Wspomnienie z Wigilii

stół wigilijny

Dwanaście potraw na wigilijnym stole – czy to nie za dużo?
Oczywiście, że za dużo!

W tym roku to ja przygotowywałam Wigilię dla najbliższej rodziny. I było moją ambicją, aby wszystko było zgodnie z Tradycją – a więc przede wszystkim 12 dań.
Były! Oto menu:

menu wigilijne

Nie dało się tego przejeść, mimo, że jedliśmy nieśpiesznie, z przerwami, a dania były serwowane w malutkich porcjach, jako coś w rodzaju menu degustacyjnego.
Najbardziej dumna jestem z dań rybnych; niespecjalnie są u nas lubiane, ale wyszukałam przepisy, które naprawdę były smaczne:)
Pasztecik z dorsza z żurawiną

pasztecik z dorsza
Rolada z sandacza w galarecie

rolada z sandacza

Śledzie po łowicku

śledzie po łowicku

Sola pieczona w porach z pure ziemniaczanym

sola w porach

I sałatka śledziowa mojej siostry, z fasolką, zawsze przez nią robiona w większej ilości, żeby każdy chętny mógł sobie ją zabrać również do domu i by nie było kłótni, kto ile weźmie:))))

sałatka śledziowa

Był ciemny barszcz grzybowy z uszkami

barszcz wigilijny z uszkami

Była kapusta z grochem (podana na chrupkiej macy)

kapusta z grochem

Jako zupełną nowość u nas wprowadziłam kluski z makiem i pierożki z suszonymi śliwkami

kluski z makiem

Niektóre z dań w ogóle nie pojawiły się na stole, zwłaszcza te z końca listy menu:) Ale spróbować je każdy miał szansę, bo każdy wychodzący dostał na drogę paczkę z prowiantem – to nasza stara rodzinna tradycja – i przyznać trzeba, że każdy lubi te żywnościowe paczuszki:)
Były, rzecz jasna również ciasta, w tym makowa gwiazda z białego i niebieskiego maku, ale ich nie wliczam do wigilijnego menu. To dodatki spoza kanonu:)

Był biały obrus z wytłaczanym motywem srebrnej choinki, na nim szyfonowy bieżnik ze złotymi gwiazdkami.
Było nakrycie dla niespodziewanego gościa – kolorowe, żeby odróżniało się od innych. Dodam, że w czasie którejś z Wigilii przedyskutowaliśmy w naszej rodzinie taką możliwość; gdyby ktoś zapukał – przyjęlibyśmy go, choćby to był podchmielony bezdomny (!)

miejsce dla zamorskiego pana

Były gałązeczki jodełki i pierniczki przy każdym nakryciu

stroik do nakrycia

Było obłędnie pachnące, z podtarnowskiej wsi siano, na nim opłatki

siano i opłatki

Były świąteczne świece i aniołki

aniołek na wigilijnym stole

 I co najważniejsze, wszyscy najbliżsi wokół stołu, wszyscy w komplecie:) !!!

Choinek czar…

Choinki wrosły w naszą tradycję.
To prawda, że u mnie są sztuczne. Za ciepło jest w mieszkaniu, żeby były prawdziwe.
Ale jest kolorowo, klimatycznie.
A ponieważ kupuję też dużo gałęzi jodły, sosny i jemioły, to i zapach igliwia dominuje w domu w te świąteczne dni. Kiedy gałęzie zaczynają podsychać, bardzo intensywnie pachną. Ich zapach miesza się ze słodką nutą pierniczków, które wieszam na choince.

bombki na choince

Były już lata, kiedy ubierałam choinkę pełna smutku.
Bo przecież nie każde święta są radosne i pełne śmiechu.
Ale jednak czuję potrzebę tego kolorowego drzewka w domu.
W szklanych kulach bombek odbijają się oczy siedzących wokół.

Oby to odbicie było jak najczęściej radosne – tego i sobie, i Wam, drodzy, którzy tu zaglądacie, życzę w Nowym Roku!

mała choinka

choinka Zet

Czas na choinki

W książce Krystyny Uniechowskiej-Dembińskiej „Był pałac” – pełno jest akcentów świątecznych, ale Wigilii, potrawom, poświęcone jest raczej mało miejsca; zdominowało bowiem świętowanie najście oddziału niemieckiego (akcja rozgrywa się w czasie II wojny światowej). Ale choinki – o! temu poświęciła autorka sporo ciepłych słów.
Zanim zaproszę do lektury, zerknijcie, proszę:) to jedna z pierwszych, ubranych przeze mnie w tym roku choinek, malutka, stojąca w okrągłej wieży:

