Audrey Hepburn w kuchni

Audrey Hepburn jako aktorka była zjawiskowa. Do dziś pamiętam swoje nią zauroczenie sprzed lat w filmach „Śniadanie u Tiffaniego” i „Rzymskie wakacje”.

Ale Audrey jako kucharka?

Parę dni temu pojawiła się książka napisana przez jej syna pt. „Audrey w domu”.

Audrey

Jest to książka wspomnieniowa, z elementami biograficznymi, ale przede wszystkim – jest to książka kucharska. Zdumiewające, prawda?

Opisywane zdarzenia z życia aktorki, podróże, spotykane osoby – są pretekstem do zaprezentowania potraw, które Audrey lubiła, które gotowała, które podawała na swoich domowych przyjęciach.

Właśnie taka jest konwencja tej książki.

 

Zastanawiam się, komu bym poleciała tę książkę?

 

Jeśli ktoś chce zobaczyć inną, zwyczajną, domową twarz A.H. – to oczywiście tak. Będzie sporo o ludziach, których wokół siebie gromadziła, dużo o atmosferze domu, który tworzyła, o jej hobby i pasjach, o codziennych, małych rytuałach.

 

Jeśli ktoś szuka ciekawostek z planu filmów, w których A.H. grała – to zbyt dużo ich w tej książce nie będzie. Pamiętajmy też, że książkę napisał jej syn – więc nie znajdzie się tam pikantnych plotek i skandali.

 

Jeśli ktoś dużo podróżuje po świecie – to ta książka będzie świetnym uzupełnieniem turystycznych przewodników. Takie tam: gdzie kupimy w Rzymie prawdziwą mozzarellę, gdzie zjemy najlepsze kanapki (w Wenecji!)….

 

Jeśli ktoś jest pasjonatem kuchni – to bezwarunkowo powinien tę książkę przeczytać.

Tyle, że nie znajdzie się tu raczej ściśle ortodoksyjnych i jedynie słusznych przepisów; A.H. brała z przepisów (zwłaszcza kuchni włoskiej, którą kochała) to, co jej odpowiadało i często jej propozycje są jej osobistą wariacją – ale myślę, że to akurat jest ich wielką zaletą i urokiem. Tak przecież gotuje większość z nas: znajdujemy, studiujemy jakiś przepis i zawsze niemal dodajemy coś od siebie, coś tam zmieniamy…. Audrey tak właśnie robiła, i zdarzało się często, że goście najpierw byli zszokowani pogwałceniem zasad, a potem…. potem prosili o przepis!

 

Książka jest nostalgicznym powrotem syna do dzieciństwa z mamą, która dla reszty całego świata była TĄ Audrey Hepburn.

 

Jakiś przepis na zachętę?

Proszę bardzo: sałatka caprese a`la Audrey

Do znanej sałatki z mozzarelli, pomidorów i bazylii, Audrey proponuje dodać plastry avocado. Oprócz większej głębi smakowej uzyska się również nowy image: powstanie na talerzu włoska flaga zielono-biało-czerwona.

Sama szykuje się na zrobienie tej sałatki, ale to dopiero wtedy, gdy będą nowe pomidory. Szkoda sobie zawracać głowę tymi, które dostępne są teraz, zupełnie są bez smaku.

Rewelacyjny przepis z kuchni regionalnej

Polecam prawdziwą perełkę z kuchni podkarpackiej: pieczone pierogi św. Jacka z Nockowej (jest to wieś położona w powiecie ropczycko-sędziszowskim):

Nie znalazłam dokładnego przepisu na to danie, ale na Liście Produktów Tradycyjnych był opis, który uściśliłam sobie w zakresie proporcji i dokładniejszego sposobu wykonania:

„Jak mówi legenda, autorem receptury na te pierogi był św. Jacek Odrowąż, który idąc na misję na Ruś Kijowską, miał zatrzymać się w Nockowej. Ciasto zarabiano z sera białego i mąki. Do nadzienia dodawano białą kapustę i dziko rosnące pieczarki na okolicznych polach i ugorach.

