Kuchnia filmowa – mediolańska

Tyle razy już przygotowywałam menu włoskie na przyjęcia towarzyszące oglądaniu filmów, że kolejne mnie trochę przerażało; przecież wszystko już było! co by tu podać?

Ale tym razem rzecz okazała się nie taka zła; akcja filmu, który mieliśmy oglądać toczy się w północnych Włoszech, w Mediolanie, stolicy Lombardii. Tego rejonu jeszcze „nie przerabialiśmy”. Pomocą okazała się nieoceniona książka „Culinaria Italia”, kompendium wiedzy o włoskiej kuchni.

A film, który oglądaliśmy to „Chleb z nieba” – opowieść o niewidzialnym dziecku. Rzecz dzieje się współcześnie; w centrum Mediolanu, w Wigilię Bożego Narodzenia, dwójka bezdomnych znajduje na śmietniku niemowlę. Okazuje się jednak, że nie wszyscy je widzą. Kto je może zobaczyć? Film kończy się pytaniem: czy ty, widzu, zobaczyłbyś to dziecko?

Jako, że ciągle jesteśmy jeszcze w okresie świątecznym, choinki ciągle w domu są, dekoracja stołu też była świąteczna: motyw choinki na obrusach, choinki w menu, gwiazdy betlejemskie na stole.

Do filmu: kawa i babka panettone (mediolańska specjalność) oraz ciasteczka amaretti i sfogliatine

Kolacja:

Talerz włoskich wędlin i serów jako przystawka

Krem z dyni z pierożkami tortellini

Kotlet alla milanese z panierowanymi jarzynami

Wino czerwone wytrawne Nero d`Avola (sycylijskie, bo Lombardia nie jest rejonem, który słynąłby z win, raczej nie spotkamy ich w naszych sklepach)

Wiedeńskie ciasteczka orzechowe

Błyskawiczne w przygotowaniu, kruchutkie i przepyszne.

Zapraszam!

  • 125 dag masła
  • 200 dag mąki
  • 70 dag cukru pudru
  • 70 dag orzechów włoskich
  • naparstek likieru (np. Cointreau)

Orzechy zmielić w młynku (takim do orzechów).

Masło utrzeć z cukrem pudrem, dodać mąkę i zmielone orzechy oraz likier, zagnieść ciasto.

Rozgrzać piekarnik do 180 st. C.

Formować z ciasta kulki wielkości orzecha włoskiego, układać na blasze wyłożonej pergaminem.

Piec ok. 15 minut.

Kiedy leciutko ostygną, obtaczać je w cukrze pudrze.

Karp w galarecie wg Magdy Gessler

Nazywa się inaczej gefilte fish i jest podawany w tarnowskiej restauracji „Stara Łaźnia” po rewolucjach kuchennych Magdy Gessler. Mam nagranie tego programu emitowanego w tv i z niego odtworzyłam sposób przyrządzenia potrawy (oczywiście w proporcjach na kilka osób).

W takiej postaci pojawił się ten karp na moim stole wigilijnym.

  • mały karp (z głową i płetwami)
  • płat  karpia pozbawiony ości (Lidl oferował w tym roku takiego)
  • 4 marchewki
  • 2 pietruszki
  • pół selera
  • por
  • cebula
  • kilka ziaren ziela angielskiego
  • 3-4 liście laurowe
  • kilka ziaren pieprzu
  • pieprz, sól
  • opakowanie żelatyny
  • posiekany zielony szczypior
  • chrzan przygotowany z jajkiem
  • sos tatarski
  • + opcjonalnie kogel-mogel (ale to trzeba lubić zestawienie smaków słodko-pikantnych)

Całego karpia (wypatroszonego i oskrobanego z łusek) ale z głową i płetwami wkładamy do dużego rondla, dodajemy obrane warzywa oraz przyprawy, zalewamy zimną wodą, gotujemy na malutkim ogniu, aż wszystko będzie miękkie. Pod koniec gotowania dodajemy płat karpia pozbawiony ości, sprawdzamy, czy wywar jest wystarczająco doprawiony, po czym po ok. 20-30 minutach (kiedy mięso karpia będzie już mięciutkie), zdejmujemy garnek z ognia.

Odstawiamy do przestygnięcia.

Wyjmujemy delikatnie płat bez ości, obieramy z mięsa.

Wyjmujemy marchewkę i kroimy ją na ładne plasterki.

