Kłopoty z pączkami w powieści L.M. Montgomery

Uwielbiam wynajdywać kulinarne tropy w literaturze.

A szaleństwo pączkowe w Tłusty Czwartek musiało znaleźć swoje odbicie w literaturze.

Przypomniałam sobie czytane niegdyś bez opamiętania książki L.M. Montgomery, nie tylko cykl o Ani z Zielonego Wzgórza, ale i inne, i przyszła mi na myśl Jane, mała dziewczynka z Toronto, z rozwiedzionej rodziny, którą babka wychowywała w nienawiści do ojca. Bogata babka chciała by Jane była sztywna i dystyngowana, jak i ona sama. A Jane chciała być inna, i na przykład bardzo lubiła kręcić się w kuchni, przy służbie, obserwując pilnie proces gotowania i pieczenia.

W końcu losy jej potoczyły się zupełnie inaczej, niż chciała tego babka.

Jane jedzie na Wyspę Księcia Edwarda, na spotkanie z ojcem.

Tam prowadzi mu dom i uczy się gotować.

 

Posłuchajcie, jakie z tym były perypetie: zapraszam na kawę, tłustoczwartkowego pączka i lekturę:

pączki i L.M. Montgomery

„Za pomocą „Kuchni dla początkujących”, rad pani Jimmy Johnowej i własnej obrotności Jane nauczyła się zadziwiająco szybko piec zadzi­wiająco dobre kruche ciasto. Bez skrępowania radziła się pani Johno­wej, ale wolałaby umrzeć, niż zapytać o coś ciotkę Irenę. Pani Johnowa była osobą mądrą, łagodną, pełną życzliwości i ciepła. Na Lantern Hill cieszyła się opinią kobiety, która niczym się nie przejmuje, nawet przygotowaniem kolacji na zebranie kościelne. Nie śmiała się, kiedy pobladła i zrozpaczona Jane wpadała i mówiła, że placek oklapł albo że cytrynowy krem rozlał się po całym półmisku i tata oglądał to z rozba­wieniem. Prawdę mówiąc, Jane, mimo wrodzonych kucharskich talen­tów, zrobiłaby dużo więcej błędów, gdyby nie pomoc pani Jimmy Johnowej.

—    Ja bym wsypała czubatą łyżkę stołową mączki ziemniaczanej zamiast płaskiej — radziła pani Johnowa.

—    Ale tu jest napisane, że wszystkie składniki mają być w równych porcjach — odpowiedziała z powątpiewaniem Jane.

—    Nie zawsze trzeba robić tak jak w książce — wtrącił Jardowy Krok, który, jak wszyscy, był bardzo zainteresowany postępami Jane. — Użyj swego sprytu. Kucharzy się nie robi, oni się rodzą, zawsze to mówiłem, a ty jesteś urodzoną kucharką, albo strasznie się mylę. Te klopsiki z dorsza, co zrobiłaś przedwczoraj, były pierwsza klasa.

Dzień, w którym Jane bez niczyjej pomocy przyrządziła na obiad pieczeń z jagnięcia w sosie, groszek w śmietanie i pudding, który mógłby zjeść nawet wujaszek Tombstone, był najwspanialszym dniem jej życia. Co to było za przeżycie, gdy tata podał swój talerz mówiąc: „Jeszcze trochę tego samego, Jane. Co za znaczenie mają hipotezy o budowie planet lub teoria kwantów w porównaniu z takim obiadem? No, no, Jane, chyba nie powiesz, że nie znasz teorii kwantów. Kobieta może nic nie wiedzieć o hipotezach dotyczących budowy planet, ale teoria kwantowa jest niezbędna do właściwego funkcjonowania dobrze prowadzonego domu”.

Jane nie martwiła się, kiedy tata z niej żartował. Jeśli nic nie wiedziała o teorii  kwantów, to wiedziała na pewno, że pudding był bardzo dobry. Przepis dała jej pani Duża Donaldowa. Jane specjalizowała się w zbiera­niu przepisów i uważała dzień za stracony, jeśli nie udało jej się zdobyć jakiegoś i zapisać go na czystych stronicach „Kuchni dla początkują­cych”. Nawet pani Snowbeam dala jej jeden — na pudding z ryżu.

