Tropiąc beaujolais nouveau

Młode wino, ze zbiorów danego roku, prezentowane jest we Francji w trzeci czwartek listopada. Taki chwyt marketingowo-medialny, ale sympatyczny. Degustacja, zabawy, zakupy.

Zapamiętałam te datę i od kilku lat kupuję butelkę, z ciekawością próbując, czy rocznik okaże się dobry.

Ale w tym roku prosto nie było. Jakoś mało było w polskich mediach informacji na ten temat, a w sklepach na mojej południowo-małopolskiej prowincji, ekspedientki tylko wytrzeszczały oczy. Zawiodły też sieciówki, beaujolais nie było u nas ani w Almie, ani w Tesco.

Sprawdzić Simply! Jak tam nie będzie, to już dam sobie spokój.

Ale było:) i to w dodatku był wybór (!)

beaujolais nouveau

Beaujolais 2013 jest pyszne!

Pięknego, rubinowego koloru, owocowe w smaku, nie jest cierpkie.

Mimo, że jest to wino czerwone, znawcy polecają podawać je nieco schłodzone, do jakichś 16 st. C. U mnie towarzyszyło tartinkom z roladą schabową.

Polecam!





Na św. Marcina – odsłona pierwsza

11 listopada – dzień świętego Marcina – i Dzień Niepodległości – miło jest zacząć tradycyjnie, z rogalami marcińskimi, i to własnoręcznie upieczonymi
rogale marcińskie

Trochę wysiłku wymagało, jak co roku, zdobycie białego maku, który jest nieodzowny do tych rogali, ale można go kupić.
Ciasto francusko-drożdżowe też swoje wymagania, zwłaszcza czasowe, ma, ale trud opłaca się. Jak dla mnie, to ciasto jest rewelacyjne, miękkie, a jednocześnie kruchutkie, listkujące się, pycha!
I świetnie pasuje do delikatnego białego, mielonego maku, połączonego z marcepanem i orzechami.
Zapraszam na kawę i rogale:)

Kuchnia indyjska – taką ją poznałam

Po lekturach, po degustacjach w bardziej czy mniej indyjskich lokalach (o czym wcześniej tu już pisałam) – przyszedł czas na indyjskie party mojego autorstwa.

Jak mi wyszło?

Och, potrawy na pewno były grzeczne (!) nie za ostre, nie za pikantne. Spójrzmy na menu:

menu indyjskie

Menu jest na żagielku, żagielek na łódce z papryki, a na niej siedzi tygrysek. Łódka płynie sobie po lazurowym obrusie.

stół indyjski

Czemu tak?

Bo towarzyszył nam film: Życie PI

Młody Hindus, przez niefortunny zbieg okoliczności, po katastrofie statku, odkrywa, że na łódce, dzięki której ocalał, znajduje się zebra, hiena, szczur, i …. No właśnie. I tygrys.

Och, nie będzie to takie proste przeżyć w tych okolicznościach.

Ale wróćmy do menu:

Najpierw samosy: z rewelacyjnego ciasta wyszperanego w necie (wkrótce podam przepis), nadziewane farszem ziemniaczanym z zielonym groszkiem

samosy

samosy

Kolejna potrawa to dal z soczewicy, coś pośredniego między gęstą zupą a duszoną potrawką

dal z soczewicy

Z dalu najmniej byłam zadowolona, jakoś bardzo źle mi się komponowały smaki przypraw, a tu okazało się, że właśnie dal był przez gości bardzo chwalony. Do tego podałam chlebki chapati (kupne! bo te, które sama upiekłam po kilku godzinach robiły się zbyt twarde).

Danie główne to kurczak tikka masala, z ryżem szafranowym i raitą. Raita była tak pyszna, że ledwie się opanowałam, żeby samej wszystkiego nie zjeść:)

tikka masala

Na zakończenie – zielona herbata

Nie piszę nic o napojach, bo wszelki alkohol w kuchni indyjskiej ze względów religijnych jest wykluczony, ale u nas jednak alkohol był – wino, o którym napiszę osobno, bo warte jest tego:)

A! i zapomniałam zapalić kadzidełka!

Dostajesz żywego homara i …… ?

