Kolacja na toskańskiej prowincji

Kuchnia toskańska to temat główny mojego kolejnego przyjęcia tematycznego. Dlaczego kuchnia toskańska? Towarzyszyła oglądanemu filmowi Andrieja Tarkowskiego „Nostalgia”, a tam główna akcja toczy się na toskańskiej prowincji, w miejscowości Bagno Vignone, koło Sieny, w centrum Toskanii. Pewnie wiele osób ma w oczach toskańskie krajobrazy: soczystą zieleń rozległych pól, obramowaną ciemną zielenią stojących równym rządkiem cyprysów, domy w kolorze sieny palonej, ochry, żółci i wyblakłej bieli. Na początku jesieni zieleń Toskanii nabiera coraz więcej żółtych, spłowiałych nut, dlatego też ten kolor był bazą wystroju stołu.

stół toskański

Do kawy, towarzyszącej filmowi wybrałam najsławniejszy sieneński smakołyk: panforte – ciasto korzenne z migdałów, orzechów laskowych, skórki pomarańczowej, miodu i mąki. Jest to w zasadzie ciasto jedzone w Boże Narodzenie, ale z uwagi na turystów – do kupienia o każdej porze roku.

panforte

Do tego wspaniały toskański cytrynowy likier: limoncello i kawa Lavazza (nieodmiennie uważam, że to najlepsza kawa na świecie! Oczywiście ta 100-procentowa arabica)

limoncello

Wino, które najczęściej kojarzone jest z Toskanią – to czerwone wytrawne chianti (te najlepsze mają znak czarnego koguta na etykiecie), ale tak naprawdę najlepsze jest tutaj Brunello di Montalcino, dojrzewające nie krócej niż 4 lata, wytwarzane ze szczepu Sangiovese. I to właśnie wino wybrałam do naszej kolacji.

brunello

Jak wyglądało menu:

toskańskie menu

Najbardziej charakterystyczna przystawką kuchni toskańskiej jest panzanella: czyli sałatka z pomidorów, cebuli, bazylii, oliwy i suchego namoczonego chleba. Podawałam ją jednak już kiedyś na naszym party, więc tym razem zrezygnowałam z niej, na rzecz pinzimonio – chrupiących świeżych kawałków warzyw podanych z dipem do maczania (u mnie była to odmiana vinegretu z sokiem pomarańczowym).

pinzimonio

I nie oparłam się pokusie kanapki; a tych we Włoszech jest mnóstwo: prostokątna pannini z ciabatty, grzanka bruschetta z pomidorem i mozarellą, grzanka crostini z pastą z wątróbek drobiowych, trójkatny sandwich tramezzini z majonezowym nadzieniem z kurczaka. Wybrałam tramezzini:

tramezzini

Tramezzini podano po raz pierwszy w 1925 roku w Caffe Mulassano w Turynie; do dziś kawiarnia istnieje i oferuje ponad 40 rodzajów kanapek, a twórcą ich nazwy jest pisarz Gabriele D`Annunzio.

Następnie podałam zupę – wybrałam ribollitę, chyba najsłynniejszą zupę toskańską; jej nazwa znaczy – ponownie gotowana; gotuje się ją jak polski bigos, kilka dni, codziennie podgrzewając, by smaki doskonale sharmonizowały się. Podstawowe składniki ribollity to fasola, kapusta i pomidory, ale obowiązkowo musi być też obecny czerstwy chleb, najlepiej ten toskański, pieczony bez soli. Najczęściej turyści uważają że ten chleb jest wstrętny, bez smaku, i nie przyjmują do wiadomości, że robi się go głównie jako neutralne tło do sosów i zup. W naszej zupie był zwykły, polski chleb

ribollita

Nie ma Italii, w tym także i Toskanii, bez pasty (makaronu). Na party przygotowałam tagliatelle (oryginalne, toskańskie) z pancettą (dojrzewający w soli i przyprawach suszony boczek) oraz grzybami (prawdziwkami) – bo Toskania to prawdziwy raj dla grzybiarzy. Dodatkiem do sosu były orzeszki pinii, smakołyk, z uwagi na cenę trudno dostępny, ale też nie ma się co dziwić, bo te drobinki, kremowe perełki, są po prostu obranymi z łusek, jadalnymi nasionami sosny, więc dość to pracochłonne jest, a poza tym, ile szyszek trzeba na kilka deko nasionek! Ale trzeba przyznać, że pini są pyszne.

