Wielijo pod Łysicą

Szukając opisów Wigilii, cofamy się jeszcze dalej w czasie; mamy lata międzywojenne, jesteśmy w Świętokrzyskiem, w Chybicach, w chłopskiej chacie. Opisał ją w autobiograficznej powieści Stanisław Orzeł. Znalazłam tę jego książkę – „Pod Łysicą” – w genealogicznych poszukiwaniach swoich świętokrzyskich korzeni. Chybice są „nasze”; żyli tu moi powinowaci.

Ta chybicka wigilia jest uboga; nie ma choinki, nie ma szopki, nie ma prezentów. Ale jest snop słomy w izbie i są śpiewane przez wszystkich kolędy!

Wigilia nazywała się u nas dziwacznie „wielijo”. Nigdy nie wiedziałem, co to znaczy. Do szkoły nikt nie szedł, bo była zamknięta. Kiedy wstałem, na ławie pod piecem i na tej, na której jadamy, leżały już duże bochenki białego  placka. Z wierzchu były ciemniejsze, spod spody białe, a u niektórych z boku wyrastała „gęba” i wyraźnie śmiała się do nas, jakby prosiła, aby ją oderwać. Ale nie było wolno.

– Niech cie ręka bosko broni – upominała matka. – Placki z mlekiem som i smarowane jojkiem, zaroz by ci zęby powylotały.

Patrzeć nie mogłem na te placki. Urwałbym na pewno taką „gębę” i zjadł, ale te baryły, Zośka i Baśka, pilnowały mnie najlepiej. Jak tylko co , to zaraz w krzyk:

– Mama, Stasek bierze!

A same to „rypały” po kawałeczku i nic. Im można bo jeszcze małe. I żeby chociaż barszcz był na śniadanie, a tu nic. Jeść nie można aż dopiero wieczorem. Szczęście matka ulitowała się i dała herbaty, ale chleb był tylko czarny i suchy.

Kiedy potem położyłem czarny bochen obok tych białych, to aż się tamte jakby odsunęły od niego. Prędko zabrałem go z ławy, bo i mnie żal było czarnego, powszedniego chleba.

Biedny, czarny chleb.

W piecu paliło się już na drugie pieczenie. Też placki. Dużo ich będzie, ale musza wystarczyć aż do Trzech Króli. Muszą, a przecież nie wystarczyły i w Trzech Króli musieliśmy przeprosić nasz czarny chleb.

W domu , choć dużo ludzi, każdy dostał robotę. Nawet Kazik, który przyjechał na święta, rżnął sieczkę z Józkiem. Pobiegłem im pomagać. Pchałem słomę do sieczkarni, ale więcej słuchałem, co sobie opowiadali o mieście. A Kazik mówił ładniej niż sam Ciarupa, jakby z książki czytał. I nikt się z niego nie śmiał , chociaż mówił „po pańsku”. Lubiłem takiej mowy słuchać: była jak biały placek, a nasza jak ten czarny chleb, który musiałem jeść na śniadanie.

Wieczór już był, ciemniało, a matka z Maryną jeszcze swojego nie zrobiły. Józek zakończył mnie właśnie strzyc, ku ogólnej wesołości, bo powystrzygał na mojej głowie to drabinę, to pokosy siana, to pole nierówno w skiby zaorane. Każdy widział co innego. Nic mnie to jednak nie obchodziło . Co znaczyły schody na głowie wobec zapachu racuchów smażonych na oleju.

Byłem głodny i ogromnie zły na zakaz jedzenia. Toteż gdy Maryna zawołała mnie do robienia „kołeczków” (takie kluski z ciasta), szepnąłem jej na ucho, że będę robił, ale ma mi dać natychmiast dwa racuchy. O jednym w ogóle słyszeć nie chciałem. Muszą być dwa i koniec. Dała. Zjadłem je w ciemnej sieni. Gorące były, ale jakie smaczne! Grzech – to prawda, ale obiecałem Panu Bogu zmówić za to dwa pacierze po kolacji. Matka nie widziała , bo karmiła akurat małego Jurka, aby nie przeszkadzał, gdy będziemy jedli.

A ja potem z nosem spłaszczonym o oddmuchaną z mrozu szybę wpatrywałem się w kawałek nieba na wprost kuchennego okna. 

– Jest, jest już – krzyknąłem. – Jest pierwsza gwiazda!

