Barszcz z młodej botwinki

Zaczyna się czas nowalijek. Dziś proponuję zupę – barszcz z młodej botwinki. Młode bordowe łodyżki i bordowo-zielone listki buraka ćwikłowego są pyszne. W zupach nowalijkowych lubię, by dominował smak warzyw, dlatego nie robię ich nigdy na wywarach mięsnych. Są przez to delikatne i lekkie, w sam raz na wiosnę😊

  • Pęczek botwinki
  • Pół cebuli
  • 1 ziemniak
  • Garść paseczków z kawałka marchewki i pietruszki
  • Ok. pół szklanki zakwasu żurkowego
  • 2 łyżki śmietany (18%)
  • Sól, pieprz, czosnek niedźwiedzi
  • Jajko na twardo

Ziemniaka i cebulę pokroić w kostkę, dodać marchewkę i pietruszkę pokrojone w paseczki, oraz buraczki i łodyżki botwiny, pokrojone w kawałki, zalać wodą i gotować do miękkości. Lekko osolić.

Liście botwiny drobno pokroić, ale na razie nie dodawać do zupy.

Gdy warzywa będą miękkie, dolać żurek, doprawić pieprzem i czosnkiem.

Dodać śmietanę.

Na końcu dodać pokrojone liście botwiny, zagotować.

Wyłożyć na talerz, dodać pokrojone jajko.

Kwiaty na zamku Książ

Nie ma chyba lepszego terminu zwiedzania zamku Książ niż początek maja. Od paru lat właśnie wtedy trwa tam festiwal kwiatów; w tym roku nosił nazwę „Odyseja czasów – opowieść o florystyce, sztuce i historii” a motywem przewodnim wszystkich kompozycji i dekoracji były MOTYLE.

Właśnie „Taniec skrzydeł” na Dziedzińcu Honorowym przed zamkiem zdobył pierwsze miejsce w przeprowadzonym konkursie.

To prawda, że kwiaty przesłoniły nieco piękno samego zamku, ale było co podziwiać. Każda komnata, każdy korytarz tonęły po prostu w kwiatach i motylach.

Jako jedną z najpiękniejszych aranżacji uznano „Klepsydrę rozkwitu” w Sali Maksymiliana:

Wiele można by jeszcze pokazywać (zrobiłam 157 zdjęć), ale przede wszystkim tu, na blogu kulinarnym przecież, chcę pokazać konkursowe aranżacje stołów jadalnianych.

Zawsze takie kompozycje bardzo mnie interesowały i zawsze jakieś echa tych aranżacji można by odnaleźć na moich imprezowych stołach.

Jedna uwaga: te pokazowe stoły to oczywiście kompozycje wystawowe. To nie jest tak, że przyjdziesz i możesz przy takim stole siąść i zjeść. Chodzi w nich, żeby pięknie wyglądały, ale niekoniecznie jest tam miejsce na potrawy. Kwiaty, świece są zwykle wysokie i nie nadają się na środek normalnego stołu w jadalni; dobre to może na zimny bufet czy stół szwedzki, stojący pod ścianą, gdzie dekoracja stanowi dobre tło.

W prezentowanych stołach warto podpatrzyć pomysł na rodzaj kwiatów, użytych naczyń, flakonów, dodatków, dobór kolorów.

To popatrzmy:

Granatowo-złoty stół

Granatowy obrus, złote podstawki pod białe talerze, złote sztućce, złote paski na kieliszkach i granatowych świecach, niebieskie kwiaty w sferycznych, globusowych kulach

Różowo-niebieski

Tu mamy zabawę kolorem: piękny błękit obrusu (jasny granat? szafirowy?) współgra zaskakująco dobrze z różowym serwisem. Ten serwis to ćmielowska, reliefowana Sofia, na którą zawsze miałam chrapkę. Kwiaty też są różowe: goździki i kule – jeżyki (sztuczne, ale urocze)

Zachwyciła mnie kompozycja, którą nazwałam „gazetową”

Pastelowe kwiaty umieszczono po kilka w wielu wąskich szklanych wazonikach (menzurkach?), które owinięte były chyba gazetami (piszę chyba, bo nie dało się podejść bliżej). Do tego proste, białe talerze, a kieliszki kolorowe z przydymionego szkła.