Na przykład puka do twoich drzwi gość i wkracza niosąc w rękach akwarium. A w nim rusza szczypcami żywy homar. Wiesz, że to świetne i bardzo smaczne mięso (jadłam takie na Filipinach), ale czy zdecydujesz się je sama przyrządzić?

homar

(fot. Masterchef)

To znaczy, wiesz, trzeba będzie homara najpierw zabić (!)

Nie lubimy takich rozmów i rozważań.

Ale to przecież sama, w czystej postaci natura, zwykła codzienność ssaków, zwykła kolej rzeczy.

To prawda – nie każdy musi to robić, ale jak już startuje choćby do Masterchefa – to musi brać pod uwagę taki scenariusz; rok temu w tym programie uczestniczka – chyba Agnieszka – histeryzowała nad zabitym królikiem, który miał na skokach resztki futerka jako dowód, że jest świeży, w tym roku Daniel odwlekał, jak się da chwilę wyjęcia homara z wody – w końcu zlitowała się nad nim gotująca obok koleżanka i sprawnie wrzuciła mu skorupiaka do wrzątku.

Taaaak …. Pewne rzeczy trzeba sobie jednak dobrze przemyśleć….

A pamiętacie zmagania z homarem w filmie „Julia&Julie”? w którym blogerka przez rok odtwarzała potrawy z książki kulinarnej legendarnej Julii Child?

homar & Julie

(fot. Julie&Julia)

A właśnie niedawno przeczytałam w książce Eriki Bauermeister „Szkoła niezbędnych składników” bardzo ciekawy tekst o przyrządzaniu podobnych stworzeń, krabów:

 

„- Kraby – oznajmiła Lilian.

– Zabijemy je? – zapytała dziewczyna od czarnej kredki.

– Owszem, Chloe. To pierwsza, najistotniejsza lekcja. – Głos Lilian był cichy i spokojny. – Jeśli się nad tym zastanowić – ciągnęła – ilekroć przygotowujemy jedzenie, zaburzamy cykl życia. Zrywamy marchewkę, zabijamy kraba czy może tylko hamujemy rozrost pleśni na kawałku sera. Z tych składników przyrządzamy potrawy, powołując do życia coś nowego. To proste równanie, a zaprzeczając jego istnieniu, można łatwo przeoczyć następną ważną lekcję, czyli szacunek dla obu stron tego równania. Stąd nasz punkt wyjścia.”





Serce na talerzu – czytać? Nie czytać?

Książki z kuchnią w tle – zrobiły się ostatnio bardzo modne. Pojawiają się na półkach księgarni jak grzyby po deszczu. Kuszą przepisami zamieszczanymi w treści lub na końcu książki. Są względnie tanie. Jak jesteś cierpliwa/y – nierzadko możesz upolować okazję cenową: promocję, przecenę.

Mają typową strukturę: bohaterka (najczęściej) znajduje się na życiowym zakręcie, jest raczej nieszczęśliwa, niespełniona, zagubiona. Co odmienia jej życie? Pewnie się domyślacie: kuchnia!

Nie, żebym negowała wartość gotowania (kocham moją kuchnię i uwielbiam w niej pichcić!), ale ten schemat jest już tak ograny, że aż męczący w każdym kolejnym wydaniu.

(Drugim takim tematem samograjem, zapewniającym dobrą sprzedaż, jest schemat: obcokrajowiec kupuje gdzieś tam, na prowincji dom, przeżywa szereg perypetii, w końcu jednak wrasta w lokalną społeczność, przejmuje jej tradycje, zwłaszcza kulinarne).

serce na talerzu

„Serce na talerzu” nie odbiega od schematu. Ale kupiłam tę książkę w wydaniu kieszonkowym, więc tanio. To plus. Miejsce akcji wydawało się obiecujące: Nowy York, Waszyngton, Boston – kto by tam nie chciał pokucharzyć?

Minusem jest fabuła – bardzo zmęczyło mnie śledzenie losów Alyssy, która naprawdę długo (za długo) nie ma pomysłu na swoje życie, a lokowanie uczuć w tzw. wolnym związku partnerskim niesie jej same kłopoty. Alyssa nie zdobyła mojego serca, raczej nie miałabym ochoty ponownie do niej wpaść z wizytą.

