Mój sztandarowy sos pomidorowy

Jego jedyną tajemnicą są dojrzałe, wygrzane słońcem pomidory i niemal zero dodatków i przypraw; tylko te, które lubię: nieco soli, szczypta dosłownie pieprzu, troszkę masła i cieniutkie półkrążki cebuli. Otrzymujemy gęsty, jasnopomarańczowy sos, jakże inny od ciemnoczerwonych sklepowych słoików – skąd oni biorą taki kolor sosu pomidorowego? A smak mojego sosu jest niezrównany (przynajmniej dla mnie!), pełny naturalnej słodyczy pomidorów i cebuli, a jednocześnie z lekką, kwaśną nutą, zawartą w pomidorach.

Najbardziej go lubię z cienkimi wstążkami tagliatelle, ale jest dobry do wszystkiego, do klopsików, do ziemniaków, kalafiora, fasolki, do mięs….

4-5 dojrzałych pomidorów

1 średnia cebula biała

1-2 łyżki masła

Ok. pół płaskiej łyżeczki soli

Szczypta pieprzu

Pomidory obieramy ze skórki (obieraczką, albo przecinamy na krzyż, przelewamy wrzątkiem i ściągamy skórkę), wykrawamy białą końcówkę. Kroimy pomidory na kawałki.

Cebulę obieramy i kroimy na cieniutkie półkrążki.

W rondlu roztapiamy łyżkę masła, dodajemy cebulę i szklimy ją, mieszając.

Kawałki pomidorów przekładamy do rondla, podlewamy niewielką ilością gorącej wody i dusimy całość, mieszając, aż pomidory rozpadną się, uzupełniając w miarę potrzeby niewielką ilością wody.

Kiedy już powstanie jednolity sos, doprawiamy go solą, pieprzem i łyżką masła.

Jeśli ktoś lubi bardziej aksamitny sos, może go zmiksować.

Smacznego!!!

Niebanalna zupa z kurkami

Przepisy często powstają przypadkiem, na przykład w zależności od tego, jakie produkty zawiera twoja lodówka.

Tak było z dzisiejszą zupą z kurkami.

Miałam kurki.

Chciałam jarzynówkę, taką nowalijkową, z młodych jarzyn.

Kupiłam gotową jarzynkę, taki zestaw: marchewka, pietruszka, kawałek selera, kawałek pora, i owinięte to zostało w liść kapusty włoskiej. Duży, dorodny, ciemnozielony liść – piękny!

Zwykle nie daję do jarzynowej kapusty, a już zwłaszcza włoskiej, ale ten liść był tak świeży i apetyczny, taki chrupiący, że pomyślałam – właściwie, dlaczego nie?

Pokroiłam go dość drobno, podobnie jak i marchewkę, pietruszkę, seler, por, dodałam jeszcze cebulę (w półkrążki), młodego ziemniaka w kostkę i wszystko to wrzuciłam do leciutko osolonej wody. Gotowałam do miękkości.

Wtedy dodałam przygotowane wcześniej kurki: wypłukane, dość grubo pokrojone, podsmażone na maśle, odparowane z płynu, który się wytworzył.

I jeszcze dodałam do zupy szczyptę suszonego czosnku niedźwiedziego, trochę pieprzu i sporą łyżkę gęstej śmietany.

Włoska kapusta wpisała się idealnie w smak zupy.

Prze-pysz-ne!

Zapraszam!

4 złote za garsteczkę kurek

To chyba drogo, co nie?

Ale tak już byłam stęskniona za leśnymi grzybami, że nie zważałam na koszty.

To pierwsze kurki, które zobaczyłam w tym roku. A przecież o tej porze roku, w połowie lipca, powinno ich być zatrzęsienie, już wręcz powinnam być nimi znudzona.

Ale ta susza spowodowała, że grzybów po prostu nie ma.

Te kurki zostaną przeznaczone w połowie do jajecznicy, w połowie na zupę.

Na patelni stopię trochę masła, dodam grubo pokrojone kurki, leciutko osolę i przesmażę, mieszając, aż puszczą sok i ten sok wyparuje. I już będą gotowe do różnych potraw.

A jajecznicę zrobię tak:

Kilka krążków cebuli zeszkli się na maśle, doda przygotowane podsmażone kurki, doda garsteczkę ugotowanego bobu, przesmaży razem i dopiero na tę bazę wbije się jajko (albo i dwa, w zależności od stopnia apetytu), lekko posoli, popieprzy, zetnie się jajko mieszając.