—    Jedyny, jaki jadamy — wyjaśnił Mały John. — Ten jest tani.

Mały John zawsze przychodził „na wyskrobywanie”. Miał jakiś szósty

zmysł, który podpowiadał mu, kiedy Jane będzie robić tort. Snowbeamów ogromnie rozweseliło to, że Jane wszystkim kuchennym przyrządom dała imiona. Czajnik, który zawsze podskakiwał, gdy woda zaczynała wrzeć, nazywał się Tipsy, patelnia — pan Muffet, miska do mycia naczyń — Polly, garnek do mięsa — Tymoteusz, wałek do ciasta — Tillie Tid.

 

Ale Jane przeżyła swoje Waterloo, gdy zdecydowała się usmażyć pączki. Wszystko wydawało się takie łatwe… a później nawet Snowbeamowie nie byli w stanie zjeść rezultatów jej wysiłku. Jane, zdecydowana nie poddawać się, próbowała znowu i znowu. Wszyscy byli ogromnie zainteresowani jej kłopotami z pieczeniem pączków. Pani Jimmy Johnowa nie szczędziła rad, mama Min też podsunęła to i owo. Sklepikarz z Corners specjalnie przysłał jej nowy rodzaj smalcu. Jane próbowała smażyć na patelni i w garnku, ale wszystko na próżno. Wredne pączki za każdym razem opijały się tłuszczem. Jane dręczyła się tym tak bardzo, że nie sypiała po nocach.

—    Tak dłużej nie można, moja uwielbiana Jane — oświadczył tata. — Czy nie wiesz, że nie należy zamartwiać się na zapas? Poza tym ludzie zwracają mi uwagę, że jesteś za poważna jak na swój wiek. Stań się więc pieśnią wietrzyka, moja Jane, i nie myśl już więcej o pączkach.

 

I rzeczywiście, Jane nigdy nie nauczyła się robić prawdziwie dobrych pączków. To skłoniło ją do zachowania pokory i nie dopuściło do popisywania się, gdy przyjeżdżała ciotka Irena. A ciotka odwiedzała ich często, czasem nawet zostawała na noc. Jane z niechęcią lokowała ją w swym ukochanym pokoju gościnnym.”

Dlaczego nie smażę pączków?

Nie chodzi o to, że dbam o linię, nie, nie. Rzecz jasna, miło byłoby mieć sylwetkę modelki, ale w pewnym wieku jest to już raczej niemożliwe:)

I tym to tak bardzo się nie przejmuję.

I pączki lubię (od czasu do czasu, ale koniecznie z lukrem i różą w środku).

I jutro na pewno pączka zjem (i oby się na jednym skończyło! Już dziś obawiam się, że to niemożliwe, ha ha!)

Powody, dla których sama osobiście pączków nie robię, są zasadniczo dwa:

Po pierwsze: nie ma w mojej kuchni wyciągu.

I nie będzie, bo w bloku nie można podłączyć się do pionów wentylacyjnych, a okap absorpcyjny nie zdaje egzaminu (owszem, poprawia nieco dramatyczną sytuację smażalnianych wyziewów, ale nie do końca).

Po drugie: nie miałby kto tych moich pączków zjeść.

Bo przecież nie da się zrobić dwóch czy nawet czterech pączków tylko, a pączek nie zjedzony w danym dniu jest już na drugi dzień do niczego.

Tak więc nawet nie próbuję, tylko w Tłusty Czwartek ustawiam się grzecznie w kolejce w cukierni.

I już dziś zapraszam na jutro, na literacką przygodę z pączkami:)

Nie gotowało się tak u nas zupy grzybowej

Dzisiejsza grzybowa to taka moja modyfikacja.

Nie gotowało się tak u nas nigdy zupy grzybowej.

Zupa grzybowa robiona była z grzybów suszonych (prawdziwków albo podgrzybków, bo tylko takie się u nas suszyło), zaprawiana śmietaną, osobno gotowany był do niej makaron, i to łączyło się dopiero na talerzu.

Ale cóż, suszonych prawdziwków ubywa mi w postępie prawie geometrycznym.

Zrobiłam zupę mieszaną, ze sporym dodatkiem pieczarek.

grzybowa mieszana



U nas to były dwie różne zupy: pieczarkowa to pieczarkowa, a grzybowa była tylko z grzybów suszonych.