tagliatelle

Jako główne danie wybrałam schab w sosie jabłkowo-porowym, według przepisu Leonardo da Vinci. Wykorzystałam tu książkę autorstwa Dave’a DeWitta Kuchnia Leonarda da Vinci, rozpatrującą tematykę historii włoskiej od renesansu po czasy współczesne od strony kulinarnej.

 Mięsa we włoskiej kuchni powinny być ugarnirowane jarzynami, przy czym raczej nie wchodzą tu w grę ziemniaki; często jest to cukinia, fasolka, bakłażan, groszek. Zdecydowałam się na fasolkę szparagową i smażone płatki cukinii.

schab Leonarda

Właściwie najbardziej charakterystycznym mięsem jadanym w Toskanii są bistecci alla fiorentina – solidny plater wołowiny rasy Chianina, z chrupiąca skórką, opiekany na rozżarzonym węglu drzewnym. Ale u nas trudno kupić wołowinę na steki, a próby podróbek z twardego mięsa naszych krów kończą się porażką.

Do zobaczenia na przyjęciu za miesiąc! Tym razem w kuchni indyjskiej.

Kanapkolandia

Kanapki – czyli pieczywo z dodatkami – zna, i to od wieków niemal, cały świat, a lokaliki z kanapkami powstają jak grzyby po deszczu.

 kanapkolandia

Jakoś ostatnio, co i rusz, wpada mi pod pióro ten temat.

Ot, właśnie poszłam po zakupy do Lidla i już przy wejściu czekała broszurka z przepisami Pascala i Okrasy, zatytułowana: „kanapko ty moja”, z fajnymi propozycjami: kanapka rybaka, kanapka drwala, słoneczna, selerowa, grillowana, z kurczakiem. Są to propozycje na sandwicze (a więc dwie warstwy pieczywa przełożone dodatkami), ale równie dobrze można zaproponowane nadzienia wykorzystać do tartinek, a więc kanapek „otwartych”, z jedną tylko, spodnią, warstwą pieczywa.

Sandwich jest wygodny na wynos, jako drugie śniadanie czy lunch. Ja jednak preferuję kanapki w wersji tartinki.

Uwielbiałam czas, kiedy mama robiła nam, dzieciom, kanapki. Przy czym kromka chleba z masłem i wędliną na przykład – wcale nie była jeszcze kanapką. Kanapka – to było coś więcej. Mała kromeczka pieczywa (kiedyś najlepsza do tego była weka) posmarowana masłem i obłożona przeróżnymi dodatkami: wędliną, plasterkami pomidora, ogórka, rzodkiewki, jajka na twardo, krążkami cebuli, wiórkami startego żółtego sera, z kroplami majonezu i keczupu, obsypana mielonym pieprzem.

A później – w czasach studenckich – kanapki były obowiązkowym menu imprezek. I zawsze cieszyły się niesłabnącym uznaniem, znikały z talerzy tak szybko, że ledwo można było nastarczyć z ich dorabianiem.

Zapraszam na domową kanapkę!

kanapka domowa

Jakoś te, oferowane przez różne kanapkolandy, piekarnie i knajpki, ciągle nie dorównują tym domowym.