I będzie syte danie obiadowe dla mnie.

Bób według pomysłu siostry Anastazji

Nadszedł czas na próbowanie przepisów z nowej książki siostry Anastazji. Zwłaszcza, że lato w pełni i wszystkie właściwie produkty, jakie by się nie chciało, są w zasięgu ręki. No, może prawie wszystkie. Bo w tym przepisie na bób przewidziane są grzyby, i najlepsze byłyby grzyby leśne. A ich właśnie nie ma, z uwagi na długo już trwającą suszę. No, cóż, weźmiemy pieczarki.

Proporcje – na 2 osoby, wystarczające na syty, letni obiad.

Półlitrowy garnuszek bobu

5 szt pieczarek

1 cebula

1 łyżka posiekanego w kostkę chudego boczku

Sól, pieprz, szczypta kminku

1 łyżka majonezu chrzanowego

Bób gotujemy do miękkości w lekko osolonej wodzie, z dodatkiem kminku.

W tym czasie cebulę obieramy i siekamy, pieczarki obieramy, kroimy w półplastry.

Na patelni wytapiamy kostki boczku, dodajemy cebulę i pieczarki, przesmażamy wszystko, doprawiając lekko solą i pieprzem.

Kiedy bób jest już miękki, odcedzamy go i dodajemy do zawartości patelni, dodajemy majonez, mieszamy i wstawiamy na 10 minut do piekarnika.

(Bób oczywiście można obrać, ale ja wolę taki ze skórką, która jest miękka, dopóki bób jest jeszcze młody. A siostra Anastazja dodawała do potrawy śmietanę, nie majonez, ale ja akurat kupiłam sobie taki benedyktyński sos majonezowy z chrzanem – więc pomyślałam sobie, że to może być fajne zestawienie. Było.)

Zapraszam!

Zakochać się w smakach Podhala?

Zakochać się nietrudno.

W ostatnią niedzielę coroczny Małopolski Festiwal Smaku dotarł do Nowego Targu.

Co roku z wielkim zainteresowaniem śledzę trasę tego festiwalu. Bo promuje kuchnię regionalną i to taką autentyczną. Ale niełatwo jest znaleźć przepisy na zwycięskie potrawy. Ja rozumiem: konkurencja nie śpi, ale z drugiej strony można by naprawdę zacząć popularyzować te regionalne dania; wydruk w jakiejś gazecie, czy zamieszczenie na stronie internetowej.

Zakochać się w smakach przykładowego Podhala nietrudno.

Ale zacząć gotować tak u siebie?

Choćby tylko przy jakiejś okazji?

By chronić dziedzictwo kulturowe?

Organizatorzy! Nie zostawiajcie nas z takim niedosytem!

Na Podhalu zwyciężył przepis z Witowa na moskole z masłem czosnkowym i jagnięcina z rożna ze Szczawnicy.

Dziennikarze uhonorowali nagrodą zupę grzybową z tartymi kluskami z Tylmanowej (oj, intrygują mnie te kluski!).

A w kategorii „Smaki z legendą” zwyciężyły pierogi z bryndzą p. Marii Stopki z Witowa. I to jest propozycja dla mojej kuchni na już. Bo powiem wam, że robiąc pierogi ruskie, zawsze dodaję do sera bryndzę. Kiedyś tam zrobiłam to przez przypadek, bo miałam za mało twarogu, a w lodówce plątała się właśnie bryndza. Zaryzykowałam i okazało się to super! Pierogi nabrały wyrazistości. Smakują wszystkim. To teraz tylko dopracujemy recepturę.

Zajrzałam do netu i okazało się, że p. Stopka z Witowa prowadzi firmę pierogarską, w ofercie ma nagrodzone pierogi z bryndzą i podaje składniki farszu: bryndza owcza, ser wędzony, ziemniaki, cebula. To jesteśmy w domu:)

Niedługo zapraszam na degustację zwycięskiego dania!

A dla pasjonatów autentycznych przepisów podaję wyszperany link do publikacji http://www.leadergorce-pieniny.pl/files/Smaki_Internet.pdf „Smaki gorczańsko-pienińskie” – naprawdę perełka!

Pierwsza kucharka Rzeczpospolitej

Tak mówi się o siostrze Anastazji, autorce kulinarnych bestsellerów, których sprzedaż przekroczyła 3 mln egzemplarzy.

