2 – słownie DWA grzyby kupiłam!

Wyobrażacie sobie? Kupiłam na targu DWA grzyby.

I jestem szczęśliwa!

Szczęśliwa, że w ogóle były!

Sprzedająca mówi:

– A, tak mi się trafiły po drodze. Ile za nie? Nooo… piątaka.

– Trochę drogo – mówię

– A, bo to pani, ni ma grzybów. Sucho jest.

– Ano nie ma. Biorę!

 kozaczek

I z połowy tego dużego kozaczka  i połowy prawdziwka zrobiłam zupę.

Dokupiłam kurki w Lidlu i z pozostałych połówek grzybów zrobiłam grzyby duszone do makaronu. Sztandarowe jesienne danie w naszym domu.

Grzyby – jeśli duże – kroimy na kawałki i wrzucamy na lekko osolony wrzątek, obgotowujemy jakieś 10 minut. Odcedzamy i po ostygnięciu siekamy na drobno.

Na głębokiej patelni lub w rondlu roztapiamy ok. 2 łyżki masła, wrzucamy cebulę posiekaną w drobną kostkę, przesmażamy, po czym dodajemy posiekane grzyby i wszystko razem podsmażamy, podlewając w miarę potrzeby odrobiną gorącej wody.

Na osobnej patelce robimy zasmażkę z łyżki masła i łyżki mąki, mieszamy ją z grzybami. Chwilę zasmażamy.

Podajemy wymieszane z makaronem nitki lub wstążki.



Szarlotka gaździny z Jamnej

Moi goście byli nią zachwyceni!

 szarlotka gaździny

Jest to przepis kuchni regionalnej, z okolic Zakliczyna nad Dunajcem. A Jamna to nazwa wioski i wzgórza (530 m n.p.m.) na pograniczu Pogórza Rożnowskiego i Ciężkowickiego. Jest tam bacówka nosząca nazwę „Chatka Włóczykija” i serwująca lokalne przysmaki, między innymi właśnie szarlotkę gaździny. Przepis na nią był prezentowany w którymś programie telewizyjnym i jest również zamieszczony na kulinarnej stronie p. Ewy Wachowicz.

Robiąc ją, zmniejszyłam proporcje i pominęłam rodzynki (nie przepadam za nimi w szarlotce)

10  kwaśnych  jabłek

1 szklanka cukru

2 szklanki  mąki

1 łyżka proszku do pieczenia

1 łyżka cynamonu

3 jajka

Jabłka obrać, usunąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę i przesypać cukrem i cynamonem. Odstawić na 10 minut do lodówki.

Jajka roztrzepać w misce, dodać mąkę i proszek do pieczenia, wymieszać. Dodać do masy jajecznej jabłka.

Blaszkę wyłożyć pergaminem, przełożyć ciasto, włożyć do nagrzanego do 180 st. C piekarnika. Piec ok. godziny.

Autentyczna kuchnia regionalna na przyjęciu

Kuchnia regionalna jest modna, dużo się o niej mówi, ale żeby te potrawy, zwłaszcza te ludowe, chłopskie, podać na przyjęciu? Rzadko spotykane. Bo rzekomo tłuste, wysoko kaloryczne, wymagające dziwnych, niemodnych składników, i te techniki kulinarne niedzisiejsze, nienowoczesne, przestarzałe….

No i czy przy takim spojrzeniu nie ucieka nam w mroki przeszłości nasze dziedzictwo kulinarne?

Nie chcę, żeby mi umknęły nasze domowe tradycje i smaki.

I właśnie ostatnia moja pasja to wyszukiwanie regionalnych: małopolskich i świętokrzyskich przepisów (to regiony mojego zamieszkania i pochodzenia), próbowanie ich i oswajanie.

A więc zapraszam na party, które towarzyszyło oglądaniu filmu „Karolina”, o dziewczynie, która pochodziła z okolic Tarnowa. Na okładce pudełka z filmem jest napis: „Czy jest coś, za co oddałbyś życie?” Mocne pytanie.

W menu podałam potrawy typowo chłopskie, takie, które Karolina zapewne jadła w swoim życiu.

stół regionalny

film Karolina

Produkty, charakterystyczne dla naszego regionu to ziemniaki, kapusta, fasola, jabłka, marchewka.

Sposób podania jest zapewne nieco inny, niż 100 lat temu. Ale tak rozumiem to ich „ocalanie od zapomnienia”: autentyczny przepis i nowatorska, współczesna aranżacja.