Nareszcie. Codzienna ława wydała mi się wspaniałym stołem, chociaż wkoło niej staliśmy wszyscy ci sami, każdy ze swoją łyżką zaznaczoną kreską lub kółkiem. Ojciec też w ten jeden dzień w roku siedział razem z nami przy naszej kulawej trochę ławie. Właściwie to z początku łyżkę trzymałem tylko ja i dwie małe siostry. Wszyscy inni byli jacyś spokojni i nieśmiali. Podejrzewałem ich, że na pewno nie są głodni, na pewno „podsmycyły” już czego. Musiałem jednak i ja łyżkę położyć, bo matka przyniosła z pokoju całą paczkę opłatków. Teraz dopiero zobaczyłem, że były na dużym placku, leżącym na sianie i przykrytym białym płótnem. Każdy z nas otrzymał po połówce lub trochę więcej opłatka. Staliśmy wszyscy przy ławie. Nikt nikomu nie dawał łamać opłatka, dopóki ojciec nie zaczął.

Słuchaliśmy wszyscy w skupieniu, jak ojciec mówił do matki głośno, wyraźnie:

– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony, żebyś się poprawieła i wiency myślała o gospodarce.

– A juści, bo to mało myśle – zaczęła matka, ale urwała zaraz i podsunęła ojcu swój opłatek, a gdy łamał go malutkimi kawałeczkami, mówiła tak samo wolno i wyraźnie:

– Zyce ci scenścio, zdrowio, fortony, a po śmierci w niebie korony… a żebyś się nie złościeł, nie zemścieł i mnie nie bieł i …

– Te, jucho – nie wytrzymał ojciec – cóz ty znowu z tym biciem wyjezdzos. Jak ci …

Pomiarkował się jednak i zakończył dobrotliwie:

– Dobrze, dobrze, zobocymy, ale ci dzisioj obiecuje, ze bieł nie bede. A teroz , ty Józek.

I zaraz podzieliliśmy się na dwie grupy. Jednym życzył ojciec, drugi matka, a potem zmiana i dopiero na końcu my między sobą. Każdy musiał najpierw wymienić i to koniecznie – inaczej nie byłoby ważne – to co najważniejsze: szczęścia, zdrowia, fortuny i korony w niebie, a potem dopiero mógł dołożyć na końcu swoje życzenia. A życzenia były różne. Józkowi i Marynie życzył ojciec,  aby dobrze krów i konia  pilnowali, Kazikowi i mnie, abyśmy się dobrze uczyli, a naszym siostrom, aby rosły duże. Wszystkim nam, abyśmy o rodzicach nie zapomnieli. Cały czas powtarzałem sobie w pamięci: „zdrowia, szczęścia, fortuny” – i udawało mi się potem powiedzieć prędko i bez zająknienia, a o to najwięcej chodziło.

Najpierw jedliśmy barszcz z grzybów z plackiem a potem śledzia. Następnie szły po kolei: kasza, fasola, kapusta, paluszki, czyli „kołki” z makiem posypane cukrem, pierogi z kapusty z olejem, ptasie mleko, soporek i w końcu racuchy z herbatą z cukrem.

Matka nie siedziała z nami. Dokładała jedzenia. Z każdej potrawy brała kilka łyżek do żeleźniaka stojącego pod ławą – dla krów. Sama pojadała trochę, stojąc. Nikt się nie kłócił przy jedzeniu. Każdy jadł, ile chciał, ale musiał wszystkiego choćby po jednej łyżce zjeść – bo inaczej grzech. Trzeba było tylko łyżki dobrze oblizywać, gdy  matka stawiała nowe jedzenie.

Ptasie mleko to był sok z maku wyciskany wałkiem od maglownicy, a w tym makowym mleku ugotowana była tylko jedna garść jaglanej kaszy. Z cukrem smakowało mi to ptasie mleko bardzo. Żaden ptak mleka nie daje, więc po co tak śmiesznie nazywać.

Soporku matka nagotowała pół dzieżki, tylko też był trochę oszukański, bo z sacharyną. Ale śliwki i gruszki gotowane, aby tylko było ich dużo, to i z sacharyną smakują i chronią od boleści – tłumaczyła nam zawsze matka.

Najsmaczniejsze jednak były racuchy. Wyrośnięte, posypane cukrem, te bardziej przysmażone trzeszczały w zębach i „same się jadły”. Przy śledziu była też i wódka, ale pił sam ojciec i to tylko trochę. Widziałem, że przyglądał się butelce i miał wielką ochotę wypić wszystko, ale matka zabrała zaraz wódkę do szafy. Aż dziw brał, że ojciec nie zaklął. Niechby tak spróbowała w inny dzień schować – strach pomyśleć, co by to było.