Ja znałam ją głównie z ciast, a właśnie w tych dniach dostałam książkę „Wielka księga specjałów siostry Anastazji” (sałatki, surówki, zupy, mięsa, pierogi…. wiecie, wszystko inne, co nie jest ciastem).

Książka jest dla mnie szczególnie cenna, bo z dedykacją autorki, napisaną w czasie nowosądeckiego spotkania z nią. Zrobiłam sobie skan dedykacji – a co? – w końcu naprawdę go mam – aczkolwiek troszkę jestem zażenowana, bo dedykacja znacznie na wyrost napisana…. 🙂

Próbowałam znaleźć coś więcej o autorce, ale niewiele tego jest.

Nawet przedmowy do jej książek mówią głównie o klasztornej sztuce kulinarnej w Polsce, nie o niej.

W zasadzie to logiczne, bo zakonnica z założenia nie jest gwiazdą, celebrytką, ani czymś tego typu. Ludzie, którzy uczestniczyli w spotkaniu z nią, mówią, że jest skromna i wyciszona, zażenowana próbą medialnego szumu. A tu przyzwyczailiśmy się, że jeśli ktoś ma znane nazwisko, to od razu chcielibyśmy wiedzieć o nim wszystko; co robi, co lubi, co myśli, wiecie, te pytania typu: co sądzi siostra o tym, co o tamtym, co o JOW-ach, a co o chodzeniu w habicie.

Wiemy tylko, że jest zakonnicą ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości, że pracowała jako kucharka dla niepełnosprawnych dzieci, a teraz prowadzi kuchnię wspólnoty Jezuitów w Krakowie.

Wiemy, że kucharką jest świetną i jej książki kulinarne są znakomite.

Tylko tyle? Czy może aż tyle?

W roku, kiedy ona wstępowała do zakonu (w Krakowie), ja zaczynałam studia. Może spotkałyśmy się kiedyś na ulicy?

Zawsze fascynowały mnie zakonne sekrety kulinarne.

W nowej książce wypatrzyłam, póki co, przepis na teraz: bób z grzybami (przepis na zdjęciu)

Będzie na jutrzejszy obiad

Skąd by tu wziąć ową kaffę?

Zastanawiało się nad tym wiele pań domu w XVII-wiecznej Polsce. Kawa robiła furorę.

(zdjęcie allegro.pl)

Upalne tegoroczne lato nie sprzyja kulinarnym eksperymentom. Sprzyja natomiast leniwym popołudniom, przy lekturze, z filiżanką kawy na przykład.

Kiedy myślimy o kawie w literaturze, od razu przychodzi każdemu na myśl „Pan Tadeusz” i jego piękna opowieść o kawiarce w szlacheckim domu. To zna każdy.

Ale czy znacie równie piękny (a może i piękniejszy) opis zalet kawy i sposobów jej parzenia z książki Andrzeja Stojowskiego pt. „W ręku Boga”? To sequel „Trylogii” H. Sienkiewicza.

Spotkamy tu pana Zagłobę, pana Sobieskiego, Krzysię Ketlingową i Basię Wołodyjowską. Oprócz ciekawej i wartkiej akcji, jest dużo pięknych opisów zwyczajów dnia powszedniego. Ot, choćby ten, opowiadający o przyjmowaniu gości. Pan Kotficz, zaufany pana Sobieskiego, podejmuje w swoim domu bohaterów „Trylogii”, podając najnowszą kulinarną ciekawostkę – kawę.

 

„- Zechciej pani –zwrócił się do żony, która dotąd milcząc przysłuchiwała się rozmowie – kazać nam podać kafy, abyśmy się tu mogli przekonać dowodnie o błogosławionych zaiste zaletach onego napoju. My wszyscy – rozejrzał się wkoło pan Kotficz – którym przychodziło mniej czy więcej poznać tureckie obyczaje, ani myślelibyśmy negować, że kafa rozjaśnia umysł, przepędza sen, budzi ducha. Zaiste wiele kafie zawdzięczają Turcy, a my Turkom winniśmy wdzięczność, że owo ziarno niepozornych krzewin wyrosłych w krainie królowej Saby rozpowszechnili, poprzez miasto Caffa w Arabii, gdzie sławny targ na ono ziarno, aż po granice Rzeczpospolitej. A państwo wszyscy, co powiecie? Pokosztujecie kafy?