To popatrzmy:

Jako przystawkę podałam kanapki z pasztetem z mielonej fasoli „piękny Jaś”, z dodatkiem startego jabłka i ziaren słonecznika

kanapka z pasztetem

Potem „szły” pierogi zalipskie (czyli zalipiańskie), specjalność gospodyń, tych od malowanych chat we wsi Zalipie; pierogi są nadziewane gotowaną słodką kapustą z dodatkiem cebuli i kiełbasy wiejskiej.

pirogi zalipskie

Zupa była dziadowska, nazywana też często pospółką, bo są w niej ziemniaki wespół z kluseczkami zacierkowymi; właściwie to niewiele więcej w tej zupie jest, jeszcze tylko konieczny jest kawałek boczku lub kiełbasy na skwarki, to daje zupie ten pyszny smak, no i świeży lubczyk. W naszym regionie każdy niemal pamięta tę zupę z dzieciństwa, nasze mamy i babcie często ją gotowały, a te kluseczki w niej były prawdziwym hitem, zwłaszcza, że pozwalano dzieciom je własnoręcznie skubać i wrzucać do zupy.

zupa dziadowska

Jako główne danie podałam kurę peerelkę (według przepisy koła gospodyń z Woli Rzędzińskiej); to już trochę bogatsza, bardziej odświętna potrawa, i bardziej pracochłonna, bo trzeba wyluzować kurę z kości (cóż, kury nie bardzo skąd miałam wziąć, więc zrobiłam tę potrawę z kurczaka).

I dodałam do tego duszoną marchewkę z dodatkiem cukinii i sałatkę z pomidorów, ogórków i cebuli – każdy ją u nas je i kocha! Choć wiem, wiem, że nie powinno się łączyć pomidorów i ogórków.

kura peerelka

kura i warzywa

A do kawy szarlotka gaździny z bacówki na Jamnej – zdziwiłam się, że wzbudziła aż taki zachwyt! (przepis wkrótce)

szarlotka gaździny

Z napitków zaproponowałam cydr z jabłek i nalewkę „tarninówkę” – naszą tarnowską specjalność.

cydr i tarninówka

A menu wypisane było tym razem na zielonych pierścieniach, ponieważ część przepisów i inspiracji zaczerpnęłam ze strony stowarzyszenia pielęgnującego dawne tradycje kulinarne: Zielony Pierścień Wokół Tarnowa.

menu pierścieniowe

Serwetki z motywem szlaku z kwiatów nawiązywały do malarskich tradycji Zalipia. I anioły na stole, malowane w kwiaty  też z Zalipia przywiozłam.

Ruszyła nowa edycja Top Chef

Dla mnie to obecnie najciekawszy program kulinarny.

Ciekawe zadania stawiane przed uczestnikami, ciekawe osobowości, mnóstwo inspirujących pomysłów kulinarnych, zwłaszcza w zakresie sztuki podawania potraw.

No i nie będę ukrywać, że z ogromną ciekawością czekam na kolejną koszulkę p. Macieja (jego kolekcja jest imponująca!)

top chef

Głównym zadaniem pierwszego odcinka było zmierzenie się uczestników z kuchnią regionalną. Każdy miał zaprezentować potrawę z regionu, z którego pochodzi.

Wydawało by się, że nie będzie to trudne; tyle ostatnio mówi się w mediach o powrocie do korzeni, promuje się lokalne smaki, wpisuje się je na listy produktów zastrzeżonych… w wielu naszych domach nadal gotuje się to, co gotowała mama, babcia…

A jednak był problem. Uczestnicy nie bardzo wiedzieli, co jest sztandarowym produktem regionu, z którego pochodzą (rzecz jasna nie wszyscy: Anna z Bielska-Białej nie miała problemu z kuchnią śląską, Sergiusz z Poznania również wiedział wszystko o kuchni wielkopolskiej).

Rozczarowali mnie przedstawiciele Małopolski: Przemysław i Hubert. Zwłaszcza Hubert, bo Przemysław przynajmniej bazował na produktach typowych dla małopolskiej kuchni : pstrąg, sery. Ale Hubert? Z Podhala? Aż prosiło się, żeby zrobił kwaśnicę, jagnięcinę czy moskole. Ale nie. On zrobił polędwicę wieprzową z rabarbarem i sosem borówkowym. Chyba tylko te borówki są typowym tatrzańskim produktem, bo całe dolne partie gór zarośnięte są borowiną.