Pierogi przeważnie lepiono razowe. Rozpalano pod kuchnią, a gdy się już dobrze rozgrzała, wymiatano popiół i tam pieczono na blasze pierogi. Do pieczenia używano drewna olchowego lub brzozowego. Odmawiano wtedy taką specjalną modlitwę: Święty Jacku z pierogami, módl się do Boga za nami, żeby te pierogi cały rok na stole były i nas od głodu broniły. Pierogi te jadano dosyć często i uważane były za rarytas.”

Powiem wam, że te pierożki to naprawdę jest rarytas. Kruchutkie ciasto, delikatny farsz, bardzo polecam. Znikają ze stołu jak zaczarowane!

Zaczynamy od farszu.

Składniki:

Ćwiartka małej białej kapusty

25 dag pieczarek

Mała cebula

Masło do smażenia

Łyżka mąki

Sól, pieprz, szczypta kminku

Kapustę wkładamy do garnka z osolonym wrzątkiem, gotujemy ok. 20-30 minut, aż będzie na wpół miękka. Odcedzamy, kiedy trochę ostygnie, kroimy ją na drobną kostkę.

Pieczarki i cebulę drobno siekamy, podsmażamy na maśle na małym ogniu; cebula ma się tylko zeszklić, nie rumienimy jej. Kiedy pieczarki puszczą już sok i on wyparuje, oprószamy nadzienie mąką i dodajemy pokrojoną kapustę. Doprawiamy solą, pieprzem i kminkiem. Mieszamy całość, chwilę jeszcze podsmażamy, po czym zostawiamy do ostygnięcia.

Teraz ciasto na pierogi:

Ser biały twaróg – 25 dag

Mąka – ok. 25-30 dag

Masło – 10 dag

Sól, pieprz

Masło siekamy z mąką, dodajemy rozkruszony w palcach ser, dodajemy sól i pieprz, zagniatamy ciasto. Powinno odchodzić od ręki, jeśli będzie się lepiło, trzeba jeszcze dosypać mąki.

Formujemy okrągły placek i wkładamy przykryty folia do lodówki na jakieś pół godziny, żeby się ochłodziło.

Potem rozgrzewamy piekarnik do 200 st. C.

Wałkujemy ciasto na placek niezbyt cienki, wykrawamy szklanką krążki.

Na każdy krążek nakładamy farsz, zlepiamy pierożki, układamy na blasze wyłożonej folią aluminiową.

Każdy pierożek oprószamy pieprzem.

Pieczemy pierożki ok. 20-25 minut aż się ładnie przyrumienią.

Studzimy.

Po jakichś 15 minutach można już pałaszować. Smacznego!

Top Chef i Masterchef Junior – oglądacie?

Ja bardzo byłam ciekawa polskiej edycji Masterchef Junior. Mam ciągle w pamięci edycję australijską tego programu – bardzo mi się podobała! – i teraz śledzę edycję polską.

Na ocenę to chyba jeszcze za wcześnie, zwłaszcza, że wczorajszy, trzeci odcinek oglądałam tylko we fragmentach, bo przegrał konkurencję z nowym serialem „Bodo”(też byłam go szalenie ciekawa). A właśnie wczoraj wyłoniona w poprzednich odcinkach finałowa czternastka juniorów stanęła przed pierwszą konkurencją: mieli zaproponować danie, które chcieliby podawać w swojej wymarzonej restauracji. Niektórych uczestników nawet pytano, na ile wyceniliby swoją potrawę.

Bardzo ciekawy temat, prawda?

I młodzi radzili sobie zupełnie dobrze.

Odpadła wczoraj moja ulubienica, mała Małgosia, rezolutna, miła i bardzo koleżeńska. Szkoda.

 

Top Chef też był świetny.

Tematem były smaki dzieciństwa a w dogrywce zupa – ale bez dodatku wody, tylko naturalne soki były dopuszczalne. I o dziwo, cała trójka dogrywki się obroniła!

