Obiad pod czujnym, sarmackim okiem

Kolejne zaproszenie, kolejny obiad.

Restauracja „U Jana” – stylizowana na wnętrza rycerskiego, szlacheckiego zamku. Mnóstwo portretów, stare meble i bibeloty, biała broń, ale i współczesne, przepastne kanapy. Mieszanka stylu, ale miła, nie rażąca.

Menu zachęcające do testów smakowych.

Skusiłyśmy się na obiad dwudaniowy; o matko! Porcje były ogromne, rzeczywiście jak dla głodnego szlachciury.

Nie da się jednak ukryć, że zjadłyśmy wszyściuteńko!

Najpierw zupy: rosół z kołdunami (oczekiwałam 3-4 pierożków z małej miseczce, a był pokaźny talerz z dziewięcioma pierogami – pyszniutkimi!) i zupa krem z warzyw – świetnie przyprawiona.

Dania drugie: placki ziemniaczane z gulaszem z dodatkiem buraczków (poprawne, ale bez cudów, najlepsze w tym wszystkim były buraczki) i stek na grillowanych warzywach z sosem pieprzowym (z sosu co chwilę trzeba było wypluwać ziarenka pieprzu!)

Wydaje się, że najmocniejszą stroną restauracji są zupy. Choćby dla nich warto tu przyjść. No i dla tych obrazów!

*****

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Czasem jest tak, że nic nam nie pasuje i nie można się na nic zdecydować. Być może to wina gorszego dnia albo zbyt dużej karty. Mój dzisiejszy wybór może wiać odrobinę nudą, ale nic innego do mnie nie przemówiło. Czasem watro zaufać temu wewnętrznemu czemuś, co czasem wie lepiej co jest dla nas dobre.

Zupa krem z jarzyn sezonowych był naprawdę dobry, dobrze doprawiony i zbilansowany. Niestety nie wiedziałam z czego dokładnie była zrobiona, ale żadne warzywo nie dawało dominującego smaku, który mógłby popsuć wrażenie. Sympatycznym dodatkiem były niewielkie grzanki.

Postanowiła też zamówić stek. Tak wiem, wiem wieje troszkę monotonią, ale cóż zrobić.  Stek podany był na grillowanych warzywach. Muszę przyznać, że to połączenie było naprawdę bardzo, ale to bardzo smaczne. Mięsko było mięciutkie, stopień wysmażenia też był taki o jaki prosiłam. Bardzo mnie cieszy to, że kucharz nie forsuje swojej wizji idealnego steku co niestety  czasem się zdarza. Co do noża muszę przyznać, że choć wyglądał dość niepozornie, naprawdę dał radę  i nie było problemu z pokrojeniem steku. Jedynym elementem, który nie do końca mi podpasował, był pieprzowy sos, myślę że miłośnikom ostrych smaków będzie smakował.

Lato w mieście: bistro Rabarbar

„Rabarbar” – stosunkowo nowy lokalik na rogu Wałowej i Placu pod Dębem.

Wnętrze niewielkie, raczej surowe, ale na szybki lunch jak najbardziej o.k.

I słyszałam, że imprezy zamknięte świetnie się tam udają. Menu niewielkie, co jest absolutnie zaletą.

bistro rabarbar

A nasz obiad to były: zupa krem z zielonego groszku z miętą i zupa toskańska (zjedzone sprawiedliwie każda po pół talerza każdej), a w drugim daniu zdecydowałyśmy się obydwie na to samo: tartę ze szpinakiem z surówką.

I ten sam drink: aperol (czyli aperitif z gorzkiej pomarańczy i rabarbaru) z dodatkiem wytrawnego wina i toniku.

krem z groszku

toskańska

tarta szpinakowa

Zachwycona byłam formą podania potraw: te cudowne, kunsztowne wzory na talerzu zupy, ta ziołowa posypka na brzegu talerza – piękne!

Ale – zawsze jest jakieś ale – ze smakiem potraw można by polemizować.