choinka w wieży

A teraz już cudowny tekst o choinkach u Uniechowskiej:
„Cokolwiek miało się zdarzyć, zbliżały się święta i pałacowy światek zmieniał się w bożonarodzeniowy, świąteczny i tej świąteczności podporządkowany.
Stróż stróżów, pan Kruk, z pomocnikiem przydźwigał do Pałacu wielką choinkę. Rozłożysta dołem, smuklejsza ku górze. – Jodełka jak się patrzy – pochwalił pan Kruk – ostatnia taka w zagajniku. Zostały same drapaki.
Umocowana na szerokim krzyżaku zbitym przez stelmacha ledwie zmieściła się pod sufitem holu, w miejscu skąd usunięto kanapę i fotele art deco. Tradycyjnie wokół bożego drzewka śpiewa się kolędy, stojąc.
Czarodziejstwo bożonarodzeniowych choinek… Talizman pokoleń. Pałac rozzielenił się, zapach igliwia był jak eliksir, jak essencea apaisent, rekwizyt z „białej pamięci” owego starożytnego filozofa. Przyniesiono ze składziku pudła choinkowych ozdób. Papierowe łańcuchy lepione przez niegdysiejsze pałacowe dzieci.
Były łańcuchy ze słomek dzielone wachlarzykami z plisowanej bibuły, i sklepowe, błyszczące, posypane czymś jak tłuczone szkło. Zabawki, rękodzieła kilku pokoleń. Gwiazdy o promieniach z papierowych tulejek, z wlepionymi w nie kitkami karbowanych bibułkowych promieni. Poważne gwiazdy z tektury oblepione złotą cynfolią.
Grzebałam w pudłach z zachwytem.
Było w czym. Bombki, srebrzone orzechy, pokraczni Mikołaje wycięci laubzegą z dykty, ptaszki-wydmuszki – nie mogło zabraknąć ludowych akcentów. Nudna robota przywiązywania nitek przypadła mnie. Pomagały panie rezydentki i kilka cioć, ale co chwila zamyślały się, przypominały sobie swoje choinki, zawsze najpiękniejsze: – Kupowało się całe arkusze gwiazdek i aniołków w papierniczym sklepie firmy Matuszewski i Spółka … kolorowe papiery, karbowane bibułki … Klej robiło się z wody i mąki… Pamiętam…. pamiętam – i dłonie opadały im na kolana. Nieruchomiały. Śledziły płynące pod białym z obojętności sufitem holu swoje dawne choinki, a wraz z nimi frunęły stoły wigilijne, okna domów, za którymi wypatrywano pierwszych gwiazd tamtych wieczorów. Po chwili otrząsały się z upiorów wspomnień:
– Ten łańcuch, Krysiu, trzeba skleić. Bombkom robisz za krótkie pętelki…
– Jabłuszka! Gdzie rajskie jabłuszka?
– A na czubek choinki damy anioła czy gwiazdę?
Moje pierniki gasły wśród feerii świecideł. Jedynie piernikowy zapach był świąteczny. Bo papierowe zabawki pachniały kurzem i stęchlizną.”

Świąteczna pułapka uczuć

Co roku przychodzi ten szczególny czas.

Czas Wigilii, czas narodzin Bożego Dzieciątka, który chcemy przeżyć godnie, z miłością, w zgodzie z innymi. Serca nam łagodnieją, chodzimy na rzęsach, pełni nadziei i rozradowania czekamy.

anioł

Ale życie jest nieubłagane. Niesie codzienne kłopoty, stresy, zderzają się ze sobą różne oczekiwania ludzkie, kogoś boli głowa, czy coś tam innego, coś się zepsuło, właśnie sprzątnęliśmy, a tu ktoś nabałaganił, i …… ktoś tam zdenerwowany zaczyna warczeć. I już zły łańcuch zaczyna działać.

Tak chcieliśmy trwać w radości – a tu kicha.

Pęka mydlana bańka nastroju.

Podcięto nam skrzydła.

Może to my je komuś podcięliśmy.

Jak tu się tego ustrzec?

Jak zachować radość dziecka???

Wigilia przy łuskaniu fasoli

Dziś wspomnienie wigilijne Wiesława Myśliwskiego, z książki „Traktat o łuskaniu fasoli”. Prawdziwe świeczki na choince i własnoręcznie utkany i wyszyty przez matkę obrus.

świeczki na choince

Posłuchajmy:

„To znów kiedyś przed Bożym Narodzeniem  chłopaki gdzieś ukradli paczkę świeczek na choinkę. Ale zanim przyszło Boże Narodzenie, wypaliliśmy, bo prawie co dzień wyłączali. I mieliśmy choinkę bez świeczek. Tak, pozwalali nam. Stała w świetlicy. Drzewko wycięło się w lesie, czymś się tam ubrało, sami robiliśmy zabawki, łańcuchy, jeże. Tylko że bez świeczek, to żadna choinka.
Pan lubi choinkę? Też lubiłem. Ale musiały się prawdziwe świeczki palić. Mogła być nawet skromnie ubrana, ale świeczki musiały się palić. Zawsze my, dzieci, zapalaliśmy, według starszeństwa, tylko że odwrotnie, najpierw ja jako najmłodszy, potem Leonka, Jagoda. Nie mogłem dostać do tych wyższych, to mnie ojciec brał na ręce i unosił. Naturalnie, że były prawdziwe, żywym płomieniem się paliły. Muszą być prawdziwe, żeby i choinka była prawdziwa. Elektrykiem byłem, ale nie lubię elektrycznych, powiem panu. Dzisiaj wszyscy elektryczne, ale to, według mnie nie świeczki. Martwo świecą.
Wigilia zawsze zaczynała się od zapalenia świeczek na choince. Potem matka nakrywała stół białym obrusem i znosiła potrawy. A potraw było zawsze dwanaście. Najpierw łamaliśmy się opłatkiem, a potem wszyscy siadali wokół stołu. Każdy miał już stałe swoje miejsce przy Wigilii. I każdy starał się tak jeść, żeby, broń Boże, nie poplamić obrusa. Nawet dziadek po troszeczku nabierał na łyżkę, żeby mu nie kapnęło, nie wypadło. I jak nigdy jadł cichutko, nie siorbał, nie mlaskał. Aż go babka chwaliła, nie mógłbyś tak co dzień jeść.
O, to nie był taki zwykły obrus. Jedynie do Wigilii go matka nakrywała. Sama go utkała, wyszyła, z przeznaczeniem, że tylko do Wigilii. A każdy wiedział, ile staranności ten obrus matkę kosztował. Len sama zasiała, i to na najlepszym kawałku ziemi. Zasiała rzadko, aby do każdej łodygi słońce dochodziło. Potem co dzień wychodziła patrzeć, jak rośnie. Ledwo jakiś chwaścik zaczynał z ziemi wystawać, dobierała mu się od razu do korzenia. Tak że gdy ten len urósł, dorodny był, mówię panu. Sama go sierpem zżęła. O, właśnie, nie wiedział pan, co to sierp. Sierpem dlatego, żeby nie połamać łodyg. Potem długo sechł na słońcu, potem jeszcze w stodole. A potem związany w wiązki, zabity kołkami, moczył się w Rutce, gdzie najbystrzejszy nurt. I znów sechł. Potem na międlicy go wymiędliła. Ale już nie będę panu objaśniał, jak wyglądała taka międlica. W innych stronach mówił się paździerznica. Grubsze czy krótsze włókna od razu odrzucała. A ile potem było jeszcze przebierania, czesania, nie wyobraża pan sobie. Aż zostawała sama pajęczyna. Tak babka mówiła przy każdej Wigilii, że z pajęczyny ten obrus utkany.
Płótno kiedy już utkała, kilka razy prała i suszyła, prała i suszyła. A było słońce, w słońcu rozścielała na trawie, aby jeszcze bardziej zbielało. Choć trudno sobie wyobrazić, żeby mogło być bielsze. Całe niemal lato, dzień w dzień, jeśli tylko było słońce, w tym słońcu rozścielała. I dopiero zimą zabrała się do wyszywania. Miał być gotowy na tę Wigilię, ale wyszywała i wyszywała, tak że był gotowy dopiero na następną. Nauczyła przy tym obrusie i Jagodę, i Leonkę wyszywać. Cały rajski ogród wyszyła. Bogatszy niż się nieraz na obrazkach widzi.
Dziadek gdy już sobie podjadł, lubił wodzić palcem po tym wyszywaniu matki.
– Tam będziemy – mówił. – Popatrzcie, tam będziemy.

Cośmy jedli na Wigilię? Najpierw po drobinie sera z miętą, jako że pasterze. Potem żur na grzybach z gryczaną kaszą. Pierogi z kapustą i grzybami. Kartofle gotowane w łupinach, z solą. Żur z serwatki na popicie. Pierogi z suszonych śliwek, posypane orzechami, polane smażoną śmietaną. Kluski z makiem. Ryby gotowane czy smażone. O, było ryb w Rutce, nie uwierzyłby pan, jaka to była rybna rzeka. Połowy tego teraz nie ma w zalewie. Widzę przecież, przyjeżdżają tu wędkarze, to ślęczą i ślęczą nad wędkami. Pójdę czasem popatrzeć, to rzadko się któremu na haczyku coś trzepie. A w Rutce można było w opałkę łapać. Podstawiało się przy brzegu opałkę i tłukło się kijem po dziurach i za każdym razem coś wpadło. Przed Wigilią, gdy Rutka zamarzła, no, to wyrąbało się przerębel, wstawiało się sieć i czekało się, aż najdą.
Potem kapusta z grochem czy sama kapusta lnianym olejem zasmażana. Jeśli sama kapusta, to osobno fasola z miodem i octem. A jeśli z grochem, to już fasoli nie było, tylko bób. Do poskubania. Potem kisiel z żurawin. I na koniec kompot z suszu.
Pękaliśmy z najedzenia, jakkolwiek wszystkiego było po trochu. No, a potem szło się na pasterkę. My, dzieci, przeważnie już podsypialiśmy, bo pasterka była o północy. Musieliśmy jednak iść. Wtedy dopiero gasiło się świeczki na choince. Powiem panu, dla mnie nie potrawy, tylko te świeczki jakby potwierdzały, że to Wigilia. Gdy tak się paliły, gotów byłem we wszystko uwierzyć. Wierzyłem w ten obrus matki i w to, co mówił dziadek, że tam będziemy, kiedy wodził palcem po tym wyszywaniu. Czasem nawet wydawało mi się, że już tam jesteśmy.”