Czy przepisy – choćby to były sekretne receptury sławnej nowojorskiej restauracji  – uratują tę książkę? Dla mnie jednak nie. Choć trzeba przyznać, że przepisy te kuszą i mamią. Kuszą – bo są bardzo atrakcyjnie sformułowane; tak autentycznie, gawędziarsko, domowo. Myślisz sobie: no, chyba rzeczywiście autorka te dania robiła, brzmią pysznie, chyba warto kupić tę książkę. Kupujesz ją – czytasz – idziesz do kuchni – sięgasz po rondle i…. no właśnie. I okazuje się, że książka tylko cię mami. Dużo obiecuje i raczej nie dotrzymuje obietnic. Myślisz sobie: ech! to pewnie ja nie jestem zbyt dobra, nie umiem zmierzyć się z daniem.

Ale czy aby na pewno?

Skusiłam się na zrobienie kultowej zupy pomidorowej z Sarabeth w N.Y. Kto by się nie skusił, czytając taki opis?:

„W czasach mojej pracy u Sarabeth patrzyłam z zadziwieniem, jak klienci nabożnie kłaniają się przed ustawionymi przed nimi miseczkami z kremem z pomidorów. Gdy wspominam komuś po latach, że byłam tam kiedyś kelnerką, pierwsze co słyszę, to: O mój Boże, ta zupa…”

Niezbyt mi się już na wstępie podobał pomysł robienia jej na bazie i mleka i śmietany jednocześnie i to gotowanych na parze – ale trzymałam się oryginalnego przepisu. Nawet użyłam pomidorów z puszki, choć była pełnia lata i soczyste, dojrzałe pomidory gruntowe kusiły na każdym straganie.

Nie zachwyciło mnie to danie. Mamie nie smakowało zdecydowanie.

Po tej jednej próbie dałam sobie spokój, w końcu niekoniecznie muszę próbować wszystkiego, o czym czytam.

Poczytać książkę można, ale naprawdę niekoniecznie.

Dla porządku, gdyby ktoś był zainteresowany, podam jeszcze jakie przepisy w książce znajdują się:

Kluchy, kasztanki Punky Roger, aksamitny krem z pomidorów Sarabeth, chleb bananowy „orbitowanie bez cukru”, tosty z serem dla dwójki zakochanych dzieciaków, ciasto cytrynowe które odmieni twoje życie, nocne kanapki BLT w indykiem, chipsy z batatów, makaron z serem Marthy (Stuart), sos do sałatek mamy, idealna zapiekanka pasterska, ciasteczka z kawałkami czekolady Neimana Marcusa, sernik Lynn Papale, nadnaturalne brownie na czas rozstań i załamań, babeczki z owocami na przeprosiny, kurczak w ziołowej panierce dla głodnych ważniaków, ziemniaki Jennifer na ciepło z musztardą, łatwa ryba w stylu azjatyckim, nieokiełznana sałatka z kurczaka, wiśnie pod kruszonką dla osób o nazbyt kruchej konstrukcji, prosta pizza po trudnych chwilach, klopsiki z jagnięciny garnirowane ziarnami granatu i noworocznymi postanowieniami, fusili Nigelli z prażonymi orzeszkami piniowymi i fetą, wyborne ciastka z orzechów, rodzynków i czekolady, brudne bąbelki, quiche z cebula i czarnuszką na wypadek odwiedzin dżentelmena, wiosenna tarta, deszczowe rigatoni, prosty trifle.



Kuchnia indyjska na polskiej prowincji

Mam, co chciałam.

Marudziłam, że kuchnia indyjska w Krakowie za ostra, że trzeba by ją przystosować do europejskiego smaku.  Poszłam w ramach rekonesansu przed swoja indyjską imprezą do tarnowskiej restauracji „Bombaj Music”, tej koło słonia.

Proponowana przez lokal kuchnia to dania zarówno indyjskie, jak i europejskie. Skoncentrowałam się na daniach indyjskich: samosy warzywne na przystawkę, zupa z kurczakiem i kukurydzą, kurczak w łagodnym sosie maślano-pomidorowym, chlebek naan.

I słuchajcie, dobre to w zasadzie było, naprawdę nie można narzekać, ale …. Ale nie miało pazura! To było w stylu europejskim, a o klimacie Indii przypominał smak indyjskich przypraw gdzieś tam w tle, dało się je wyczuć, ale ledwo, ledwo.

Samosy zrobiono w cieście philo (co jest raczej drogą kulinarną bardzo na skróty!), ale podano poprawnie, z trzema sosami (choć jeden z nich przypominał po prostu keczup doprawiony na ostro).