 



Nowa ramówka kulinarna telewizji

Stacje telewizyjne przygotowują zmiany swoich ramówek na jesień i dotyczy to również programów kulinarnych. Co i rusz pojawiają się zapowiedzi, ale tak chaotyczne i fragmentaryczne, że postanowiłam sobie uporządkować te propozycje i chronologicznie i podmiotowo.

kuchnia w telewizji

Popatrzmy więc, czego możemy się spodziewać:

Kuchnia.tv

Całodobowy program tematyczny – oprócz powtórek – proponuje nowe programy:

Cook news – o nowościach w świecie gastronomii

Abc gotowania (dla początkujących) – program autorski Marietty Mareckiej

Jakubiak lokalnie – nowy sezon

Przez dziurkę od sera – nowy sezon programu Gienia Miętkiewicza – miłośnika serów zagrodowych

Martha 7 – nowy sezon amerykańskiej guru kuchni, Marthy Stewart

Postój z Anthonym Bourdainem – nowy sezon

 

TVN

Masterchef – nowa, druga edycja konkursu

Ugotowani – nowy sezon konkursowych potyczek

Kuchenne rewolucje Magdy Gessler – nowy sezon uzdrawiania restauracji

 

TVN Style

Pascal po polsku – nowy program Pascala Brodnickiego (tym razem wędrówki po Polsce i odkrywanie polskiej kuchni regionalnej) – ponoć od października

Nigellissima – nowy program Nigelli Lawson o kuchni włoskiej – jesienią

Gordon Ramsey – we własnej kuchni – nowy program z udziałem sławnego kucharza i restauratora

Wiem co jem i wiem co kupuję – nowy sezon programu Katarzyny Bosackiej (pierwszy odcinek będzie o sałacie)

Pyszne 25 – kontynuacja programu Anny Starmach – jurorki z Masterchefa

Szalona kuchnia Hestona – kontynuacja

 

TVP 1

Sąsiad na widelcu – nowość – kulinarny show, który ma poprowadzić Łukasz Grass – jeszcze nie podano od kiedy

Okrasa łamie przepisy – kontynuacja – edycja w soboty ok. 14 (chyba) a powtórki w poniedziałki

 

TVP 2

Makłowicz w podróży – kontynuacja – edycja w niedziele ok.  11, powtórki we wtorki

 

Polsat

2XL – nowość – serial o dziewczynach walczących z otyłością

Ewa gotuje – kontynuacja programu Ewy Wachowicz – edycja w soboty ok. 10

 A jeśli ktoś ma wykupiony abonament na platformę Polsatu – to warto zwrócić uwagę na całodobowy tematyczny kanał: Polsat Food, gdzie m.in. obecnie nadawane są m.in. odcinki Bosonogiej contessy (Iny Garten) i kuchni włoskiej Giady De Laurentiis

 TLC

Polski turniej wypieków – kontynuacja programu Katarzyny Skrzyneckiej i Piotra Gąsowskiego

 Religia.tv

Anielskie smaki – kontynuacja programu siostry Anieli

BBC Entertainment

Zapraszam do stołu – kontynuacja

Amatorzy, którzy lubią poświęcać czas na gotowanie i pieczenie, rywalizują ze sobą, szykując przyjęcia. W najnowszej edycji programu pięć odcinków zostało połączonych w jeden. W ciągu tygodnia każdy z uczestników wydaje kolację. Jego goście ocenią przygotowane dania i atmosferę spotkania, wracając do domu. Osoba, która uzyska najwięcej punktów, otrzyma nagrodę, którą jest tysiąc funtów.

 

A teraz nowości chronologicznie, kiedy i co się zacznie:

1 września – niedziela

10.35 – Wiem co jem i wiem co kupuję – TVN Style

20.00 – Masterchef – TVN

 

4 września – środa

22.30 – Polski turniej wypieków – TLC

 

7 września – sobota

11.15 – Pyszne 25 – TVN Style

 

8 września – niedziela

17.45 – Abc gotowania – Kuchnia.tv

18.00 – Ugotowani – TVN

18.15 – Cook news – Kuchnia.tv

 

Tyle udało mi się wyszperać – co zmęczyło mnie okrutnie!!!! Resztę trzeba będzie śledzić.

Ale propozycji trochę jest, prawda?

