Lubimy, kiedy w treść książki wplecione zostają przepisy kulinarne, prawda?
Kiedyś to była zaskakująca nowość i każdy zastanawiał się, czy aby na pewno to prawdziwy przepis i można z niego skorzystać; pamiętam, tak było ze sławnym murzynkiem, który piekła Gabrysia w książce M. Musierowicz „Kwiat kalafiora”.
Teraz takie praktyki stały się wręcz modne. Przyznam, że mnie się to osobiście podoba:)
Jeśli to lubicie, to zapraszam do lektury książki „Młyn nad Czarnym Potokiem” autorstwa Anny Szepielak, tarnowianki (to właśnie z uwagi na ten mój rodzinny Tarnów zainteresowałam się twórczością tej autorki).
A więc, proszę bardzo: mamy dwie siostry: Martę i Grażynę oraz Ulę – córeczkę Marty, które w kuchni przyrządzają zupę z soczewicy. Zrobiłam ją! Spokojnie według tego przepisu możecie ją przyrządzić. Jest pyszna.
A czy przypadną wam do gustu bohaterki i sposób narracji autorki?
To już niech się książka broni sama:)

– Ciociu, gotujesz obiadek?
– Zaraz coś wymyślę, kochanie. Lodówka świeci pustkami, ale mamy…. Marchewkę…. Stary ser…. – Zaglądała do kolejnych szuflad. – Resztkę rosołu z niedzieli i chyba nic więcej. Trzeba znowu pójść na zakupy.
– To będzie obiadek?
– Pewnie, że będzie. Chcesz pomóc?
– Oczywiście!
Zamknęła lodówkę, wychyliła się na korytarz i krzyknęła w stronę łazienki:
– Marta! Co planowałaś zrobić na obiad z marchewki i starego sera?
Przez chwilę panowała cisza.
– W szufladzie koło kuchenki jest czerwona soczewica, a w szafce przecier pomidorowy. Zrobimy zupę – usłyszała w końcu głos Marty. – Zaraz przyjdę ci pomóc.
– No tak, zupa soczewicowa – mruknęła z uznaniem.
Zaczęła wyciągać na stół potrzebne składniki. Ula bardzo chciała pomagać, więc okręciła dziewczynkę kuchennym fartuchem, posadziła ją na krześle i wetknęła do rączek marchewkę oraz obieraczkę do warzyw. Sama zabrała się do strugania reszty. Włożyła lateksowe rękawiczki, żeby uniknąć zabarwienia dłoni na pomarańczowo. Zdążyła zetrzeć na metalowej tarce większość marchewki, gdy do kuchni dotarła Marta.
– O, już zaczęłyście? Super.
– Tak! Superrobota! – pisnęła dziewczynka, wymachując mocno postrzępiona marchewką.
– Obieraj, koteczku, bo ja już kończę – sapnęła z wysiłkiem Grażyna.
– To na grubych oczkach, mam nadzieję? – zainteresowała się Marta, zaglądając jej przez ramię.
– Na grubych, tak jak lubisz.
Kupka marchewkowych wiórków powoli rosła, więc Marta zaczęła przygotowywać kolejne składniki. Obrała czosnek, wyszukała w przyprawach suszony koperek i pokroiła w kostkę kilka kromek czerstwego chleba. Kiedy Grażyna uporała się z warzywami, Marta postawiła na gazie resztkę niedzielnego rosołu, dolała odrobinę wody i wsypała odmierzoną ilość soczewicy. Przy okazji musiała wytłumaczyć córce, cóż to za czerwony groszek wrzuca do wrzątku, bo Ula po oddaniu ciotce zmaltretowanej marchewki zainteresowała się garnkiem.
Marta postawiła córkę na niskim stołeczku w pobliżu kuchenki, tak by dziecko mogło wszystko widzieć z bezpiecznej odległości. Delikatnie mieszała gotującą się w rosole soczewicę. W tym czasie Grażyna przesmażyła na oliwie startą marchewkę razem z przecierem pomidorowym i czosnkiem, który Marta przecisnęła przez praskę. Ula bacznie obserwowała, jak ciotka doprawia to solą, pieprzem i suszonym koperkiem, po czym zgęstniałą masę wprost z patelni wrzuca do zupy.
Intensywny zapach pomidorów i czosnku unosił się w całej kuchni. Głodna dziewczynka przełknęła ślinę. Nachyliła się w stronę garnka.
– Już, mamusiu? Już?
– Zaraz, kochanie. Stój prosto, bo spadniesz. – Marta energicznie mieszała, rozpuszczając pomidorową masę w zupie. – Zaraz będzie gotowe. Jeszcze ser.
– Ale ja chcę jeść! Już!
– Za chwilę. – Grażyna , uspakajając małą, wrzucała na ubrudzoną pomidorami patelnię chleb, który Marta wcześniej pokroiła. – Jeszcze zrobimy grzanki i już będziesz jadła.
– Słuchaj, jak to właściwie było z naszą babcią Marysią i z Kazimierą? – spytała nagle Marta, ścierając na małych oczkach tarki resztkę starego parmezanu.
Grażyna odwróciła się od patelni.
– Ale… o co ci chodzi? – zdziwiła się niespodziewanym pytaniem.
– No wiesz, były siostrami. Pamiętam, jak mama opowiadała, że w młodości stanowiły nierozłączną parę, wszystko robiły razem. W końcu różnica wieku między nimi to chyba tylko dwa lata.
– No, mnie o to nie pytaj.
– Uciekła z Polski dość nagle, z tego, co pamiętam. Zostawiła babcię Marysię samą z matką i z całym gospodarstwem. Gdyby babcia nie wyszła tak szybko za mąż, do końca okupacji musiałyby sobie radzić zupełnie same. Myślisz, że miała o to pretensje do siostry?
Grażyna zamarła przy patelni. Dopiero lekki zapach spalenizny przywrócił ja do rzeczywistości. Szybko zgasiła palnik i energicznie przemieszała zbrązowiały chleb.
Przez chwile jadły w ciszy: Ula zachłannie, wyławiając grzanki i plamiąc przy tym fartuch, który miała na sobie, Marta spokojnie, błądząc gdzieś myślami; Grażyna najpierw ostrożnie, jakby potrawa była bardzo gorąca, a później z coraz większym apetytem.
– O matko! Pycha!
– No widzisz. Jedz śmiało, wystarczy na dokładkę.