Pozostały wywar przecedzamy, do gorącego dodajemy żelatynę (zgodnie z przepisem na opakowaniu).

Przygotowujemy kokilki czy filiżanki – tyle, ile potrzebujemy mieć porcji.

Na dno każdej filiżanki wsypujemy posiekany szczypior, układamy plastry marchwi, posypujemy grubo mielonym pieprzem, wykładamy kawałki mięsa karpia.

Zalewamy przygotowanym wywarem.

Wstawiamy do lodówki.

Podając – na talerzyk nakładamy sos tatarski, na to wyjętą zastygniętą galaretkę, na niej układamy chrzan i opcjonalnie kogel-mogel.

Święta u Buddenbrooków

Ostatnia z tegorocznych lektur adwentowo-świątecznych.

Przenieśmy sie do Lubeki, do domu senatora Buddenbrooka, stworzonego przez noblistę, Tomasza Manna.

Duża sala była już tajemniczo zamknięta, na stole zjawiły się marcepany i pierniki, w mieście czuło się Boże Narodzenie. Spadł śnieg, chwycił mróz i w ostrym, czystym powietrzu zabrzmiały skoczne lub żałosne melodie włoskich kataryniarzy, którzy przyszli na święta w swych aksamitnych kurtkach i z czarnymi wąsikami. W oknach sklepów zajaśniały wspaniałe świąteczne wystawy. Wokoło gotyckiej studni na rynku rozstawiono jaskrawe budy jarmarczne, pełne świątecznych atrakcji. Gdziekolwiek się poszło, wdychało się wigilijny aromat wystawionych na sprzedaż choinek.

Potem nadszedł wreszcie wieczór dwudziestego trzeciego grudnia, a wraz z nim Gwiazdka w sali domu na Fischergrube. Gwiazdka w najbliższym kółku, będąca tylko początkiem, wstępem, przygrywką, wieczór wigilijny należał bowiem do konsulowej, która zapraszała całą rodzinę, tak że przed wieczorem dwudziestego czwartego zebrało się w pokoju pejzażowym całe czwartkowe towarzystwo, a prócz tego jeszcze Jurgen Kroger z Wismaru oraz Teresa Weichbrodt z madame Kethelsen.

Stara dama przyjmowała gości odziana w suknię z grubego jedwabiu w czarne i szare pasy, owiana delikatnym zapachem paczuli, cała zaczerwieniona i z rozgorączkowanymi oczami, a wśród milczących uścisków cicho dźwięczały jej złote bransoletki.”

Oglądamy święta oczami małego Hano, który nie może doczekać się prezentów. Słuchamy śpiewu kolęd, widzimy z jakim pietyzmem otwiera się starą księgę Biblii, by przeczytać opis Bożego Narodzenia

Boże Narodzenie… Przez szpary wysokich, biało lakierowanych, teraz jeszcze zamkniętych drzwi do sali przenikał słodki zapach choinki, budząc wyobrażenie cudów, których oczekiwało się co roku z bijącym sercem, ich niepojętej, nieziemskiej wspaniałości… Cóż tam będzie dla niego?

Konsulowa podeszła wolno do stołu i otoczona rodziną usiadła na sofie, która nie stała już oddzielnie, jak w dawnych czasach. Poprawiła lampę i przyciągnęła wielką Biblię w wyblakłej ze starości, niezwykle szerokiej złoconej oprawie. Potem nałożyła okulary, odpięła dwie skórzane klamry, na które kolosalna księga była zamknięta, otworzyła założone miejsce – ukazała się gruba, sztywna, żółtawa karta, pokryta ogromnym drukiem – i przełknąwszy łyk wody z cukrem zaczęła odczytywać rozdział o Bożym Narodzeniu.