Zupy to jest jednak bardzo wdzięczny temat.

 

Tak myślę, że w tych programach najbardziej mnie pociągają właśnie tematy, które są stawiane przed uczestnikami.

Zawsze próbuję sobie wyobrazić, co ja bym przygotowała w takiej sytuacji.

Moja wymarzona restauracja – to byłaby kuchnia regionalna: małopolska, ze szczególnym uwzględnieniem rejonu tarnowskiego, bądź świętokrzyska – gdzie tkwią moje rodzinne korzenie.

A smaki dzieciństwa? – pewnie pierogi lub grzyby – może makaron z grzybami. A może garus? – słodka przecierana zupa z gruszek z pure ziemniaczanym.

 

Czekam na następną wieczorną kulinarną środę z Polsatem i niedzielę z TVN.

Definicja mistrzyni rondla

Definicja podana przez p. M. Musierowicz w najnowszej książce z serii Jeżycjady, „Feblik”:

 „Natalia-Matalia nie należała do mistrzyń rondla. Niektóre cechy jej charakteru – niepewność, wielka wrażliwość, ustępliwość i skłon­ność do mediacji oraz romantycznej zadumy – nie sprzyjały sukce­som kulinarnym. W tej materii osobowość istoty gotującej odgrywa wielką rolę, a lekka ręka, szybka decyzja, fantazja, lecz jedynie pod­parta twardym realizmem, bezbłędne wyczucie czasu oraz rozmach, lecz tylko dzierżony w cuglach, są czynnikami nie do zastąpienia.”

 

I jak? jesteśmy mistrzyniami?:)

I jeszcze kulinarny obrazek z kuchni Borejków autorstwa p. Musierowicz z książki „Kwiat kalafiora” – Gabrysia piecze murzynka

borejkówny w kuchni

Regionalna kartoflanka z kurdybankiem

Dowiedziałam się o kurdybanku kilka dni temu, że w ogóle takie ziele istnieje! I ba! Rośnie to zioło w Polsce szalenie bujnie, prawie jak chwast, a jest cenne, i wykorzystywane jako ulubiona przyprawa od dawien dawna.

Jego pełna nazwa to bluszczyk kurdybanek, ale występuje również pod innymi, regionalnymi nazwami, jak kudroń, kondratek czy kocimonda.

A kartoflanka, którą prezentuję pochodzi z kuchni podkarpackiej (studiuję właśnie przepisy tej kuchni).

Mamy zimę, więc kurdybanek, który trafił do mojej zupy, jest w postaci suszonej, ale na wiosnę spróbuję poszukać tej rośliny na łąkach.

Składniki na 2-3 porcje zupy:

4 ziemniaki

2 cebule

1 marchewka

Mały por

2 łyżki mąki

Łyżka gęstej śmietany (opcjonalnie)

Zioła i przyprawy: sól, pieprz, liść laurowy, ziele angielskie, spora szczypta bluszczyku kurdybanka, zielona pietruszka

Tłuszcz do smażenia: smalec lub olej lub masło (zależy na ile zdeterminowani jesteśmy by zachować tradycję – jeśli bardzo – to smalec)

Obrane ziemniaki i marchew kroimy w cienkie półplastry, cebule w piórka, por w krążki. Wrzucamy na rozgrzany w rondlu tłuszcz i smażymy, mieszając, aż cebula się zeszkli. Przyprószamy mąką, solą, pieprzem i częścią kurdybanku i jeszcze, mieszając, kilka minut smażymy.

Następnie zalewamy zimną wodą (ok. 1i1/2 l), dodajemy liść laurowy i ziele angielskie, zagotowujemy, zmniejszamy ogień i gotujemy aż warzywa będą niemal rozgotowane. Dodajemy śmietanę, doprawiamy do smaku solą i wsypujemy resztę kurdybanku oraz posiekaną natkę pietruszki

Zupa tak przygotowana jest bardzo aromatyczna i bardzo sycąca, i taka na rozgrzewkę, gdy na polu mokro, zimno i wieje.

