
Święta dla dziewczynki z PRL-u zaczynały się od zapachu pasty do podłogi.
W domu podłogi były z dębowej, ciemnej klepki, ułożonej w jodełkę, którą trzeba było pokryć cienką warstwą pasty (sprzedawanej w okrągłych plastikowych pudełkach) a potem wyfroterować do połysku (najlepsza do tego celu była stara moherowa czapka; bywały już wtedy elektryczne froterki, ale to była rzadkość, nie w jej domu).
Później, do pasty dołączał się zapach pieczonych mięs, zwłaszcza pasztetu, na który przepis, własnoręcznie spisany na kremowym pergaminie, mama przechowywała w szufladzie kredensu.
Jeszcze później pojawiał się smak placków, zwłaszcza makowca.
Mama dziewczynki piekła ciasta późnym wieczorem. Kiedy się włożyło placki do tzw. duchówki, trzeba je było pilnować, dokładać węgla do pieca, obracać, żeby równomiernie się rumieniły. Mamie oczy się zamykały ze zmęczenia, więc ustawiała budzik, rozkładała na podłodze kuchni kożuch i drzemała, dopóki ostatni placek nie został wyjęty z pieca.
Słodko się zasypiało z tym zapachem i myślą, że tam, w kuchni mama przygotowuje święta.
A potem przychodził ten najważniejszy wigilijny dzień.
To właśnie w jej czasach, w czasach dziewczynki z PRL-u, Czerwone Gitary zaśpiewały po raz pierwszy „Dzień jeden w roku”, kolędę, która skradła Polakom serca.
Nie było łatwo przeżyć dobrze wigilię.
Chyba nigdy nie było i nadal nie jest łatwo.
To nawet nie to, co powtarzano dziewczynce: co zrobisz w Wigilię, będziesz robić przez cały rok. Lepiej więc było się nie kłócić, nie lenić, nie obrywać ścierką od mamy…
Chodziło jednak przede wszystkim o to, że każdy chciał być w tym dniu jak najlepszy, jak najmilszy i to utrzymywanie się w tym tak podniosłym nastroju przez wszystkich, nie miało szans na powodzenie! Zawsze ktoś okazał się mniej doskonały, zburzył tę doskonałą harmonię i reakcje bywały gwałtowne.
To jednak zwykle oczyszczało atmosferę i można było spokojnie finiszować, kiedy już pojawiła się na niebie pierwsza gwiazdka.