Właściwie to o.k., ale każda z jedzonych przez nas potraw miała wyraźny, słodkawy smak, co szczególnie nie pasowało mi w szpinaku. I ten ser na wierzchu tary mógł być zapieczony. Za to ciasto tarty było idealne, kruchutkie!

*****

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Z „Rabarbarem” wiązałam duże nadzieje i niestety trochę się zawiodłam. Może trochę niepotrzebnie sugerowałam się opiniami innych.

Zupa toskańska była odrobinę za słodka, może się nie znam się na tego rodzaju zupach, ale zupa to zupa. Musi być porządnie i odpowiednio doprawiona, ponieważ tak naprawdę przyprawy nadają jej charakteru i odpowiedniego smaku. Zupa pomidorowa, a taką wariacja jest zupa toskańska powinna być lekko kwaśna i zdecydowanie nie powinien dominować słodki smak.

Co do tarty szpinakowej, powiem tak: było poprawnie. Ciasto było chrupiące i odpowiednio dopieczone, konsystencja i struktura farszu była porządku, problemem znowu okazało się przyprawy. Brakowało na pewno  soli i może jeszcze jednego zdecydowanego smaku. Być może mała ilość przypraw jest postępowaniem asekuracyjnym, bo przecież zawsze można doprawić, ale ja nie lubię takiego podejścia.

Zdecydowanie najlepszą częścią obiadu w mojej ocenie był drink. Lekko gorzkawy, z nutą pomarańczy dawał odrobinkę orzeźwienia w ten upalny dzień.

Nie skreślam „Rabarbaru”, pewnie za jakiś czas dam mu kolejna szansę.

Lato w mieście – obiad w „Bristolu”

Wiecie, że nazwa „Bristol” to sieć wielu XIX-wiecznych hoteli na kontynencie europejskim, a pochodzi ona od tytułu jednego z najbardziej znanych turystów swego czasu, Anglika Fredericka Herveya, biskupa Derry, czwartego hrabiego Bristol (1730-1803)?

Ja właśnie się o tym dowiedziałam, ze słownika mitów i tradycji kultury Wł. Kopalińskiego.

Tarnowski „Bristol” taki właśnie jest, nieco staroświecki, nobliwy, tradycyjny w wystroju i w proponowanym menu. Kiedyś był najbardziej prestiżowym lokalem w moim mieście.

bristol w Tarnowie

Do restauracji wchodzi się na pierwsze piętro, po drewnianych, z piękną balustradą schodach, wyłożonych dywanowym chodnikiem. Staroświeckie żyrandole, witraże w oknach, rzeźby i obrazy. Stoliki są okrągłe, nie za blisko siebie. Spokojnie i miło.

Nie mogę oczu oderwać od jednego z gości, starszego pana, nieco przygarbionego, ubranego w eleganckie, jasne ubranie, z pastelową kamizelką w kwiaty. Siedzi bez ruchu niemal, wpatrzony gdzieś w dal, pewnie w siebie? Przed nim na stole gruby notes. Jest chyba stałym bywalcem, bo obsługa nie naprzykrza mu się, wygląda na zadomowionego. Kiedy wychodził, na głowę włożył staroświecki, słomkowy kapelusz.

Nie wiem, kim jest, ale zostanie mi w pamięci….

A na obiad zamówiłyśmy specjalność szefa kuchni:

Ja – półmisek hetmana Tarnowskiego (wiecie, on kiedyś był właścicielem miasta!)

półmisek hetmański

Marta – stek a la Boss

stek a la Boss

Półmisek hetmański jest ciekawą regionalną propozycją i myślę, że wprowadzę ją do swojego domowego menu. Jest to pięknie ułożona kompozycja trzech mięs i jarzyn.

Mamy tu: stek z polędwicy wołowej, stek ze schabu oraz pieczony filet drobiowy. Mięsa przykryte zostały siateczką z zapiekanych nitek sera żółtego, a towarzyszą im: przysmażane talarki ziemniaków, pysznie duszona marchewka, różyczki kalafiora oraz ryż.

