Filmowe party pełne wyzwań

Proponuję małą przerwę w przygotowaniach świątecznych!

Rzućmy okiem na menu, inspirowane kuchnią włoską, towarzyszące najnowszemu filmowi Lecha Majewskiego „Onirica”. Główny bohater zafascynowany jest „Boską Komedią” Dantego – stąd ta kuchnia włoska w menu.

Było klasycznie: sałatka capricciosa na przystawkę, tagliatelle z sosem pomidorowym z boczkiem jako danie pierwsze, cielęcina z dodatkiem brukselki jako danie główne, i ciasteczka „róże pustyni” do kawy.

capricciosa

tagliatelle

cielęcina z brukselką

róże pustyni

Ale tak bardzo prosto jednak nie było.

Jedna osoba nie mogła być na party, druga osoba mogła być na projekcji filmu, ale nie na kolacji, a jeszcze jedna w przeddzień przyjęcia zadzwoniła, że właśnie jest na detoksie i może jeść aktualnie tylko warzywa, z przyprawami, owszem, ale bez soli i cukru.

Oh, la la!

Czyli były dwa rodzaje potraw na jednym przyjęciu, dedykowane konkretnym osobom.

No – przyznam, że to było wyzwanie. Bardzo ciekawe zresztą.

Dania klasyczne miałam właściwie prawie gotowe. Została do wymyślenia i wykonania dieta.

Wpadłam do warzywniaka, i zgarnęłam, co mi tam wpadło w rękę: marchewkę, pietruszkę, kalafior, brokuł, por, paprykę. Cebulę i pomidory miałam w domu.

Przyznam, że jestem dumna przede wszystkim z tych dań dietetycznych, bo mimo tych szalonych ograniczeń udało się wydobyć naturalny smak jarzyn, nie przytłumiony cywilizacyjnymi polepszaczami.

Zrobiłam capriciosę w wersji fit: marchewka, seler i papryka pokrojone w julienkę, z przyprawami.

Do tego bulion warzywny, długo gotowany, żeby wydobyć smak warzyw, doprawiony wyłącznie pieprzem, czosnkiem niedźwiedzim, mieloną papryką, majerankiem.

Danie pierwsze w wersji fit: to „niby-taglietelle” z cukinii i marchewki, leciutko podduszone w wodzie, bez grama tłuszczu i soli.

Danie główne to talerz gotowanych na parze warzyw.

Człowiek na diecie był zadowolony.

surówka dla Tomka

tagliatelle z cukinii

warzywa dla Tomka

I jeszcze parę słów o filmie.

„Onirica” Lecha Majewskiego w warstwie epickiej opowiada o próbie uporania się bohatera, młodego naukowca, z nagłą, tragiczną śmiercią swojej ukochanej. Porzuca on karierę naukową, zaczyna pracować w supermarkecie, ale ucieka wciąż od świata realnego w świat snu. A w świecie jawy towarzyszy mu słuchany w oryginale poemat Dantego, „Boska komedia”.

Mamy tu, u nas, w naszym małym gronie, w którym się spotykamy, takich reżyserów, na których filmy czekamy, którym ufamy, i decydujemy się na ich oglądanie, w ciemno. Do nich należy Lech Majewski. Umie on stworzyć świat, który nie jest płaski, rozgrywający się tylko na płaszczyźnie zdarzeń, ale sięga o wiele głębiej, w myśli i uczucia człowieka. Kiedy gaśnie światło, zsuwa się z sufitu ekran kina domowego, zaczyna szumieć projektor – ogarnia nas magia kina Majewskiego, choć może nie wszystko od razu jest jasne i jednoznaczne.

Jak mówią krytycy – „Po „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” i „Młynie i krzyżu” – „Onirica” jest trzecim filmem Majewskiego, którego bohater szuka ratunku w dawnej sztuce. Traktuje ją jak religię, ale w większej jeszcze mierze – jak naukę prowadzącą do metafizycznego poznania.

Reżyser mówi tak: „Nie mogę wyjść z podziwu dla naszych wielkich starszych kolegów. Bo przecież Bosch, Giorgione czy Bellini nie byli bogami, tylko naszymi kolegami! Ciężko pracowali, żeby odnaleźć formułę, dzięki której można było dać ludziom przeczucie harmonii i pootwierać im bramy nieba. Doceniam nowoczesność, wszyscy z niej wyszliśmy, ale nie mogę się pogodzić z celebrowaniem ohydy, która stała się dziś rodzajem obowiązkowego akademizmu”.

