Historia powstawania domowej szopki.
Na początku na stole leżało tylko sianko, a na nim opłatki.
Pojawiało się już w Adwencie, by można było połamać się z tymi, którzy przychodzili z życzeniami najwcześniej.
To był czas, kiedy dom był pełen gości i żadne wirusy nie stały na przeszkodzie by pobyć razem i cieszyć się swoją obecnością.
Potem pojawiło się na stole Dzieciątko.
Przybyło z Betlejem i leżało na sianku.
Samo.
Aż prosiło się, by przełamać tę samotność.
Bo przecież nie tak było, tam, w Betlejem.
Choć w biednej szopie, ale byli przy Nim Maryja, Józef, Aniołowie, pasterze, trzej królowie.
I tak, co roku, ciągle ktoś nowy pojawiał się na stole przy Dzieciątku.
Znalazła się Maryja, która na swojej szacie miała wyrzeźbioną symboliczną gołębicę, ot tak, na kieszeni. A u św. Józefa były na płaszczu lilie.
Aniołów w tym domu nigdy nie brakowało.
Tak więc spora ich gromadka przewinęła się na straży Dzieciątka.
Ludowy anioł z zalipiańskimi kwiatami, mały smyk grający na organkach, troskliwa gosposia z zapaską w gwiazdki, z warkoczem przerzuconym przez ramię, grajek z harmoszką…
Przybyli z daleka trzej Mędrcy, nazywani Królami, owinięci w białe burnusy, z dłońmi pełnymi darów. Ich oblicza nie są wyraźne; artysta, który ich stworzył, twierdzi, że są pełne skrywanych tajemnic….
Pojawił się i pasterz z owieczką.
Najtrudniej było ze zwierzątkami.
Jeszcze owieczkę dało się łatwo znaleźć, ale zdobycie drewnianych figurek osła czy wołu – to było prawdziwe wyzwanie! Czy są jeszcze dzieci, które bawią się drewnianymi zwierzątkami?
Ale udało się. Pojawił się i wół i osioł.
Coraz ciaśniej robiło się na starej, drewnianej tacy, która pełniła rolę żłóbka.
Nadszedł czas na szopkę.
Pojawiła się bardzo solidna chatka, z dwuspadowym dachem, stryszkiem, drabiną, z drewnianym ogrodzeniem; ba! nawet i studzienki nie zabrakło!
Chatę wyścielono własnoręcznie suszonym sianem z najpiękniejszych traw i wonnych ziół. Dorzuciło się trochę mchu.
Pojawiły się ledowe światełka, które rozświetliły stajenkę.
Wszystko wydawało się gotowe, by zrobić zdjęcia i odbitki dla odwiedzających dom, na pamiątkę. Co też zostało uczynione.
Ale nie był to jeszcze koniec historii.
Gdzieś tam …. czekał anioł, który był przypisany do tej właśnie szopki.
Duży, z pięknymi, złotymi skrzydłami, z trąbą, czekający, by zagrać wezwanie do stajenki.
Coś go zatrzymało.
Może kwarantanna, obowiązkowa dla przybyszów w czasie pandemii?
Czekał bardzo niecierpliwie.
Wysyłał sygnały.
Twórczyni tej szopki, wybierając się wczesnym, grudniowym rankiem za zakupy, usłyszała:
– Nie idź na przystanek tam za rondo, idź na górę Lwowskiej, tuż za ulicą Szeroką. Czekając na autobus, obejrzysz sobie wystawy….
– Czemu nie?
Tak zrobiła.
I kiedy dotarła na ten przystanek, anioł stojący na sklepowej wystawie zawołał:
– To ja! Słuchaj, to ja tu czekam na ciebie!
Od razu wiedziała, że trzeba go zabrać do tej już niby gotowej szopki.
Tyle, że sklep był jeszcze zamknięty.
Powiedziała sobie:
– Jeśli to anioł dla nas, to jeszcze te kilka godzin na mnie zaczeka.
Zaczekał.
I jest już. Spóźnił się troszkę, więc już nie wszedł do środka szopki, ale czuwa przy wejściu.
Czuwa i jednocześnie zaprasza.
Taki Anioł Stróż szopki.
Widocznie taka mu była przeznaczona rola.