 



Czosnek i szafiry – intrygujący tytuł książki około kulinarnej

Podtytuł książki brzmi: sekretne życie krytyka w przebraniu

Autorką jest Ruth Reichl, Amerykanka, której zaproponowano posadę krytyka kulinarnego w prestiżowym The New York Times.

książka czosnek i szafiry

Książka napisana jest lekkim, subtelnym piórem, ale czytając ją nie mogłam się uwolnić od wrażenia, że znalazłam się w komediowo przerysowanym świecie Luisa de Funes i jego perypetii typu „skrzydełko czy nóżka”. Bo książkowa Ruth, wybierając się do restauracji, o której chce napisać do gazety, chce tam być incognito, więc przebiera się w coraz to inne postaci: hippiskę, staruszkę, nawet swoją zmarłą matkę. Szaleństwo! No fakt, że krytyka inaczej by obsługiwano, niż zwykłego klienta, a opinia o restauracji winna być w miarę obiektywna, więc wszystkie chwyty dozwolone.

Nie wiem, czy to jest prawda z tym przebieraniem się, czy tylko taka literacka fikcja, ale w książce to dobry pomysł dla dramaturgii akcji i zabieg ten pozwolił autorce na pokazanie zróżnicowania klasowego społeczeństwa amerykańskiego i sztampowego stempelka w ocenianiu ludzi. Ubierasz się w takie, a nie inne ciuchy, czeszesz się tak i tak – a więc jesteś z nizin, z granicy marginesu i nie ma dla ciebie miejsca wśród nas. Damy ci to odczuć, oj, damy.

Ale zostawmy na boku tę śmieszną w świecie dorosłych grę w podchody – i przejdźmy lepiej do strony kulinarnej. O! tu jest znacznie, znacznie lepiej. Właściwie to za mało powiedziane. Tu jest świetnie!

Opisy dań i wnętrz lokali – to poezja. Górna półka. Są tak sugestywne, że gdybym znalazła się kiedyś w N.Y. to myślę, że rozpoznałabym opisywane miejsca i odnalazła smaki, które zasugerowała Ruth.

Posłuchajcie fragmentów:

 „Nie próbowałam nigdy czegoś takiego jak jego surowy tuńczyk. Czysta, niemal przeźroczysta ryba, została obtoczona w kawiorze, tak, że niemal świeciła na czerwono, jak rubiny wśród pereł. Dookoła ułożone były girlandy z pora, przetykane tajemniczymi czarnymi punkcikami.”

 „Kiedy przyniesiono łososia, spory kawałek pomarańczowego mięsa w głęboko purpurowym sosie (…) wzięłam kawałek ryby do ust i natychmiast zapomniałam o wszystkim oprócz tego, co działo się w moich ustach, mięso i chrupiące kawałki karczocha tańczyły razem tango. Miękkość ryby włożona była między chrupkość warstw – na spodzie karczochy, na wierzchu grzanki z chleba, smaki pojawiały się i znikały w szaleńczym tempie. Zdawało mi się, że spróbowałam kasztana, za moment smak znikał wchłonięty przez ciężki smak wina.”

 „A potem już nic nie mówiłam, ponieważ spróbowałam jednego z ptysiów i skoncentrowałam się na tym jak po prostu wyparował zmieniając się w gorące, serowe powietrze, kiedy zamykałam je w ustach.”

 Zjadłoby się, co?

No to przepisik, proszę bardzo (sama mam w planie go wypróbować)

 Ptysie serowe Gougeres

1 szklanka wody

200 g niesolonego masła

1 i ½ łyżeczki soli

1 i ½ szklanki mąki

5 jaj

1 szklanka pokrojonego w kostkę sera Gruyere

Pieprz do smaku

½ szklanki startego sera Gruyere

Rozgrzać piec do 270 st. C

Zmieszać wodę, masło i łyżeczkę soli w rondlu i doprowadzić do wrzenia, mieszając aż masło się roztopi. Zdjąć rondel z palnika, gdy płyn trochę wystygnie, dodać mąkę i dokładnie wymieszać. Postawić rondel z powrotem na ogniu, doprowadzić do wysokiej temperatury, mieszać drewnianą łyżką dopóki ciasto nie zacznie odchodzić od brzegów rondla. Zdjąć z ognia.