Kuchnia włoska Giancarlo Russo w mojej kuchni

Oglądałam p. Giancarlo Russo – włoskiego kucharza, osiadłego w Polsce – w jednym z odcinków Top Chefa, i choć jego podejście do zawodników było wówczas dość kontrowersyjne (zaraz napiszę dlaczego tak myślę), to jednak jest uznanym autorytetem włoskiej sztuki kulinarnej; kiedy więc zaczęłam przygotowywać się do party, inspirowanego kuchnią Włoch, zaraz pomyślałam o nim, zwłaszcza że mam jego książkę „Kuchnia włoska bez granic”

Szukałam pomysłu na danie główne, mięsne, i wpadł mi w oko przepis na eskalopki cielęce. Próba dania wyszła super smacznie

escalopki cielęce

Tyle tylko, że nie uwierzyłam tak do końca p. Giancarlo; bo popatrzcie: na 60 dag cielęciny pokrojonej w plastry i 100 ml bulionu, p. Russo zaleca dodanie soku aż z dwóch cytryn (!) Wydawało mi się, że to strasznie dużo, i zaczęłam bardzo ostrożnie dawkować sok. Po dodaniu soku z połówki cytryny, uznałam, że basta! Wystarczy.

To teraz pełny przepis a`la Giancarlo Russo

60 dag pieczeni cielęcej

1 cebula

100 ml bulionu wołowego

Sok z połówki cytryny

Sól, pieprz młotkowany

Oliwa extra vergin

Mąka do obtoczenia

Mięso natrzeć lekko solą i pieprzem, włożyć do miski, skropić oliwą i niewielką ilością soku z cytryny, przykryć folią i marynować w lodówce 2-3 godziny (ten etap przygotowania to mój pomysł)

Następnie pokroić mięso w plastry, lekko rozbić je tłuczkiem i obtoczyć w mące.

W dużym rondlu rozgrzać oliwę z oliwek, zeszklić cebulę pokrojoną w cienkie półplastry, dodać plastry mięsa, obsmażając je z obu stron, po czym zalać je bulionem i sokiem z cytryny. Dodać otartą skórkę z tej połówki cytryny (w przepisie p. Russo tego nie było, ale na zdjęciu tej potrawy w książce skórka jest)

Dusić do miękkości i znacznego zredukowania się sosu.

Doprawić solą i pieprzem.

I teraz następne moje odstępstwo od przepisu p. Giancarlo: twierdzi on, że mięso powinno się podawać od razu po przygotowaniu i nie należy go odgrzewać. Ja jednak uważam, że mięso przygotowane w takim sosie, nabiera pełnego smaku dopiero po pewnym czasie i proces wystygnięcia i ponownego podgrzania robi mu bardzo dobrze.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że pewnie nie jest to już włoska sztuka kulinarna. O.k. – dlatego od razu mówię, że to tylko inspiracja kuchnią Włoch. Bo przyznam się, że baaardzo, bardzo trudno jest mi uwolnić się od przyzwyczajeń kuchennych i zrobić coś dokładniuteńko według czyjegoś przepisu.

I teraz właśnie wracamy do Top Chefa. Wystąpił tam dokładniutko ten sam problem; uczestnicy próbowali przygotować włoskie dania, dodając tam swoje pomysły i inspiracje. Mnie się to wydawało jak najbardziej w porządku, w końcu wnosili w interpretację dań swój kunszt kulinarny. Ale p. Giancarlo był innego zdania. Danie ma być zrobione dokładnie tak, jak on kazał, jota w jotę. Jak ktoś zrobił inaczej – kazał danie wyrzucić do kosza i zacząć od nowa. Czyli sprowadził ich do roli rzemieślników, podkuchennych, można by powiedzieć. Gdyby to była jego restauracja – to o.k. Ale ogólnie ujmując problem sztuki kulinarnej – to jednak – moim zdaniem – nie o to chodzi.

Nie przepadacie za brukselką? Ta się wam spodoba!

Wiele osób nie przepada za brukselką, pewnie dlatego, że ma ona w sobie posmak goryczki. Ale jak dla mnie, to właśnie jest jej zaletą, byle tylko nie pogłębić jej przez niewłaściwy sposób przyrządzania.

A poza tym nie mogę się napatrzeć na doskonałość kształtu tych małych kapustek, to ich wierne, miniaturowe odzwierciedlenie dużej kapusty.