Dawne, dobrze znane słowa odczytywała powoli, w sposób prosty, płynący do serca, a wzruszony jej głos rozbrzmiewał czysto i pogodnie w zbożnej ciszy. – Pokój ludziom dobrej woli – powiedziała. Zaledwie umilkła, w kolumnowej sali zabrzmiała na trzy głosy pieśń „Cicha noc, święta noc”, do której dołączyły się głosy rodziny w pokoju pejzażowym. Zabrano się do śpiewu z pewną ostrożnością, większość obecnych była bowiem niemuzykalna i od czasu do czasu rozbrzmiewał w zespole głęboki, zupełnie niewłaściwy ton… Ale nie zmniejszało to wrażenia tej pieśni…

A potem konsulowa powstała. Ujęła rękę swego wnuka Jana i prawnuczki Elżbiety i przeszła przez pokój. Starzy państwo poszli razem z nią, młodsi za nimi, w sali kolumnowej przyłączyła się służba i biedni i szli śpiewając chórem starą pieśń do choinki „O, Tannenbaum”, przy czym stryj Chrystian kroczył przed dziećmi i pobudzał je do śmiechu, wyrzucając przy chodzeniu nogi jak pajac i śpiewając jak głupi: „chojenka – wujenka”, i tak olśnieni, z uśmiechem na twarzy, przez szeroko otwarte białe drzwi weszli wprost do nieba.

Cała komnata, napełniona zapachem osmalonych gałęzi choinki, błyszczała i lśniła od niezliczonych małych płomieni, a błękit tapet z białymi posągami bóstw jeszcze bardziej rozjaśniał wielką salę. Płomyki świec w głębi między ciemnoczerwonymi zasłonami u okien, okrywające potężne, wznoszące się aż do sufitu drzewo, przybrane w srebro i białe lilie, z połyskującym u szczytu aniołem i małą stajenką u stóp, migotały w tej powodzi światła jak dalekie gwiazdy. Na biało nakrytym stole, bardzo długim, ciągnącym się od okien prawie aż do drzwi i obładowanym podarkami, ustawiony był szereg małych, obwieszonych cukierkami drzewek, również rozbłyskujących światłem woskowych świec. Paliły się też gazowe kinkiety na ścianach i płonęły grube świece w złoconych kandelabrach we wszystkich czterech rogach sali. Duże przedmioty, podarki, które nie mieściły się na stole, stały na podłodze. Mniejsze stoliki, również biało nakryte i ozdobione płonącymi drzewkami, stały po obu stronach drzwi: była to gwiazdka dla służby i biednych.

Olśnieni i przejęci uczuciem obcości w tej starej, dobrze znanej sali, wędrowali ze śpiewem przez cały pokój, przedefilowali przed żłobkiem, w którym woskowe Dzieciątko Jezus zdawało się czynić znak krzyża, a następnie, zauważywszy po drodze poszczególne przedmioty, zatrzymali się przy swoich miejscach.”

Poczytajmy o kulinariach tego dnia; niemieckie tradycje trochę inne są od polskich, ale tak jak wszędzie obfitość posiłków jest obowiązkowa!

„Teraz panna Severin wraz z pokojówką obnosiły herbatę i biszkopty i Hanno, zanurzając biszkopt w herbacie, czuł się zbyt ociężały, by wstać z miejsca. Niektórzy stali koło stołu, inni chodzili wzdłuż niego, rozmawiali i śmieli się, pokazując sobie nawzajem swoje podarki i podziwiając inne. Były to najróżniejsze przedmioty: z porcelany, niklu, ze srebra, ze złota, z drzewa, z jedwabiu i sukna. Duże pierniki, ozdobione symetrycznie migdałami i cykatą, leżały na stole długim szeregiem na przemian z ciężkimi, świeżymi, wilgotnymi jeszcze w środku chlebami z marcepanu.

Podarki wykonane lub zdobione przez panią Permaneder, worek do robótek, poduszka pod nogi, podstawka na doniczki, udekorowane były dużymi atłasowymi kokardami. Od czasu do czasu podchodził ktoś do małego Jana, kładł rękę na jego marynarskim kołnierzu i oglądał jego prezenty z ironicznym, przesadnym podziwem, jaki zazwyczaj okazuje się wobec dziecięcych wspaniałości.

Wszyscy jedli dziś obiad trochę wcześniej i dlatego obficie pochłaniali herbatę z biszkoptami.  Ale zaledwie skończyli, obniesiono duże kryształowe misy, pełne żółtej ziarnistej masy. Był to krem migdałowy, mieszanina jajek, tartych migdałów i olejku różanego, co smakowało wyśmienicie, ale jeśli zjadło się łyżeczkę za wiele, powodowało okropną niestrawność. Pomimo to i chociaż konsulowa prosiła, by pozostawili sobie troszeczkę miejsca na kolację, wszyscy raczyli się do woli.