Sałatka noblistki

Nie wiem, czy taką właśnie sałatkę robiła p. Wisława Szymborska, bo wzmianka na jej temat jest bardzo ogólnikowa. Jej sekretarz, p. Rusinek napisał:

 „A to było jej danie popisowe (obok sałatki z kiszonej kapusty i kurek, wspaniałej).”

 Mało trochę tych danych, ale postanowiłam spróbować. To fajny kulinarny trop.

Skoro sałatka – myślałam sobie – to na zimno, a więc odpada duszenie, czy gotowanie kapusty. Powinna być surowa.

Drugi składnik – kurki – surowe na pewno nie, mogły być podsmażone, czy podduszone i w takiej postaci dodane do kapusty. Mogły.

Ale stawiałabym raczej na kurki marynowane. Powinny się dobrze komponować.

I tak zrobiłam.

sałatka noblistki

Smak jest świetnie pikantny, ale w tym daniu, tak naprawdę, wszystko zależy od jakości kiszonej kapusty. Przede wszystkim żeby nie była za kwaśna. Odpadają wszystkie te supermarketowe z octem.

Najlepiej mieć takiego sprawdzonego dostawcę na targu:)

Została sprawa kurek.

Akurat w tym roku nie robiłam kurek w marynacie, a znalezienie czegoś takiego w sklepach okazało się zwykłą fanaberią.

Jakie kurki? Są prawdziwki, podgrzybki, opieńki. Nawet z rydzami byłby problem.

Ale rydze marynowane mam w domu. Jeszcze mam.

Postanowiłam dodać do tej kiszonej kapusty rydze. Pewnie, że ich smak jest zdecydowanie inny niż smak kurek, ale od biedy mogą ujść. A marynatę zarówno do kurek, jak i do rydzów robię taką samą.

To tak:

Ok. 30 dag kiszonej kapusty (trzeba ją nieco przesiekać, by włosy kapusty nie były zbyt długie)

(jeśli w kapuście jest mało marchewki, to warto dodać jedną małą, startą na grubych oczkach)

Słoiczek marynowanych kurek (a zastępczo – rydzów) – pokrojonych

Pół cebuli drobno posiekanej

Łyżeczka cukru

Sól, pieprz

Spora szczypta kminku

2 łyżki oleju (jeśli wolimy oliwę, to niech ona nie będzie zbyt ostra)

Wszystko razem dokładnie mieszamy i odstawiamy na godzinę do lodówki.

I tyle. Zapraszam i smacznego!

Ciasto z orzechami i chałwą Yotama Ottolenghi

ciasto chałwowe

Składniki na ciasto:

85 g masła

80     cukru

2 jajka

200 g mąki

3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

3/4 łyżeczki sody

130 g gęstej śmietany

szczypta soli

 masło do posmarowania formy

oraz składniki na nadzienie:

60 g masła

120 g orzechów dość drobno posiekanych (ja wzięłam mix orzechów z Lidla)

1 łyżeczka cynamonu

25 g ciemnego cukru muscovado

170 g chałwy, pokrojonej w kostkę

 

Nadzienie: W rondelku rozpuszczamy masło.

Dodajemy cynamon i orzechy. Mieszamy i rozdzielamy do dwóch misek.

Do jednej dodajemy cukier muscovado.

Ciasto:

Rozcieramy w mikserze masło z cukrem. Dodajemy jajka i miksujemy dokładnie.

Miksując dodajemy my mąkę, proszek, sodę i sól oraz śmietanę.

Prostokątną foremkę smarujemy odrobiną masła i wykładamy papierem do pieczenia.

Do formy wykładamy połowę ciasta. Jest klejące, więc wygładzamy je zmoczoną w wodzie łyżką.

Rozkładamy na cieście orzechy z masłem, te bez cukru muscovado.

Na orzechy rozsypujemy kostki chałwy.

Przykrywamy drugą częścią ciasta.

Całość posypujemy drugą częścią orzechów tą z masłem i z cukrem.