Późna jesień to właśnie najlepszy czas brukselki, kuszą te małe główki w każdym jarzyniaku.

Dziś proponuję brukselkę duszoną w soku pomarańczowym; wyszła przepyszna!

Podałam ją do cielęcych eskalopek.

brukselka w soku pomarańczowym

50 dag świeżej brukselki

Szklanka soku pomarańczowego

2-3 łyżki masła

Sól, pieprz młotkowany

Nieco oleju lub łagodnej oliwy

Łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej

Brukselkę obieramy z wierzchnich, uszkodzonych listków, po czym każdą kroimy wzdłuż na połówki; to jest najbardziej pracochłonna i trochę żmudna część przygotowań. Potem będzie już górki.

Na dużej, głębokiej patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy brukselkę, obracając każdą połówkę główki rozcięciem do patelni (to też chwilę potrwa, bo każdą główeczkę musimy obrócić oddzielnie).

Brukselkę chwilę przesmażamy, po czym zalewamy sokiem pomarańczowym, dodajemy skórkę pomarańczową i dusimy do miękkości – nie mieszając – ok. 20-30 minut.

Kiedy główki będą już al dente, a sok zredukuje się do połowy, dodajemy masło i przyprawiamy solą i pieprzem. Chwilę jeszcze dusimy, aż masło roztopi się i zespoli z sokiem w świetny sos.

I gotowe!

Zupa z cukinii z rydzami

Czekała sobie spora, dorodna, pasiasta cukinia w lodówce.

Pękata była.

Nie najmłodsza.

Przyszedł jej czas, kiedy w lodówce zaczynały świecić pustki, a obiad trzeba było jednak zrobić.

Zapadła decyzja, że zupa.

zupa z cukinii z rydzami

Znalazły się dwa ziemniaki.

1 cebula, ząbek czosnku.

Kawałek szynki trochę już podsuszonej

Była resztka śmietany, ot czubata łyżka, w sam raz.

Z targu przyniosłam kilka dużych rydzów.

To do roboty:

Najpierw cukinia: trzeba było obrać grubą skórę, wydrążyć pestkowy miąższ, pokroić w kawałki.

Przerzucić do rondla na rozgrzany olej, dodać posiekaną w półkrążki cebulę i zgnieciony, posiekany czosnek. Do tego posiekaną w kostkę szynkę. Dodać łyżkę masła. Lekko posolić, dodać młotkowany pieprz. Mieszając podsmażyć całość.

Zalać wodą (ok. 2l). Dodać ziemniaki pokrojone w kostkę. Gotować na małym ogniu do miękkości.

Częściowo zmiksować, zostawiając trochę warzyw w całości.

Dodać śmietanę, dobrze wymieszać, doprawić solą.

Teraz rydze: wypłukać pod bieżącą wodą, pokroić na niezbyt duże kawałki, smażyć na rozgrzanym oleju z dodatkiem masła, aż cały płyn wyparuje. Posolić, popieprzyć.

Dorzucić do zupy grzyby, zagotować.

I podawać.

Nie miałam nic zielonego do przybrania, a przydałoby się. Ale cóż…

Zupy wyszło dość sporo, więc był możliwy test na jej smak na następny dzień.

Rewelacja! Nic nie straciła! Ba, smak pogłębił się!

Połączenie cukinii i rydzów jest świetne.

Udka gęsie w cydrze

Późna jesień i zima to dobry czas na gęsinę. Sezon rozpoczyna św. Marcin – 11 listopada. Z chęcią włączam się w tradycję i na marcinowy, a zarazem niepodległościowy obiad zrobiłam udka gęsie w cydrze.

Cydr to moja kulinarna miłość od pierwszego łyku. Jabłkowy, lekko alkoholowy smak jest rewelacyjny, a jak dobrze łączy się z wieloma produktami! Pomyślałam, że skoro gęś tak dobrze smakuje z jabłkami, to i cydr będzie do niej pasował. I rzeczywiście. Bardzo polecam.

udko gęsie w cydrze

2 udka gęsie

Mała butelka cydru (0,3 l)

Cebula

Jabłko

Sól, pieprz, mieszanka przyprawowa chili

oliwa

Udka natrzeć przyprawami, skropić oliwą, umieścić w misce, szczelnie przykryć folią i zostawić w lodówce na noc.