Ale wyszła mi pyszna ta mieszana grzybowa.

 

Kilka grzybów suszonych

5-6 sporych pieczarek

2 cebule

1 mała marchewka

1 pietruszka

Kawałek selera bulwiastego

1 skrzydełko z kurczaka

4-5 łyżek makaronu zacierkowego

3-4 łyżki gęstej śmietany

Sól, pieprz

Łyżka oleju, łyżka masła

 

Grzyby suszone płukasz, zalewasz 2 szklankami wody i gotujesz do miękkości, lekko soląc.

Kiedy grzyby się gotują, przygotowujesz wywar: dajesz do rondla skrzydełko i obrane warzywa (1 cebulę, marchewkę, pietruszkę, seler), zalewasz wodą, lekko solisz i gotujesz do miękkości.

Przygotowujesz pieczarki: obierasz je, kroisz na drobną kostkę, na drobno kroisz również cebulę.

Na patelnię dajesz olej i masło, wrzucasz posiekane pieczarki i cebulę, podsmażasz, aż pieczarki puszczą sok i on wyparuje.

Z wywaru wyjmujesz skrzydełko i warzywa, dodajesz makaron zacierkowy, dalej gotując.

Następnie dodajesz przesmażone pieczarki i grzyby suszone z ciemnym wywarem.

Gotujesz wszystko razem aż makaron będzie miękki.

Dodajesz śmietanę, dobrze roztrzepując ją i doprawiasz do smaku solą i pieprzem.





Gdy nie ma pomysłu na obiad

Co robić, gdy nie ma pomysłu na obiad? A w dodatku na nic nie ma się ochoty?

Przebiegam myślą różne zupy, potrawy, i nic. Nic mnie nie nęci, nie kusi.

Znacie to, prawda?

Cóż jednak, jeść trzeba, więc otwiera się lodówkę (w której, nawiasem mówiąc, sporo rzeczy brakuje), wyjmuje się, co jeszcze jest, i do gotowania!

kapusta na obiad

Były:

– woreczek kiszonej kapusty, kupiony nieopatrznie w supermarkecie (nieopatrznie, gdyż nie zauważyło się, że ona jest kwaszona, a nie kiszona, a to oznacza, że jest w niej ocet!) – ale cóż, przecież jej nie wyrzucę

– 1 marchewka

– 1 cebula

– 2 pieczarki

– resztka baleronu

– resztka śmietany

– ziemniaki

Nie chciałam zupy, zrobiłam coś w rodzaju bigosu takiego na szybko, osobno ugotowałam ziemniaki, utłukłam na pure – i wiecie? Wyszło pyszne! Wrócił apetyt i nawet malutką dokładkę sobie wzięłam.

A kapustę zrobiłam tak:

Porządnie przepłukałam kapustę i odcisnęłam.

Poszatkowałam ją jeszcze drobniej.

W rondlu rozgrzałam 2 łyżki oleju, wrzuciłam kapustę, przesmażyłam, mieszając, po czym dolałam wody – i niech się dusi.

W tym czasie marchewkę obrałam, starłam na grubej tarce, dorzuciłam do kapusty.

Dorzuciłam tam do nich jeszcze kilka suszonych grzybków (te jeszcze mam, mimo tego kryzysu na grzyby w lecie).

Na patelni rozgrzałam łyżkę oleju, łyżkę masła, dodałam posiekaną cebulę i pokrojone w kosteczkę baleron i pieczarki. Podsmażyłam je, po czym dodałam do miękkiej już kapusty.

Poddusiłam wszystko razem, doprawiając solą, pieprzem, czosnkiem niedźwiedzim, szczyptą cukru.

Na końcu dodałam tę resztkę śmietany.

Zostawiłam na godzinę, żeby odpoczęło.

Połączyło się wszystko idealnie.

Potrawa bez nazwy, ale świetna.

Chrust kruchuteńki jak gałązki na mrozie

Mój przepis na chrust jest bardzo prosty, a chrust wychodzi kruchutki, cieniutki i delikatny, rozpływający się w ustach.

chrust 2016

Tajemnica tkwi w jednym składniku: to dodanie do ciasta piwa powoduje niezwykłą delikatność ciasta. No i trzeba się przyłożyć do wałkowania, ciasto naprawdę powinno być cieniutkie.