Pojedynczo dodawać jajka i wymieszać dokładnie, aby masa stała się jednolita. Dodać pokrojony w kostkę ser, pozostałe pół łyżeczki soli i trochę pieprzu. Dobrze wymieszać.

Kłaść masę za pomocą łyżki na dobrze nasmarowaną masłem blachę do pieczenia. Każdy ptyś wygładzić na wierzchu i po bokach przy pomocy noża i posypać startym serem.

Piec partiami po 25 minut dopóki nie urosną i się nie zezłocą.

Natychmiast podawać.

 Są organizowane takie wycieczki śladami bohaterów książek, filmów czy celebrytów, ot, choćby śladami Petera Mayle`a we Francji; myślę, że na wycieczkę śladami Ruth Reichl w Nowym Yorku nie zabrakłoby chętnych:)

 Została nam jeszcze do omówienia sprawa tytułu książki: „Czosnek i szafiry”. Dlaczego taki? Pod koniec książki rzucono nam trop. Mąż bohaterki, nie mogąc znieść jej przeobrażania się w różne indywidua i jej zachowania wówczas, tak złego i różnego od tego, kim w istocie jest, mówi:

 „Nie mogłem tam zostać i patrzeć na to, co robisz. Nienawidzę, kiedy udajesz, że jesteś tą osobą. (…) Krytykiem Restauracji New York Timesa. (…) Cały czas miałem w głowie ostatni wers T.S. Eliota z „Czterech kwartetów”: <czosnek i szafiry w błocie>. Przypomniało mi się to, kiedy wpadłaś w ten niemal trans”.

 Oooo …. nie lubię tego: kilka słów wyrwanych z kontekstu, nic nie mówiących, przynajmniej mnie, bo nie znam tego wiersza. Ale dwujęzyczny Eliot stoi mi na półce, zajrzyjmy:

„Cztery kwartety” to całość stworzona z czterech wierszy. Czosnek i szafiry znajduję w pierwszym z nich, w „Burnt Norton”, i to w środku, nie na końcu. Tu można go przeczytać: http://beau.blox.pl/tagi_b/180451/Eliot-T-S.html

 Wydaje mi się, że cytat w książce Ruth Reichl nie ma żadnego związku z treścią wiersza Eliota. No, owszem – czosnek i szafiry w błocie – to nośne, efektowne porównanie; coś drogocennego (jak bohaterka książki) rzucone w błoto codzienności, często przejmuje jego najgorsze cechy, zatraca swą drogocenną doskonałość. Ale cytowany wiersz Eliota jest o czymś zupełnie innym. To rozważanie o czasie i wieczności i jednocześnie podsumowanie ewolucji twórczej artysty (tak uważają znawcy jego poezji).

Ruth Reichl wykorzystała po prostu jego efektownie brzmiące słowa do swoich celów.

Cóż, bywa i tak.



Mało kto wie, co to jest garus

Nawet w naszej rodzinie zapomniano już trochę o tej regionalnej potrawie.  A przywędrowała ona do Małopolski z babcią i mamą ze Świętokrzyskiego, z Wierzbnika-Starachowic. Gotowana była zawsze pod koniec lata, kiedy pojawiały się gruszki ulęgałki, takie małe, niepozorne, ale słodziutkie.

Garus to zupa owocowa, zaciągana śmietaną, podawana z utłuczonymi ziemniakami, koniecznie z okrasą z podsmażanej posiekanej cebulki i posypanych koperkiem. Podawało się to u nas tak: zupę na talerzu głębokim, a ziemniaki obok, na talerzu płytkim, i jadło się łyżką.