Zupa była raczej w stylu chińskim, nie indyjskim; z przeźroczystymi wstążkami jakby kluseczek – pytałam, co to za kluski czy makaron, ale powiedziano mi, że to tajemnica zawodowa kucharza!

zupa indyjska

Kurczak był o.k., ale obok niego były również kawałki kiełbasy, co – jak dla mnie – było smaczne, ale czy aby kanoniczne dla kuchni indyjskiej?

Z przeczytanych źródeł wynika, że żadna z kuchni zarówno na północy kraju, ani bombajska (czyli zachodnia), ani tym bardziej południowa (w zasadzie wegetariańska) nie spożywa wieprzowiny.

kurczak po indyjsku

Chlebek naan w porządku, pyszny.

Wzięłam sobie do późniejszej degustacji jeden płatek – i co za rozczarowanie! Zrobił się twardy, nic mu nawet podgrzewanie w mikrofalówce nie pomogło. To zła dla mnie wiadomość, bo wynika z tego, że nie da się go przygotować wcześniej, przed przyjściem gości. Chyba będę musiała zrezygnować z pieczywa i zdecydować się tylko na ryż.

Podroby w kuchni

Wygląda na to, że zarówno polskie edycje Top Chef (konkurs profesjonalistów) jak i Master Chef (konkurs amatorów) skoordynowały tematykę swoich zadań dla uczestników: po ziemniaku, znów mamy taki sam produkt w obydwu programach: podroby. Każdy musiał zmierzyć się z jakimś przydzielonym mu rodzajem mięsa: wątrobą, nerką, płucami, ozorem, sercem, flakami, grasicą, jądrami, policzkami…

podroby

Jeśli to zamierzone działanie, to jest to bardzo dobry pomysł; bardzo ciekawe jest obserwować, jak poradzili sobie z takim samym zadaniem amatorzy i profesjonaliści.

Wszyscy mieli kłopoty, niemal wszyscy wpadli w panikę i nie mieli pojęcia jak się do zadania zabrać. Niemal wszyscy mówili, że po raz pierwszy muszą coś takiego robić.

Jeśli chodzi o amatorów, to rozumiem – obecnie kupienie podrobów to raczej niełatwa sprawa, nie leżą one ot, tak sobie na ladzie w masarni. Mało kto robi je na co dzień.

Ale zdziwiona jestem, że nie wiedzą jak się zabrać za podroby profesjonalni kucharze. Sprawdziłam sobie: jeśli skończyli jakąś szkołę, choćby zasadniczą zawodową – a powinni byli coś skończyć! – to w programie szkoły jest stosowny punkt nauczania o podrobach. Choćby teoretycznie powinni dużo na ten temat wiedzieć.

Chyba jednak więcej o podrobach wiedzieli amatorzy: na przykład p. Beata wiedziała, że móżdżek należy najpierw sparzyć w zakwaszonej octem wodzie, a p. Diana wiedziała, że jądra należy najpierw naciąć i ściągnąć wierzchnią skórę. Podziwiałam jednego z uczestników Top Chefa, który nie znał produktu, z którym miał się zmierzyć – zaczął więc od szybkiego doświadczenia, badając kolejno jak zachowa się i jak będzie smakował ten produkt jeśli się go usmaży, ugotuje, upiecze.

Ale to fakt, że zadanie uczestnicy mieli niełatwe; jak dla mnie to wynikało z dwóch powodów:

– po pierwsze czas – 1 godzina to naprawdę za mało na przygotowanie na przykład takiego ozora – wymaga on długiego czasu gotowania – no chyba że profesjonaliści znają jakieś nowoczesne techniki, które pozwalają szybciej osiągnąć miękkość mięsa

– po drugie – trzeba by mieć pomysł na atrakcyjny i efektowny sposób podania podrobów. Nie wystarczy przygotować klasyczne danie; trzeba by go zrobić tak, żeby było majstersztykiem, aby można było nim błysnąć. I to jest problem!

Generalnie – to profesjonaliści zaprezentowali dania bardzo ładne wizualnie – to zawsze jest ich mocna strona – ale często smak pozostawiał wiele do życzenia.