Prawdziwe świeczki na prawdziwej choince to ja miałam. Kiedy byłam dzieckiem. I zimne ognie obowiązkowo musiały być (na zdjęciu z lewym górnym rogu to właśnie ja i moja siostra z zimnymi ogniami przed choinką). Świeczki osadzało się na metalowych „żabkach” przypinanych do gałązek choinki. Raz nawet choinka się zapaliła i tato przytomnie wyrzucił ją przez okno!
Ale takiego obrusa to zazdroszczę! Samego pomysłu zwłaszcza zazdroszczę: włożyć tyle trudu i zrobić coś tak pięknego samemu, by uczcić narodziny Bożej Dzieciny!




Logistyka przedświątecznej pani domu – ZAKUPY!

Do świąt zostało nam niecałe dwa tygodnie i według mojej rozpiski, ten tydzień to najlepszy czas na zrobienie zakupów.

Kiedyś tam po zakupy biegła służba (jak choćby w cytowanej wczoraj książce „Dziecko dawnej Warszawy”), w PRL-u kupowało się wszystko, jak leci, co tam rzucili, dziś próbuje rządzić nami w tym względzie reklama.

 zakupy

A co u mnie? podsumujmy, jaką sytuację na dziś mamy:

– okna umyte, firanki i zasłony wyprane; i dobrze, bo zaczął się czas fatalnej, zimowej pogody.

– pierniczki na choinkę upieczone, polukrowane, schowane – czekają.

– farsz do uszek grzybowy  i do pierogów (z grzybów i kiszonej kapusty) – zrobione i wrzucone do zamrażarki. Niech sobie czekają.

– bigos – się robi; codziennie na nowo podgrzewany, uzupełniany o różne ingrediencje – łapie smak!

– obrusy: biały na wigilię i świąteczne – przygotowane

– menu wigilijno-świąteczne ustalone

Na resztę potraw jeszcze za wcześnie. Ale właśnie nadszedł czas na zakupy.

Wszystkie przepisy sobie wydrukowałam bądź zaznaczyłam zakładkami w książkach,  listy składników do każdej potrawy dokładnie wypisałam i dziś mam w planie je łączyć i zrobić centralną listę zakupów, w podziale na kategorie i dni, kiedy co najlepiej kupić. To żmudna sprawa, ale niezbędna; dzięki temu nie zdarzy się nam sytuacja, że w trakcie pieczenia czegoś braknie, a nie ma kogo wysłać do sklepu, albo też godzina późno-nocna jest taka, że nie ma po co wychodzić z domu.

Chciałam tylko dodać, że uwielbiam zakupy; szkoda tylko, że człowieka do noszenia zakupów ni ma!

Acha! Prezenty pod choinkę dla rodziny już som. I czekają.

Menu wigilijne w XIX-wiecznej Warszawie

Wydawałoby się, że barszcz z uszkami to zawsze było i jest obowiązkowe polskie danie na Wigilię.

Okazuje się, że jednak nie, nie zawsze tak było!

Popatrzmy: mamy koniec XIX wieku. Piękne, wielopokojowe mieszkanie w kamienicy w centrum Warszawy, przy ulicy Trębackiej. Rodzina adwokata, którego prawdziwą pasją jest poezja, jego piękna żona, dwie córeczki: Anulka i Jadwinia, matka pana domu – mądra, dystyngowana babcia Pelagia i służba: kucharka Domicela, lokaj Jan, niania i zarazem pokojówka Wikcia.

Jadwiga Kopeć, w książce „Dziecko dawnej Warszawy”, przenosi nas w dawny świat, w jego codzienność i chwile świąteczne (ilustracje Uniechowskiego). Właśnie nadeszła Wigilia:

dziecko dawnej Warszawy

„Choinka ma być przystrojona szklanymi, kolorowymi kulami i żelatynową gwiazdą na szczycie. Zdawało się, że tyle jest zeszłorocznych ozdób, a jak przyszło co do czego, okazało się za mało i można było ubrać tylko jeden bok choinki. Stryj Tadeusz bowiem, który ma szeroki gest, kupił takie ogromne drzewko, że nie mieści się w mieszkaniu i trzeba je upiłować. Sprowadził także na święta cały antałek piwa.

W drewnianym szafliku pływają przeznaczone na wigilię ryby. Karpie z czerwonozłotą łuską rzucają się w wodzie, jakby chciały z niej wyskoczyć. Czarne, lśniące, jakby lakierowane liny sterują ogonami na małej przestrzeni.