– Prosimy! Chcemy kafy! – zawołali.

 

– Mówią, że kafa droga, że wielkopański to nawyk, przecie przepłacić kafy nie sposób. Cała rzecz w tym, by warzeniem kafy sposobnym, czy to po polsku z miodem, pod kożuszkiem śmietankowym zapiekanej, czy to kafy mocca, jak ja Turczynowie, czy Arabowie alias Beduiny piją, czy to kafy kapucyńską modą doprawionej czekuladą z utłuczoną korą arboris cinamoni, jak jej w Italiej zażywają radzi, nie ująć kafie wigoru, a przeciwnie, ukrzepić jej nieporównane smaku i aromatów przymioty (…) ciągnął pan Zagłoba, wsłuchując się z lubością w szelest kawowego ziarna sypanego z puszki perskiej, barwistymi emaliami zdobnej, w młynek mosiężny, niczym laska długi. Ułowił zaczem ziarno jedno, poniuchał, obracał w palcach patrząc, czy nie za mocno upalone, aż w gębę biorąc żuł, gorzkawym smakiem widocznie udelektowany. Pan Kotficz tymczasem jął obracać korbką u młynka.

(…) I przypatrywał się uważnie, jak się w tygielki z miedzi pobielanej, wodą zimną wypełnione, sypie miał kawowy, cienki niczym mąka, dokłada po łyżeczce cennego trzcinowego cukru, gdzieś znad Eufratu przywiezionego. Zaczem na żarzących się węglach drzewnych, w piecyku stosownym na stole ustawionym, tygielki owe rozgrzewa się, aż zakipi piana. Drażniący aromat kafy sprawił, że aż Baśka i Krzysia uniosły głowy. Niecierpliwie czekały.

Patrzały, jak wypełniają się kafą błękitne farfurki niezmiernej zapewne rzadkości i ceny, perskiej roboty, jak pan Kotficz zapewniał. Poczęstunek pozwalał zapomnieć o codzienności letniego ogrodu, zwyczajności sąsiedzkich odwiedzin.

Półleżąc w wystawionych na podcienia ganku otomanach, pokrytych barwistymi poduszkami z kosztownych tkanin, wdychając zapach kafy pomieszany z wonnymi aromatami ambry i olejków, bądź pomarańczowych, bądź różanych, unoszących się z tlejących lamp, czuli się przeniesieni w świat tajemniczej, grzesznej lubieżności Orientu, jeszcze nim zdążyli zakosztować słodkiej goryczy wrzącego przed chwilą napoju.

– Oooch! – westchnęła tylko Krzysia, gdy jej nabrzmiałe wargi dotknęły farfurki.

– Tam, do diaska! – wykrzyknęła Baśka, u której w chwilach szczególnych wzruszeń pojawiały się na ustach gminne, stajenne wyrazy.

 

– Jeszcze kafy? A co panie mniemają o zaletach onej? – pytał pan Kotficz uprzejmie.

– Gorzka i parząca! – szczerze odpowiedziała Baśka, główką potrząsnęła, aż dodała z rezolucją wielką: – Ta kafa się nie przyjmie. Po dawnemu dam żurek na kiełbasie warzyć na śniadanie albo piwną polewkę!

Krzysia chwilę nie odpowiadała, wstyd jej było za Baśkę. Zastanawiała się nad odpowiedzią.

– Pozwala nam ta kafa choć chwilę nie pomnieć o dniu powszednim. Przenosi myśli nasze w inny świat, wyśniony. Bliższy nam jak prawdziwy, bo właśnie nasz własny. Kafa to ułuda snu… Choć powiadają, że pono rozbudza. Lecz sądzę, że się kafa przyjmie u nas, będą ją pili wszyscy, co potrafią marzyć….”

Bób z „Kuchni Słowian”

Przepis – bardzo na czasie, jako że mamy właśnie młody bób na targu – pochodzi z książki, którą właśnie dostałam w prezencie: „Kuchnia Słowian” autorstwa Hanny i Pawła Lisów.

O książce jeszcze niewiele mogę powiedzieć, oprócz tego, że zachwyciła mnie szata graficzna: matowy papier, klimatyczne, przytłumione kolory i często jakiś jaskrawy akcent pierwszego planu – piękne!

Przy pierwszym, pobieżnym przeglądaniu, od razu wpadł mi w oko przepis na bób; może dlatego, że jasnozielone, młodziutkie ziarnka właśnie czekały w kuchni na przyrządzenie.