Zastanawiałam się potem, co ja bym podała z mojego tarnowskiego regionu. Mamy świetne przepisy z wykorzystaniem kaszy, fasoli, kapusty, grzybów, jabłek, śliwek. Mamy świetne zupy, bardzo proste, ale przesmaczne. Wydaje mi się, że największym problemem byłby czas, jaki się ma do dyspozycji. 60 minut to jednak za mało, biorąc pod uwagę konieczność wstępnej obróbki produktów, zwłaszcza np. fasoli.

Temperówka do warzyw

Wiem, że mogę być uznana za gadżeciarę, a takich nikt nie lubi.

Bo gonią za wszelkimi nowinkami, kupują jakieś tam rzekome hity, często przepłacają, użyją je w domu raz, jak dobrze pójdzie, potem lądują gdzieś w przepastnych szufladach, czy na pawlaczu… i tak się to zwykle kończy.

Ale cóż, napiszę wam, na co się skusiłam.

Na temperówkę do warzyw

temperówka do warzyw

Jest to cudo firmy Microplane, tej od tarek, którą bardzo cenię, bo ma naprawdę ostre ostrza i jakoś nie tępią się.

Ma to urządzenie dwa otwory, większy – na cukinię na przykład, mniejszy na marchew czy grubą pietruszkę. Wkłada się warzywa do otworów, jak ołówek do zastrugaczki, i obraca. Wychodzą takie świetne wstążki jak spaghetti.

Ja jestem zachwycona.

A kosztuje to cudo pięćdziesiąt parę złotych i można je kupić np. w sklepiku internetowym mniammniam.

Wypróbowując temperówkę, zrobiłam regionalne danie: warzywny garnek z Łoniowej koło Dębna.

cukinia z marchewką

1 mała cukinia

1 gruba marchewka

1 cebula

0,5 kg fasolki szparagowej

Liść laurowy, kilka ziarenek ziela angielskiego

Sól, pieprz słodka papryka

Łyżka oleju, łyżka masła

Fasolkę szparagową obieramy z łyka i gotujemy do miękkości w osolonej wodzie.

W czasie, kiedy ona się gotuje, ścieramy w temperówce marchew i cukinię (marchew obieramy, cukinii nie musimy obierać, bo młodziutka skórka jest bardzo delikatna i smaczna).

Roztapiamy w rondlu olej i masło, dodajemy starte warzywa, oraz pokrojoną w cienkie półplastry cebulę, przesmażamy, lekko doprawiamy i podlewamy niewielką ilością wody. Dodajemy liść i ziele angielskie, dusimy wszystko do miękkości – jakieś 15 minut wystarczy.

Do rondla dodajemy odsączoną, ugotowaną fasolkę szparagową, mieszamy, doprawiamy i… cieszymy się smakiem!

Pasztet z fasoli Piękny Jaś

Od 16 już lat, co roku, na początku września, w miejscowości Zakliczyn, nad Dunajcem, obchodzone jest święto fasoli. Fasola „Piękny Jaś” jest sztandarowym produktem uprawianym w tej okolicy. Powstało mnóstwo przepisów na fasolowe dania, kilka lat temu wydana została książka z przepisami, a ciągle jeszcze da się wymyślić coś nowego, powstają nowe potrawy.

A mnie ciągle jeszcze nie udało się dotrzeć na tę imprezę, ale co roku wypróbowuję jakiś regionalny fasolowy przepis.

W tym roku proponuję pasztet fasolowo-jabłkowy.

Bez pieczenia, może służyć jako smarowidło, ale ponieważ jest zwarty, może być podawany w plastrach

Składniki na malutką (20 cm długości) blaszkę cwibakową:

Półlitrowy garnuszek fasoli „Piękny jaś”

1 jabłko

2 łyżki wyłuskanych ziaren słonecznika

Łyżka masła

Sok z połówki małej cytryny

Przyprawy: sól, pieprz, papryka, majeranek

Fasolę ugotować w osolonej wodzie do miękkości, odcedzić i zmielić w maszynce do mięsa.

Do masy dodać obrane i starte na dużych oczkach tarki jabłko.

Podprażyć na maśle ziarna słonecznika. Wymieszać z masą.

Doprawić wszystko przyprawami i sokiem z cytryny.

Foremkę wyłożyć folią, włożyć do niej masę, wygładzić, przykryć folią i wstawić do lodówki.

Po kilku godzinach pasztet jest gotowy.