Jest tego bardzo, bardzo dużo!

Brakowało mi tylko jakiegoś sosu do mięsa.

Relacja Marty:

Subiektywne spojrzenie z drugiej strony stołu.

Dzisiejszy obiad był w miejscu, które kojarzy mi się jedynie ze studniówkami jednego z tarnowskich liceów.  Nie wiedząc, czego się spodziewać, postanowiłam nie spodziewać się nic.

Jak wiadomo ja do wegetarian nie należę, wiec wybrałam sobie stek a’la boss. Samo podanie mięsa było bardzo interesujące. Stek spoczywał na bardzo gorącym kamieniu. Ma to ogromną zaletę, nawet przy bardzo długim ucztowaniu mięso będzie cały czas ciepłe. Samo mięso miało odpowiedni stopień wysmażenia, było miękkie i naprawdę bardzo smaczne. Polędwica wołowa była podana z 4 sosami: czosnkowym całkiem dobrym, barbecue, który mi w smaku przypominał ketchup z czasów bardzo wczesnego dzieciństwa, musztardowy i sos w stylu azjatyckim, ale one jak dla mnie były zbyt ostre. Całość dania dopełniały talarki ziemniaczane i odrobinę zieleniny. Jest jeden malutki minusik: nóż, nie był to nóż do smarowania masła, ale mógłby być to nóż do steków byłoby wtedy łatwiej.

Lato w mieście? Mam pomysł

Urlop kojarzy się z wyjazdem, góry, morze, las, pachnące ziołami łąki… Ale miasto? Rozgrzane mury, asfaltowe ulice, kurz i hałas? Wszystkich niedogodności uniknąć się nie da. Ale czy lato we własnym, rodzinnym mieście nie mogłoby być na przykład okazją, by poznać jego kulinarne oblicze?

Na co dzień nie ma człowiek nigdy na to czasu. A tu trafiło się.

Odpuszczam sobie gotowanie i razem z siostrzenicą zaczynamy smakować obiady w tarnowskich lokalach.

Na pierwszy ogień poszło „Soprano” – kuchnia włoska, której specjalnością jest również pizza.

soprano w Tarnowie

Ja zjadłam policzki wołowe z kaszą w ciemnym sosie z dodatkiem sałaty mista

policzki wołowe

Porcja pokaźna, zupełnie wystarczająca na obiad, dobrze, że nie brałam przystawki ani zupy. Skusiłam się na te policzki, bo ostatnio zrobiły się modne:) Mięso było mięciutkie, dobre, ale to jednak nie moje smaki…. Sos był zbyt ostry i chyba zbyt słony, zagłuszał sobą wszystko. Za to dressing do sałaty – idealny.

Czas na relację Marty, która zamówiła duet z cukinii oraz risotto z owocami morza – o pięknym seledynowym kolorze, chyba ze szpinakiem.

Subiektywne spojrzenie z drugiej strony stołu.

W swoim rodzinnym mieście doskonale wiem gdzie można zjeść coś na szybko, choć nie koniecznie potrawy tam serwowane są najwyższych lotów. Zastanawiając się nad tym głębiej doszłam do wniosku, że rzeczywiście należałoby się dowiedzieć gdzie można zjeść coś innego niż naleśniki czy frytki z posypką. Muszę obiektywnie przyznać, że dzisiejsza wizyta w restauracji „Soprano” jest jak najbardziej na tak.

