Nowe oblicze kotlecików z jajek

Zawsze robiłam te kotleciki tylko z jajek i cebuli. A tu koleżanka przyniosła nową  propozycję w tym zakresie:  do składników podstawowych można dodać jeszcze pieczarki, żółty ser i zieleninę.

I tak właśnie zrobiłam

kotleciki z jajek

A oto przepis:

6  jajek ugotowanych na twardo

Pół kilograma pieczarek

10 dag sera (np. gouda)

1 duża cebula

Szczypiorek

1 surowe jajko

Bułka tarta

Przyprawy: sól, pieprz, ostra papryka

Do smażenia olej i nieco masła

 

Jajka, ser, pieczarki zetrzeć na dużych otworach tarki.

Cebule pokroić w drobną kosteczkę.

Pieczarki i cebulę zeszklić na łyżce masła, odparować nadmiar płynu. Wymieszać z utartymi jajkami i serem, dodać posiekany szczypiorek, przyprawy i surowe jajko. Dobrze wyrobić masę, dodając bułkę tartą w takiej ilości by masa była zwarta.

Uformować małe kotleciki, obtoczyć je w tartej bułce i smażyć na rozgrzanym oleju z dodatkiem masła z obu stron na brązowo.



Płetwa rekina i syczuański pieprz – recenzja książki

Wydawało mi się, że lubię kuchnię chińską: te ich pierożki, szkliwione zupy, czy rewelacyjne gufrowane makarony. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że znam mocno zeuropeizowaną wersję tej kuchni.

Tak było do czasu, kiedy wpadła mi w ręce książka Brytyjki, Fuchsji Dunlop pt. „Płetwa rekina i syczuański pieprz”, noszącej podtytuł: słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin.

Płetwa rekina i pieprz syczuański

Zobaczyłam ją w sieciówce, w koszu z przecenami. To już była druga przecena; 6,90 zł – czemu nie? – pomyślałam. To przyzwoita cena dla kota w worku – bo przecież nic nie wiedziałam ani o autorce, ani o zawartości książki.

O.k. Kupiłam, przeczytałam, w ciągu 3 dni praktycznie, a ma przeszło 340 stron – czyli szybciutko, prawda? I teraz sama nie wiem.

Książka jest dobra, interesująca, wciągająca, rzetelna i bez przemilczeń. Dlatego jest drastyczna momentami. Jak autorka pisze o potrawie z ryby, którą zobaczyła na targu – no to pisze dokładnie, co się z tą rybą dzieje, zanim trafi na talerz. Cóż, nie jest hipokrytką. Jeśli więc ktoś chciałby po tę książkę sięgnąć – wie, co tam znajdzie.

Książka zachwyciła mnie autentycznością i odnalezieniem świata, który nie jest jeszcze zglobalizowany. Znalezienie zakątka, enklawy, gdzie gotowaniu według miejscowych zasad i tradycji poświęca się tyle czasu i staranności – graniczy z cudem.

Fuchsia pokazała nam świat „daleko od szosy”, choć, niestety, on już też ginie, odchodzi w przeszłość. A że jest on dla większości z ludzi niedostępny (z uwagi na uwarunkowania polityczne Państwa Środka i koszmarną odległość), więc relacja stamtąd kusi.

Decyzję zakupu książki podjęłam również dlatego, że zaraz na pierwszych stronach książki zamieszczona była mapa, z zaznaczeniem miejsc, gdzie autorka przebywała. To taki autentyczny, czytelny sygnał: popatrzcie: tu mieszkałam – zobaczcie, jak dlatego to jest od Pekinu czy Hongkongu; może znacie wielkie, chińskie miasta, ale co wiecie o chińskiej prowincji i jej wspaniałej kuchni? Zapraszam!

 

Nie wiem, czy byłabym w stanie zjeść wszystko to, co jadła i czego próbowała autorka: te wszystkie chrząstki, gumowate ścięgna, galaretowate podroby, mózgi, itp. I dlatego nie wiem, czy lubię/lubiłabym autentyczną chińską kuchnię.

Ale walor poznawczy książki jest nie do przecenienia.

I ci ludzie – tak otwarci na przyjęcie cudzoziemki i pokazanie jej wszystkich tajników swojej kuchni, a z drugiej strony – tak zamknięci na kuchnię Zachodu, którą chciała Brytyjka im pokazać.

Jest w książce garść przepisów, ale póki co, nie planuję porywać się na nie, głównie z uwagi na brak oryginalnych składników. No i nie bardzo wierzę w swoje umiejętności, choćby w zakresie precyzyjnego krojenia składników, co w potrawach chińskich ma kluczowe dość znaczenie. No – chyba że potraktuję te przepisy jako luźną inspirację….