Rozgrzać piekarnik do 200 st. C

Rozgrzać dużą patelnię, bez tłuszczu, położyć udka skórą do patelni, obsmażyć kolejno z obu stron, przełożyć udka do rondla żeliwnego, zlać z patelni wytopiony z gęsi tłuszcz, dodać posiekaną w cienkie półkrążki cebulę, podlać częścią cydru. Przykryć pokrywką i włożyć do piekarnika na dwie godziny. Od czasu do czasu zaglądać i dolewać cydr w miarę potrzeby.

Po tym czasie do garnka dodać jabłko starte na grubej tarce, odkryć pokrywkę i zapiekać jeszcze przez pół godziny.

Następnie wyłączyć piekarnik, zlać z rondla powstały sos do małego rondelka i redukować go, podgrzewając przez ok 20 minut.

Udka trzymać w ciepłym piekarniku.

Podawać z kluseczkami speatzle.

Jeśli lubimy chrupiącą skórkę na gęsi, to przed samym podaniem podsmażamy upieczone udka na patelni.

Rogale świętomarcińskie – niepodległościowa tradycja smaku

Biegnę ze swoimi rogalami!

Robię je tylko raz w roku, na świętego Marcina, w Dzień Niepodległości.

Oto tegoroczne, zapraszam!

rogale marcińskie

rogal marciński listkowanie

Z roku na rok doskonaliłam przepis, zwłaszcza nadzienie, i to już chyba jest ten ostateczny, najbardziej mi smakujący, pewny.

Nadzienie w proporcjach, które podaję poniżej, wystarcza na 2 porcje ciasta. Kiedy zaczynałam przygodę z rogalami, zostawało mi zwykle nadzienie, a rogali było za mało w stosunku do chętnych:) więc teraz robię od razu podwójną ilość ciasta, tyle że nie podwajam proporcji składników na ciasto, tylko przygotowuję 2 jego porcje; tak jest lepiej, bo ciasto francusko-drożdżowe, z tym procesem składania i wałkowania, ma swoje wymogi, i trudno byłoby wałkować naraz tak duży płat ciasta. Lepiej robić każdą porcję osobno.

A że zaopatrzenie mamy w sklepach coraz lepsze, to i ze zdobyciem białego maku nie jest źle. To fakt, że jeszcze nie pojawił się on, ot tak, po prostu na półkach, nawet w dużych sieciówkach, ale w sklepach internetowych już nie ma z nim problemu.

To zapraszam

 

Ciasto:

1 szklanka ciepłego mleka

4 dag świeżych drożdży

1 jajko

1łyżeczka ekstraktu z wanilii

3 i 1/2 szklanki mąki

3 łyżki cukru

szczypta soli

225g masła

Do miski wsypać łyżkę mąki i łyżeczkę cukru, wkruszyć drożdże, zalać szklanką ciepłego mleka. Zostawić na kilka minut aby drożdże urosły. Dodać jajko i wanilię i lekko wszystko wymieszać.

Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać 2 łyżki masła, rozcierając je palcami razem z mąką.

Dodać rozczyn mieszając łyżką, lekko i krótko ciasto wyrobić (najlepiej robotem, końcówką do wyrabiania ciasta). Uformować ciasto w prostokąt, przykryć folią i schłodzić w lodówce około 1 godziny.

Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x15cm, tak aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Zimne masło zetrzeć na grubej tarce, rozkładając je równomiernie na cieście (zostawić ½ cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak aby przykryła to złożenie (tak jak składamy kartkę papieru). Obrócić ciasto o 90 stopni, po czym rozwałkować je i znów złożyć na trzy. Schłodzić przez 45 minut. Powtórzyć proces wałkowania i składania ciasta 3 razy, chłodząc ciasto miedzy wałkowaniami przez 30 minut. Po zakończeniu procesu wałkowania ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.

Przygotować nadzienie:

30 dag białego maku

10 dag marcepanu (pasty migdałowej)

2 żółtka

1 szklanka cukru pudru

5 dag orzechów włoskich

5 dag migdałów

1 łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej

2-3 łyżki gęstej śmietany

2 łyżki likieru pomarańczowego

Do posmarowania:

1 rozbełtane jajko

Lukier:

Ok. 2 szklanek cukru pudru

1 białko

Kandyzowana skórka pomarańczowa do posypania

 Mak sparzyć gorącą wodą (w ilości takiej, by mak przykryty był całkowicie), wymieszać, po 15 minutach odcedzić i dobrze odsączyć. Zmielić trzykrotnie w maszynce mak. Zmielić orzechy i migdały w maszynce do mielenia orzechów. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem w mikserze, dodać masę marcepanową, rozetrzeć, dodać zmielony mak, orzechy, migdały,  skórkę pomarańczową, likier, wymieszać. Dodać śmietanę – ale tylko tyle by uzyskać dość zwartą ale plastyczną masę. Masa nie może być zbyt płynna, ani za twarda i właśnie świetnie reguluje się jej konsystencję dodając śmietanę stopniowo.