Dla orzeźwienia podano też ponczową galaretkę w filiżankach, a do niej angielskie „plum_cake”. Powoli wszyscy przeszli do pokoju pejzażowego i zasiedli z talerzykami dokoła stołu.

O dziewiątej udano się do stołu.

Jak co roku, i tego wieczoru nakryto w sali kolumnowej. Konsulowa serdecznie wypowiedziała tradycyjną modlitwę: Słodki Jezu, zstąp do nas sam, pobłogosław, coś zesłał nam… do której, jak również chce zwyczaj tego wieczoru, dołączyła krótkie napomnienie, wzywające do pomyślenia o tych, którzy nie przepędzają tego świętego wieczoru tak dostatnio jak rodzina Buddenbrooków. Po dopełnieniu tego z czystym sumieniem zasiedli do długo ciągnącej się uczty, którą rozpoczęły karpie z masłem oraz stare wino reńskie. Senator wsunął do portmonetki parę rybich łusek, żeby przez cały rok były w niej pieniądze.

Indyk nadziewany kasztanami, rodzynkami i jabłkami zyskał ogólną pochwałę. Robiono porównanie z przeszłorocznym i okazało się, że równie dużego nie było od bardzo dawna. Podano do niego smażone kartofle, dwa rodzaje jarzyn oraz kompotów, krążące zaś dokoła salatery były tak pełne, jak gdyby zawierały nie dodatek i przyprawę, lecz posiłek, którym wszyscy mogliby się nasycić. Pito stare czerwone wino z firmy Mollendorpf.

Mały Jan siedział pomiędzy rodzicami i z trudem ładował do żołądka kawałek nadziewanej piersi indyczej. Nie mógł już dłużej dotrzymywać kroku w jedzeniu cioci Tyldzi, czuł się zmęczony i nie bardzo zdrowy, dumny był z tego, że siedzi przy stole ze starszymi oraz że w jego kunsztownie złożonej serwetce również leżała taka dobra maślana bułeczka z makiem, a przy jego nakryciu tak samo jak u starszych stały trzy kieliszki, podczas gdy zazwyczaj pijał z małego złotego kubka, podarowanego mu przez chrzestnego ojca, wuja Krogera… Ale później, gdy wuj Justus zaczął rozlewać do najmniejszych kieliszków żółte jak oliwa greckie wino, gdy ukazały się bezy z lodami, czerwone, białe i brązowe, poprawił mu się apetyt. Pomimo że czuł przy tym nieznośny ból zębów, zjadł białą, potem połowę czerwonej, wreszcie musiał spróbować brązowej, napełnionej czekoladowymi lodami, chrupał przy tym wafle, maczał usta w słodkim winie i przysłuchiwał się stryjowi Chrystianowi, który zaczął coś opowiadać.

Zanim podano masło i sery, konsulowa wypowiedziała jeszcze jedną krótką mowę do swych najbliższych. – Jeśli nie wszystko – mówiła – w tym roku tak się układało, jakbyśmy sobie krótkowzrocznie i nierozsądnie życzyli, to jednak zawsze jeszcze pozostaje tyle widomego błogosławieństwa, że serca nasze powinny być przepełnione wdzięcznością. Właśnie owe następujące po sobie kolejno okresy szczęścia i ciężkich prób dowodzą, że Bóg nie odwrócił się od rodziny, lecz że kieruje jej losami według głębokich zamierzeń, których nie wolno nam zgłębiać. A teraz z sercem pełnym nadziei wypijmy za pomyślność rodziny, za jej przyszłość, ową przyszłość, która nadejdzie wtedy, gdy starzy i starsi spośród obecnych tutaj od dawna spoczywać będą w chłodnej ziemi… za dzieci, do których właściwie należy dzisiejsze święto… Ponieważ zaś nie było już córeczki dyrektora Weinschenka, mały Jan musiał sam jeden obejść cały stół i podczas gdy starsi przepijali wzajemnie do siebie, trącić się ze wszystkimi, począwszy od babci, a skończywszy na pannie Severin.

Gdy podszedł do ojca, senator, zbliżywszy swój kielich do kieliszka dziecka, łagodnie podniósł w górę brodę Hanna, by spojrzeć mu w oczy… Nie spotkał jego wzroku, gdyż długie, ciemnobrązowe rzęsy małego opuściły się nisko, nisko, aż na niebieskie cienie pod jego oczami. Ale Teresa Weichbrodt ujęła oburącz jego głowę, pocałowała go w oba policzki i rzekła tak serdecznym tonem, że Pan Bóg nie mógłby jej się oprzeć: – Bądź szcząśliwy, drogie dziacko!”