I jeszcze ciekawa jestem, czy umiałabym posługiwać się w kuchni tasakiem – autorka mówi, że teraz to jedyny właściwie jej nóż w kuchni, także po powrocie do Londynu.

Jeszcze słówko o tytułowym pieprzu syczuańskim, który pieprzem właściwie nie jest.

 pieprz syczuański

Tą tak cenioną przyprawą nie są ziarna, lecz same łupinki owoców drzewa pieprzowego. Często nazywany jest ten pieprz kwiatowym.

Tak pisze o nim autorka:

„Powietrze w sadzie ma hipnotyzujący cytrusowy zapach. Guzełkowate zielone jagody zaczynają dopiero różowieć i pojedynczo lub po dwie czepiają się kolczastych pni drzew. Zrywam kilka ziarenek pieprzu i rozcieram je w dłoniach. Aromat szybko wypełnia powietrze wokół mnie. Jest wszechogarniający, świeży i pobudzający, pachnie lasem i dzikością. Zamykam oczy. Wkładam odrobinę pieprzu do ust. Jego zielony świeży smak natychmiast ściąga język, a w kilka sekund później nadchodzi mrowienie. Pieprz syczuański daje to niezrównane doznanie odrętwiałego języka, musowanie, które zaczyna się ukradkiem i rośnie do porywającego, zapierającego dech, nawet dwudziestominutowego apogeum, a potem powoli, stopniowo ustępuje. Jest silniejsze niż się spodziewałam, i zaskoczona wybucham śmiechem. Przez całe lata marzyłam o spróbowaniu pieprzu syczuańskiego prosto z drzewa i oto jestem w Qingxi, gotowa śpiewać z radości.”





Kawa w tramwaju smakuje lepiej?

Mamy w Tarnowie niezwykłą kawiarnię, usytuowaną w tramwajowym wagonie, który stoi w centrum miasta, na Placu Sobieskiego.

kawiarnia w tramwaju

espresso tramwajowe

To na pamiątkę, że kiedyś, od 1911 do 1942 roku po moim mieście kursował czerwony tramwaj; łączył Dworzec Kolejowy z ulicą Lwowską i Grabówką. Niemieccy okupanci zdemontowali cenną, miedzianą trakcję, wykorzystując ją na froncie. Jednak pasjonaci tradycji i historii włożyli wiele trudu, by przypomnieć i upamiętnić ten fakt z dziejów miasta.

I tak powstała kawiarnia „Cafe Tramwaj”.

Kawa espresso, którą tam piłam, jest przepyszna! Polecam!

 wnętrze kawiarni

A pijąc, można pooglądać stare fotografie miasta i podpatrywać zza szyby życie mieszkańców.

A ja zapraszam jeszcze do lektury fragmentu „Książeczki” Jana Bielatowicza, tarnowianina, który tak pisał o tarnowskim tramwaju:

„Wyjeżdżać mógł nasz tramwaj spod dworca kolejowego dopiero wtedy, gdy na drugie ramię wideł rozjazdu wjechał wóz pędzący ze strony przeciwnej i kiedy już motorniczy z celebrą i wśród zachwytów widzów przełożył dyszel na dachu wozu do tyłu. Działo się to wszystko tak wolno, że zanim wóz ruszył, połowa podróżnych, narozkoszowawszy się wnętrzem tramwaju, wybiegała niby to urażona na ulicę, by potem ścigać się z tramwajem w górę ulicy Krakowskiej, przeciąwszy przedtem na przełaj planty kolejowe.
Wjeżdżając na Krakowską zgrzytały piskliwie, jakby w przewidywaniu niezmiernej fatygi. Jeszcze gładka przestrzeń nad kościołem misjonarzy i browarem Sanguszki nie sprawiała im trudu, ale już od pierwszej rozjezdni u wylotu ulicy Krasińskiego zaczynała się wyczerpują spinaczka. Od tego już miejsca ci, którzy wybrali się pieszo zyskiwali przewagę nad tramwajem. Pod „Apollo” szło jeszcze jako tako, aliści od „Marzenia” wyglądało, że tramwaj nieuchronnie zacznie się staczać do tyłu. Ale wozy z herbem Leliwa nigdy się nie cofały. Na plac Sobieskiego, pod starostwo wjeżdżały rozgrzane zwycięstwem nad przestrzenią blisko tysiąca metrów. Nic dziwnego, że stąd już tanecznie, w pląsach, gęsto dzwoniąc i wesoło sypiąc iskry spod kół i znad drutów, rwały czerwone tramwaje półkolem wokół śródmieścia, przez ulicę Wałową do Pilźniańskiej Bramy, aby z górki na pazurki stoczyć się w dół ulicy Lwowskiej ku Grabówce.”