Przed świętami najciekawsza jest kuchnia. Mama zakłada duży fartuch na całą suknię. Przemykam się za nią.

– Mówiłam, trzeć mak w jedną stronę, a wy zawsze swoje – odzywa się do Domiceli. – Przecież nie ukręci się nigdy!

Nie mogę zrozumieć dlaczego. Ale gdybym tak chciała wszystko zrozumieć… Uważnym okiem śledzę zębate kółko, które jeździ po cieście i wykrawa łamańce. Mam łuskać migdały. Przyciskam brunatną skórkę. Migdał wyślizguje mi się z ręki, wystrzela w górę i wpada za pakę od węgla.

– Jak masz tak robić, to lepiej wcale.

W dużej niecce wyrabia się ciasto na strucle. Dwie mocne ręce Domiceli tłuką je pięściami, biją i gładzą na przemian. Ciasto piszczy jakby żywe. Ukazują się różowe dłonie.

– Od ręki odchodzi – mówi mamusia, poprawiając kucharce opuszczone przy łokciu rękawy.

W kuchni robi się coraz goręcej. Wracam do pokoju, gdzie panuje przyjemny chłód.

Nadchodzi wigilia. Potraw na wigilię musi być nieparzyście, lecz uczestników wilii do pary, bo inaczej ktoś z obecnych umrze w tym roku.

Aby zapobiec nieszczęściu, zaprasza się córeczkę dozorcy. Dziewczynka przychodzi wcześniej, jest blada, jakby wcale krwi nie miała. Z jej wejściem rozchodzi się zapach świeżych, włoskich orzechów. Mama mówi, że tak pachnie wilgoć.

Pod serwetą, jak śnieg białą i mocno nakrochmaloną, kładą siano. Kieliszki i szklanki przewracają się ciągle. Pośrodku stołu opłatki w złotej opasce. Na obrazku opłatka leżącego na wierzchu – Dzieciątko w stajence.

Zabłysła pierwsza gwiazda i według zwyczaju można już zasiąść do stołu.

– Jaką dzieci chcą zupę, migdałową czy rybną? – pyta mama.

Któż by się zastanawiał, przecież zupa migdałowa jest pyszna, słodka.

Podają paszteciki ryby w muszelkach. Córeczka dozorcy spogląda na mnie pytająco. Nie wie, czy ma jeść paszteciki wraz z muszelką.

Po wieczerzy otwierają się drzwi do salonu i strojnie ubrana choinka przykuwa oczy. Wchodzi święty Mikołaj, rozdaje upominki. Ma fioletowe rumieńce i białą, miękką brodę. Można by w niego uwierzyć, gdyby nie lakierowane pantofle na wysokich obcasach. To przecież pantofle mamy!

Zapalono na choince świeczki. Po chwili poprzekrzywiały się i kapią roztopionym woskiem. Pachnie świerkową żywicą. Od jarzących świateł rozchodzą się srebrne promienie i powietrze wkoło staje się ruchome.

(…) – Co wy tam politykujecie, przecież to wilia, zagrajcie trochę kolęd – mówi mama.

Zaczynają wszyscy śpiewać po kilka strofek, całej kolędy nikt nie umie. Siadają przy stole, chrupią orzechy.

Słychać łomotanie do drzwi. To przyszli chłopcy z szopką. Ustawili na poczekaniu małą scenkę, przed nią rzędami krzesła. Zapaliła się kolorowa lampka i zaczęły wyskakiwać marionetki, przedstawiające Matkę Boską, Heroda, świętego Józefa, diabła, śmierć z kosą, która ścina głowę okrutnemu Herodowi i śpiewa:

                A za wszystkie twoje zbytki

                Pójdź do piekła, boś ty brzydki.

Przed nocą stawiam przy swoim posłaniu wszystkie otrzymane prezenty i z myślą o nich zasypiam.”

Menu żydowskiej kuchni aszkenazyjskiej

„Gdy Jazz Singer – Śpiewak z Jazzbandu trafił do kin, zmieniła się przyszłość Hollywood. Po raz pierwszy w filmie pełnometrażowym aktor przemówił na ekranie, wprawiając w zdumienie publiczność i zamykając erę filmu niemego. Al Jolson zmienił historię filmu wcielając się w rolę żydowskiego kantora, który, by spełnić swoje marzenia i trafić do show biznesu, musi sprzeciwić się ojcu rabinowi” – tak reklamuje „Merlin” zremasterowany film z 1927 roku, wydany na Blu-Ray.

A ponieważ oglądaliśmy go w naszym domowym kinie, na kolejnym party, sprawa menu kolacyjnego nie budziła wątpliwości: kuchnia żydowska (po raz kolejny).

 film na party

W zasadzie zaproponowałam potrawy z kuchni aszkenazyjskiej – kuchni Żydów kontynentalnych, środkowo-europejskich (choć jako dodatek do mięsa znalazły się tam warzywa po sefardyjsku, a więc z kuchni żydowskiej basenu Morza Śródziemnego – a są to zupełnie różne kuchnie).