Podobno, żeby zepsuć zupę należy się bardzo postarać. Być może jest to i  prawda, ale trzeba też się postarać, żeby zupa była dobra i smakowała. Krem duet z cukinii naprawdę mi smakował. Smak zupy był wyrazisty, ale nie miał zbyt dominującego smaku jednego konkretnego składnika lub co gorsza przyprawy. Bardzo fajnym dodatkiem  były grzanki o lekko czosnkowym smaku.

duet z cukinii

Risotto z owocami morza, w miejscu gdzie do najbliższego morza jest jakieś 600 km, może się wydawać nie najlepszym pomysłem, ale postanowiłam zaryzykować. Ryzyko się opłaciło. Na szczęście  nie okazało się ono bezpostaciową papką. Ryż był odpowiednio ugotowany, nie był zbyt twardy, ale dawał przyjemny opór na zębach. Ilość krewetek i małży nie zmuszała do prac wykopaliskowych i uważam, że jest to  plus.

risotto Soprano

Jak mawiają pierwsze koty za płoty. Okazuje się, że mamy w Tarnowie fajnie miejsce gdzie można zjeść coś dobrego. Soprano w swojej ofercie ma także pizze z pieca opalanego węglem. Choć nie jestem jej fanką, może się kiedyś skuszę.

Zapraszamy jutro!

Pierogi tylko dla dorosłych

Wokół tony borówek!

Jem i jem, i ciągle jeszcze tyle ich:) Pierogi z borówkami za mną chodziły i wreszcie zrobiłam je.

Ale w wersji dla dorosłych:)

Wymieszałam borówki z cukrem, troszeczkę je rozgniatając i skropiłam je dość szczodrze porto. Przepyszny farsz. A po ugotowaniu, pierogi wyszły jak marzenie! Dawno nie jadłam tak świetnych pierogów.

Zapraszam!

pierogi z jagodami

Bukiety kuchenne

Mamy dobry czas na suszenie kwiatów i roślin do jesienno-zimowych bukietów.

Właśnie kupiłam łodygi kopru.

Każdy pyta: – o, będziesz kisić ogórki?

baldachy kopru



A ja mam w planie koper ususzyć i przeznaczyć na bukiet kuchenny; będzie stał w rogu stołu, przy ścianie, w gliniaczku. Dodam do niego ozdobne kwiaty czosnku lub cebuli, czerwono-pomarańczową miechunkę, może uda mi się zdobyć makówki, choćby te malutkie, z polnych maków.

Kot będzie zachwycony, uwielbia podskubywać te suszki.

Na razie wiszą sobie łodygi kopru główkami w dół i intensywnie pachną, właśnie kiszonymi ogórkami:)

Nowy pomysł na grzyby

Na targu pokazały się pierwsze w tym roku grzyby: kurki i kozaczki (kozaczki na razie tylko te brązowe; wolę kozaczki czerwone, ale dobre i co). Kupiłam te kozaczki i to w korzystnej cenie – 5 zł za mały koszyczek.

To było w sam raz na letni obiad, do wstążek makaronowych.

kozaczki z boczkiem



Zaczęłam, tak jak zwykle: po oczyszczeniu grzybów pokroiłam je i wrzuciłam na rozgrzaną łyżkę oleju i łyżkę masła. Po przesmażeniu podlałam niewielką ilością wody, dodałam sporą szczyptę soli i dusiło się to spokojnie.

Miałam w planie dodać jeszcze tylko cebulkę, ale zajrzawszy do lodówki, zobaczyłam boczek w kostkach – o! to mogłoby być dobre połączenie. Podsmażyłam więc na patelni ten boczek, dodałam cebulkę pokrojoną w kostkę – po czym przełożyłam zawartość patelni do grzybów i chwilę jeszcze całość poddusiłam. Doprawiłam pieprzem.

Wyszło pysznie!

Boczek, cebula i grzyby – to naprawdę dobre połączenie.



Rozważania nad regionalną zupą o nazwie zoproska

Pojawiła się ta zupa w ramach 11. Festiwalu Smaku w Starym Sączu. Serwował ją Wicemarszałek Małopolski i cieszyła się olbrzymią popularnością.

Zupa ta gościła już na poprzednich edycjach festiwalu, jest wpisana na małopolską listę produktów regionalnych, a wywodzi się z terenu Podhala.