Jak tylko dopiliśmy herbatę, ojciec przydźwigał do kuchni wielki snop słomy. Toż to była uciecha! Ojciec położył słomę pod oknem. Każdy brał garść i rzucał za belki sufitu. Zaraz też cała kuchnia i pokój przystrojone były to długimi źdźbłami, to całymi garściami słomy. Pachniało w domu stodołą i polem we żniwa. Resztę matka podmiotła i zrobiła wygodne posłanie.

To było dla nas. Wywijaliśmy na nim kozły i nawet dochodziło do bójki o lepsze miejsce. Słomę można było wyrzucić dopiero w drugi dzień świąt, a tę zza belek dopiero w Nowy Rok. Wtedy robiło się z niej krzyż i stawiało na polu żyta, aby duże rosło i aby je grad nie wybił we żniwa.

Mały snopek z przyniesionej słomy odebrał zaraz na początku Józek i razem z Maryną i Kazikiem wybiegli do ogrodu. Pobiegłem i ja za nimi, chociaż mnie nikt nie prosił, bo co tam ja dla nich? Po słomie się turlam, tom smarkacz i nic mi do wiązania drzew. Ale ja poszedłem i chociaż tylko cieniutką śliwkę i gałąź bzu, ale zawsze związałem.

Mróz skrzypiał pod nogami, gwiazdy mrugały do nas z nieba, jakby i one miały „wielijo”, a we wszystkich sadach rozlegały się wesołe krzyki, a ze wszystkich okien błyszczały światła. Cała wieś i wszystkie wsie naokoło śpiewały. To było prawdziwe święto, bez smutku, bez pomstowania, bez bicia. Wszystko się wszystkim zapomniało i wszędzie w chałupach było jak w kościele.

Tymczasem w izbie słychać już było głos ojca, który zaczynał śpiewać „Wśród nocnej ciszy”. Wpadliśmy razem do kuchni i zaczęło się prawdziwe śpiewanie. A potem każdy mył się po kolei, a dobrze, bo następne święta będą dopiero za trzy miesiące. Spałem tej nocy długo. Zamiast anioła, który w tę noc każdego odwiedza – jak mówiła babka Franciszka – śniły mi się tylko racuchy. Ojciec przynosił je z pola w workach i sypał  w kuchni aż pod powałę – duże, pachnące, pocukrowane.

Wigilia Hubalczyków

W adwentowych rozmyślaniach cofamy się w czasie; trwa II wojna światowa.

To musiała być strasznie smutna Wigilia. Pierwsza okupacyjna…  W wielu domach miejsce przy stole miało już zawsze pozostać puste. Byli jednak tacy, którzy chociaż przez chwilę mogli mieć wrażenie, że do wigilijnej wieczerzy zasiadają w wolnej Polsce. Sprawiał to widok polskich mundurów, noszonych w okupowanym kraju jeszcze dwa miesiące po Wrześniu. 23. grudnia 1939 roku w leśniczówce Bielawy niedaleko Poświętnego miała miejsce Wigilia Oddziału Wydzielonego WP majora Hubala. 

Major do oddziału wrócił 23. grudnia, przywożąc z Warszawy awanse dla pchor. Zygmunta Morawskiego („Bem”),  kpr. Romualda Rodziewicza („Roman”) i wspomnianego już Alickiego, a z Kielc prezenty: ciepłe skarpety, szaliki, rękawiczki, bieliznę i papierosy. Były to dary od tamtejszych harcerek, nazywanych później Ósemką Kielecką. Ze swoimi żołnierzami spotkał się na Bielawach, gdzie trwały już przygotowania do Wigilii.

Leśniczówkę Józefa Żulikowskiego wybrano nieprzypadkowo. Jeszcze w połowie XIX wieku należała do zgromadzenia księży Filipinów, administrujących tutejszą owczarnią. Za pomoc udzielaną powstańcom w 1863 roku władze carskie odebrały zakonnikom ich dobra i przez prawie pięćdziesiąt kolejnych lat w obszernych budynkach gospodarskich stacjonowała sotnia kozacka. W niepodległej Polsce osada stała się siedzibą leśniczego i gajowego, a także ośrodkiem szkoleniowym dla gajowych. Do wybuchu wojny leśniczówka pełniła również funkcje reprezentacyjne – przed lub po udanym polowaniu często biesiadował tu prezydent Ignacy Mościcki. Ustronnie położona, dysponująca przestronną salą myśliwską, świetnie nadawała się na miejsce Wigilii Hubalczyków i ich zaproszonych gości. 