Przyznam się, że jestem świeżo pod wrażeniem oglądanych Top Chef i Master Chef i przepięknych propozycji serwowania tam potraw – i starałam się, żeby i u mnie troszkę było widać sztukę podawania. Choć jasne, że jeszcze wiele, wiele mi brakuje do poziomu, który chciałabym osiągnąć!

Ale zapraszam do stołu:

menu

Jako przystawki podałam:

Klasyczną sałatkę żydowską z ziemniaków, porów i ogórków kiszonych z sosem majonezowym

 sałatka żydowska

Smażone pierożki z ciasta ziemniaczanego z nadzieniem z mielonej wołowiny z papryką

pierożki ziemniaczane

Tzw. żydowski kawior na bagietce (z posiekanej podsmażonej wątróbki drobiowej z cebulką i jajkiem na twardo)

żydowski kawior

Kolejne danie to zupa berdyczowska, znana też jako zupa Jankiela. Występuje w menu wielu żydowskich restauracji w Polsce, a jest swego rodzaju zupą gulaszową z warzywami, z dodatkiem miodu lub dżemu; które przełamują jej ostrość; bardzo syta; fantastyczne pole do popisu dla miłośników zup

 zupa berdyczowska

Jako danie główne podałam duszony udziec indyczy, zamarynowany przyprawami, czosnkiem i ciemnym piwem. Jako dodatek podałam cymes z marchwi na słodko i duszone, nadziewane warzywa: cebule, ziemniaki i cukinię.

indyk cymes i warzywa

Jako że właśnie kilkanaście dni temu pojawiło się tegoroczne beaujolais nouveau, właśnie ono towarzyszyło kolacji. Lekko cierpkie, ale o wyraźnym owocowym smaku, bardzo dobrze się komponowało z moimi potrawami, w których dominowała wołowina.

 bożole 2013

A do kawy przygotowałam szarlotkę a`la Roman Polański z jego filmu „Rzeź”.

szarlotka Polańskiego

Czekając na Wigilię

I oto znów mamy Adwent.

Czekając na Wigilię, którą w tym roku ja będę przygotowywać dla rodziny, szperam po książkach, wyszukuję opisy tego jedynego, jednego dnia w roku, który – jak śpiewał Seweryn Krajewski z „Czerwonych gitar”- liczy się od zmroku.

Jak świętowano? Zacznijmy od klasyki: Władysław Stanisław Reymont – „Chłopi”:

 

 „W Wigilię przed godnymi świętami już od samego świtania wrzał przyspieszony, gorączkowy ruch w całych Lipcach.

A w każdej chałupie, u Szymonów, u Maćków, u wójtów, u Kłębów, i kto ich tam zliczy a wypowie wszystkich, przewietrzano izby, myto, szorowano, posypywano izby, sienie, a nawet i śnieg przed progami świeżym igliwiem, a gdzieniegdzie to i bielono poczerniałe kominy; a wszędzie na gwałt pieczono chleby i one strucle świąteczne, oprawiano śledzie, wiercono w niepolewanych donicach mak do klusek.

wigilia u Boryny

Boć to Gody szły, Pańskiego Dzieciątka święto, radosny dzień cudu i zmiłowania Jezusowego nad światem, błogosławiona przerwa w długich, pracowitych dniach, to i w ludziskach budziła się dusza z zimowego odrętwienia, otrząsała się z szarzyzny, podnosiła się i szła radosna, czująca mocno na spotkanie narodzin Pańskich!

 I u Borynów był taki sam rwetes, krętanina i przygotowania. W chałupie uwijano się żwawo, Józka przyśpiewywała cichuśko i strzygła z papierów kolorowych one cudackie strzyżki, które czy na belkę, czy też na ramy obrazów nalepić, to widzą się kieby pomalowane w żywe kolory, od których aż gra w oczach! A Jagna, z zakasanymi po ramiona rękawami, miesiła w dzieży ciasto i przy matczynej pomocy piekła strucle tak długachne, że widziały się jako te lechy w sadzie, na których pietruszkę zasiewają, to chleby bielsze nieco z pytlowej mąki – a zwijała się żywo, bo ciasto już kipiało i trza było wyrabiać bochenki, to poglądała za Józiną robotą, to zaglądała do placka z serem i miodem, któren wygrzewał się już pod pierzyną i czekał na piec, to latała na drugą stronę do szabaśnika, w którym buzował się tęgi ogień.

 

Z wolna, wraz z gaśnięciem zórz i z tą popielną sinością, jaka się sypała na świat ruch zamierał, przycichały obejścia i pustoszały drogi. Dalekie pola zapadały w mrokach, zimowy wieczór prędko nastawał i brał ziemię w moc swoją, a mróz się podnosił i tak ściskał, że głośniej grały śniegi pod trepami i szyby malowały się w rózgi i kwiaty dziwne…

Wieś zginęła w szarych, śnieżystych mrokach, jakby się rozlała, że ani ujrzał domów, płotów i sadów, jedne tylko światełka migotały ostro a gęściej niźli zwykle, bo wszędy się szykowano do wigilijnej wieczerzy.