Czy próbowaliście kiedyś opisać Wigilię w waszym domu?

U mnie ciągle jeszcze nie ma takiego opisu; ciągle mam nadzieję, że pojawią się kiedyś wreszcie odpowiednie słowa….

Póki co, życzę wszystkim tu zaglądającym wesołych Świąt!

Adwentowe lektury III

Dziś wigilia księdza Rafała Nowiny z książki Macieja Grabskiego Ksiądz Rafał. Pewnie wielu z was zna tę przejmującą historię małej wioski, do której przybywa młody, pełen ideałów ksiądz, żyjący zgodnie z franciszkańską ascezą, którego najcenniejszym dobytkiem są nuty (ksiądz Rafał jest mistrzem organów). Ja się potoczyły jego losy w Gródku? Nie wszystkim się młody ksiądz spodobał…

Ale dziś poczytajmy o pięknym dniu Wigilii Bożego Narodzenia; jeszcze wszystko jest dobrze….

Anioł na krakowskim Rynku

„Dzisiaj to ja, w imieniu wszystkich, chcę powitać księdza pro­boszcza Rafała Nowinę, który spędza z nami swoją pierwszą Wigilię w Gródku. Niech tych Wigilii będzie jak najwięcej, nawet gdy nas już nie stanie na tym świecie. W imieniu tu zgromadzonych proszę księdza proboszcza o odczytanie Ewangelii z tej Biblii, którą przywiózł ze sobą świętej pamięci ksiądz Stanisław i którą pozostawił nam, by czytano z niej co roku te same zdania. Prosimy księdza proboszcza o słowo, modlitwę i błogosławieństwo. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen…

Rafał wziął w dłonie Biblię i otworzył jej karty w zaznaczo­nym przez opłatek miejscu. Zerknął na strony; gdyby nie znał tych słów niemal na pamięć – z trudem odczytałby tekst dru­kowany starym, choć nadal wyraźnym szryftem, wieki temu.

Słowa Ewangelii według świętego Łukasza… Rafał cicho, lecz wyraźnie zaczął czytać:

Stało się, a w one dni wyszedł dekret od cesarza Augusta aby popisano wszystek świat. Ten popis pierwszy stał się od staro­sty syryjskiego Cyryna. Y szli wszyscy aby się popisali, każdy do miasta swego.

Szedł też y Joseph od Galileiey z miasta Nazareth, do żydowskiej ziemie, do mieysca Dawidowego które zowią Bethlehem, przeto iż był z domu y pokolenia Dawidowego aby był popisan z Maryą, poślubioną sobie małżonką brze­mienną. Y stało się gdy tam byli wypełniły się dni aby poro­dziła. Y porodziła syna swoiego pierworodnego a uwinęła go w pieluszki y położyła go w żłobie iż mieysca im nie było w gospodzie.

Zawiesił na chwilę głos. Po chwili podjął głośniej:

A byli pasterze w teyże krainie czyniący y strzegący nocne straże nad trzodą swoią. A oto anyoł Pański stanął podle nich, a iasność Boża zewsząd ich oświeciła: y zlękli się wielką boiaźnią: Y rzekł im aniyoł: Nie bóycie się: bo oto opowiadam wam wesele wielkie które będzie wszytkiemu ludowi: iż się wam dziś narodził zbawiciel który jest Christus Pan w mieś­cie Dawidowym. A ten wam znak: znaydziecie niemowiątko uwinione w pieluszki y położone we żłobie. A natychmiast było z anyołem mnóstwo woyska niebieskiech chwalących Boga y mówiących: chwała na wysokości Bogu: a na ziemi pokóy ludziom dobrey woley.

Rafał ucałował Biblię i odłożył ją z uśmiechem. Odmówił modlitwę i pobłogosławił opłatki. Wziął jeden z nich i rozej­rzał się po obecnych.

– Najdrożsi, tylko kilka słów. W dzisiejszej Ewangelii czy­tamy nie tylko o tym, że narodził się nam Pan, Zbawiciel świata. Ewangelista pokazuje Józefa i Marię jako podróżnych, którzy wracają do miejsca narodzin Józefa i nie mają gdzie się podziać.

