Będąc w Wąchocku, warto spróbować miejscowych tradycyjnych wędlin: kiełbasy hycowanej i szynki sznurowanej.
Dokumenty źródłowe wskazują, że początki produkcji wędliniarskiej i
rzeźniczej w Wąchocku sięgają czasów przedwojennych. W 1932 roku Stefan Nowak złożył przed komisją
egzaminacyjną w Kielcach egzamin czeladniczy w zawodzie
rzeźniczo-wędliniarskim. Zdobytą wiedzę i umiejętności posiadł od swojego ojca,
który w latach 20. i 30. XX w. prowadził uboje oraz sprzedaż mięsa i wędlin w
sklepie w Wąchocku przy ul. Kolejowej. Lata wojny to czas, w którym uboje i
proste wyroby wędliniarskie robiono w konspiracji, dla potrzeb rodziny i
zaufanej, niewielkiej grupy mieszkańców Wąchocka. Dopiero po wojnie 1945 r., po
uzyskaniu „karty rzemieślniczej” zezwalającej na prowadzenie działalności
rzeźniczo-wędliniarskiej, rozwinął się skup i ubój trzody i bydła z okolicznych
wsi.
W latach 70. po rozbudowie zakładu wyroby stały się powszechne na rynku w Starachowicach, Skarżysku i okolicy. Wśród mieszkańców utarł się zwyczaj, że na wszelkie święta i uroczystości rodzinne bierze się wyroby swojskie „od Nowaka”. Popyt na produkty robione w rodzinnych firmach (prosto od rzeźnika) tradycyjnymi metodami dziś staje się coraz powszechniejszy. Decydują o tym doświadczenia rodzinne oraz przekazywane z pokolenia na pokolenia przepisy i receptury.
Kiełbasa swojska hycowana (czyli wędzona) wykonana jest według rodzinnej receptury.
Napełniana jest w naturalne jelito wieprzowe i wędzona w gorącym dymie z
drewna liściastego, olchowo-dębowego. Jest lekko pomarszczona. Posiada specyficzny
i bardzo intensywny zapach wędzenia oraz naturalnych przypraw, szczególnie
czosnku. Na przekroju ma „oczko” – charakterystyczną cechę dla wyrobów
peklowanych samą solą (bez saletry).
Produkt wpisany na listę produktów tradycyjnych w 2010 roku w kategorii Produkty mięsne w woj. świętokrzyskim. Kiełbasę w Wąchocku przygotowywano zawsze po uboju świń, przeważnie 2-3 razy w tygodniu. Było to związane z jarmarkami odbywającymi się w Wierzbniku, na których sprzedawano ten produkt.
Szynkę sznurowaną z Wąchocka cechuje specyficzny smak i zapach
charakterystyczny dla szynki gotowanej i wędzonej z delikatnym bukietem
zastosowanych przypraw oraz z białym wianuszkiem tłuszczu na obwodzie.
Produkt wpisany na listę
produktów tradycyjnych w 2010 roku w kategorii Produkty mięsne w woj.
świętokrzyskim.
Do przygotowania szynki sznurowanej wąchockiej wykorzystuje się udziec wieprzowy. Mięso naciera się mieszanką peklującą, układa w kamiennych peklownikach i pozostawia w ziemnej piwnicy na jeden do dwóch dni. Następnie przygotowuje się marynatę, w skład której wchodzi mieszanka peklująca, ziele angielskie, goździki, liść laurowy, rozmaryn oraz kolendra. Mięso zalewa się marynatą i przyciska dębową deską. Pozostawia się je na 10-20 dni. Po wyjęciu szynki osusza się ją na drewnianych kratkach. Mięso sznuruje się szpagatem, tak aby przybrało kształt zbliżony do walca. Następnie wędzi się stosując drewno dębowe i olchowe przez 1,5 do 2,5 godziny, aż szynka stanie się ciemnobrązowa. Po uwędzeniu parzy się ją w wodzie przez 1,5 do 2,5 godzin, a następnie studzi w zimnej wodzie przez 15-30 minut.
Myślę, że według tego opisu można by się pokusić o własnoręczne przygotowanie szynki domowej:)
Tym razem są to pierogi, których recepturę opracowali bracia cystersi z Wąchocka w Świetokrzyskiem. Głównym twórcą i pomysłodawcą receptury był brat Tymoteusz, obecnie przeor i ekonom klasztoru.
Są to pierogi ruskie, tyle że doprawione jakoś tak, że są niezwykłe. Nadzienie jest bardzo kremowe, ciasto w sam raz, ani za grube, ani za cienkie. Na wielkość – to są pierogi, nie żadne tam pierożki, duże, ładnie zawijane, widać, że ręcznie robione, bo każdy jest nieco innej wielkości. Powiem wam, że naprawdę smaczne.