Po programie sięgnęłam na swoją półkę z książkami: mam tam odpowiednią pozycję: Tadeusz Góra, Tadeusz Kwasiborski: „Potrawy z podrobów” – Wydawnictwo „Watra” 1988. To nie tylko zbiór przepisów; jest tam wszystko o wstępnej obróbce danego rodzaju mięsa, jakie potrawy będą z tego produktu najlepsze, jakich przypraw użyć. Wizualnie książka jest bardzo mało atrakcyjna, wydana na szarym, makulaturowym papierze, o zdjęcia i ilustracjach ani jej się śniło, ale warto tę pozycję mieć, jeśli myśli się o podrobach.

Dla porządku przeczytałam sobie o obróbce wstępnej podrobów i generalnych zasadach ich przyrządzania, aczkolwiek dość pobieżnie, bo raczej nie mam w planach ich serwowania na co dzień, a w razie czego, książka stoi na półce – wiem, gdzie:)

Ziemniak w Top Chef i Masterchef

Tak się złożyło, że w obydwu polskich edycjach tych znanych kulinarnych programów – tematem jednego z zadań postawionego uczestnikom był ziemniak.

ziemniak

Temat bardzo mnie zainteresował, bo wydawać by się mogło, że każdy by sobie z takim zadaniem poradził; co, jak co, ale ziemniak to nasz polski „chleb powszedni” i każdy na co dzień potrawy z jego udziałem gotuje.

Bardzo ciekawe było śledzenie, jak uczestnicy z tym zadaniem sobie poradzili.

Porównajmy:

W Masterchefie (kucharze amatorzy) na 14 uczestników – dziewięcioro zrobiło placki ziemniaczane (z różnymi dodatkami), troje – kluski ziemniaczane (w tym dwoje – śląskie), dwie osoby zdecydowały się na puree.

W Top Chef (kucharze profesjonaliści) – propozycje były bardziej zróżnicowane i wyrafinowane. Tutaj mieliśmy do czynienia z pracą zespołową; były cztery 3-osobowe zespoły, każdy zespół musiał zrobić przystawkę i danie główne z udziałem ziemniaka. Dwa zespoły zdecydowały się na zupę ziemniaczaną:

– I propozycja to krem z ziemniaków z chipsem z szynki parmeńskiej i ziołowym pesto – strasznie gęsta była ta zupa (jury określiło to jako klej do tapet!),  to raczej gęsty sos wyszedł, pesto udało się położyć obok zupy:) a chips był twardy

– II propozycja to zupa ziemniaczana z musem z avocado i wędzonym łososiem – ponoć wszystko było za słone

W Top Chefie też były placki ziemniaczane:

– pstrąg wędzony na placku z batatów, jabłka i bryndzy

– placki ziemniaczane z grzybami portobello i chipsami z batatów (chipsy bardzo się nie udały!)

– placek ziemniaczany z łososiem

Była też zapiekanka ziemniaczana z serem bursztyn, wędzoną makrelą i smażonymi kurkami (oj, dostało im się za dodanie cebuli do kurek i zniszczenie ich delikatnego smaku!), był kartacz podlaski z bryndzą i sosem kurkowym (część jury mówiła, że świetne, część, że mdłe), było też puree z ziemniaków truflowych (rany! nie wiem, jakie to są te ziemniaki!) z panna cottą czosnkowo-rozmarynową (ponoć okropne to wyszło).

Wydaje mi się, że profesjonaliści skupili się na nowatorskim składzie i wyglądzie potrawy, nie przejmując się zbytnio smakiem, natomiast amatorzy polegli na wyglądzie potraw i koncepcji połączeń.

Bo nie wystarczyło zrobić świetne smaczne placki ziemniaczane, to musiał być jakiś pomysł ich podania, coś takiego, żeby dla tej potrawy chciało się pójść do restauracji i wydać niemałe przecież pieniądze.

Wydaje mi się też, że większy sajgon w kuchni robili profesjonaliści (!). No i u nich w programie walka jest bezpardonowa, bez szlachetności i kultury, którą często możemy zobaczyć u amatorów.

 Z tych propozycji to ja chętnie bym wypróbowała z Top Chefa zupę ziemniaczaną z łososiem i musem z avocado, a z Masterchefa – puree ziemniaczano-selerowe z grillowaną sałatą rzymską, smażonym boczkiem i sosem maślano-cytrynowym p. Beaty (to była piękna kompozycja na talerzu).

Kuchnia indyjska w Krakowie

Przygotowuję się do przyjęcia, na którym chciałabym podać dania kuchni indyjskiej.

