenie Maryi i Józefa wywoływało okrzyki wśród patrzących. Brat-komentator zdawał się czekać na ten wybuch wzruszenia, by zawołać:

— Patrzcie, bracia i siostry, jak smutna była dola świętych Ro­dziców naszego Pana! Patrzcie i płaczcie nad ich troskami. Lecz po­myślcie również, że każdy biedak, głodny i bezdomny, może być ukrytym Jezusem. I jeżeli jemu udzielacie pomocy, kto wie, czy nie wspomagacie Tego, który jest naszym Zbawcą…

Elza odruchowo skinęła głową. Zawsze o tym pamiętała. Jeszcze była dzieckiem, a już tkwiło w niej przekonanie, że w otaczającym ją świecie, pod powierzchnią zwykłych, dostrzegalnych dla wszystkich wydarzeń, kryją się rzeczy tajemnicze. Nie tylko krążek opłatka staje się Jezusem. Jezus mówi do ludzi i pojawia się pośród nich. W sło­wach wypowiadanych przez drugiego człowieka można usłyszeć Jego głos, w jakimś wydarzeniu — jego wolę. Spotkany żebrak może być jak ogrodnik, pod którego kształtami ukrył się Zmartwychwstały.

Dlatego trzeba mieć oko i serce czujne. Trzeba umieć, jak Elżbieta, odkryć nie narodzonego Boga…

Wreszcie Maryja i Józef znaleźli schronienie w szopie. Zapłonęła gwiazda, dokonał się cud Narodzin. Do szopy spieszyli z hołdem anio­łowie, pasterze, mędrcy.”

Cytrynowe półksiężyce

Szybkie, smaczne i bardzo dekoracyjne ciastka

  • 4 jajka
  • 200 g masła
  • 200 g cukru
  • sok wyciśnięty z jednej cytryny
  • skórka otarta z jednej cytryny ( cytrynę wcześniej sparzamy)
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • Skórka cytrynowa kandyzowana
  • Szczypta soli
  • Na lukier: szklanka cukru pudru, sok z pół cytryny, troszkę wody

Żółtka oddzielamy od białek.

Do miski miksera wsypujemy cukier i żółtka, miksujemy aż żółtka zbieleją i otrzymamy puszystą masę. Dodajemy sok z cytryny, otartą skórkę z cytryny oraz miękkie masło, dalej miksujemy.

Następnie stopniowo wsypujemy mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. Miksujemy na gładką masę. 

Białka ubijamy na sztywno z odrobiną soli. Łączymy delikatnie  z ciastem, dodajemy kandyzowaną skórkę cytrynową. Mieszamy.

Wykładamy ciasto na blaszkę 25×36 cm, wyłożoną papierem pergaminowym.

Pieczemy ok. 30 minut w temp. 180 stopni. Wyjmujemy, studzimy.

Przygotowujemy lukier: w misce ucieramy drewnianą pałką cukier puder z sokiem z cytryny i wodą.

Zimne ciasto odwracamy do góry nogami, zdejmujemy papier pergaminowy. Lukrujemy i odstawiamy do całkowitego zastygnięcia lukru.

Okrągłym ringiem wykrawamy półksiężyce.

Mix listków i serów

Lato to czas surówek. Dziś propozycja inspirowana przepisem p. Ewy Wachowicz: dużo sałat, dużo serów, idealny lunch lub kolacja.

  • Mix ulubionych listków (rukola, roszponka, sałata lodowa, sałata rzymska, szpinak itp.)
  • Garść pomidorków koktajlowych
  • Świeży ogórek
  • Po kawałku różnych serów: mozarelli, wędzonego twarogu, pleśniowego, koziego
  • 2-3 łyżki śmietany lub jogurtu
  • Sól, pieprz
  • Łyżka miodu

Do salaterki wrzucić poszarpane listki sałat, dodać połówki pomidorków i pokrojonego ogórka. Lekko osolić, popieprzyć.