Był to już dzień wigilijny, wieczorem stawiliśmy się w leśniczówce, gdzie był już major z Korabiem. Spotkaliśmy się wszyscy w dużej sali z podwyższeniem na scenę. Na podwyższeniu stała choinka. Pod białym obrusem pachniało siano, na stole opłatek. – wspominał Marek Szymański, ps. „Sęp”. Stoły ustawiono w podkowę, a na ścianach zawisły godło państwowe i polskie flagi. Panował podniosły nastrój. Ksiądz Mieczysław Gawron z Poświętnego zmówił krótką modlitwę. Chwilę później Major, ubrany w nieskazitelny mundur, rozpoczął dzielenie się opłatkiem, w pierwszej kolejności przełamując się z gospodynią, Ludmiłą Wróblewską. Na chwilę zapomniałam, że trwa wojna  – zwierzyła się później.  – Te mundury polskich żołnierzy zwiodły wszystkich obecnych. Wydawało nam się, że jesteśmy w wolnej Polsce…

Po odjeździe gości rozpoczęła się część mniej oficjalna. Pamiętam, jak major siedział przy kominku, podparty na łokciu. – wspominała Maria Żulikowska. –  Ogień buzował, burka zwisała majorowi z ramienia. A naokoło siedziały jego chłopaki i śpiewały pieśni. Wigilia musiała być dla Hubalczyków pięknym przeżyciem, skoro następnego dnia pisali w liście do harcerek kieleckich: Cóż to była za Wigilia! Jedni z bardzo nielicznych Polaków święciliśmy ją wolni i niepodlegli żadnej okupacyjnej władzy i ten kawałek Ziemi Polskiej na którym ją święciliśmy, był skrawkiem Państwa Polskiego w całym tych dwóch wyrazów, tak drogich dla nas, znaczeniu. Dużo nas tu nie było, ale jakże dobrane towarzystwo! Było nam osobliwie dobrze na tej Wigilii, jedynej takiej w życiu, niezapomnianej, dobrze z naszym dowódcą, ze sobą w tej naszej zwartej, zżytej tak mocno, serdecznie, żołnierskiej gromadzie.

I jeszcze wojenna kolęda:

Żołnierz drogą maszerował to kolęda powstańcza.

Autorka listu skierowanego do Olgierda Straszyńskiego, podpisująca się imieniem Wanda, pisze: Przesyłam słowa kolędy z Powstania. Historia jej: grudzień 1944 – Boże Narodzenie. W szpitalu w Milanówku leżą ranni powstańcy. Nadeszła wigilia. Smutne drzewko, smutne myśli i wtedy powstały te słowa. Po wojnie, w latach czterdziestych, nagrana została płyta. Ktoś kupił „Piosenkę o mojej Warszawie” i niespodziewanie – znalazł tę kolędę na drugiej stronie. Obecnie płyta jest unikalna.

Wigilia w PRL

Pierwszy dzień Adwentu.

Kolejny Adwent w naszym życiu. Z powodu pandemii zapewne będzie trudny: i sam Adwent i Święta Bożego Narodzenia.

Ale często tak bywało: czas świąt nie zawsze niósł tylko radość. Każda epoka miała swoje zmartwienia i troski.

Wróćmy dziś do czasów PRL-u. Łatwo nie było.

Fragment książki Barbary Czaykowskiej-Kłoś: Historie kuchenne

Nawet w najtrudniejszych czasach, kiedy trze­ba było zdobywać karpia, wystawać w kilometro­wych kolejkach, w wieczór wigilijny ryba była na wszystkich, nawet najbiedniejszych stołach. Opła­tek i karp. Zostawiłam dzieci i Piotra w pachnącej świątecznymi przygotowaniami kuchni, a sama pognałam na przystanek. Miałam zarezerwowaną kolejkę pod ursynowskim megasamem. Wszyscy czekali na rybi transport, bo poranna dostawa kar­pia się wyczerpała. Byłam już przy ladzie, kiedy się skończyły. Ależ to bolało! Wystałam jedynie dwa należące mi się śledzie i ponownie zajęłam kolejkę, tym razem na końcu ogona, po dwa karpie. Chy­trze pomyślałam, że dzięki temu wystoję jeszcze kolejne dwa śledzie.