To trochę karkołomne wyzwanie dla kogoś, kto nigdy w Indiach nie był (znaczy dla mnie).

Jednak po przypomnieniu sobie świetnej książki „Kari na bananowym liściu” autorstwa O. Sobańskiego i J. Pałęckiej – mam już jakie takie pojęcie o kuchni indyjskiej, o filozofii przygotowywania potraw, głównych składnikach tam używanych, rodzajach dań.

Przyszedł czas na posmakowanie:

Wybrałam restaurację w Krakowie „Indus Tandoor” przy ul. Sławkowskiej. Reklamuje się ona jako autentyczna, działa od 1988 roku, kucharzem jest Hindus.

Wystrój ma elementy kultury indyjskiej, dużo starego złota w detalach (słonie, dzbany, lampy), ściany wyłożone wytłaczaną skórą, ciemne masywne meble. Trochę mroczno. Pozłacane, ozdobne, ciężkie sztućce, prosty fajans talerzy.

sztućce w Indus Tandoor

Zdecydowałam się spróbować tylu dań, ile byłam w stanie zjeść:) Zrobiłam założenie (przyznaję od razu – nie wiem czy słuszne – tu muszę się jeszcze dokształcić!), że na posiłek w rodzaju obiadu lub kolacji składają się: przekąska, zupa, danie główne.

Jako przekąskę wybrałam samosy nadziewane pikantnymi ziemniakami i groszkiem z trzema rodzajami sosów, podane z surówką.

samosy w środku

Samosy dobre, ale ostre. Jeden z sosów totalnie dla mnie za ostry, pozostałe dwa: pomidorowy i jogurtowy – pyszne!

Potem zdecydowałam się na zupę dal z soczewicy.

zupa dal

Dla mnie nie do przyjęcia! Tak dużo przypraw miała w sobie, że była aż gorzka. I szalenie ostra. Na pewno chciałabym podać tę zupę u siebie (uwielbiam testować zupy z soczewicy z różnych kuchni narodowych), ale na pewno będę bardzo, bardzo ostrożna z przyprawami.

Wiem, że pewnie się nie znam, że kuchnia indyjska musi być ostra, ale złagodzę ją, wyjaśniając oczywiście gościom modyfikację; w czystej postaci nikt by mi tak ostrych potraw nie zjadł!

I danie główne: chicken tikka masala – kawałki kurczaka w marynacie pieczone w piecu tandoori, podane w kremowym sosie pomidorowym.

chicken tikka masala

Tym daniem jestem zachwycone! Pyszne, soczyste mięso kurczaka, w znakomicie wyważonym smakowo sosie, nie za ostre. Kurczak podany był w żeliwnym zgrabnym tygielku, postawionym na podgrzewaczu, do tego chlebek naan.

N pewno spróbuję to danie u siebie podać.

Ponieważ kuchnia indyjska nie uznaje żadnego alkoholu (z przesłanek religijnych), nie zamawiałam do posiłku żadnego wina czy piwa, mimo, że w karcie menu one są obecne. Zakończyłam posiłek po prostu zieloną herbatą.

Nie wiem, czy menu tej krakowskiej restauracji jest reprezentatywne dla kuchni indyjskiej, ale mam nadzieję, że tak, i będzie dla mnie pewnym wzorcem.

Byłam tam w dzień powszedni, ok. godz. 15 i ruch był spory, jak na krakowski lokal. Żadnego kłopotu ze stolikiem nie było, ale też lokal nie świecił pustkami.

I jeszcze ceny: za przystawkę, zupę, danie główne i herbatę zapłaciłam 60 zł.

Myślę, że warto tam zajrzeć:)

Kulinarni czytają – zapraszam!

Jest taki super blog, prowadzony przez znaną wielu z was Zemfiroczkę: Czytelniczy blog o książkach – a w nim dział: Kulinarni czytają

kulinarni czytają

Autorzy blogów kulinarnych mówią o swoich pasjach czytelniczych, nie tylko kulinarnych, prezentują swoje księgozbiory, swoje ulubione książki kulinarne, swoje aktualne lektury. Co sobotę – nowy gość.

W ubiegłą sobotę ja miałam zaszczyt tam bawić 🙂 zapraszam!

http://czytelniczy.blogspot.com/search/label/kulinarni%20czytaj%C4%85