Niewiele potrzeba, aby ją zrobić: ziemniaki, marchew, pietruszka, czosnek, mięta, kminek, słonina. Zwana była „biedną zupą”, często przyrządzano ją w okresie Wielkiego Postu i na Wigilię. Opisy podają, że często dodawano do niej również grzyby (patrząc na to, kiedy ją przyrządzano, sądzę, że grzyby były suszone). A nazwa pochodzi od „zaprażki”, którą zagęszczana jest zupa.

Podano na nią przepis.

O! to coś dla mnie. Takie stare, regionalne receptury elektryzują mnie, zaraz mam ochotę je wypróbować.

Uważna lektura przepisu wzbudziła jednak szereg wątpliwości co do proporcji składników. Wiem, wiem, wielki gar zupy wymaga wielkiej ilości składników. Ale z ilością mąki do „zaprażki” chyba ktoś przesadził.

Przeczytajcie sami przepis (pisownia oryginalna):

Zoproska: składniki: 1kg. marchewka, pietruszka, kminek, liść laurowy, 2-3 ząbki czosnku, 50 dkg słoniny, 3 kg ziemniaków, 1 kg. mąki, natka zielonej pietruszki

Przygotowanie: Pokrojoną w kostkę marchew i pietruszkę zalać wodą, dodać kminek, liść laurowy, czosnek i razem ugotować. Ze słoniny i mąki zrobić zasmażkę i połączyć z wywarem z jarzyn. Doprawić solą i pieprzem. Oddzielnie ugotować ziemniaki. Zoproskę podawać z ugotowanymi ziemniakami. Posypać zieloną pietruszką lub suszoną miętą.

No? Jak myślicie, chyba coś nie tak.

Te proporcje skojarzyły mi się z przygotowaniem luizjańskiego gumbo, którego istotnym elementem jest właśnie zasmażka (roux), długo, ok. pół godziny smażona, ale nawet tam proporcje są znacznie mniejsze: zwykle na szklankę oleju daje się szklankę mąki.

Poszukałam w sieci i znalazłam ciekawą bardzo książkę kucharską: „Podróż kulinarna z Nowego Targu do Kieżmarku. Meandry smaków pogranicza polsko-słowackiego” (jest w formacie pdf, wystarczy wpisać tytuł, żeby wyskoczyła).

I to chyba stamtąd wzięty był wyżej wymieniony przepis (brzmi dosłownie), tyle tylko, że proporcje składników są właściwe:

Marchewka, pietruszka, kminek, liść laurowy, 2-3 ząbki czosnku, 10 dkg słoniny, 1 kg ziemniaków, 3 łyżki mąki, natka zielonej pietruszki.

I według tego przepisu mam w planie zrobić sobie zoproskę:)

Dwa oblicza jednego kalafiora

Nie mogłam się zdecydować co zrobić z ładnego, dorodnego kalafiora przyniesionego z targu.

Zupa? Czy może ugotowany, z tartą bułeczką na maśle?

Zrobiłam jedno i drugie, tyle, że kalafior był nie z bułeczką, lecz z kurkami. Ten smak, to kwintesencja lata

kalafior

To lecimy z przepisami.

Najpierw kurki:

Sporą garść kurek dokładnie płuczemy, kroimy na nieco mniejsze kawałki, po czym wrzucamy do rondelka, na rozgrzaną łyżkę oleju i łyżkę masła. Smażymy, aż wyparuje płyn z kurek. Dodajemy pokrojoną w cienkie półplasterki cebulę. Podlewamy niewielką ilością wody i dusimy do miękkości, doprawiając niewielką ilością soli i szczyptą pieprzu.

Czas na kalafiora:

¾ kalafiora po wypłukaniu dzielimy na różyczki i wrzucamy na gotującą się, osoloną wodę, gotujemy na wpół twardo. Kalafior powinien pozostać jędrny.

I już gotowe: układamy na talerzu różyczki kalafiora, na to nakładamy duszone kurki.