List królowej Elżbiety II z przepisem na babeczki

Prawdę powiedziawszy, kupiłam tę książkę: „Listy niezapomniane” – red. Shaun Usher,  z uwagi na pierwszy list, w niej zamieszczony, czyli list obecnej królowej brytyjskiej, Elżbiety, do prezydenta USA, Eisenhowera, w którym podaje mu przepis na ciasteczka, którymi częstowała go w swojej szkockiej siedzibie, w Balmoral.

list królowej Elżbiety

Oczywiście, w książce zebrano mnóstwo niezwykłych listów, wartych przeczytania, parę kulinariów również tam się jeszcze znajdzie:)

Póki co, poczytajmy sobie razem ten pierwszy, o babeczkach:

24 stycznia 1960

Pałac Buckingham

Drogi Panie Prezydencie,

Kiedy w dzisiejszej gazecie zobaczyłam zdjęcie przedstawiające Pana przy grillu z przepiórkami, przypomniało mi się, że nie przesłałam Panu przepisu na babeczki, co obiecałam uczynić podczas Państwa wizyty w Balmoral.

Spieszę więc, by naprawić to niedopatrzenie, i żywię nadzieję, że wypieki okażą się udane.

Jest to porcja przeznaczona dla 16 osób, jednak jeśli gości jest mniej, dodaję po prostu nieco mniejsze ilości mleka i mąki, natomiast pozostałe składniki pozostawiam w niezmienionych proporcjach.

Zamiast cukru używam czasami słodkiego syropu – z nim babeczki są równie wyśmienite.

Ciasto należy dobrze ugnieść i nie odstawiać go na zbyt długo przed pieczeniem.

(…) Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami dla Pana i Pani Eisenhower,

Elżbieta R

Babeczki

Składniki:

4 szklanki mąki

4 łyżki stołowe cukru pudru

2 szklanki mleka

2 całe jaja

2 łyżeczki proszku do pieczenia

3 łyżeczki cream of tartar

2 łyżki stołowe roztopionego masła

 Ubić jaja z cukrem i jedną szklanką mleka, następnie  dosypać mąkę i mieszać dokładnie, dodając drugą szklankę mleka oraz proszek do pieczenia, cream of tartar i roztopione masło.

Królowa nie podała, co robić dalej z przygotowanym ciastem. Sądzę, że przygotowuje się je w formie muffinkowej, i należą one chyba do grupy tak bardzo popularnych cupcakes, a więc powinny być jeszcze ozdobione, może jakimiś elementami monarchii brytyjskiej.

Zaskakujący jest w tym przepisie dodatek cream of tartar, czyli wodorowinianu potasu, który dodawany jest zwykle w celu usztywnienia piany z białek, a tu przecież nie ma w przepisie takiego procesu. Ale cream of tartar nadaje również kwaskowaty smak, więc może to byłby dobry trop, gdyby chcieć szukać zamiennika. Ale cream of tartar można już kupić w sklepach internetowych, choć trzeba przyznać, że jest drogi.

Recepturę wpisuję na listę przepisów do przetestowania:)

Zanika sztuka biesiadowania?

Spędzając bardzo miło czas w krakowskiej „Białej róży” na degustowaniu i rozmowie ” (patrz: wczorajszy wpis), nie sposób było jednak nie zauważyć jednej zdumiewającej tendencji: otóż obok naszego stolika siedziała para, ich talerze z daniami stały na stole, a oni coś tam skubnęli od czasu do czasu, nie rozmawiali, nawet nie patrzyli się na siebie, a ich podstawowym zajęciem było  stukanie paluszkami w swoich smartfonach.

smartfony w restauracji

Dlaczego mówię o tendencji? No bo za chwilę pojawiły się dwie dziewczyny i zaczął się ten sam scenariusz: po złożeniu zamówienia, smartfony do rąk, i…. nic innego nie było już ważne.

Zrozumiałabym jeszcze, gdyby ktoś przyszedł do restauracji sam, i oczekując na posiłek wyciągnąłby tego smartfona. Ale będąc z kimś? Tak go lekceważyć? zatraca się zupełnie  idea spotkania przy stole.

Sztukę kulinarną kucharza też się lekceważy, równie dobrze mogliby ci ludzie kupić sobie hot-doga, pewnie nie zauważyliby różnicy.

Sorry, że tak marudzę, ale to jest naprawdę coś niesamowitego! To namacalny dowód, że świat wirtualny staje się ważniejszy od rzeczywistego.

Jeszcze jedno miasto, jeszcze jeden obiad

Tym razem Kraków, restauracja Biała Róża, nieopodal Wawelu.

I ulubione menu degustacyjne.