Wywałkować ciasto na prostokąt o wymiarach mniej więcej 65x34cm i przeciąć wzdłuż długiego boku na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 12 trójkątów.

Rozsmarować nadzienie zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta – zwijać w rogaliki zaczynając od najszerszego boku. Ułożyć na wyłożonej pergaminem blasze, przykryć i zostawić do wyrośnięcia aż podwoją objętość, około 1 i 1/2 godziny.

Rozgrzać piekarnik do 180ºC, wyrośnięte rogale posmarować rozbełtanym jajkiem i piec około 20 minut aż się ładnie zezłocą.

Utrzeć lukier z białka i cukru pudru. Wyjąć rogale na drucianą siateczkę i jeszcze ciepłe posmarować lukrem. Posypać skórką pomarańczową.

Jesienne party inspirowane kuchnią Ameryki

Oglądaliśmy film (o nim za chwilę), który kręcony był w Baton Rouge – stolicy stanu Luizjana.

To narzuciło wybór serwowanej kuchni. 

A ciepłą, żółto-pomarańczową kolorystykę narzuciła jesień, nasza polska i złota, póki co.

party jesienne



Nie było mi łatwo skonstruować menu, bo wszystkie sztandarowe potrawy kuchni kreolskiej (tej bardziej wykwintnej) i cajun (tej chłopskiej) już na naszych party podawałam, a staram się nie powtarzać raczej.

Gumbo, jambalaya, chowder, indyk – wszystko to już było.

menu kreolskie

 Z daniem głównym nie było kłopotów – w filmie jedna z bohaterek podaje na przyjęciu coq au vin, kurę duszoną w winie. Potrawa ma rodowód francuski (właściwie to jest nawet klasykiem francuskiej kuchni), ale kreolska kuchnia Luizjany to kuchnia potomków imigrantów z Francji i Półwyspu Iberyjskiego, więc kulinarne wpływy są oczywiste. Potrawa jest bardzo ciekawa, bo kurę (u mnie był to – z wiadomych, zaopatrzeniowych względów – kurczak) marynuje się i potem jeszcze dusi w czerwonym winie. Białe, drobiowe mięso nabiera purpurowego koloru i wspaniale smakuje. Podałam je z dodatkiem ryżu oraz papryki i pomidorów. 

coq au vin

Zupa – no, tu wybór był oczywisty – skojarzenia: jesień – Ameryka – bliski już Hallowen – no, tylko zupa z dyni mi pasowała! Robiłam ją z dodatkiem cydru (jak dla mnie to był lepszy dodatek niż wino)

zupa dyniowa

 Jako przystawkę podałam cajun chicken strips – kurczakowe smażone paluszki, z polędwiczek  z piersi kurczaka (tej najdelikatniejszej części piersi), marynowane w luizjańskiej przyprawie cajun, a potem panierowane w mące, jajku i bułce tartej i smażone. Do tego kromeczki bagietki wiejskiej na zakwasie i sałatka coleslaw (z białej kapusty, jabłka, cebuli i marchewki) 

stripsy cajun

Do kawy: chocolate chip cookies (amerykańskie pieguski) i raczej polska odmiana apple pie – moja sztandarowa szarlotka

amerykańskie pieguski

szarlotka

Oglądaliśmy film „Bóg nie umarł” w reżyserii Harolda Cronka z 2014 roku.

Młody człowiek zaczyna w Baton Rouge studia prawnicze i trafia na wykłady, na których prowadzący żąda od studentów podpisania deklaracji, że Bóg umarł. Wszyscy (jakieś 70 osób) ją podpisują; niektórzy po lekkim zawahaniu; wszyscy, oprócz naszego bohatera. On podejmuje polemikę z profesorem. I tak walka się zaczyna. Domyślacie się, łatwo nie będzie….

Dorzucę jeszcze jedną, ciekawą dla blogerów, informację: mamy tam również wątek bardzo poczytnej  blogerki, której karierę niespodziewanie przerywa rak….