Pastelowa kompozycja kwiatów: gerbery, róże, ozdobny czosnek, goździki i trawy – umieszczona w wiklinowych „liściach”. Dobra na środek stołu. Stoi na niebiesko-turkusowym obrusie (jak widać kolor niebieski królował na stołach), wokół niej różnokolorowe, proste świece. Pięknie to wygląda, ale Uwaga! Świece umieszczono wprost na stole! Bez żadnych podstawek czy osłonek. Wiecie, co to oznacza w praktyce? Wiecie jak będzie ten obrus po przyjęciu wyglądał? Cały zakapany kolorową stearyną. Wiem, co mówię. Zniszczyłam w ten sposób piękną serwetę (też niebieską), rozszywaną koronkami.

Zabawny był pomysł na butelki z winem; nie stoją sobie tak po prostu na stole, ale wychylają się z misy wypełnionej różami

Na koniec stół typowo dekoracyjny tylko, w rajskie ptaki. Stał sobie w zielonoseledynowym  saloniku, gdzie nawet serwantka-biblioteczka była w tym kolorze. Przepiękne to było; chyba najbardziej mi się ta sala podobała, pewnie z uwagi na kolorystykę właśnie, to moje ulubione zestawienia barw.

Wielkanoc Wiesława Myśliwskiego

Opisana w powieści „Kamień na kamieniu”

ALLELUJA

Nie wiem, czy Bóg umarł, czy zmartwychwstał, czy to wszystko prawda, ale święcone jajka mają inny smak od nie święconych. I nikt mi nie powie, że mi się tylko tak zdaje. Na co dzień mogę wcale jajek nie jeść, a święconych zjem dziesięć na raz i nie zatka mnie. Ani chle­ba mi nie trzeba, trochę soli wystarczy, ma się rozumieć, też święconej. A najlepiej z chrzanem, a—chrzan powinien być nie tylko święcony, ale mocny, żeby nosem bił.

Piekła matka babki na Wielkanoc, słynne były te jej babki. Mogło cały przednówek nie być mąki na nic, mogło nie być na podbitkę do żuru, ale na babki od razu po żniwach, gdy się z nowego spytlowało, zostawiała, co na babki, a reszta, póki starczy. A kiedy przynosiła ze strychu jedną z takich babek, bo na strych się je po upieczeniu wy­nosiło, ojciec, Michał, Antek, Stasiek obsiadali stół jak kuny przerębel i aż ślina im ciekła, kiedy matka tę babkę krajała. A ja wołałem święcone jajka nawet i od babki. I przeważnie mienialiśmy się, od­dawałem któremuś swój kawałek babki, a on mi swoje jajko.

Gdyby nie święcone jajka, mogłoby dla mnie nie być Wielkanocy. Bo po prawdzie co to za święta? Ni zima, ni wiosna. A prócz tego nigdy nie wiadomo, kiedy wypadają. Trzeba za każdym razem w ka­lendarz zaglądać, jak tam wyznaczyli. I co roku kupuj nowy kalendarz, gdy się chcesz dowiedzieć, jakby to nie mógł się człowiek raz na zawsze przyzwyczaić. Urodziłem się w Wielki Piątek, to nie mogę powiedzieć, że w Wielki Piątek, bo każdego roku Wielki Piątek kiedy indziej. To może i Pan Jezus nie umarł i nie zmartwychwstał, jak co roku kiedy indziej?

…..

A jajów święciło się zawsze u nas kopę. Malowało się pół na pół, w łupinach z cebuli na czerwono i w młodym życie na zielono. I zawsze ja chodziłem święcić, bo mi się wydawało, że nikt tak nie oświęci. Wciskałem się tam, gdzie ksiądz zaczynał, żeby jak najwięcej kropel z kropidła padło, bo dalej to ksiądz tylko machał, a mało co padało. Kawaler już byłem, a jeszcze chodziłem. I dopiero w wojnę, kiedy w partyzantkę poszedłem, zaczął chodzić Antek, a po Antku Stasiek. Ale nie nachodzili się długo. Najpierw jeden, potem drugi w świat poszli i znowu na mnie przyszło chodzić święcić, bo co by to za Wielkanoc była bez święconych jajek. Może nie być placka, może nie być kiełbasy, ale święcone jajka muszą być. Zje się takie święcone jajko, to gdy się nawet nie ma z czego cieszyć, zawsze to alleluja.

Mazurek różany

Według przepisu p. Hanny Szymanderskiej, wielkiej znawczyni i propagatorce kuchni, zwłaszcza regionalnej

  • 3 jajka
  • 1 szklanka cukru
  • 2 łyżki konfitury z płatków róży
  • 10 dag mielonych migdałów
  • 8 dag tartej bułki
  • Lukier
  • Do dekoracji beziki i skórka pomarańczowa kandyzowana

Całe jajka utrzeć z cukrem i 2 łyżkami konfitury z róży.