400-letni tarnowski targ po remoncie

Został otwarty parę dni temu, po przeszło rocznym remoncie, grochówką i kiełbaskami (załapałam się tylko na grochówkę).

nowy Burek

Jest piękny.

Drewniane pawilony kwiatowe, murowane pawilony jarzynowo-owocowe, zadaszona część placu ze stołami dla doraźnych handlujących. Wokół ławeczki. Pozostał bruk jako podłoże. To ostatnie akurat jest bardzo ważne, bo właśnie od bruku pochodzi nazwa tego placu handlowego: BUREK – oznacza plac wyłożony brukiem (w dawnej Polsce używano zamiennie słów: bruk – burk).

Nazwa „Burek” funkcjonuje od zawsze, mimo, że nigdy nie była nazwą oficjalną. Ale każdy tarnowianin, usłyszawszy to  słowo – będzie wiedział o czym mówimy i bezbłędnie wskaże lokalizację placu.

Pierwszy udokumentowany zapis tej nazwy pochodzi z roku 1621. Wtedy był to tylko plac, bez stałych kramów i długo w tej formie pozostał, aż do XX wieku. Ale zawsze był to plac handlowy, a sprzedający rozkładali swój towar wprost na bruku lub handlowali z furmanek.

Burek zdjęcie archiwalne

Współcześni włodarze miasta wielokrotnie próbowali zmienić przeznaczenie placu, głównie chodziło o zbudowanie w tym miejscu parkingu (!)

Na szczęście – ostry protest kupców i mieszkańców spowodował, że musieli się z tego pomysłu wycofać i historyczny plac handlowy ocalał.

Jest w tej chwili piękną perełką i naprawdę może się równać z wieloma europejskimi targowiskami.

Przebiegam codziennie obok niego w drodze do pracy, wdycham cudowny zapach warzyw i już nie mogę się doczekać wiosennego wysypu nowalijek.

Marokańska przyprawa ras el hanout

Ta przyprawa, a właściwie mieszanka przypraw jest w kuchni marokańskiej niezbędna do każdej niemal potrawy, a już na pewno do zupy hariry, couscousu, tagine. Co wchodzi w jej skład? to pilnie strzeżona tajemnica każdego sprzedawcy i kucharza. Na pewno cynamon i ostra papryka. Ale niektóre mieszanki mają ponoć i 100 składników (!)
Ja zrobiłam ją według przepisu Martina Gimenez Castro – zwycięzcy polskiej edycji Top Chef. Myślę, że tej klasy kucharz zna się na rzeczy

ras el hanut

 cynamon 3 łyżki
    ziarna kolendry 2 łyżki
    kumin – 1 łyżka
    papryka ostra mielona 1 łyżka
    kardamon  1 łyżeczka
    gałka muszkatołowa 1/2 sztuki

Rozetrzeć w moździerzu kolendrę, kumin i kardamon
Dodać startą gałkę muszkatołową
Dodać cynamon i paprykę
Wymieszać

Otrzymujemy wcale pokaźną porcję, która wystarczy na wiele, wiele dań. Zamykamy w szczelnej puszce.

Menu kuchni marokańskiej

Tak wyglądało menu naszego filmowego party (ciągle jeszcze z elementami wystroju świąteczno-choinkowego)

nakrycie stołu

menu marokańskie

motywy świąteczne

Przystawka: żydowskie holiszkies – czyli gołąbki, wegetariańskie, z kaszy gryczanej z kawałeczkami papryki, w słodko-pikantnym pomidorowym sosie

holiszkies

Zupa: harira, będąca typową, bliskowschodnią zupą strączkową (ciecierzyca, soczewica) z mięsem (najczęściej z jagnięciny) i zwykle z dodatkiem pomidorów. Robiłam ten typ zupy już wielokrotnie (zawsze troszkę inaczej) i nieodmiennie cieszy się olbrzymią popularnością. Te, tutaj, zrobiłam z zielonej soczewicy, ciecierzycy, mięsa wołowego, pomidorów z dodatkiem przyprawy ras-el-hanut

harira

Danie główne to tażin z indyka z kuskusem (z dodatkiem zeszklonej cukinii) i surówką z marchewki. Surówka wzbudziła sensację, dopytywano się co w niej jest; a były tam cząstki pomarańczy, sok z cytryny i cynamon. Tażin winien być przygotowany w specjalnym naczyniu z pokrywą w kształcie wysokiego komina; nie mam takiego, więc dusiłam go w stalowym garnku ze szczelnie dopasowaną pękatą pokrywką, umożliwiającą warunki gotowania podobne do oryginalnego garnka

tażin z indyka

Zakończyliśmy biesiadowanie filiżanką mocnej herbaty (African tunda londyńskiej firmy Twinings)

Party filmowe – pierwsze w tym roku

Zapraszam karnawałowo, na musical: Józef i cudowny płaszcz snów.
Jest to lekko, z przymrużeniem oka potraktowany temat biblijnego Józefa, znanego z umiejętności interpretacji snów, a sprzedanego przez braci do Egiptu.