Wkładamy ciasto do piekarnika nagrzanego do 180 st. C.

Pieczemy ciasto ok. 45 minut, sprawdzamy patyczkiem czy jest gotowe.

Trzeba uważać by zbytnio ciasta nie wysuszyć.

Wyjmujemy z pieca. Studzimy.

W kuchni noblistki

W czwartą rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej ukazała się wspomnieniowa książka jej sekretarza, Michała Rusinka, zatytułowana: „Nic zwyczajnego”.

Zet zadzwonił:

– Musisz ją przeczytać. Jest mnóstwo szczegółów i odniesień kulinarnych.

Kiedy więc trafiła do mnie, wyczulona już byłam na te wątki.

Nie, żebym szukała tanich sensacyjek.

Po prostu, zwykle, po ludzku, byłam ciekawa, co lubiła jeść, czy lubiła gotować, jaka była jej kuchnia – czyli jaki był ten cały mikroświat, który każdy z nas jakoś tworzy w swoim życiu, i który nas jakoś określa.

Popatrzmy: jest zdjęcie słynnej komody, stojącej w przedpokoju, a przy okazji możemy zajrzeć do kuchni (tak do fragmentu kuchni, ściśle mówiąc)

kuchnia noblistki

Kuchnia jest raczej mała. Jasna kremowa posadzka i w takim samym kolorze płytki na ścianie, jasne blaty szafek i bardzo ciemne, prawie czarne kontrastowe drzwiczki. Przejrzystość i prostota, żadnych bibelotów na wierzchu.

 Czy pani Wisława gotowała sama? Czy lubiła to?

Poczytajmy:

„Zawsze się zastanawiałem, czym WS właściwie się żywi. Wiem, że sama sobie gotowała. Kupowała najchętniej jakieś pół­produkty. Od czasu do czasu prosiła, żebym jej kupił pikantne skrzydełka w KFC, najchętniej tak zwany mega kubełek, w któ­rym ich było ze czterdzieści. Za którymś razem się przyznała, że je zamraża, a potem sobie kilka takich zamrożonych rzuca na patelnię, na rozgrzany tłuszcz i ma pyszny obiad. Usiłowałem ją od tego odwieść, mówiąc, że to potwornie niezdrowe, ale mi się nie udało. Próbowałem zniechęcać ją do takiego jedzenia, szydzić ze skłonności do fast foodu, narzekać na zapach, który potem jeszcze długo utrzymywał mi się w bagażniku — bezskutecznie. Moją klęskę spotęgowało dodatkowo to, że podobną namiętnoś­cią do tych samych skrzydełek zapałał mój syn Kuba, wówczas sześcioletni. I mówił o nich „skrzydełka pani Wisławy”.

Historia o KFC przedostała się do prasy. Moja w tym wi­na, bo poskarżyłem się na niezdrowe nawyki gastronomiczne Szymborskiej w jakimś wywiadzie. Po pewnym czasie firma KFC przesłała jej podziękowanie za korzystanie z ich oferty oraz specjalny dokument, po którego okazaniu mogła dostawać za darmo mega kubełki pikantnych skrzydełek restauracji KFC w całej Polsce. Ogromnie ją to rozbawiło. Odpisała w ten sposób: „Szanowna Firmo, to prawda, że lubię pikantne skrzydełka i od czasu do czasu je kupuję. Jednak z waszej karty gratisowej korzystać nie będę — po prostu mi nie wypada. Zachowam ją sobie jako miłą pamiątkę”.

Lubiła wydawać przyjęcia; słynne były jej zupki Knorra w torebkach, czasami na stół trafiały kartony zamówionej pizzy, ale były i bardziej wykwintne potrawy:

„Kiedy Szymborska zaczyna organizować pierwsze loteryjki w nowym mieszkaniu, to znak, że przeprowadzka się zakoń­czyła, że życie wróciło do normy. Wreszcie ma nowy stół, przy którym mieści się więcej osób (czyli koło dziesięciu). Jeszcze przed Noblem twierdziła, że powyżej ośmiu osób to już jest tłum. Po Noblu zmieniła zdanie i podniosła liczbę osób do dziesięciu. Myślę, że nie tyle pod wpływem nagrody, ile właśnie przeprowadzki i nowego, rozkładanego stołu.