Pierogi można spróbować w kawiarni cysterskiej, w murach wąchockiego klasztoru.
Kawiarenka mieści się w dawnej kancelarii Domu Opata. Do dyspozycji pielgrzymów i turystów przygotowano w sumie 30 miejsc. Ściany kawiarni ozdobione są freskami, które tworzą tematyczną całość w myśl maksymy, która towarzyszy mnichom od ponad 900 lat: „Ora et labora” – módl się i pracuj. O. Tymoteusz tłumaczy jednak, że pełne znaczenie tej maksymy to: „Módl się i pracuj, i nie bądź smutny”. „Kawiarnia cysterska” w sezonie letnim czynna jest od poniedziałku do soboty w godz. 9.30-20.00, w niedzielę i święta: 14.30-20.00.
Zakonnicy podkreślają, że pomysł utworzenia kawiarni związany jest jednym z istotnych charyzmatów cysterskich, jakim jest gościnność. – Z roku na rok nasz klasztor odwiedza coraz więcej turystów. Grupy, które odwiedzają te tereny zawsze trafiają także do nas, a w samym Wąchocku trudno było znaleźć miejsce, gdzie można na chwilę usiąść, odpocząć, coś zjeść czy też napić się kawy – opowiadają zakonnicy. Oprócz dobrej kawy i słodkości serwowane są także dania barowe, w tym „pierogi mnicha”, które mają szansę stać się sztandarową potrawą.
– Staramy się, by wszystko było wykonane z własnych produktów. To, co uprawiamy w naszym ogrodzie: cebulę, cukinię czy ziemniaki wykorzystujemy, przygotowując dania dla pielgrzymów i turystów – mówi o. Tymoteusz.
Bo św. Jacek, dominikanin, to taki
święty, który nie tylko głosił ludziom (głównie ubogim) Dobrą Nowinę, ale i
karmił ich, właśnie pierogami.
W Krakowie i Dominikanie i władze miasta pamiętają o tej tradycji i co roku organizowany jest festiwal pierogów. Dawniej lubiłam tam wtedy być i podpatrywać pomysły na farsz. Teraz staram się na dzień św. Jacka wypróbować jakiś nowy przepis, właśnie na farsz. W tym roku postanowiłam zrobić ten farsz, który podała mi p. Teresa z Marcinkowa na gołąbki. Pierogi z tym farszem są, równie jak gołąbki, pyszne!
Farsz
6 ziemniaków
15 dag boczku
1 duża cebula
sól, pieprz, majeranek
Ciasto na
pierogi
ok. 30 dag mąki
szczypta soli
1 jajko
ok pół szklanki ciepłej wody
Zaczynamy od
farszu.
Boczek i
cebulę pokroić w kostkę, podsmażyć na patelni (ma być sporo tłuszczu)
Obrane
ziemniaki utrzeć na drobnej tarce i nie odciskając ich, przełożyć na patelnię z
boczkiem. Wymieszać, doprawić solą, pieprzem, majerankiem i smażyć, mieszając,
aż masa będzie gęsta.
Teraz masa
sobie stygnie, a my robimy ciasto na pierogi. Według przepisu mojej babci robi
się go tak:
Mąkę
wysypujemy na stolnicę, dodajemy sól, robimy w mące dołek, wbijamy jajko i
zaczynamy wyrabiać ciasto, dolewając po trochu wodę. Ma być błyszczące,
sprężyste i nie lepić się do rąk. Kiedy już takie będzie, ma sobie odpocząć.
Potem robimy z ciasta wałeczek, kroimy na równe kawałki, każdy kawałek
rozwałkowujemy.
A potem to
już jak każde pierogi: każdy krążek ciasta nadziewamy nadzieniem, zlepiamy
brzegi i wrzucamy partiami na wrzącą, osoloną wodę. Lekko i delikatnie mieszamy
łyżką, żeby oderwały się od dna. Gotujemy 2-3 minuty (w zależności od
wielkości) od momentu, kiedy wypłyną na powierzchnię wody. Odcedzamy łyżką
cedzakową.
Odgrzewane, przyrumienione są równie
pyszne jak te prosto z wody (niektórzy uważają, że odgrzewane są lepsze).
Kiedy tylko pojawiały się w lecie grzyby, babcia i mama robiły na obiad makaron (domowy!), mieszając go z siekanymi grzybami. Potrawa przywędrowała do Małopolski wraz z nimi, ze Starachowic. A ponieważ mieszkały tam pod lasem, potrawa bardzo często pojawiała się w domu na stole.