Przepis jest prościutki: gotujemy bób do miękkości, jak zwykle, w osolonej wodzie.

Niedużą cebulę kroimy w kosteczkę.

Na patelni rozgrzewamy smalec ze skwarkami (ja podsmażyłam kosteczki boczku), dodajemy pokrojoną cebulkę, lekko ją zezłacamy i dodajemy 2 łyżki śmietany. Kiedy całość się połączy w coś w rodzaju sosu, dodajemy odcedzony bób, mieszamy, chwilę podgrzewamy.

Ja proponuję całość posypać jeszcze pieprzem ziołowym.

I smacznego!

Deska w kuchni – ważna sprawa!

Mam w kuchni sporo desek, głównie drewnianych, mniejszych, większych, bardzo grubych i cieńszych. Ale nie podoba mi się krojenie na nich mięsa, ryb, warzyw, wszystkiego tego, co sprawia, że deska moknie, trzeba ją myć – a to jej raczej nie służy. Szklane odpadają – nie zniosłabym zgrzytu noża po szkle. Zostały tworzywa sztuczne.

I dawno już zastanawiałam się nad ofertą firmy Joseph&Joseph (specjalizującą się w gadżetach kuchennych z tworzywa). Kiedy odkryłam w moim mieście jej stoisko, przyjrzałam się dokładniej deskom i kupiłam zestaw: stojące etui z czterema kolorowymi deskami z tworzywa: do mięsa, do ryb, do warzyw, do produktów gotowanych, z ładnymi, przydatnymi bardzo wypustkami z odpowiednim obrazkiem.

Mam już ze dwa tygodnie te deski, i powiem wam, że jestem zadowolona. Nie zajmują dużo miejsca, są zawsze pod ręką, świetnie się je wyjmuje, spokojnie myje, bez obaw, że namokną.

Jest jedno ale: czytałam wcześniej opisy, że mało się rysują. Nie wierzcie temu. Rysy są, widać je, ale też nie jest tak, że tworzą się wyżłobienia. Miałam kiedyś taką sztuczną deskę, że ostry nóż wręcz wycinał takie farfocle z tworzywa. Joseph nie jest taki.

W sumie: polecam.

Przepisy z Młyna nad Czarnym Potokiem

Lubimy, kiedy w treść książki wplecione zostają przepisy kulinarne, prawda?

Kiedyś to była zaskakująca nowość i każdy zastanawiał się, czy aby na pewno to prawdziwy przepis i można z niego skorzystać; pamiętam, tak było ze sławnym murzynkiem, który piekła Gabrysia w książce M. Musierowicz „Kwiat kalafiora”.

Teraz takie praktyki stały się wręcz modne. Przyznam, że mnie się to osobiście podoba:)

Jeśli to lubicie, to zapraszam do lektury książki „Młyn nad Czarnym Potokiem” autorstwa Anny Szepielak, tarnowianki (to właśnie z uwagi na ten mój rodzinny Tarnów zainteresowałam się twórczością tej autorki).

A więc, proszę bardzo: mamy dwie siostry: Martę i Grażynę oraz Ulę – córeczkę Marty, które w kuchni przyrządzają zupę z soczewicy. Zrobiłam ją! Spokojnie według tego przepisu możecie ją przyrządzić. Jest pyszna.

A czy przypadną wam do gustu bohaterki i sposób narracji autorki?

To już niech się książka broni sama:)

– Ciociu, gotujesz obiadek?

– Zaraz coś wymyślę, kochanie. Lodówka świeci pustkami, ale mamy…. Marchewkę…. Stary ser…. – Zaglądała do kolejnych szuflad. – Resztkę rosołu z niedzieli i chyba nic więcej. Trzeba znowu pójść na zakupy.

– To będzie obiadek?

– Pewnie, że będzie. Chcesz pomóc?

– Oczywiście!

Zamknęła lodówkę, wychyliła się na korytarz i krzyknęła w stronę łazienki:

– Marta! Co planowałaś zrobić na obiad z marchewki i starego sera?

Przez chwilę panowała cisza.

– W szufladzie koło kuchenki jest czerwona soczewica, a w szafce przecier pomidorowy. Zrobimy zupę – usłyszała w końcu głos Marty. – Zaraz przyjdę ci pomóc.