Moja mama była mistrzynią wałkowania; jej wywałkowane płaty ciasta były cieniutkie i równiutkie. Ja na razie ciągle jeszcze trochę nieudolnie próbuję ją naśladować. Zdradzę wam jeszcze jedną jej tajemnicę przy wałkowaniu: do podsypywania ciasta najlepiej używać mąki krupczatki, bardzo ułatwia wałkowanie, a jednocześnie nie wiąże się tak łatwo z ciastem, nie zmienia jego struktury.

To zapraszam do pracy:

ok. 3 szklanek maki

4 żółtka

0,5 szkl. jasnego piwa

1 łyżeczka masła

szczypta soli

1 kg smalcu do smażenia

cukier puder do posypania

Mąkę, żółtka, piwo, sól i masło wrzucić do miksera, wyrabiać ciasto aż się przestanie kleić. Po zagnieceniu ciasto włożyć na ok. kilka godzin do lodówki. Potem podzielić na kawałki i wałkować cienkie placki. Wykrawać paski, na środku zrobić nacięcie i przepleść żeby wyszedł kształt faworka.

Rozgrzać dobrze smalec, smażyć faworki z dwóch stron na złoty kolor, osączyć z tłuszczu, posypać cukrem pudrem.

Zjazd po 20 latach i kuchnia regionalna

Tytułowy zjazd to może za szumne słowo, bo zjechało się raptem trzy kobietki. Ale po dwudziestu latach!

Odbierałam po kolei dziewczyny z dworca i zastanawiałam się: czy aby poznamy się?

Rzecz jasna – poznałyśmy się.

Było tak, jakbyśmy widziały się wczoraj.

Usta żadnej się nie zamykały, trudno było przebić się ze swoim tekstem:)

Sabat czarownic – jak to określił ktoś, słysząc nas w telefonie. A może szekspirowskie trzy wiedźmy?

Ależ było cudownie!

A teraz coś o stronie kulinarnej.

Postanowiłam przyjąć dziewczyny kuchnią regionalną z ich stron. Jedna z Limanowej, druga z Jasła.

kuchnia regiona;lna

Wyszukałam przepisy na sznycelki diabelskie limanowskie i szandorki jasielskie, dodałam do tego jeszcze kieszonki iwonickie.

Wyobraźcie sobie, że dziewczyny nie znały tych potraw.

Ale smakowały im. Pytały o przepisy.

sznycelki limanowskie

Limanowskie sznycelki – zrobione z mięsa mielonego, z dodatkiem poszatkowanej i sparzonej białej kapusty i cebulki. A dalej – to już jak to sznycelki, doprawione solą, pieprzem i czosnkiem, wymieszane z jajkami, otoczone w bułce tartej i smażone. Podane z pikantnym sosem pomidorowym.

szandorki z Jasła

A szandorki – taki przepis podaje pani Agata Pucykowicz z Jasła:

„1 kg kapusty kiszonej odcisnąć, pokroić, podsmażyć na oleju. Przyrządzić ciasto jak na naleśniki tylko gęściejsze, dodać pół płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia. Ostudzoną kapustę wymieszać z ciastem, smażyć jak placki ziemniaczane.”

Zrobiłam tak właśnie, tylko zmniejszyłam proporcje znacznie i doprawiłam ciasto pieprzem i papryką.

Dzień miałyśmy szczelnie wypełniony wizytami, ale w perspektywie była sobotnia noc!

Ach, przypomniały się dawne czasy!

Szampan, naleweczka, zagryzane przekąskami (kabanos, oliwki, warkoczyki oscypka, pikle) i karnawałowym chrustem.

Poszłyśmy spać o wpół do trzeciej nad ranem!

I mocne postanowienie – musimy to powtórzyć!

Choinka jak z dziecięcych lat

Marzyła mi się taka właśnie choinka, ze słomkowymi łańcuchami, papierowymi kulami i aniołkami.

Kiedy zobaczyłam bibułkowe ozdoby choinkowe w Zalipiu (skansenowa wieś koło Tarnowa) – wiedziałam, że taką chcę mieć.