Proporcje dostosowuje się indywidualnie, zależy na
ile osób przygotowuje się obiad. Ilości składników poniżej wystarczą na 2-3
osoby. Grzyby też mogą być różne; lubię używać mieszanych, bo każdy rodzaj grzybów
ma swój specyficzny smak i wymieszane tworzą miłą smakowo kompozycję.
4 czerwone kozaczki
2 duże prawdziwki
mała garść kurek
1 cebula
25 dag makaronu nitki masło i olej 1 łyżka mąki sól, pieprz
Grzyby
oczyścić, szybko wypłukać (nie moczyć!).
Zagotować osoloną wodę, wrzucić grzyby, obgotować przez ok. 15 minut.
Odcedzić, ostudzić.
Posiekać drobniutko.
Posiekaną w kostkę cebulę przesmażyć na maśle i oleju, dodać łyżkę mąki,
posiekane grzyby, doprawić solą i pieprzem, chwilę przesmażyć.
W dużej ilości osolonej wody ugotować makaron al dente. Odcedzić.
Skoro już pojawiły się i prawdziwki i kurki, to i pokusa zupy grzybowej okazała się nieodparta. Co prawda, priorytetem jest teraz dla mnie suszenie grzybów na zimę, ale jednego prawdziwka można poświęcić na zupę:) Tak też zrobiłam
1 spory prawdziwek
mała garść kurek
2-3 boczniaki
kilka prawdziwków suszonych
1 cebula
1 ziemniak
łyżka drobnego makaronu
1-2 łyżki gęstej śmietany
łyżka oleju, łyżka masła
sól, pieprz, szczypta czosnku niedźwiedziego
Suszone grzyby namoczyć w małej ilości
wody.
Świeże grzyby i cebulę posiekać w
kostkę, wrzucić na rozgrzane w rondlu olej i masło, przesmażyć. Zalać wodą,
dodać pokrojonego w kostkę ziemniaka, zagotować, zmniejszyć płomień, wrzucić
makaron oraz pokrojone namoczone suszone grzyby wraz z płynem z moczenia i
gotować wszystko do miękkości.
Doprawić przyprawami, dodać śmietanę, dokładnie
roztrzepać.
Moja niemal codzienna sałatka w lecie, kiedy pomidory są tak pełne smaku i domowe małosolne kuszą, zerkając ze słoja! Zrobienie sałatki to maximum 20 minut, a jaka jest pyszna! Zapraszam!
garść kaszy kuskus
1 jajko
2 pomidory
1 cebula
1 ogórek kiszony małosolny
kawałek twarożku
2 łyżki majonezu
sól, pieprz
Wstawiamy jajko i gotujemy na twardo i
kroimy w kostkę.
Suchą kaszę wsypujemy do miski, lekko solimy, zalewamy wrzątkiem, tak by była całkowicie zakryta, przykrywamy miskę pokrywką.
Cebulę kroimy w drobniutką kosteczkę, pomidory,
ogórek i twarożek trochę grubiej.
Teraz zaglądamy do kaszy; powinna już
wchłonąć wodę. Mieszamy ją widelcem, by rozdzielić ziarenka. Dodajemy do kaszy
wszystkie pokrojone składniki, doprawiamy i mieszamy z majonezem.
Mile widziana zielenina: szczypiorek czy
pietruszka, ale akurat u mnie „wyszły”.
pielęgnuje nie tylko pamięć o dawnym gospodarstwie wiejskim, ale i chroni dziedzictwo kulinarne przodków. Żona p. Jaruszewicza, Teresa, podyktowała mi unikalny, lokalny przepis na gołąbki z nadzieniem ziemniaczanym, który od lat, po dziś dzień, pojawia się na jej stole.
Dziękuję!
Przepis prosty, a przepyszny! Zobaczcie sami:
Z podanych niżej proporcji składników wyszło mi osiem niezbyt dużych gołąbków
60 dag ziemniaków
30 dag boczku
1 duża cebula
sól, pieprz, majeranek
kapusta na gołąbki
Przygotować liście kapusty, jak na każde gołąbki,
oddzielając je w gorącej wodzie od główki (z której wycięliśmy głąb), ściąć
gruby nerw z każdego liścia
Boczek i cebulę pokroić w kostkę, podsmażyć na patelni
(ma być sporo tłuszczu)
Obrane ziemniaki utrzeć na drobnej tarce i nie odciskając ich, przełożyć na patelnię z boczkiem. Wymieszać, doprawić solą, pieprzem, majerankiem i smażyć, mieszając, aż masa będzie gęsta.
Przestudzić, po czym formować gołąbki i dusić je w
dużym rondlu, podlane osoloną wodą, aż liście kapusty zmiękną.
Podawać z sosem, np. grzybowym.
O grzyby w tym roku trudno, z uwagi na suszę,
zrobiłam więc sos pomidorowy z dodatkiem pieczarek.