Przez stulecia podróżni i pielgrzymi w imię Chrystusa prosili o gościnę – i otrzymywali ją. My zostawiamy tego jednego dnia na stole puste nakrycie, przez pamięć naszych bliskich, których nie ma wśród nas, ale i po to, by powiedzieć: ugo­ścimy tego, kto potrzebuje. Dziś jest dzień pamiątki narodze­nia naszego Zbawiciela: nikt nie powinien tego dnia być sam. Ja też jestem podróżnym, którego przyjęliście – i za to dziękuję wam najserdeczniej. Wszyscy, jak tu jesteśmy, będziemy zaraz składać sobie życzenia, ale ja życzę wam wszystkim już teraz: błogosławieństwa Bożego Dzieciątka na każdą chwilę waszego życia. I obyśmy spotkali się wszyscy za rok!

Amen – rozległo się.

Rafał zaczął rozdawać opłatki. Życzenia trwały długo, dopóki organiścina nie zaprosiła wszystkich do stołu. Zapach­niało barszczem z uszkami, wniesionym w olbrzymiej wazie na stół. Antoni wzniósł chochlę do góry.

No to do dzieła!

Dzieło skończyło się półtorej godziny później, gdy ku radości dzieci Antoni przyniósł wielki talerz posmarowa­nych miodem opłatków. Oznaczało to najwyraźniej rozluź­nienie dyscypliny, bo maluchy jak na komendę opuściły swoje miejsca i wraz z Bartkiem wybrały podłogę nieopodal choinki, zajadając deser i zerkając niecierpliwie na piętrzące się pod drzewkiem prezenty.”

(Grabski M., Ksiądz Rafał. Dobra Nowina)

Dobry czas na choinkowe pierniczki

Zanim zacznie się szaleństwo świątecznego gotowania i pieczenia, akurat jest dobry czas na pierniczki. Te tutaj to cienkie pierniczki, chrupiące, ale jednocześnie miękkie, od razu gotowe do jedzenia, nie muszą leżakować. Aczkolwiek kilka dni w zamkniętej puszce sprawi, że będą jeszcze bardziej kruche. Świetne są do powieszenia na choinkę. Na razie są jeszcze łyse, czekają na polukrowanie

  • 1/2 kostki masła
  • 1/2 kostki margaryny
  • 3/4 szklanki brązowego cukru jasnego
  • 1/2 szklanki cukru pudru
  • 1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżka przyprawy do pierników
  • szczypta soli
  • 1 duże jajko
  • 2 łyżki miodu
  • 3 szklanki mąki
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej


Masło i margarynę zmiksować z cukrem, solą i przyprawami na lekką i puszystą masę. Dodać jajko i miód i dobrze zmiksować. Wsypywać porcjami mąkę do masy i dalej ucierać, dodać mąkę ziemniaczaną i wymieszać. Podzielić ciasto na pół (ciasto będzie bardzo miękkie), każdą połowę spłaszczyć, zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez co najmniej godzinę.
Rozgrzać piekarnik do 180ºC. Na lekko posypanej mąką stolnicy wywałkować cienko ciasto i wycinać gwiazdki, serca, aniołki…. wszystkie kształty, na jakie mamy ochotę. Układać na wyłożonej pergaminem blasze. Zrobić dziurkę na wstążkę do powieszenia na choinkę.
Piec 10-12 minut, aż zaczną się lekko rumienić na brzegach. Wystudzić i polukrować.

Lektury Adwentowe – II tydzień

Temat ubogich i bezdomnych wraca jak bumerang, zwłaszcza w okresie świąt. Jakoś bardziej jesteśmy wrażliwsi na niedolę bliźnich. Chciałoby się coś zrobić, choćby po to, by nie mieć poczucia winy, że my tu w cieple, dostatku, wśród bliskich, czekają na nas smakołyki… a ktoś tam zziębnięty, głodny, szuka domu… Jak Święta Rodzina w Betlejem.

Temat ciągle obecny w literaturze. Ot, choćby w „Noelce” Małgorzaty Musierowicz

„(…) Weszli do zielonego pokoju, gdzie wciąż było gwarno i jasno, stół dźwigał teraz ciasta i owoce, a ojciec Borejko przewodził jakiejś bardzo ożywionej dyskusji. Ida i Marek, mama Pałysowa, Patrycja i mama Borejko wygłaszali jedno­cześnie swe opinie, żywo gestykulując.