Rytuał zawsze jest taki sam. Najpierw wybiera datę (bywa, że pretekstem do kolacyjki jest przyjazd znajomej osoby z zagranicy). Potem w kalendarzyku wpisuje listę gości, do których następnie dzwoni z zaproszeniem. Kolacja składa się z trzech elementów: drinka na początek (zazwyczaj jest to martini, campari lub gin z tonikiem), dania głównego oraz loteryjki, przy której pije się herbatę i brandy. Danie główne albo zamawiane jest w zaprzyjaź­nionej i zaufanej restauracji Pod Baranem (boeuf Strogonow lub wołowina po burgundzku), albo gotuje je sama gospodyni. Trady­cją stało się, że wiosną na cześć Czesława Miłosza, który zwykle o tej porze roku przyjeżdżał z Kalifornii, Szymborska gotowała zrazy (z polędwicy) z kaszą i podawała – oprócz tradycyjnego wina – zamrożoną wódeczkę. On tak lubił. A to było jej danie popisowe (obok sałatki z kiszonej kapusty i kurek, wspaniałej).”

I na koniec jeszcze ciekawostka o zakupach:

 „(…) pojawiają się w naszym mieście pierwsze hipermarkety. Szymborska je, o dziwo, bardzo lubi, choć nie  pamięta ich nazw (na Allkauf uparcie mówi Alzheimer). Czuje się w nich o wiele lepiej niż w małych sklepikach. Jest anonimowa, rzadko ktoś ją tam rozpoznaje, bo ludzie głównie patrzą na półki, a nie na innych. Chodzę za nią z koszykiem, do którego wkłada słoiki z wisienkami koktajlowymi, miniaturową kukurydzą, oliwkami nadziewanymi czymś podejrzanym. Oraz bekon. Którego nie ma, ale WS uznaje, że najbardziej przypomina go wędzonka krotoszyńska. Kiedyś wysyła mnie samego po bekon, a że mi nie ufa w tym względzie, rysuje mi przekrój poprzeczny bekonu. To znaczy wędzonki.

Do produktów żywnościowych ma podejście nieco zbyt  estetyzujące, moim zdaniem. Fascynuje ją żółty ser kolorowany czymś, rzekomo naturalnym, na zielono. Znajduje gdzieś ciasteczka, które może nie są najlepsze, ale nazywają się Brzydkie i to ją przekonuje do kupowania ich namiętnie przez dłuższy czas. Lubi pewien gatunek czerwonego wina, bo jest sprzedawane w krzywych butelkach.”

 

Zapraszam do lektury całej książki; jest tam też trochę o balu noblowskim, jest o obiadach u siostry Nawoi….

 

Mejadra Yotama Ottolenghi

Soczewica, ryż, chrupiące pierścionki cebuli i aromat jerozolimskich przypraw… przepyszne!

mejadra

250 g zielonej soczewicy

200 g ryżu basmati

4 cebule

Przyprawy: 2 łyżeczki nasion kuminu, 1 i ½ łyżeczki nasion kolendry, ½ łyżeczki kurkumy, 1 i ½ łyżeczki mielonego ziela angielskiego, 1 i ½ łyżeczki mielonego cynamonu, łyżeczka cukru, sól, pieprz

2 łyżki oliwy

Szklanka oleju

2-3 łyżki mąki

Soczewicę wrzucamy do rondelka, zalewamy dużą ilością wody, lekko solimy i gotujemy ok. 15 min od zawrzenia; ma być miękka, ale nie rozgotowana.

Kiedy soczewica się gotuje przygotowujemy cebulę: obieramy ją i kroimy na cienkie plastry, rozdzielając  je na pierścionki. Na dużym talerzu wysypujemy mąkę, dodajemy łyżeczkę soli i mieszamy wszystko z plastrami cebuli.