– No tak, zupa soczewicowa – mruknęła z uznaniem.

Zaczęła wyciągać na stół potrzebne składniki. Ula bardzo chciała pomagać, więc okręciła dziewczynkę kuchennym fartuchem, posadziła ją na krześle i wetknęła do rączek marchewkę oraz obieraczkę do warzyw. Sama zabrała się do strugania reszty. Włożyła lateksowe rękawiczki, żeby uniknąć zabarwienia dłoni na pomarańczowo. Zdążyła zetrzeć na metalowej tarce większość marchewki, gdy do kuchni dotarła Marta.

– O, już zaczęłyście? Super.

– Tak! Superrobota! – pisnęła dziewczynka, wymachując mocno postrzępiona marchewką.

– Obieraj, koteczku, bo ja już kończę – sapnęła z wysiłkiem Grażyna.

– To na grubych oczkach, mam nadzieję? – zainteresowała się Marta, zaglądając jej przez ramię.

– Na grubych, tak jak lubisz.

Kupka marchewkowych wiórków powoli rosła, więc Marta zaczęła przygotowywać kolejne składniki. Obrała czosnek, wyszukała w przyprawach suszony koperek i pokroiła w kostkę kilka kromek czerstwego chleba. Kiedy Grażyna uporała się z warzywami, Marta postawiła na gazie resztkę niedzielnego rosołu, dolała odrobinę wody i wsypała odmierzoną ilość soczewicy. Przy okazji musiała wytłumaczyć córce, cóż to za czerwony groszek wrzuca do wrzątku, bo Ula po oddaniu ciotce zmaltretowanej marchewki zainteresowała się garnkiem.

Marta postawiła córkę na niskim stołeczku w pobliżu kuchenki, tak by dziecko mogło wszystko widzieć z bezpiecznej odległości. Delikatnie mieszała gotującą się w rosole soczewicę. W tym czasie Grażyna przesmażyła na oliwie startą marchewkę razem z przecierem pomidorowym i czosnkiem, który Marta przecisnęła przez praskę. Ula bacznie obserwowała, jak ciotka doprawia to solą, pieprzem i suszonym koperkiem, po czym zgęstniałą masę wprost z patelni wrzuca do zupy.

Intensywny zapach pomidorów i czosnku unosił się w całej kuchni. Głodna dziewczynka przełknęła ślinę. Nachyliła się w stronę garnka.

– Już, mamusiu? Już?

– Zaraz, kochanie. Stój prosto, bo spadniesz. – Marta energicznie mieszała, rozpuszczając pomidorową masę w zupie. – Zaraz będzie gotowe. Jeszcze ser.

– Ale ja chcę jeść! Już!

– Za chwilę. – Grażyna , uspakajając małą, wrzucała na ubrudzoną pomidorami patelnię chleb, który Marta wcześniej pokroiła. – Jeszcze zrobimy grzanki i już będziesz jadła.

– Słuchaj, jak to właściwie było z naszą babcią Marysią i z Kazimierą? – spytała nagle Marta, ścierając na małych oczkach tarki resztkę starego parmezanu.

Grażyna odwróciła się od patelni.

– Ale… o co ci chodzi? – zdziwiła się niespodziewanym pytaniem.

– No wiesz, były siostrami. Pamiętam, jak mama opowiadała, że w młodości stanowiły nierozłączną parę, wszystko robiły razem. W końcu różnica wieku między nimi to chyba tylko dwa lata.

– No, mnie o to nie pytaj.

– Uciekła z Polski dość nagle, z tego, co pamiętam. Zostawiła babcię Marysię samą z matką i z całym gospodarstwem. Gdyby babcia nie wyszła tak szybko za mąż, do końca okupacji musiałyby sobie radzić zupełnie same. Myślisz, że miała o to pretensje do siostry?

Grażyna zamarła przy patelni. Dopiero lekki zapach spalenizny przywrócił ja do rzeczywistości. Szybko zgasiła palnik i energicznie przemieszała zbrązowiały chleb.

Przez chwile jadły w ciszy: Ula zachłannie, wyławiając grzanki i plamiąc przy tym fartuch, który miała na sobie, Marta spokojnie, błądząc gdzieś myślami; Grażyna najpierw ostrożnie, jakby potrawa była bardzo gorąca, a później z coraz większym apetytem.

– O matko! Pycha!

– No widzisz. Jedz śmiało, wystarczy na dokładkę.