Biała róża w Krakowie

Biała Róża

Bardzo lubię różnorodność na talerzu, a odpowiednie dobranie składników i smaków świadczy o klasie kucharza, o jego maestrii (lub jej braku).

Menu degustacyjne jest zwykle popisem kucharza, zarówno od strony kulinarnej, smakowej, jak i od strony artystycznej, wygląd talerza jest równie ważny, jak smak.

Oczywiście, za to się płaci, za te misterne miniaturki, ale – zwykle warto.

W „Białej Róży” było warto.

Pani kelnerka cierpliwie podawała nam wszystkie elementy, które znajdowałyśmy na talerzach, Marta pilnie je notowała, a ja fotografowałam. Oto, co dostałyśmy:

 Przystawka: rolada z węgorza wędzonego/ sorbet z pietruszki i mięty, z posypką z piernika/ sos malinowy/ mus z pora/ porzeczka czerwona/ jagody

przystawka

Zupa: chłodnik z ogórka małosolnego/ ser koryciński/ borówka/ jeżyna/ zioła/ puree z pomidora malinowego

zupa

Danie główne: kotleciki jagnięce/ grasica/ kluski leniwe z serem/ fasolka szparagowa/ kalarepa/ marmolada różana/sos na winie

danie główne

Deser: ser bryndza w biszkopcie z sosem borowikowym/ mrożona beza/ sorbet malinowy/ karmel/ sos szafranowy/ pesto ziołowe

deser

Letnie obiady na mieście – podsumowanie

Urlop się kończy, kończy się też obiadowanie na mieście.

Fajnie było tak sobie wędrować po różnej klasy lokalach, próbować, porównywać, podpatrywać pomysły, zarówno kulinarne, jak i estetyczne.

podsumowanie

Moim jednak zdaniem – domowych obiadów to te propozycje nie zastąpią.

Na obiad do restauracji fajnie jest wpaść raz na jakiś czas, traktując to jako swego rodzaju święto; no, może to za dużo powiedziane, może raczej jako  przerywnik codzienności, jako miłą przyjemność.

Na pewno chętnie wpadłabym znów do Bristolu, do „Jana”, do „Soprano”. Zajrzałabym do „Cristal Parku”.

Na takie bardziej na luzie lunche wpadłabym do „Włóczykija”, „Jani sushi”, „Jamy złotego smoka”. Jako ciekawostkę chętnie pokazałabym komuś znajomemu „Braterską”.

Odpada natomiast absolutnie „Pasaż”, nie mam już ochoty na „Rabarbar”, ani na „Wiedeńską”.

Zostało parę lokali, których nie odwiedziłyśmy; cóż, wszystko przed nami! Z góry zapraszam!

 *****

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Każdy eksperyment ma doprowadzić do wysnucia jakiś wniosków. Wnioski są takie, że w naszym mieście można zjeść dobrze i smacznie. Są miejsca gdzie naprawdę gotują dobrzy znający się na rzeczy kucharze, dbający o swoich klientów. Szczerze mówiąc jestem tym trochę zaskoczona bo poza paroma miejscami gdzie można szybko i w miarę tanio zjeść Tarnów zupełnie nie kojarzył mi się z miastem dobrych restauracji. Być może ocenianie restauracji po jednym posiłku to pewne nadużycie ale co tam, jak mówią kto mi zabroni. Mam swój prywatny ranking najlepszych miejsc:

miejsce I: decydowanie restauracja „u Jana” – mój faworyt, najlepszy stek jaki jadłam w Polsce, myślę, że jest to miejsce warte uwagi i odwiedzenia.

miejsce II:  „Bristol”  –  ciekawe połączenie nowoczesnych form  i technik z lekkim powiewem czasów PRL-u.

miejsce III:  i tu jest już gorzej mam kilka miejsc, ale chyba dwa miejsca zasługują na wyróżnienie „Soprano” i „Wiedeńska”. Dwa fajnie lokale gdzie można smacznie zjeść.

Są też miejsca gdzie nie polecam jeść, i które lepiej omijać szerokim łukiem.

Jak każdy eksperyment i ten nasz miał swoje trudności i niedogodności. Do takich największych można zaliczyć to, że porcje są ogromne i po obiadku człowiek nie wychodzi z lokalu tylko się wytacza. Kolejny minusik to taki, że po 2 tygodniach stołowania się w restauracjach, zaczyna się już to człowiekowi nudzić. Zaczyna się tęsknić do domowego, prostego i swojego jedzenia.

*Chciałam podkreślić, że wszelkie opinie są subiektywne i to co mi smakowało nie musi smakować komuś innemu i na odwrót.