Niemal radosna pojechałam sprawdzić, co w domu. Miałam co najmniej trzy godziny. Wiedziałam, że zdołam się rozgrzać i coś na pewno zdążę zrobić.

Kolejka nieco się przesunęła. Moje miejsce było już prawie w drzwiach. Będzie trochę cieplej – po­myślałam. Nie było. Drzwi na oścież otwarte, pełno śliskiej, burej, błotnistej mazi na podłodze. Na dwo­rze było równie zimno, trochę bardziej wiało, ale za to był śnieg, który to nasze nędzne życie bielił zdobiąc ostatnie dni Adwentu. Do władczyń zza lady było jeszcze daleko, ale już rozlegały się ich niemiłe odzywki i wrzaski. Umordowany tłum stał dość pokornie, może czasem ktoś próbował wyże­brać nieco większą rybkę i to wzbudzało wściekłość ekspedientek.

Fakt, od rana, a może i od wczoraj biegają po tej błotnistej bryi. Przecież po tamtej stronie lady mają jej tyle samo albo i więcej, co my tutaj, a w domu też ktoś na nie czeka – ćwiczyłam sobie na nich szwankującą miłość bliźniego.

Kolejka nie stała „gęsiego”. Ludzie grzali się sobą nawzajem. Żadnych szpar. Staliśmy po trzy, cztery osoby razem, ale każdy wiedział, za kim stoi. Ogon, który wyglądał na pięćdziesiąt metrów, jakby go rozciągnąć w pojedynczy, cienki, miałby pewnie ze dwieście i znów wylądowałabym kawał poza sklepem. Wszyscy chcieli być przynajmniej pod dachem. Rozmyślałam o domu. Dzieci pewnie nanizały już pierniczki na nitki. Piotr dziurawił je igłą i przewlekał białą nitką, Kinga wiązała supełki, a Anusia zawieszała wszystko na drążku miotły, opartej o dwa stołki. W kolejce czekały cukierki i sterta białych, postrzępionych na końcach bibułek. W każdą trzeba zawinąć cukierek i porządnie skręcić oba końce. Będzie śliczny cukierkowy łańcuch…

Stojąc wciśnięta w tłum, z nosem wtulonym w zwój wełnianego szala, z rozrzewnieniem myślałam o ciepłym domu. Nie czułam chłodu. Butami prawie nie dotykałam zimnego, rozmokłego kartonu. Ściśnięta przez tłum, stałam jakby lekko uniesiona, niemal bezwładnie. Mogłam nawet się przespać. Kolejka mnie niosła.

Harmider jakby ktoś pokrętłem lekko ściszył. Nos wygrzał sobie miłe gniazdko w szalu, więc ostrożnie tylko przekręciłam głowę, żeby jak naj­mniej zmieniać pozycję. Szerzej tylko otworzyłam oczy i bezmyślnie wodziłam wzrokiem po ludzkich nogach, po błocie i rozmoczonych „dywanikach” z tektury. Zatrzymałam się przy otwartych drzwiach wejściowych. Dziwne, bardzo płytkie półbuty, cał­kiem nie na tę pogodę. Mocno sfatygowane, jakby nigdy nie widziały pasty ani szewca. Wyżej skarpet­ki – długie, coś z nich wyłaziło. Wąskie, za krótkie spodnie, wąski ciasny płaszcz. Kiedyś pewnie był ładny, „Marengo”, w jodełkę – oceniłam. Płaszcz miał zbyt krótkie rękawy. Wystające z nich wąskie ręce i długie szczupłe palce były bladosine, pewnie skostniałe z zimna. Ostrożnie, by nie tracić ciepła, uniosłam nieco nos razem z szalem. Mężczyzna był wysoki. Okulary, bardzo ascetyczna, chuda twarz, duże, średnioprzytomne oczy patrzyły gdzieś hen. Łzy zakręciły mi się w oczach. Pomyślałam: dusza Norwida w łachmanach u schyłku życia. Stanęłam mocniej na mokrej mazi i przeprosiłam „podtrzy­mujące” mnie panie.

– O, tamten pan jest ze mną, szuka mnie. Ścią­gam go wzrokiem, ale jakoś nie patrzy w naszą stronę. Pójdę po niego, dobrze?

Uśmiechnęłam się do „Norwida”;

– Proszę do mnie podejść… Do kolejki szepnęłam. – Kupimy razem karpie. Będzie panu w ścisku cieplej.