Dodać pokrojone sery.

Serek kozi rozetrzeć ze śmietaną lub jogurtem; polać sałatkę.

Całość polać łyżką miodu.

Każdy sobie sam wymiesza składniki surówki w czasie jedzenia.

Sałatka z melonem

Słodycz melona przełamana serem pleśniowym, cienkimi piórkami cebuli i pieczoną szynką. Pyszne!

  • ¼ melona cantalupa
  • Pół cebuli
  • Gruby plaster pieczonej szynki
  • 2 jajka na twardo
  • Gruby plaster sera pleśniowego
  • Łyżka majonezu
  • Sól, pieprz

Melon obrać ze skóry, usunąć pestki, pokroić w kostkę.

Również w kostkę pokroić jajka, szynkę i ser pleśniowy.

Cebulę pokroić w cieniutkie piórka.

Wymieszać wszystko, doprawić solą i pieprzem, dodać majonez.

Smacznego!

Dzień pierogów

Dzień św. Jacka – 17 sierpnia – to dzień pierogów; na pamiątkę tego, że właśnie pierogami karmił on biednych. To już w moim domu tradycja, że w ten dzień zawsze na obiad są pierogi, i zwykle staram się przetestować jakiś nowy przepis na farsz.

W tym roku postanowiłam zrobić pierogi ukraińskie, z farszem ziemniaczanym; zamówiłam takie u pań Ukrainek, które również w moim mieście oferują swoje tradycyjne potrawy. Bardzo mi smakowały.

Ale kiedy robiłam farsz, miałam w domu kilka kurek (o które nie łatwo w to upalne, suche lato) i kilka pieczarek; dodałam je do farszu. Wyszło pysznie. Polecam!

  • 6-7 ziemniaków
  • 1 cebula
  • Kilka kurek, kilka pieczarek
  • Kawałek słoniny na skwarki
  • Sól, pieprz, płatki suszonego czosnku

Ziemniaki ugotować i utłuc na piure.

Kurki pokroić i podsmażyć na maśle; puszczą sok i trzeba je smażyć na małym ogniu, dopóki sok nie wyparuje. Wtedy dodajemy pieczarki i pokrojoną w kostkę cebulę oraz płatki czosnku i jeszcze trochę masła, smażymy aż wszystko będzie ładnie zrumienione.

Słoninę kroimy w kostkę i wytapiamy skwarki.

Do piure ziemniaczanego dodajemy tłuszcz ze skwarkami oraz grzyby z cebulą. Doprawiamy solą i pieprzem. Zostawiamy do ostygnięcia.

Robimy ciasto na pierogi: do mąki (ok. 30-40 dag) wsypujemy sporą szczyptę soli i zaparzamy szklanką wrzącej wody. Kiedy przestygnie, wbijamy jajko i zagniatamy elastyczne ciasto, podsypując mąką, aż nie będzie się kleić do rąk.

Robimy z ciasta wałek, kroimy na kawałki, które rozciągamy na dłoni, nakładamy farsz i zlepiamy, mocno dociskając krawędzie.

Wrzucamy na wrzącą osoloną wodę, gotujemy ok. 2 minuty od czasu ich wypłynięcia.

Najlepsze są już po ostygnięciu, odgrzewane ze skwarkami.

Krem z pieczonych buraków

Trochę inny barszcz, przygotowany według przepisu Ewy Wachowicz; zmniejszyłam proporcje i sposób podania, dodałam sok z czarnej porzeczki. Jest przepyszny.

  • 2-3 małe buraki
  • 1 kwaśne jabłko
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1,5 l bulionu warzywnego
  • 1-2 łyżki soku z czarnej porzeczki
  • Łyżka oliwy
  • Sok z cytryny
  • Sól, pieprz

Buraki umyć i zawinąć każdego osobno w folię aluminiową, wstawić do rozgrzanego piekarnika (180 st) i piec ok. 1 godziny. Przestudzić, obrać, pokroić w kostkę. Zalać bulionem warzywnym.

