Szukając opisów Wigilii, cofamy się jeszcze dalej w czasie; mamy lata międzywojenne, jesteśmy w Świętokrzyskiem, w Chybicach, w chłopskiej chacie. Opisał ją w autobiograficznej powieści Stanisław Orzeł. Znalazłam tę jego książkę – „Pod Łysicą” – w genealogicznych poszukiwaniach swoich świętokrzyskich korzeni. Chybice są „nasze”; żyli tu moi powinowaci.
Ta chybicka wigilia jest uboga; nie ma choinki, nie ma szopki, nie ma prezentów. Ale jest snop słomy w izbie i są śpiewane przez wszystkich kolędy!

Wigilia nazywała się u nas dziwacznie „wielijo”. Nigdy nie wiedziałem, co to znaczy. Do szkoły nikt nie szedł, bo była zamknięta. Kiedy wstałem, na ławie pod piecem i na tej, na której jadamy, leżały już duże bochenki białego placka. Z wierzchu były ciemniejsze, spod spody białe, a u niektórych z boku wyrastała „gęba” i wyraźnie śmiała się do nas, jakby prosiła, aby ją oderwać. Ale nie było wolno.
– Niech cie ręka bosko broni – upominała matka. – Placki z mlekiem som i smarowane jojkiem, zaroz by ci zęby powylotały.
Patrzeć nie mogłem na te placki. Urwałbym na pewno taką „gębę” i zjadł, ale te baryły, Zośka i Baśka, pilnowały mnie najlepiej. Jak tylko co , to zaraz w krzyk:
– Mama, Stasek bierze!
A same to „rypały” po kawałeczku i nic. Im można bo jeszcze małe. I żeby chociaż barszcz był na śniadanie, a tu nic. Jeść nie można aż dopiero wieczorem. Szczęście matka ulitowała się i dała herbaty, ale chleb był tylko czarny i suchy.
Kiedy potem położyłem czarny bochen obok tych białych, to aż się tamte jakby odsunęły od niego. Prędko zabrałem go z ławy, bo i mnie żal było czarnego, powszedniego chleba.
Biedny, czarny chleb.
W piecu paliło się już na drugie pieczenie. Też placki. Dużo ich będzie, ale musza wystarczyć aż do Trzech Króli. Muszą, a przecież nie wystarczyły i w Trzech Króli musieliśmy przeprosić nasz czarny chleb.
W domu , choć dużo ludzi, każdy dostał robotę. Nawet Kazik, który przyjechał na święta, rżnął sieczkę z Józkiem. Pobiegłem im pomagać. Pchałem słomę do sieczkarni, ale więcej słuchałem, co sobie opowiadali o mieście. A Kazik mówił ładniej niż sam Ciarupa, jakby z książki czytał. I nikt się z niego nie śmiał , chociaż mówił „po pańsku”. Lubiłem takiej mowy słuchać: była jak biały placek, a nasza jak ten czarny chleb, który musiałem jeść na śniadanie.
Wieczór już był, ciemniało, a matka z Maryną jeszcze swojego nie zrobiły. Józek zakończył mnie właśnie strzyc, ku ogólnej wesołości, bo powystrzygał na mojej głowie to drabinę, to pokosy siana, to pole nierówno w skiby zaorane. Każdy widział co innego. Nic mnie to jednak nie obchodziło . Co znaczyły schody na głowie wobec zapachu racuchów smażonych na oleju.
Byłem głodny i ogromnie zły na zakaz jedzenia. Toteż gdy Maryna zawołała mnie do robienia „kołeczków” (takie kluski z ciasta), szepnąłem jej na ucho, że będę robił, ale ma mi dać natychmiast dwa racuchy. O jednym w ogóle słyszeć nie chciałem. Muszą być dwa i koniec. Dała. Zjadłem je w ciemnej sieni. Gorące były, ale jakie smaczne! Grzech – to prawda, ale obiecałem Panu Bogu zmówić za to dwa pacierze po kolacji. Matka nie widziała , bo karmiła akurat małego Jurka, aby nie przeszkadzał, gdy będziemy jedli.
A ja potem z nosem spłaszczonym o oddmuchaną z mrozu szybę wpatrywałem się w kawałek nieba na wprost kuchennego okna.
– Jest, jest już – krzyknąłem. – Jest pierwsza gwiazda!
Nareszcie. Codzienna ława wydała mi się wspaniałym stołem, chociaż wkoło niej staliśmy wszyscy ci sami, każdy ze swoją łyżką zaznaczoną kreską lub kółkiem. Ojciec też w ten jeden dzień w roku siedział razem z nami przy naszej kulawej trochę ławie. Właściwie to z początku łyżkę trzymałem tylko ja i dwie małe siostry. Wszyscy inni byli jacyś spokojni i nieśmiali. Podejrzewałem ich, że na pewno nie są głodni, na pewno „podsmycyły” już czego. Musiałem jednak i ja łyżkę położyć, bo matka przyniosła z pokoju całą paczkę opłatków. Teraz dopiero zobaczyłem, że były na dużym placku, leżącym na sianie i przykrytym białym płótnem. Każdy z nas otrzymał po połówce lub trochę więcej opłatka. Staliśmy wszyscy przy ławie. Nikt nikomu nie dawał łamać opłatka, dopóki ojciec nie zaczął.
Słuchaliśmy wszyscy w skupieniu, jak ojciec mówił do matki głośno, wyraźnie:
– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony, żebyś się poprawieła i wiency myślała o gospodarce.