Poszedł ze mną bez słowa. Poczułam się odpowiedzialna za niego i zadbałam, by był odpowiednio ściśnięty przez tłum. Grzecznie dał się ludziom nieść. Nie rozmawialiśmy. Dalej grzałam nos w sza­lu, mój podopieczny mnie pilnował.

Zapłaciłam za cztery, szczęśliwie już śnięte, kar­pie i cztery śledzie. Taki był urzędowy przydział: dwa karpie i dwa śledzie na twarz. Wyszliśmy ra­zem. Dałam mu zawiniątko z jego rybami. Wziął bez słowa, nie podziękował.

  • A może przyjdzie pan do nas na Wigilię? To niedaleko. Dam panu adres. Drzwi będą otwarte – zapraszałam.

Wreszcie się odezwał i spojrzał na mnie jak czło­wiek, a nie duch.

  • Mam psa – powiedział i obdarował mnie czymś w rodzaju uśmiechu. Nie wiem, dlaczego myślałam, że jest samotny i opuszczony.

Przyjechałam do domu nocnym autobusem. Piotr zdenerwowany skubał brodę spacerując z Panem Migdałem przed domem, a dziewczynki spały ubrane w łańcuszki z cukierków okręconych białymi bibułkami. Wyglądały jak aniołki otulone skrzydłami. Byłam tak zmęczona, że dopiero w cie­płym, pachnącym i bezpiecznym domu poczułam, jak zimno mną telepie. Chyba jednak bardziej niż zimno, czułam wszechogarniający błogostan, satysfakcję i dumę. Mieliśmy cztery śledzie, dwa karpie i uszczęśliwiłam pana w półbutach oraz jego psa. Czego chcieć więcej?

(Barbara Czaykowska-Kłoś, Historie kuchenne)

Wystawa sztućców w czasach zarazy

Inaczej to miało wyglądać, więcej miało być osób, ale cóż, takie są prawa pandemii…

Długo przygotowana i długo oczekiwana wystawa p. Stanisława Jaruszewicza z Marcinkowa (kolebki mojej rodziny) wreszcie ujrzała światło dzienne. W Starachowicach, w Muzeum Techniki i Przyrody otwarto wystawę „Przemysł domowy. Zabytkowe sztućce i zastawy stołowe – wytwórcy, wzornictwo i zastosowanie”.

https://www.facebook.com/Zabytkowa-Zagroda-w-Marcinkowie-2207678956158233/

Szkoda, że tylko w sieci mogłam ją zobaczyć. Wprawdzie widziałam rok temu kolekcję sztućców w marcinkowskiej zagrodzie, ale w międzyczasie i zbiory p. Stanisława się powiększyły i muzealna ekspozycja wydobywa i pogłębia piękno zastawy.

Pan Stanisław o sztućcach wie chyba wszystko.

Jego kolekcja liczy kilkaset sztuk; najwięcej ma tych z XIX wieku, ale nie brak i starszych okazów. Łyżki, noże, widelce, sztućce do ryb, sztućce do skorupiaków, do sałat, do szparagów, chwytaki do kości, łyżeczki do musztardy, do odmierzania liści herbaty, do obcinania skorupek jaj na miękko, łyżeczki do kawy, do lodów, szczypce do cukru, łyżki wazowe do zup i sosów, łyżki cedzakowe, sztućce dla dzieci, specjalne sztućce dla chorych, nożyki do masła, noże do chleba, noże do sera, do porcjowania drobiu, łopatki do pasztetów, łopatki do ogórków, łopatki do sardynek, widelczyki do raków, do oliwek, nożyczki do winogron, sitko do cukru pudru, łyżki barmańskie….

Długo można by wymieniać.

Wystawa jest bardzo ciekawie przygotowana (autorstwa p. Wioletty Sobieraj); to nie tylko ułożenie sztućców w gablotach i szklanych witrynach. Stworzono aranżację dwóch stołów: ze szlacheckiego dworku i wiejskiej chaty.

Zdarzało mi się już wydawać przyjęcia w ludowym stylu, w glinianych misach, z drewnianymi łyżkami. Ale mając taką ilość sztućców, jak pan Stanisław, już widzę oczami wyobraźni, te tematyczne przyjęcia, które bym wydała…

Kocham ten pierwszy rzut oka na nakryty na przyjęcie stół, kiedy jeszcze nie ma rozgardiaszu, który nieuchronnie towarzyszy każdemu spotkaniu przy stole.