Cebulę drobno posiekać i podsmażyć na rozgrzanej oliwie, tak by była lekko przypalona. Dodać posiekany czosnek i chwilę jeszcze podsmażyć. Dodać do zupy.

Dorzucić pokrojone jabłko i nieco soku z cytryny, gotować ok. 10-15 minut.

Doprawić solą i pieprzem. Dodać sok z czarnej porzeczki.

Zmiksować na krem; ewentualnie jeszcze doprawić.

Podawać w bulionówkach, jako dodatek do krokietów, kotlecików itp.

Sałata rzymska z kozim serem

To propozycja na przystawkę, może na letnią kolację. Dodatek bagietki będzie o.k. i wtedy będzie to już lunch. Bo ta sałatka jest bardzo syta, choć na to nie wygląda.

Pomysł z książki Magdy Gessler, na dwie osoby

  • Sałata rzymska mini
  • 1 por (biała część)
  • 3-4 kapelusze pieczarek
  • Małe opakowanie koziego sera (miękkiego, łagodnego)
  • Pieprz, gałka muszkatołowa
  • Olej, masło, śmietana, ocet

Pora trzeba przekroić wzdłuż, ułożyć na folii, skropić olejem, posypać pieprzem i startą szczyptą gałki muszkatołowej. Zawinąć folię i upiec w piekarniku do miękkości; 180 st. C, ok. 20 minut.

Pieczarki (jeśli duże przekroić) i obsmażyć na maśle.

Zrobić sos, rozcierając kozi ser ze śmietaną, pieprzem i odrobiną octu.

Sałatę wypłukać, odsączyć, porwać na kawałki i ułożyć w misce.

Dodać wstęgi pora i pieczarki, polać sosem.

Gałgany z kapustą

Regionalna (podkarpacka) perełka, znaleziona na blogu „Trzeci talerz”, w mojej interpretacji (zamiast kaszy manny do mięsa, dodaję bułkę tartą, tak mi lepiej smakuje). Pyszne sznycelki z sosem, z dodatkiem ziemniaków lub frytek

  • 50 dag mięsa mielonego
  • Kawałek białej kapusty
  • Cebula
  • 2 jajka
  • Bułka tarta
  • Sól, pieprz, czosnek niedźwiedzi
  • Olej do smażenia
  • Bulion drobiowy – ok. pół litra (może być z kostki)
  • Mąka i śmietana do zagęszczenia sosu

Kapustę należy zetrzeć na grubej tarce, lekko osolić, ugnieść, zostawić na kilka minut.

Cebulę pokroić w drobną kosteczkę.

Do mielonego mięsa dodać cebulę, odciśniętą kapustę, jajka, przyprawy. Dobrze wymieszać.

Formować kulki i obsmażyć je na rozgrzanym oleju z obu stron.

Przełożyć do rondla, podlać gorącym bulionem, przykryć i dusić na małym ogniu ok. 30 minut, w razie potrzeby podlewając wodą.

Wyjąć z rondla kotleciki, zagęścić powstały sos śmietaną roztrzepaną z mąką.

Gotowe.

Krokiety ziemniaczane

Prościej się nie da.

A wychodzą bardzo smaczne.

  • 4-5 ziemniaków
  • 1 żółtko
  • Nieduży kawałek startego żółtego sera
  • Bułka tarta
  • Sól, pieprz, szczypta gałki muszkatołowej
  • Jajko
  • Olej do smażenia

Ziemniaki ugotować w mundurkach, odcedzić, obrać, a kiedy przestygną przepuścić przez praskę lub utłuc.

Do piure ziemniaczanego dodać żółtko, starty ser oraz bułkę tartą, tyle, aby masa była dość zwarta. Doprawić przyprawami.

Formować podłużne krokieciki, panierować w roztrzepanym jajku i bułce tartej.

Smażyć na rozgrzanym oleju z obu stron na złoto.