– A juści, bo to mało myśle – zaczęła matka, ale urwała zaraz i podsunęła ojcu swój opłatek, a gdy łamał go malutkimi kawałeczkami, mówiła tak samo wolno i wyraźnie:
– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony… a żebyś się nie złościeł, nie zemścieł i mnie nie bieł i …
– Te, jucho – nie wytrzymał ojciec – cóz ty znowu z tym biciem wyjezdzos. Jak ci …
Pomiarkował się jednak i zakończył dobrotliwie:
– Dobrze, dobrze, zobocymy, ale ci dzisioj obiecuje, ze bieł nie bede. A teroz , ty Józek.
I zaraz podzieliliśmy się na dwie grupy. Jednym życzył ojciec, drugi matka, a potem zmiana i dopiero na końcu my między sobą. Każdy musiał najpierw wymienić i to koniecznie – inaczej nie byłoby ważne – to co najważniejsze: szczęścia, zdrowia, fortuny i korony w niebie, a potem dopiero mógł dołożyć na końcu swoje życzenia. A życzenia były różne. Józkowi i Marynie życzył ojciec, aby dobrze krów i konia pilnowali, Kazikowi i mnie, abyśmy się dobrze uczyli, a naszym siostrom, aby rosły duże. Wszystkim nam, abyśmy o rodzicach nie zapomnieli. Cały czas powtarzałem sobie w pamięci: „zdrowia, szczęścia, fortuny” – i udawało mi się potem powiedzieć prędko i bez zająknienia, a o to najwięcej chodziło.
Najpierw jedliśmy barszcz z grzybów z plackiem a potem śledzia. Następnie szły po kolei: kasza, fasola, kapusta, paluszki, czyli „kołki” z makiem posypane cukrem, pierogi z kapusty z olejem, ptasie mleko, soporek i w końcu racuchy z herbatą z cukrem.
Matka nie siedziała z nami. Dokładała jedzenia. Z każdej potrawy brała kilka łyżek do żeleźniaka stojącego pod ławą – dla krów. Sama pojadała trochę, stojąc. Nikt się nie kłócił przy jedzeniu. Każdy jadł, ile chciał, ale musiał wszystkiego choćby po jednej łyżce zjeść – bo inaczej grzech. Trzeba było tylko łyżki dobrze oblizywać, gdy matka stawiała nowe jedzenie.
Ptasie mleko to był sok z maku wyciskany wałkiem od maglownicy, a w tym makowym mleku ugotowana była tylko jedna garść jaglanej kaszy. Z cukrem smakowało mi to ptasie mleko bardzo. Żaden ptak mleka nie daje, więc po co tak śmiesznie nazywać.
Soporku matka nagotowała pół dzieżki, tylko też był trochę oszukański, bo z sacharyną. Ale śliwki i gruszki gotowane, aby tylko było ich dużo, to i z sacharyną smakują i chronią od boleści – tłumaczyła nam zawsze matka.
Najsmaczniejsze jednak były racuchy. Wyrośnięte, posypane cukrem, te bardziej przysmażone trzeszczały w zębach i „same się jadły”. Przy śledziu była też i wódka, ale pił sam ojciec i to tylko trochę. Widziałem, że przyglądał się butelce i miał wielką ochotę wypić wszystko, ale matka zabrała zaraz wódkę do szafy. Aż dziw brał, że ojciec nie zaklął. Niechby tak spróbowała w inny dzień schować – strach pomyśleć, co by to było.
Jak tylko dopiliśmy herbatę, ojciec przydźwigał do kuchni wielki snop słomy. Toż to była uciecha! Ojciec położył słomę pod oknem. Każdy brał garść i rzucał za belki sufitu. Zaraz też cała kuchnia i pokój przystrojone były to długimi źdźbłami, to całymi garściami słomy. Pachniało w domu stodołą i polem we żniwa. Resztę matka podmiotła i zrobiła wygodne posłanie.
To było dla nas. Wywijaliśmy na nim kozły i nawet dochodziło do bójki o lepsze miejsce. Słomę można było wyrzucić dopiero w drugi dzień świąt, a tę zza belek dopiero w Nowy Rok. Wtedy robiło się z niej krzyż i stawiało na polu żyta, aby duże rosło i aby je grad nie wybił we żniwa.
Mały snopek z przyniesionej słomy odebrał zaraz na początku Józek i razem z Maryną i Kazikiem wybiegli do ogrodu. Pobiegłem i ja za nimi, chociaż mnie nikt nie prosił, bo co tam ja dla nich? Po słomie się turlam, tom smarkacz i nic mi do wiązania drzew. Ale ja poszedłem i chociaż tylko cieniutką śliwkę i gałąź bzu, ale zawsze związałem.
Mróz skrzypiał pod nogami, gwiazdy mrugały do nas z nieba, jakby i one miały „wielijo”, a we wszystkich sadach rozlegały się wesołe krzyki, a ze wszystkich okien błyszczały światła. Cała wieś i wszystkie wsie naokoło śpiewały. To było prawdziwe święto, bez smutku, bez pomstowania, bez bicia. Wszystko się wszystkim zapomniało i wszędzie w chałupach było jak w kościele.
Tymczasem w izbie słychać już było głos ojca, który zaczynał śpiewać „Wśród nocnej ciszy”. Wpadliśmy razem do kuchni i zaczęło się prawdziwe śpiewanie. A potem każdy mył się po kolei, a dobrze, bo następne święta będą dopiero za trzy miesiące. Spałem tej nocy długo. Zamiast anioła, który w tę noc każdego odwiedza – jak mówiła babka Franciszka – śniły mi się tylko racuchy. Ojciec przynosił je z pola w workach i sypał w kuchni aż pod powałę – duże, pachnące, pocukrowane.
