Kiedyś było to nasze (tj. dzieci) ulubione danie. Pyszny, słodki smak zupy idealnie równoważyły ziemniaki z ostrą nutą podsmażonej, przyrumienionej cebulki.

garus

Odtwarzam przepis z mroków pamięci, kiedy jako mały brzdąc plątałam się babci i mamie w kuchni pod nogami. Ale robię tę zupę w tej samej kuchni, co one, tyle że kuchnia ta jest już dość istotnie zmodernizowana. I podaję zupę w filiżance, bo ja właściwie nie używam w swojej zastawie głębokich talerzy; wolę bulionówki, miseczki i duże filiżanki.

Więc tak:

Dla dwóch osób wystarczy 4-5 szt małych dojrzałych gruszek.

Obieramy je ze skórek, wycinamy gniazda nasienne, odcinamy ogonki. Wrzucamy pokrojone do rondla na rozgrzaną czubatą łyżkę masła. Kiedy tylko zaskwierczą, polewamy wrzątkiem, dodajemy 1 goździk, jakieś 3 łyżki cukru i pod przykryciem gotujemy na wolnym ogniu kilkanaście minut, aż gruszki rozpadną się.

Miksujemy – tu ukłon w stronę nowoczesności; babcia i mama przecierały gruszki na durszlaku; w dzieciństwie byłam pewna, że mówi się druszlak:)

Dolewamy nieco wrzątku, dodajemy 2-3 łyżki gęstej śmietany, doprawiamy szczyptą soli, cynamonu, pieprzu i sproszkowanej papryki (dodatek papryki to mój wkład w ewolucje potrawy – wydaje mi się, że dzięki temu smak zupy uwydatni się, będzie bogatszy).

6 niewielkich ziemniaków obieramy i gotujemy w osolonej wodzie, po czym odcedzamy i tłuczemy na puree, dodając do nich łyżkę masła.

Na kolejnych 2 łyżkach masła podsmażamy na rumiano małą cebulę, drobno posiekaną, okraszamy nią ziemniaki, posypujemy koperkiem.

I smacznego! Witajcie w latach 60-tych dwudziestego wieku:)



Na krakowską „Ancorę” czaiłam się od dawna

Nie byłam jednak pewna, czy jest w zasięgu moich możliwości finansowych.
Dopiero, kiedy pojawiło się na ich stronie internetowej menu wraz z cennikiem – zaplanowałam tam obiad.
Zaległe imieniny wiernej towarzyszki moich kulinarnych penetracji były dobrą okazją:)
Chciałam tam iść z uwagi na właściciela- Adama Chrząstowskiego prowadzącego program telewizyjny „Adam po pracy” i blog kulinarny.
Ancora mieści się w centrum Krakowa, na rogu ulic Dominikańskiej i Poselskiej. Idąc, patrzcie uważnie: wejście jest od ulicy Dominikańskiej, ale nie jest zbytnio wyeksponowane.

ancora Kraków

Wystrój, potrawy, obsługa – wszystko można podsumować dwoma słowami: spokojna elegancja, czy może ascetyczna klasyka. Męski, trochę surowy, styl.

wystrój ancory

Nie ma tu w wystroju ozdóbek, mieszaniny różnych bajek (co – skądinąd bywa niekiedy urocze), a smaki potraw są wyważone i zharmonizowane. Nie trafiły mi się tutaj dania rzucające na kolana, ale wszystko co jadłyśmy było smaczne i pięknie podane.
A cenowo: obiad dla dwóch osób, składający się z zestawu przystawek i głównego dania + lampki wina – to koszt ok. 200 zł.
Czas na prezentację potraw:
Zestaw 6 przystawek, bardzo pomysłowo podanych w małych kokilkach. Każda z nas dostała nowoczesny w formie, biały, prostokątny talerzyk, sztućce i można było próbować i zestawiać przystawki, co tam kto lubi.
Wybrałyśmy:
ruloniki z rostbefu z chrzanem
mus z kaczych wątróbek z warstwą galaretki porzeczkowej
kozią bryndzę z marynowanymi buraczkami
pomidory malinowe z dymką
mini omlet z boczniakami i szczypiorkiem
sałatkę z młodych warzyw (to była po prostu sałatka jarzynowa)

przystawki

Do tego pieczywo jasne i ciemne oraz kremowo-serowe masełko
Po przystawkach intermezzo: sorbet ogórkowy z żubrówką – super hit! przepyszny!