Teraz zupa:

Wstawiamy w garnku wodę, dodajemy do niej kolejno: 1 ziemniaka, obranego i pokrojonego w kostkę, marchewkę pokrojoną w plasterki, kawałek pora pokrojonego w paseczki (miałam tylko zielone końcówki pora) i różyczki pozostałego kalafiora, trochę rozdrobnione. Lekko solimy i gotujemy do miękkości. Dodajemy sporą łyżkę uduszonych wcześniej kurek. Lekko miksujemy, tak, aby dużo warzyw zostało jednak w całości. Doprawiamy solą i pieprzem (bardzo, bardzo ostrożnie, żeby nie stracić słodyczy kalafiora), dodajemy łyżkę gęstej śmietany, posypujemy pokrojonym szczypiorkiem.

Smacznego!!

Małopolski festiwal smaku – subiektywnie

Szukam w sieci relacji z niedzielnego tarnowskiego finału Małopolskiego (w tym roku to już 11 raz ta impreza się odbywa). Idzie mi marnie. Owszem, jest wykaz nagrodzonych produktów i ich twórców, jest wykaz co ważniejszych osób, które się pojawiły, jest trochę zdjęć.

Ale co się właściwie kulinarnie u nas działo?

Powiem – co ja widziałam.

Według plakatów i informacji w lokalnym necie, impreza trwać miała od godz. 10 do 18. Szczegółowo opisano tylko program towarzyszących występów muzycznych.

A wspólne gotowanie, które w każdym mieście festiwalu zapowiadali blogerzy? O tym nigdzie ani słowa. A czy było? Oto jest pytanie.

Ponoć był chłodnik z buraczków; no, może. Ja widziałam tylko tackę pełną połówek ugotowanych na twardo jajek.

Jakaś pani, widać bardziej zorientowana, pytała: – kiedy będzie ten gulasz? Ale ekipa w namiocie gotowania tego nie wiedziała.

Ja słyszałam, jak dwie panie w czerwonych koralach (to znak przynależności do ekipy organizacyjnej, czerwone korale są wylansowanym symbolem Małopolski), mówiły do siebie: – to może zaczniemy przygotowywać szaszłyki?

Zajrzałam na rynek dwukrotnie, koło południa i koło czternastej.

Żar niesamowity, to był jeden z tych najbardziej upalnych dni.

Idzie człowiek wokół kramów i słabo mu się robi na myśl, że można by/trzeba by, coś przekąsić. Ciasto? Miód? Chleb? Nie, nie.

Wędliny? Tylko nie to.

To może choć kawałek ogórka kiszonego? Eeee, nie był zbyt smaczny.

Pieroga? Pierogożerca skusza się. Na cztery sztuki. Są to sztuki malutkie, zupełnie mini, w cenie złociszcza za jednego.

I jak?

Z soczewicą – blee! Niedobre!

Szpinak – mnie smakował.

Ze śliwką, na słodko – chyba najlepsze.

Z baraniną (nazwane kołdunami) – no, nawet, nawet – później okaże się, że to one zwyciężają, w kategorii: dania z legendą – ciekawe, jaka towarzyszyła tym pierożkom opowieść? Może i było to powiedziane, ale nikt tego nie odnotował i pewnie już nigdy się nie dowiemy.

 

Zaglądamy do namiotu kulinarnego, gdzie ponoć mieli gotować blogerzy – nie ma śladu gotowania, nie ma śladu produktów; za wcześnie??

***********

Godzina trzynasta z hakiem.

Żar zwiększył się.

W namiocie kulinarnym – bez zmian.

Idę do kramu z oscypkami, który zlekceważyłam w południe. Ledwie się dogaduję w huku muzycznych występów. Kupuję oscypek w kształcie jelonka i serca. I jeszcze bundz:)

I spylam co prędzej z tego słońca, huku i wielkiej organizacyjnej niewiadomej.

I to by było na tyle w tym roku, jeśli chodzi o festiwal.

Cieniutko.