Rozgrzewamy szklankę oleju w płaskim rondlu i smażymy partiami krążki cebuli aż będą złotobrązowe (ok. 10 minut), ale uwaga! Trzeba pilnować, aby nie spaliły się. Wyjmujemy na papierowy ręcznik.

Następnie w rondlu podprażamy ziarna kuminu i kolendry, dodajemy oliwę, przyprawy i wsypujemy ryż. Mieszamy, aby oliwa dobrze przykryła ziarenka ryżu. Dodajemy ugotowaną, odcedzoną soczewicę i 350 ml wody. Zagotowujemy, zmniejszamy ogień i gotujemy pod przykryciem powolutku ok. 15 minut.

Po tym czasie odstawiamy garnek z ognia, zdejmujemy pokrywkę, przykrywamy szybko garnek ściereczką do naczyń i ponownie przykrywką. Zostawiamy na 10 minut – w tym czasie potrawa wchłonie nadmiar wody i będzie gotowa.

Na końcu dodajemy  do potrawy połowę przygotowanej cebuli, delikatnie mieszamy. Pozostałą cebulą danie posypujemy na talerzu.

Party filmowe z kuchnią Y. Ottolenghi

Od dawna już czekała na przetestowanie książka „Jerozolima” – autorstwa Y. Ottolenghi i S. Tamimi – niezwykłe połączenie kuchni żydowskiej i arabskiej (palestyńskiej). Niezwykłe, bo dla każdego z nich Jerozolima jest rodzinnym miastem, a tradycje kulinarne żydowskie i muzułmańskie, mają – okazało się – wspólny mianownik, przenikają się. Film, który został zaproponowany na nasze party – 7 kilometrów od Jerozolimy – był znakomitą okazją na kulinarne eksperymenty z tej właśnie książki.

Jakie były rezultaty? Zapraszam do obejrzenia:

Generalnie, to przepisy Yotama są znakomite! Co do tego, to nie ma wątpliwości.

Ale są też pracochłonne; wymagają niezłej kondycji, bo sporo się trzeba naskakać przy każdej właściwie potrawie. Ale warto!

Do kawy przy oglądaniu filmu podałam ciasto chałwowo-orzechowe, nie za słodkie, a super chrupiące

Kolację zaczęłam od sałatki z brukselki i pomelo; goście byli zaskoczeni świetnym smakiem (zaskoczeni – bo brukselka nie cieszy się raczej popularnością)

Potem był esencjonalny bulion warzywny (którego składnikiem oprócz warzyw są również śliwki suszone) podany do kiszu z kalafiora, ziół i jajek

Danie główne to mejadra i kurczak marynowany i pieczony z mandarynkami

Mejadra to danie z zielonej soczewicy i ryżu z prażoną cebulą. Rewelacja! Zakochałam się w nim natychmiast. Na pewno będę go powtarzała w swojej kuchni.

Kurczak powinien być pieczony w towarzystwie kopru włoskiego; ale jaki pech! Akurat na mojej prowincji nigdzie bulw kopru nie było! A zwykle przecież sieciówki go mają. Cóż, musieliśmy się bez niego obejść.

Na stole znalazły się puszki coca-coli, oczywiście nie przypadkowo, nawiązują do jednej z ważnych scen w filmie. Zrobiło się zresztą dość głośno w świecie o tym, gdyż właściciele koncernu coca-coli zaprotestowali przeciw wykorzystywaniu ich marki w filmie, ale włoski reżyser poradził sobie z tym i coca-cola się pojawiła.

Jeszcze parę słów o filmie:

Rzecz dzieje się współcześnie. Głównego bohatera, włoskiego specjalistę od reklamy, któremu małżeństwo rozpadło się, a życie dość skomplikowało, spotykamy na pustyni, nieopodal Jerozolimy. W drodze dołącza do niego mężczyzna, który przedstawia się jako …. Jezus. Wyobrażacie sobie, że nic dalej nie było już proste i oczywiste….. prawda?