„Tatrzańska” zawsze kojarzona jest u nas z cukiernią i kawiarnią, ale od jakiegoś czasu ma również i propozycje obiadowe.

Skusiła się na to Marta, zamawiając chłodnik litewski
Dobry, ale ten sposób podania…. Te buły….

Ja wolałam zakończyć nasze letnie obiady w mieście tylko deserem. Dołączyła do nas moja siostra, też preferująca słodkości, a zamówiłyśmy: kawy (espresso i cappuccino), firmowe lody tatrzańskie (pyszne, z czekoladą, orzechami, bitą śmietaną z serkiem i olbrzymie, nie do przejedzenia!), sernik tatrzański (dobry, jednak myślę, że ten, który ja robię i tak jest lepszy) i tiramisu.




Ach, ja skusiłam się jeszcze na gofra, ale zapomnijmy raczej o tym moim łakomstwie, zwłaszcza, że długo na niego musiałam czekać i nie spełnił moich oczekiwań.
*****
Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.
Na temat chłodników nie wiem nic, przynajmniej tak mi się wydaje, nigdy wcześniej takiej zupy nie jadłam. Być może wyda się to dziwne, ale poza bardzo upalnymi dniami lata, kiedy i tak nie gotowało się zup, taki rodzaj obiadu nie sprawdziłby się w żaden sposób. Sam chłodnik był w porządku. Ilość wkładu buraczkowego sprawiała, że zupa miała konsystencje „łyżka stój”. Smak nie był nachalny i nie wyróżniał jednego konkretnego smaku. Może brakowało odrobiny smaku czosnku, ale może to moje błędne wyobrażenie o chłodniku.
Co do deseru – tiramisu, dobre, nie bardzo dobre, ale dobre. Było podane sosem z truskawek, który mi jakoś nie pasował do całości, może dlatego, że czuć było mrożone truskawki. Sam krem był gładki, a biszkopty dobrze naponczowane. Ogólne wrażenie lekko mi zepsuło zapominalstwo obsługi, która do deseru zapomniała podać mojego zamówionego soku.








