Mamy tu dynamiczne, kolorowe, głośne i piękne cudeńko kompilacyjne: kompilacja różnych stylów muzyki, kompilacja kostiumów, kompilacja choreografii.
Pamiętacie piktogramy z egipskich piramid, pokazujące postaci w profilu, poruszające się jak gdyby zawsze bokiem? Genialnie wykorzystał to tutaj, w scenach na dworze faraona, twórca choreografii.
A kostiumy? moja ulubiona stylizacja to gruby bankier Putyfar z liczydłem i stosem monet.
Chyba każdemu spodoba się faraon, stylizowany na Elvisa Presleya, a niezrównana Joan Collins (tak, tak, to Alexis z „Dynastii”) jak zawsze piękna, jak zawsze uwodzicielska i … niebezpieczna.
Oprócz zauroczenia muzyką, bawimy się świetnie, odczytując analogie i ukryte znaczenia (w tym kierunku, co ów musical, poszedł na przykład później film „Asterix i Kleopatra”).
Do filmu zrobiłam znane wam już malutkie marokańskie ciasteczka, rożki gazeli

rożki gazeli

A jaką kuchnię dobrać do po-filmowej kolacji?
Szukajmy: Józef – a więc żydowska, faraon – egipska…. skończyło się na północno-afrykańskiej, sefardyjskiej (tj. żydowskiej z basenu Morza Śródziemnego), z inspiracjami marokańskimi, jako że wszystkie te kuchnie przenikały się nawzajem. A kuchnia marokańska, od czasu drugiej edycji Masterchefa (odcinki wyjazdowe kręcone były właśnie w Maroku), kusiła mnie ogromnie:)

Prezentacja menu w następnym wpisie, zapraszam!

Znacie rożki gazeli? Zapraszam

Kaab el Ghazal – marokańskie ciasteczka w kształcie sierpu księżyca

Chrupiące zewnątrz, polukrowane (lub tylko obtoczone cukrem pudrem), w środku kryją miękki marcepan

Niebezpieczne! Może się zdarzyć, że będziemy je tak sobie chrupać, dopóki się nie skończą!

Cieszyły się u mnie wielkim powodzeniem

rożki gazeli

W wykonaniu proste, choć trochę czasochłonne

20 dag marcepanu (gotowej masy)

Na ciasto:

30 dag mąki

Szczypta soli

90 ml wody pomarańczowej (do zwykłej wody dodałam olejku pomarańczowego)

90 ml wody zwykłej (zimnej)

3 łyżki roztopionego masła

A ponadto: olej oraz jajko

Składniki ciasta wrzucić do miksera, miksować aż utworzy się kula. Wyrobić ciasto aż będzie elastyczne i miękkie (regulują konsystencję wodą lub mąką).

Podzielić na 4 części, każdą część posmarować olejem.

Wałkować każdą część na cienki placek, wycinać kieliszkiem kółka.

Na każdym kółku układać utoczony wałeczek z marcepanu, zlepiać brzegi jak na pierożki, formować rogalik. Każdy rogalik posmarować roztrzepanym jajkiem.

Piec ok. 15 minut w nagrzanym do 200 st. C piekarniku.

Kiedy wystygną lukrować (lukier robię z 1 białka + tyle cukru pudru żeby otrzymać pożądaną jego gęstość – ok. 2 szklanek cukru).

Zapraszam na pasztecik z dorsza

Był u mnie jednym z dań wigilijnych. Ale świetnie sprawdzi się jako elegancka przystawka.

Podany z żurawiną smakuje nawet tym, którzy twierdzą, że ryb nie lubią

pasztecik z dorsza

500 g filetów z dorsza

1 bułka czerstwa

3 łyżki masła

Jajko

Cebula

Sól, pieprz, przyprawa do ryb (świetna jest wg mnie benedyktyńska)

Mleko

Odrobina bułki tartej

Żurawina do mięs (gotowa, ze słoika)

Filety (jeśli mrożone trzeba rozmrozić) namoczyć w mleku (1-2 godziny)

Również bułkę moczymy w mleku

Następnie filety, odciśniętą bułkę i masło mielimy w maszynce do mięsa.

Do masy dodajemy drobno posiekaną cebulę, roztrzepane jajko oraz przyprawy, dokładnie mieszamy, wyrabiamy aż masa wchłonie jajko

Małe foremki z kominkiem natłuszczamy masłem, oprószamy tartą bułką, nakładamy do nich masę

Wkładamy foremki do nagrzanego piekarnika (180 st. C) i pieczemy ok. 15 minut.

Podajemy (na ciepło lub na zimno) z żurawiną