Dodać mielone migdały i tartą bułkę, wymieszać.

Nagrzać piekarnik do 180 st. C.

Wyłożyć blaszkę papierem pergaminowym, rozłożyć równo ciasto, włożyć do nagrzanego piekarnika, piec ok. 20 minut, sprawdzić patyczkiem czy jest upieczone (wbity patyczek powinien być suchy). Trzeba tutaj uważać, żeby nie przesuszyć zbytnio ciasta.

Przestudzić upieczone ciasto. Delikatnie zdjąć pergamin, przełożyć ciasto na deseczkę czy paterę, na której będzie podawane.

Zrobić dość gęsty lukier z cukru pudru i wody, pokryć nim całą powierzchnię mazurka, ozdobić bezikami i skórką pomarańczową.

Makówki z Bolesławca

Ceramika z Bolesławca to nie tylko kubeczki i filiżanki w kropki. Ostatnio zobaczyłam i zachwyciły mnie ceramiczne makówki. Pięknie wpasowały się w moją kuchnię

Przy okazji polecam mały sklepik w Tarnowie, który od niedawna oferuje w naszym mieście ceramikę z Bolesławca. Mieści się przy ulicy Wałowej, tam, gdzie dawniej była piekarnia Winiarskiego „Ziarno”.

W sklepiku ciągle są jakieś nowości i trzeba uważać, gdy chcemy coś kupić, bo serie są krótkie😊

Sklep ma stronę internetową na facebooku i co najciekawsze, właścicielka, Pani Kropka, publikuje swoje ciepłe opowieści, nie tylko o sprzedawanej ceramice, ale i o relacjach z odwiedzającymi jej sklep, o życiu… Miło mnie zdziwiło, że pamiętała, że szukam wzorów z kogutkiem! To niesamowite i ujmujące. Powstaje nam bardzo nietypowe, ale wspaniałe miejsce w Tarnowie

https://www.facebook.com/kropkanakubku/

Chrust czyli faworki

Dla mnie Nowy Rok i Trzech Króli – to czas chrustu, czyli faworków

Wbrew pozorom robi się je bardzo szybko i prosto i są o niebo lepsze od tych sklepowych (nie mówiąc już o absurdalnych cenach na nie)

Oto wypróbowany od lat przepis:

  • ok. 3 szklanek mąki
  • 4 żółtka
  • pół szklanki jasnego piwa
  • 1 łyżeczka masła
  • szczypta soli
  • Do smażenia – ok 1 kg smalcu
  • cukier puder do posypania faworków

Do misy miksera wrzucić mąkę, żółtka, piwo, sól i masło. Wyrabiać ciasto aż się przestanie kleić (dobrze jest zacząć od wsypania 2,5 szklanek mąki a potem dodawać w miarę potrzeby). Po zagnieceniu ciasto włożyć na godzinę do lodówki. Potem wyjąć, przegnieść, podzielić na kawałki i wałkować cienkie placki. Wykrawać z nich radełkiem paski, podzielić je na prostokąty, na środku zrobić nacięcie i przepleść żeby powstał kształt faworka. Gotowe faworki przykryć ściereczką, żeby nie obsychały.

W szerokim rondlu roztopić smalec. Zacząć smażenie dopiero wtedy, kiedy tłuszcz jest rozgrzany tak, że wrzucony faworek natychmiast puszy się i wypływa.

Smaży się  faworki z obu stron na złoty kolor. Następnie wyjmuje się je na ręcznik papierowy, żeby ten wchłonął nadmiar tłuszczu. Ja obracam je i wyjmuję przy pomocy dwóch widelców. Następnie przekłada się usmażone i odsączone faworki na paterę i posypuje cukrem pudrem, przesiewając go przez siteczko.