A zauważyliście te plansze, przed którymi stoją twórcy wystawy?

To schematy aranżacji stołu; dawniej wiele pań domu pilnie studiowało takie plansze, w tym temacie obowiązywały bowiem dość sztywne reguły i nie można było pozwolić sobie na gafy…

Zupa koperkowa

Taka codzienna, prościutka zupa, kiedy nie mam żadnego pomysłu, co by tu ugotować, a i w lodówce też za wielkiego wyboru nie ma

Proporcje na 1,5-2 litry zupy

  • 1 ziemniak
  • pół cebuli
  • kawałeczek pora wielkości kciuka (tyle miałam)
  • czubata łyżka makaronu zacierkowego
  • 1-2 małe suszone prawdziwki
  • 2 łyżki gęstej śmietany
  • pęczek koperku (nie żałujemy go, ma być sporo!)
  • sól, pieprz

Kroimy ziemniaka, cebulę i por, zalewamy zimną wodą, doprowadzamy do wrzenia, wtedy lekko solimy, dodajemy zacierki i grzyby i gotujemy aż wszystko będzie miękkie.

Wtedy dodajemy posiekany koperek, śmietanę i doprawiamy solą i pieprzem.

Zupa jest przepyszna.

Często robię tę zupę z domowymi, ręcznie robionymi kluseczkami, ale dziś wersja uproszczona i szybka.

Pomidorowa w paseczki

Nie tak u nas w domu robiło się pomidorową.

To jest moja własna modyfikacja, wynikła głównie z tego, że bardzo lubię w pomidorowej paseczki marchewki, bo to nadaje zupie delikatność i słodycz. Lubię pomidorową z ryżem, nie z makaronem, ale gotowanie osobno ryżu jest takie niepraktyczne przy podawaniu zupy. Bo zwykle ryż jest zimny i trzeba mieć bardzo gorącą zupę, żeby ogrzała ryż.

No więc wymyśliłam sobie, że gotuję wywar z paseczków warzyw oraz wrzucam do niego ryż. Kiedy wszystko jest już miękkie, dodaję przetarte uduszone pomidory i zaprawiam śmietaną.

I mamy zupę pomidorową w paseczki:

Pokrojone w paseczki (julienne):

  • 1 marchewka
  • mała pietruszka
  • kawałek selera
  • pół cebuli

oraz:

  • 1-2 łyżki wypłukanego ryżu
  • 2 dojrzałe pomidory
  • łyżka masła
  • 2 łyżki śmietany
  • sól, pieprz, szczypta cukru
  • natka pietruszki lub inna zielenina

Do rondla z zimną wodą dodaję pokrojone w paseczki warzywa, zagotowuję, lekko solę i dodaję wypłukany ryż. Gotuję na małym ogniu do miękkości.

Osobno duszę na maśle pokrojone pomidory. Kiedy są już miękkie, przecieram je na sicie do zupy.

Doprawiam solą, pieprzem i szczyptą cukru (ale delikatnie z przyprawami, ta zupa musi być bardo łagodna). Dodaję śmietanę, którą roztrzepuję trzepaczką.

Wrzucam posiekaną zieleninę.

Kapusta z fasolą po korczyńsku

Wracam do potraw regionu świętokrzyskiego; szybciutko muszę zapisać przepis znaleziony gdzieś w odmętach netu, nie wiem już gdzie, przetestowany (dobry!) i zapisany na karteluszku, który za chwilę pewnie zginie.

Więc, aby nie zginął:

  • 25 dag kapusty kiszonej (takiej razem z marchewką)
  • spora garść fasoli Piękny Jaś
  • cebula
  • kilka suszonych grzybów
  • olej, kminek, sól, pieprz

Fasolę i grzyby moczymy (osobno) na noc.

Na drugi dzień gotujemy do miękkości fasolę, po ugotowaniu odkładamy 1/4 a pozostałą tłuczemy drewnianą pałką (lub łyżką) na pastę.

Kapustę płuczemy i gotujemy w wodzie, dodając namoczone grzyby i kminek.

Kiedy kapusta jest już miękka, odcedzamy ją i mieszamy z pastą fasolową.

Cebulę kroimy w kostkę i podsmażamy na oleju na złoty kolor. Dodajemy ją do kapusty, mieszamy, doprawiamy solą i pieprzem, dodajemy odłożone całe ziarnka ugotowanej fasoli.

Smacznego!