sorbet ogórkowy

Dania główne:
Trio jagnięce: comber, ozorek i łopatka z sosem prowansalskim i ziemniaczaną zapiekanką

trio jagnięce

Trio wieprzowe: schab z rusztu, boczek wolno gotowany i kaszanka podane z puree z zielonego groszku

trio wieprzowe

Wino: czerwone cotes du Rhone

Wybierając danie główne długo wahałam się, czy wybrać coś z menu sezonowego – były moje ukochane kurki! – czy jednak z menu ogólnego.  Zdecydowałam się na jagnięcinę z menu ogólnego, bo nigdy nie mam jej dosyć – praktycznie jest nie do kupienia na mojej prowincji, chyba że czasem, mrożona nowozelandzka. Mało też mam doświadczenia, jaka ta jagnięcina powinna być w smaku. Wydawało mi się, że ta moja na talerzu jest nieco twarda – ale może taka właśnie ma być?

Przypomina mi się tutaj historia z Cannes we Francji, kiedy w małym bistro, trzy czwarte wycieczki, z którą tam byłam, zrobiło prawie że awanturę personelowi, że dano im do jedzenia twarde podeszwy, a nie steki wołowe! I powiem wam, że sama nie wiem, czy te steki były właściwe, czy rzeczywiście źle przygotowane… twarde rzeczywiście były! a noże nieostre!

„Ancorę” zapamiętam jednak bardzo sympatycznie: miłą i nienarzucającą się opiekę kelnerki, spokojny ład i minimalizm  wystroju sal, smaczne, ładnie podane potrawy.

I jeszcze coś powiem wam na ucho: w toalecie, zamiast ręczników papierowych, stał wiklinowy koszyk, a w nim zwinięte w ruloniki malutkie frottowe ręczniczki, które po wykorzystaniu wrzucało się do przeznaczonego na ten cel pojemnika. Uważam to za super pomysł!

Czy ktoś lubi pierogi ze szpinakiem?

Ja lubię bardzo i ciągle szukam przepisu, który by mi pasował.
Jako że był 17 sierpnia – dzień św. Jacka – dominikanina, który karmił biedaków właśnie pierogami, nie mogło się obejść w tym dniu bez domowych pierogów.
Zrobiłam dwa rodzaje: z pieczarkami oraz ze szpinakiem.
Te z pieczarkami bardzo mamie smakowały, ale o tych ze szpinakiem powiedziała: no, mogą być. To znaczy, że niezbyt przypadły jej do gustu:( Ona jest tradycjonalistką, jeśli chodzi o smaki.
Ja jednak uważam je za bardzo dobre.

A farsz robiłam tak:
miska świeżych liści szpinaku
1 szalotka bardzo drobno posiekana
1 kulka mozarelli (250 g)
oliwa, masło, sól, pieprz
Na rozgrzaną oliwę z łyżką masła wrzuciłam wypłukany szpinak, podsmażyłam, mieszając aż liście puściły sok i zrobiły się miękkie i „papkowate”.
Odcedziłam je dobrze na sitku, po czym posiekałam na drobno.
Na oliwie zeszkliłam szalotkę i posiekaną w kostkę mozarellę, aż roztopiła się, dodałam posiekany szpinak, wymieszałam.
Doprawiłam solą i pieprzem.
Masa zrobiła się dość ścisła, nieco ciągnąca się.
Ostudziłam ją.
I już można było ją nakładać do ciasta.
Fajnie smakują przygrzane, posypane utartym serem, który tworzy miłą skorupkę.