Precyzyjne paluszki pani inżynier – mojej siostrzenicy – wyczarowały bibułkowe kwiaty i kule i pracowicie nanizały na łańcuch bibułki i słomki.

I oto jest:

choinka zalipiańska

bibułkowe kwiaty

A aniołki są porcelanowe, w czapkach i szalikach

aniołki w szalikach

Skoro jest choinka, to czas już na pierwsze choćby życzenia: niech te Święta, kiedy adorujemy Boże Dzieciątko, obudzą i w nas niewinność i radość dziecka:)

Moje wigilijne menu

O tej porze to ono już jest ustalone, zaklepane, w dużej mierze wdrożone do realizacji.

Chciałabym zachować tradycyjne dwanaście potraw. Ponieważ jednak rodzina buntuje się, że to stanowczo za dużo i nie do przejedzenia, postanowiłam zachować liczbę dań, ale podać je jako menu degustacyjne, a więc w malutkich, na jeden ząb, porcjach.

A żeby każdy wiedział, czego ma się spodziewać, zrobiłam dla każdego kartę menu, przyklejoną do lukrowanego pierniczka.

menu wigilijne

menu wigilijne

Tradycyjnie, zawsze u nas jest barszcz grzybowy z uszkami, śledziowe rolmopsy, sałatka śledziowa, ryba w galarecie (w tym roku rolada ze szczupaka), kapusta z grochem, kompot z suszu, ryba (w tym roku pstrąg z wody po polsku),strucla makowa, pierniczki.

Ale są też potrawy, które zmieniają się, czasem jakaś nowość do wypróbowania mnie skusi. Na fali zafascynowania kuchnią regionalną, zrobię w tym roku wigilijne gołąbki świętokrzyskie (tam są nasze rodzinne korzenie), tzw. chapcie lasowiackie, z nadzieniem z pęczaku, grzybów i kapusty kiszonej.

I jeszcze jedna nowość: planuję zrobić zapomniane już, ale kiedyś bardzo popularne wigilijne ciasteczka – tłuczeńce, z okruszków czerstwego razowego pieczywa zaparzanego miodem.

Jedno wolne miejsce przy stole zawsze jest – zapraszam!

Piernikowe naguski czekają na lukier

Kiedy się wchodzi do mnie do domu – korzenny zapach pierniczków oszałamia.

Upieczone, leżą sobie brązowe naguski: gwiazdki, serca, anioły, choinki – i czekają na lukier.

Lukier będzie biały, zawsze tylko biały, i może jeszcze srebrne lub złote perełki. To się zobaczy.

Nie schodzi długo z ich pieczeniem, może troszkę dłużej z lukrowaniem, ale za to ten zapach! I uroda tak przystrojonej choinki! Nie do przecenienia.

Pierniczki są cienkie i  kruche

piernikowe naguski

Pół kostki masła

Pół kostki margaryny

¾ szklanki brązowego cukru

Pół szklanki białego cukru

3 szklanki mąki

3 łyżki mąki ziemniaczanej

1 jajko

2 łyżki miodu

Szczypta soli

1 czubata łyżka przyprawy do pierników (najlepiej zrobić samemu mieszankę: cynamonu, mielonych goździków, mielonego ziela angielskiego, imbiru)

Masło i margarynę utrzeć z cukrami, dodać jajko i miód, dobrze rozetrzeć.

Wymieszać mąkę z mąką ziemniaczaną, solą i przyprawą do pierników, dodawać do masy, ucierając.

Wyrobić ciasto, zawinąć w folię i schłodzić przez godzinę w lodówce.

Piekarnik rozgrzać do 180 st. C.

Wałkować partiami ciasto, wycinać pierniczki (jeśli mają być wieszane na choince nie można zapomnieć o zrobieniu dziurki na wstążeczkę – np. słomką do coctaili), układać ciastka na blasze na papierze pergaminowym.

Piec 10-12 minut, aż zaczną lekko rumienić się na brzegach.

Wyjąć blachę z pieca, chwilę przestudzić i dopiero wtedy zdejmować łopatką ciasteczka, uważając bo na początku są miękkie i łamliwe.

Kiedy zupełnie wystygną można zacząć lukrować.

Ale bez lukru też są dobre.