 

W każdej chałupie, zarówno u bogacza, jak i u komornika, jak i u tej biedoty ostatniej, przystrajano się i czekano z namaszczeniem, a wszędy stawiano w kącie od wschodu snop zboża, okrywano ławy czy stoły płótnem bielonym, podścielano sianem i wyglądano oknami pierwszej gwiazdy.

Jakoś niewidne były zaraz z pierwszego wieczoru; jak to zwykle przy mrozie, bo skoro ostatnie zorze się dopalały, niebo zaczęło się zasnuwać jakby dymami sinymi i całkiem zatapiało się w burościach.

Józka z Witkiem dobrze byli przemarzli, bo stali na zwiadach przed gankiem, nim pierwszą gwiazdę uwidzieli.

– Jest! Jest! – wrzasnął naraz Witek.

Wyjrzał na to Boryna, wyjrzeli i drudzy, a na ostatku Rocho.

 Juści, że była, tuż nad wschodem, jakby się rozdarły bure opony, a z głębokich granatowych głębin rodziła się gwiazda i zda się rosła w oczach, leciała, pryskała światłem, jarzyła się coraz bystrzej, a coraz bliżej była, aż Rocho uklęknął na śniegu, a za nim drugie.

– Oto gwiazda Trzech Króli, betlejemska gwiazda, przy której blasku Pan nasz się narodził, niech będzie święte imię Jego pochwalone!

Powtórzyli za nim pobożnie i wpili się oczami w tę światłość daleką, w ten świadek cudu, w ten widomy znak zmiłowania Pańskiego nad światem.

Serca im zabiły rzewliwą wdzięcznością, wiarą gorącą, dufnością i brały w siebie to światło czyste jako ten ogień święty, pleniący złe, jako sakrament.

A gwiazda olbrzymiała, niosła się już niby kula ognista, błękitne smugi szły od niej niby szprychy świętego koła, i skrzyły się po śniegach, i świetlistymi drzazgami rozdzierały ciemności, a za nią, jako te służki wierne, wychylały się z nieba inne, a liczne, nieprzeliczoną i nieprzejrzaną gęstwą, że niebo pokryło się rosą świetlistą i rozwijało się nad światem modrą płachtą, poprzebijaną srebrnymi gwoździami.

 

– Czas wieczerzać, kiedy słowo ciałem się stało!- rzekł Roch.

Weszli do domu i zaraz też obsiedli wysoką i długą ławę.

Siadł Boryna najpierwszy, siadła Dominikowa z synami, bo się dołożyła, aby razem wieczerzać, siadł Rocho, w pośrodku, siadł Pietrek, siadł Witek kole Józki, tylko Jagusia przysiadała na krótko, bo trzeba było o jadle i przykładaniu pamiętać.

Uroczysta cichość zaległa izbę.

Boryna się przeżegnał i podzielił opłatek pomiędzy wszystkich, pojedli go ze czcią, kieby ten chleb Pański.

– Chrystus się w onej godzinie narodził, to niech każde stworzenie krzepi się tym chlebem świętym! – powiedział Rocho.

A chociaż głodni byli, boć to dzień cały o suchym chlebie, a pojadali wolno i godnie.

 

Najpierw był buraczany kwas, gotowany na grzybach z ziemniakami całymi, a potem przyszły śledzie w mące obtaczane i smażone w oleju konopnym, później zaś pszenne kluski z makiem, a potem szła kapusta z grzybami, olejem również omaszczona, a na ostatek podała Jagusia przysmak prawdziwy, bo racuszki z gryczanej mąki z miodem zatarte i w makowym oleju uprużone, a przegryzali to wszystko prostym chlebem, bo placka ni strucli, że z mlekiem i masłem były, nie godziło się jeść dnia tego.

 Cicho się w izbie stało, ciepło, serdecznie, nabożnie i tak uroczyście, jakby między nimi leżało to święte Dzieciątko Jezus.

Ogromny a ciągle podsycany ogień wesoło trzaskał na kominie i rozświetlał całą izbę, aż lśniły się szkła obrazów i czerwieniały zamarznięte szyby, a oni siedzieli teraz wzdłuż ławy, przed ogniem, i poradzali z cicha a poważnie.

Potem Jaguś nagotowała kawy, to słodzili ją suto i popijali z wolna…”

 

 

Następny tekst o Wigilii (z kulinarnymi akcentami) – w drugą niedzielę Adwentu.



„Ugotowani” w moim mieście

Kto uczestniczył w zmaganiach, gdzie one dokładnie były i kto zwyciężył? – przeczytać można na stronie http://ugotowani.tvn.pl/aktualnosci,893,n/uczestnicy-sezon-5-tarnow,106674.html

 A tu moi faworyci: potrawy, które chętnie bym spróbowała (suflet i zupa dyniowa z nutą pomarańczy) i stoły, które bardzo mi się podobały:

ugotowani w Tarnowie

Nie przepadam za formułą tego programu. Ale…. Oglądam go dość często, bo…. po prostu ciekawa jestem wystroju mieszkań, uczestników, propozycji menu, które serwują.