Przyprawa włoskie smaki południa

Łatwo skusić mnie na wypróbowanie nowej mieszanki przyprawowej:)
Tym razem, w Krakowie, w delikatesach Likus Concept Store (pasaż w Rynku Głównym), trafiłam na obiecująco brzmiącą nazwę: włoskie smaki południa.
Skład: suszone kawałki bakłażana, cukinii, pomidorów, papryki, czosnku i pietruszki. I jaki zapach!
Wczoraj kupione, dzisiaj wypróbowane, do żołądków drobiowych w potrawce. Bardzo polecam:)
przyprawa smaki południa

(Przyprawa zapakowana jest w papierową torebkę, przesypałam ją do pojemnika z magnesem, których używam w mojej kuchni do przypraw)

A żołądki zrobiłam tak:
Pół kilograma żołądków dusiłam do miękkości kilka godzin na łyżce oliwy i łyżce masła, podlane gorącą wodą, uzupełnianą w miarę wygotowywania się.
Następnie żołądki pokroiłam w paseczki, z powrotem włożyłam do wytworzonego sosu.
2 cebule pokroiłam w piórka, zeszkliłam na łyżce masła i dodałam do żołądków.
Do tego wszystkiego dołożyłam pokrojone, pozostałe z ugotowanego rosołu 2 marchewki, 1 pietruszkę, kawałek selera, kawałek pora.
Dodałam łyżkę kupionej przyprawy, poddusiłam, na końcu dodałam 2 łyżki śmietany.
Podałam z ziemniakami.
Naprawdę świetne wyszło!

Zwykłe mielone

No, może nie całkiem takie zwykłe, lecz odrobinę podrasowane.
Dodałam do nich pokrojony w malutką kosteczkę ser bałkański typu feta, solankowy.
Niewiele tego sera, żeby mama nie marudziła, że za słone.
Wyszły te kotleciki idealnie. Przepyszne! Mama słowa złego nie powiedziała i nie ociągała się z jedzeniem:)
zwykłe mielone

pół kg mięsa mielonego mieszanego wołowo-wieprzowego
mała cebula drobniutko posiekana
3-4 łyżki bułki tartej
2 jajka
2 łyżki sera solankowego pokrojonego w drobną kostkę
sól, pieprz
+ bułka tarta do panierki
olej i masło do smażenia

Mięso wymieszać z cebulą, dodać jajka i bułkę tartą, dobrze wyrobić masę. Doprawić solą i pieprzem, dodać ser.
Formować kotleciki, otaczać je w bułce tartej i smażyć na patelni na rozgrzanym oleju.
Kiedy wszystkie będą już podsmażone z obu stron, dodać łyżkę masła, przykryć pokrywką i poddusić jakieś 5 minut.
Gotowe:)

Kalafior, cukinia, marchewka…. co wyjdzie?

Wyszła letnia, lekka zupa. Kolorowa. W sam raz na upały. Nie mogłam się zdecydować, czy lepiej ją podać w słoneczno-żółtej filiżance, czy może dla kontrastu, żeby mieć wrażenie chłodu – w popielatej?
Mama zjadła bez gadania i bez ociągania się. Znaczy się – smaczna:)
zupa z kalafiora i cukinii

Pół małej cukinii
kilka różyczek kalafiora
2 małe ziemniaki
4 małe marchewki
plaster selera bulwiastego
mały kawałek pora
mała cebula
2 ząbki czosnku
sól, pieprz, szczypta ostrej papryki
2 łyżki śmietany
oliwa z oliwek + łyżka masła
koperek, zielona pietruszka posiekane

Ziemniaki, marchewkę, seler, cebulę, czosnek  i cukinię pokroić w kostkę (jeśli cukinia jest młodziutka nie ma potrzeby jej obierać), por kroimy w półplasterki.
Rozgrzać oliwę, dodać masło, wrzucić cebulę, czosnek, por, cukinię i marchewkę, chwilę podsmażyć, aby warzywa się zeszkliły.
Zalać gorącą wodą, dodać ziemniaki, seler i różyczki kalafiora, lekko osolić.
Gotować do miękkości, ok. 40 minut.
Lekko zmiksować, tak, aby spora ilość warzyw pozostała w całości.
Dodać śmietanę, doprawić przyprawami, dodać zieleninę.
Smacznego!