A potrawa coq au vin pojawia się na przyjęciu w domu profesora-ateisty.



Kwintesencja grzybowego smaku – jesienna zupa grzybowa

Skoro już pojawiły się prawdziwki, to przecież nie wszystkie pójdą na suszenie; ich entuzjasta nie odmówi sobie spróbowania jednego czy dwóch kapeluszy: w jajecznicy, w sosie, zasmażanych do ziemniaków czy kalafiora. Ale kwintesencją grzybowego smaku jest zupa, zawsze oczekiwana, zawsze zachwycająca. Pokrojony borowikowy kapelusz i ogonek odmienią zupełnie smak krupniku, jarzynowej, fasolowej, żurku. A najlepiej smakują w zupie grzybowej jesiennej, gotowanej na świeżych prawdziwkach, ale z dodatkiem kilku suszonych prawdziwkowych łebków.

Zapraszam!

zupa grzybowa

2 świeże prawdziwki

2 suszone prawdziwkowe kapelusze

1 cebula

2 ziemniaki

2 łyżki makaronu zacierkowego

Przyprawy: sól, pieprz, czosnek

Posiekany koperek

Łodyżka pietruszki

2 łyżki masła, 2 łyżki oleju

2 łyżki śmietany

W rondlu rozpuszczamy łyżkę masła, dodajemy łyżkę oleju, do tego dodajemy cebulę posiekaną w kostkę, chwilę przesmażamy, po czym zalewamy zimną wodą. Dodajemy do rondla pokrojone w kostkę ziemniaki, wkładamy łodyżkę pietruszki, lekko solimy i gotujemy. Kiedy ziemniaki nieco już zmiękną dodajemy makaron zacierkowy i suszone grzyby. Gotujemy dalej.

A w międzyczasie przygotowujemy świeże grzyby: po oczyszczeniu i szybkim wypłukaniu, kroimy je dość drobno, po czym podsmażamy na łyżce oleju i łyżce masła, doprawiając solą i pieprzem.

Kiedy wszystko jest już miękkie, łączymy grzyby z zupą, gotujemy razem jakieś 15 minut, doprawiamy przyprawami, dodajemy śmietanę.

Posypujemy koperkiem.

Smacznego!

P.S. Dziś kupiłam kolejny kilogram dorodnych prawdziwków, zdrowiuteńkich!

Może grzyby jeszcze będą?

Upały i susze mamy już chyba za sobą, i coraz częściej widzi się komunikaty, że grzyby są!

Ba! Ponoć jest ich wielki urodzaj.

No, u nas, na małopolskim targu, jakoś tego nie widzę.

Owszem, zaczęły się pojawiać prawdziwki, głównie te wielkie, ale też ceny mają niebotyczne! 35-40 zł za kilogram.

Wszyscy mówią, że trzeba tylko poczekać; będzie ich mnóstwo i ceny spadną.

Ale ja się boję, że zostanę bez grzybów na zimę, na Wigilię. Kupuję więc te olbrzymy, tyle że po negocjacjach kupuję je przekrojone, a więc wiem, że zdrowe:)

prawdziwki

prawdziwki do suszenia

Sekret gotowania fasoli

Kiedy przeczytałam rady p. Janiny Molek z Tropia – regionalnej mistrzyni w przygotowywaniu dań z fasoli – że, aby ugotować fasolę wcale nie trzeba jej wcześniej moczyć, a samo gotowanie nie zajmie nam więcej jak godzinę, nie bardzo chciało mi się w to uwierzyć.

Ale jednak.

Sprawdziłam.

Sekret p. Molek działa. Godzina i parę minut i fasola była gotowa.

gotowanie fasoli

A robi się ją tak:

Fasolę płuczemy i wkładamy do rondla, zalewamy zimną wodą, tak aby woda nad fasolą miała jakieś 15 cm. Solimy i dodajemy łyżkę oleju i szczyptę majeranku. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 20 minut. Następnie dolewamy do fasoli zimnej wody (aby szybko ją przestudzić), po czym znów doprowadzamy do wrzenia i gotujemy kolejne 20 minut. Te czynności (zalewanie zimną wodą i gotowanie przez 20 minut) powtarzamy jeszcze dwukrotnie.

Po tym czasie fasola jest już miękka.

Można ją odcedzić, przy czym wywar warto zachować;  może być świetną bazą do zupy fasolowej lub jarzynowej.