W „naszym”, tarnowskim odcinku zaskoczyło mnie, że tylko panowie byli z naszego miasta; panie natomiast są z miejscowości znacznie od Tarnowa odległych.

Jeśli chodzi o mieszkania, to zdecydowanie mam jednego faworyta: absolutnie fantastyczne, niebanalne mieszkanie ma p. Tomasz, urządzone pięknie, nowocześnie, z żelazną konsekwencją, bez mieszanki stylów, niezagracone.

Ale wróćmy do kulinariów.

W programie każdy gości pozostałych uczestników trzema daniami: przystawką, daniem głównym i deserem. U „nas” piętą achillesową gospodarzy były desery. Chyba tylko p. Tomasz się obronił, podając suflet czekoladowy z musem malinowym i lodami miętowymi. Odważnie! Bo wiadomo, jak to z sufletami bywa: kapryśne, lubią opadać. Ten smakował wszystkim. Wpisałam go sobie do wypróbowania.

Trzy osoby przygotowały spójne, jednorodne (w miarę) menu, z przewodnią nutą smakową lub choćby tylko wiodącym motywem w nazwie potrawy. I tak:

– mieliśmy menu inspirowane klimatami kuchni hinduskiej – pani Agnieszki – zupa dyniowa, cukinia nadziewana mieloną polędwicą wołową z kaszą jaglaną i duszonymi warzywami oraz bakalie z ryżem polane zmiksowanymi malinami

– pan Grzegorz – aktor – przedstawił menu inspirowane literaturą: naleśniki ze szpinakiem (a`la Pinokio),  polędwicę wieprzową z kurkami z pieczonymi ziemniakami (trylogia smaku) oraz sekret Balladyny – warstwa pokruszonych ciastek przykryta mascarpone z bitą śmietaną i polane zmiksowanymi malinami

– pani Krystyna – z wykształcenia śpiewaczka – przygotowała dania, którym nadała muzyczne nazwy: błękitna rapsodia (mix sałat z niebieskim serem pleśniowym), przysmak wirtuoza (duszony królik z drożdżowymi kluchami) oraz pikantne wariacje (lody w syropie i likierze).

W menu p. Tomasza trudno było doszukać się motywu przewodniego, choć potrawy były interesujące:  śledź marynowany z farszem kurkowym, złoty but generała czyli polędwica Wellington zapiekana w cieście francuskim z sosem szpinakowym oraz gorzki wulkan – suflet, o którym pisałam wyżej.

Patrzyłam tez pilnie na sposób podania. Ciekawe, że najpiękniej nakryte stoły zaprezentowali panowie.

Stół p. Grzegorza przykryty był czerwono-rdzawym obrusem, na którym położono w poprzek dwa białe bieżniki, które wyznaczały miejsca na 4 nakrycia, po dwa naprzeciw siebie. Serwetki , zwinięte w rulon, były związane rafią w kolorze obrusa. Talerze były białe, trójkątne. Potrawy, pięknie na nich ułożone, kusiły…. Najmniej podobały mi się kieliszki do wina, o zielonkawych czarach, co zdecydowanie zniekształca kolor wina.

Przepiękne nakrycie było w domu p. Tomasza; stół przykryty ciemnym, miało się wrażenie, że wręcz czarnym czy grafitowym w kolorze obrusem, z jaśniejszymi o ton serwetkami, na tym ciemnym tle świetnie grały rozrzucone jako dekoracja owoce gruszek i śliwek. Deser był podany na białych, owalno-trójkątnych porcelanowych tacach, w pięknych kształtem kokilkach, a kieliszki do wina były czarne. Nie jest to korzystne dla wina, ale prezentuje się, trzeba przyznać, świetnie.

Przystawkę i danie główne p. Tomasz podał w swoim pubie, który nawiązuje wystrojem do czasów PRL-u: obrus w biało-czerwoną kratkę, aluminiowe łyżki i widelce na łańcuchach jak w „Misiu”, kwiaty w butelce, oczywiście goździki, dyżurne kwiaty Polski Ludowej.

Zdecydowanie najmniej ciekawy był stół p. Agnieszki. Biały obrus, przykryty mniejszym, złotawym, ale o nierozprasowanych zagięciach, a talerze były raczej małe (zbyt małe do ilości potraw) i w dodatku we wzory – na takich talerzach bardzo trudno stworzyć kompozycję potrawy. Wystrój tego stołu zupełnie nie oddawał klimatu Indii, założonego w menu.

Moim faworytem zdecydowanie został p. Tomasz, który miał najbardziej dopracowane szczegóły swojego przyjęcia i jego program był chyba najciekawszy. Ale to nie on wygrał…..