Jeszcze kilka dobrych rad 🙂

Jest sporo dobrych przepisów, ale tak naprawdę trzy rzeczy są tu najważniejsze:

  • ciasto musi być CIENIUTKO wywałkowane
  • temperatura tłuszczu, na które wrzucamy chrust musi być taka, że faworki wypływają na wierzch NATYCHMIAST
  • nie smażyć chruścików zbyt długo, bo będą twarde, mają się tylko ładnie zezłocić

Polubiłam podłaźniczkę

Już od kilku lat w mojej sypialni nie ma tradycyjnej choinki; jest za to podłaźniczka. Tak wygląda w tym roku (2025/2026)

Nowością są na niej dwie bombki: Mały Książę i Róża

A oto znaleziony tekst z 1867 roku opisujący podłaźniczkę w Krakowie:

Rodzaj podłaźniczki udekorowany owocami, piernikami, słodyczami oraz bakaliami nazywano sadem – w nawiązaniu do rajskiego ogrodu. Opis takiego świątecznego elementu znaleźć można w piśmie „Biblioteka Warszawska” z 1867 roku w artykule „Uroczystość Sadowa w dzień wigilii Bożego Narodzenia w Krakowie”: „drzewo wiązano od szczytu sznurem i zawieszano je w jadalnej sali na haku u sufitu w miejsce zdjętego żyrandola; drugi koniec sznura wiązano u okna, podciągnąwszy sad do sufitu. Była uciecha kiedy sad po ukończonej wigilii, zajaśniał wszystkiemi stoczkami, i gdy wisząc tak, iż ręką dosięgnięty być nie mógł, obracał się w powietrzu na sznurze i światła migotały się szybko, a opłatkowy świat uwiązany u spodu drzewa i ugrupowane owoce kręciły się dokoła. Na sadzie znalazły się dary dla dzieci i gości, a wzajem goście umieli zręcznie doczepić prezent dla dziatwy”.

Czas połamać się opłatkiem

Patrz: Betlejem śpi w dali;

Tu – żłób, grota, Dziecina.

Czas się skłonił nabożnie

Przed Narodzin godziną.

(…)

Czas przyklęknął… DZIŚ właśnie

Bóg zamieszkał wśród ludzi.

DZIŚ anielski chór pieśnią –

Jak pastuszków – nas budzi.

Zbliżmy się do Dzieciątka!

Światło, co nie zna cienia

DZIŚ niech dusze rozświetla,

Niech dni nasze przemienia.

(autor: M.C.)

Dla każdego, kto tu zagląda – najlepsze życzenia! Niech się spełnią pragnienia serca…

Adwentowe opowieści – święta dziewczynki z PRL-u

Święta dla dziewczynki z PRL-u zaczynały się od zapachu pasty do podłogi.

W domu podłogi były z dębowej, ciemnej klepki, ułożonej w jodełkę, którą trzeba było pokryć cienką warstwą pasty (sprzedawanej w okrągłych plastikowych pudełkach) a potem wyfroterować do połysku (najlepsza do tego celu była stara moherowa czapka; bywały już wtedy elektryczne froterki, ale to była rzadkość, nie w jej domu).

Później, do pasty dołączał się zapach pieczonych mięs, zwłaszcza pasztetu, na który przepis, własnoręcznie spisany na kremowym pergaminie, mama przechowywała w szufladzie kredensu.

Jeszcze później pojawiał się smak placków, zwłaszcza makowca.

Mama dziewczynki piekła ciasta późnym wieczorem. Kiedy się włożyło placki do tzw. duchówki, trzeba je było pilnować, dokładać węgla do pieca, obracać, żeby równomiernie się rumieniły. Mamie oczy się zamykały ze zmęczenia, więc ustawiała budzik, rozkładała na podłodze kuchni kożuch i drzemała, dopóki ostatni placek nie został wyjęty z pieca.

Słodko się zasypiało z tym zapachem i myślą, że tam, w kuchni mama przygotowuje święta.

A potem przychodził ten najważniejszy wigilijny dzień.

To właśnie w jej czasach, w czasach dziewczynki z PRL-u, Czerwone Gitary zaśpiewały po raz pierwszy „Dzień jeden w roku”, kolędę, która skradła Polakom serca.

Nie było łatwo przeżyć dobrze wigilię.

Chyba nigdy nie było i nadal nie jest łatwo.

To nawet nie to, co powtarzano dziewczynce: co zrobisz w Wigilię, będziesz robić przez cały rok. Lepiej więc było się nie kłócić, nie lenić, nie obrywać ścierką od mamy…

Chodziło jednak przede wszystkim o to, że każdy chciał być w tym dniu jak najlepszy, jak najmilszy i  to utrzymywanie się w tym tak podniosłym nastroju przez wszystkich, nie miało szans na powodzenie! Zawsze ktoś okazał się mniej doskonały, zburzył tę doskonałą harmonię i reakcje bywały gwałtowne.

To jednak zwykle oczyszczało atmosferę i można było spokojnie finiszować, kiedy już pojawiła się na niebie pierwsza gwiazdka.