(…)

-Patrycja, a gdzie są małe Rumunki? — spytał Tomek, widząc, że już tylko małe Pyziakówny plączą się po pokoju, podżerając łakocie z choinki i przysłuchując się rozmowie.Właśnie tu się o tym dyskutuje — odszepnęła rozgorącz­kowana Patrycja, poprawiając złote loczki nad czołem. — Nie­dawno pojawiła się cała gromada Rumunów, bardzo groźnych. Zażądali zwrotu dzieci, i to w ich własnym przyodziewku, nie w naszych dresach. Wybuchła dzika awantura, bo ten przy­odziewek właśnie wirował w pralce.

-O rany!

-No właśnie. Krzyczeli i grozili. W końcu wzięli dzieciaki w dresach, a mokry przyodziewek wsadziliśmy im w rekla­mówkę. I poszli sobie. Pani Pałysowa twierdzi, że przy naj­bliższej okazji, może jeszcze dziś w nocy, oni przyjdą z sie­kierami i wymordują całą rodzinę.

– To chyba lekka przesada — rzekł Tomcio. — I tak już są na plusie.

Patrycja wybuchnęła śmiechem.

— Alteri vivas oportet, si tibi vis vivere ([*] Trzeba, byś żył dla innych, jeżeli chcesz żyć dla siebie)  – perorował ojciec Borejko.

— Seneka — dorzuciła wyjaśniająco mama Borejko.

-Mnie męczy przykre przeświadczenie — włączyła się Ida — że połowiczna dobroczynność nie ma sensu. Nie popra­wiliśmy doli tych dzieci ani odrobinę. Ogrzeliśmy je tylko i nakarmili.

— A czy to aż tak mało? — spytała nieśmiało mama Borejko.

— E tam, mamuś — powiedziała Ida. — Jeszcze dzisiaj będą znów brudne, zmarznięte i głodne. Rozumiesz, o co mi chodzi. Gdyby człowiek miał być dobry tak naprawdę, na se­rio i konsekwentnie, musiałby po prostu zająć się losem tych dzieci do końca.Obawiam się, że do wyboru są tylko działania symbo­liczne albo bierność — odezwał się Marek Pałys.

-Chcę tylko powiedzieć — ciągnęła Ida — że miłość bliź­niego to zadanie bardzo trudne. Kto wie czy nie najtrudniej­sze.

-Mnie się zdaje — powiedziała mama Borejko — że roz­szczepiacie włos na czworo. Po prostu zawsze można coś zrobić. Symbolicznie czy nie, skutecznie czy tylko troszkę skutecznie, ale… zawsze można coś zrobić. To wszystko.

-A w ogóle — odezwała się Pyza, podchodząc do stołu z długim cukierkiem choinkowym w formie dwukolorowej pałeczki. — W ogóle to ja zaprosiłam te dziewczynki, dzia­dziu, nie mama. — Wysunęła różowy język i przejechała nim wzdłuż cukierka. — Mniam. Mama tylko się zgodziła, żeby do nas przyszły.

-O! — rzekł ojciec Borejko. — A to nowy aspekt tej sprawy. Myślałem, że pomysł był Gabrysi.

-Ja tam nie wiem, o co się kłócicie — ciągnęła Pyza. — Przecież dobrze, że te dziewczynki tu były. Jedna ma na imię Maria, a druga Iza. Kiedy była ta awantura o ciuchy, Iza mi powiedziała (to ta starsza), że u nas było bardzo fajnie.

-Hm? — zdziwił się ojciec Borejko. — Jak ci to powie­działa? Po rumuńsku?

— Po swojemu — odparła Pyza. — Ja nie rozumiem po rumuńsku. Ona po prostu pogłaskała mnie po buzi.

Zapadła cisza.

— A widzisz? — powiedziała mama Borejko do Idy.

-Poszły sobie, no tak — ciągnęła Pyza spokojnie, obli­zując lizaka ruchem jednostajnym. — Ale ja się cieszę, że one tu były. — Zerknęła lśniącymi oczkami spod lśniącej grzywki i uśmiechnęła się szeroko. — Może im tu było trosz­kę miło.

-I na tym — rzekł ojciec Borejko —proponuję zamknąć dyskusję. Pyza dokonała podsumowania w pełni zadowalają­cego.”