Festiwal smaku w Lublinie

Tegoroczna edycji festiwalu „Historia smakuje” powiązana jest z odkryciem przez prof. Jarosława Dumanowskiego spisanej w połowie XVIII wieku rękopiśmiennej książki kucharskiej „Zbiór dla kuchmistrza tak potraw jako ciast robienia” należącej do Rozalii Pociejowej i potem jej córki Ludwiki Honoraty Lubomirskiej.

Oooo, jak ciekawie brzmi!

Kiedyś, ot, choćby rok temu, taka notatka o festiwalu smaku, uruchomiłaby we mnie cały ciąg myśli: co tam będzie, jakie atrakcje, jak daleko ten Lublin od Tarnowa (no, dość daleko!), jak się tam dostać (bez samochodu ani rusz), czy mimo wszystko pojechać?

Cóż, dziś, w czasie pandemii, kiedy mam poczucie, że trzeba przycupnąć na swoim miejscu jak mysz pod miotłą i po prostu przeczekać ten czas, cieszę się, że choćby w internecie mogę poczytać, jak tam było.

Fajnie byłoby posłuchać wykładów, w czasie seminarium:

  • Jarosław Dumanowski, „Dobrze zrobiwszy, jeść smaczno, aż na zdrowie będzie”. Czytanie dawnych przepisów kulinarnych
  • Agnieszka Kuś, Odrodzenie od kuchni. Renesansowy dwór Jagiellonów
  • Maciej Barton, „Szlacheckie” i „ordynaryjne”. Przepisy kulinarne Paschalisa Radolińskiego z około 1822 roku
  • Aleksandra Kleśta-Nawrocka, Piernik toruński. Historia pieprznego ciastka

Pomarzyć też można o uczcie Pociejów – kolacji historycznej w Grand Hotelu Lublinianka. Ta uczta to najważniejsze wydarzenie 12 edycji Europejskiego Festiwalu Smaku. Maciej Nowicki, szef kuchni Villa Intrata, rekonstruktor smaku w Muzeum Pałacu Króla Jana III Sobieskiego w Wilanowie oraz Maciej Barton, szef kuchni w Ostoja Chobienice, specjalista kuchni dworskiej i Marcin Nieznaj, szef kuchni restauracji BelEtage – odtworzą 7 potraw według receptur z tej odkrytej przez prof. Jarosława Dumanowskiego rękopiśmiennej książki kucharskiej.

Festiwal miał wiele imprez towarzyszących. Dla mnie najciekawszą była tzw. „debata dwóch ambon”. W kościele oo. Dominikanów w Lublinie na Starym Mieście, znajdują się naprzeciwko siebie dwie rokokowe ambony z XVIII wieku, zwieńczone baldachimem z figurami świętych Dominika i Tomasza z Akwinu. Według tradycji tu miały odbywać się dysputy z innowiercami w duchu dialogu a nie przemocy. Obecnie, od kilku lat, w ramach Dyskusji Dwóch Ambon spotykają się przedstawiciele różnych wyznań. Spotkania organizuje dominikańska Fundacja „Ponad Granicami” im. Świętego Jacka Odrowąża.

fot. Iwona Burdzanowska

W ramach tegorocznego Festiwalu Smaku debata zatytułowana była „Smak Krzyża. Krzyż u katolików i luteran” a wzięli w niej udział metropolita lubelski abp Stanisław Budzik (pochodzący z diecezji tarnowskiej) oraz Jan Cieślar z luterańskiej diecezji warszawskiej.

fot. Iwona Burdzanowska

Abp Budzik przypomniał historyczne znaczenie symbolu krzyża: przez wieki chrześcijanie w krzyżu odnaleźli cztery „smaki”:

  • Pierwsze z nich to gorzkość krzyża boleści, który był szubienicą dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. Dziś kojarzy się z cierpieniami duszy i ciała.
  • Drugi smak to zwycięstwo, bo krzyż stał się ołtarzem ofiarnym, na którym w ludzkim ciele Bóg-Stwórca pokonał śmierć i zakrólował.
  • Ale krzyż ma też słodki smak, bo jest znakiem miłości Boga do człowieka. Z niego się karmimy, przez niego żyjemy.
  • Do tego krzyż ma smak rodzimy, bo zakorzenił się w naszej kulturze i zwyczajach. Wisi w naszych domach i miejscach dla nas ważnych.

Odnosząc się do wypowiedzi przedmówcy, bp Cieślar zwrócił uwagę, że temat Męki Chrystusa stoi w centrum teologii luterańskiej. – Jeśli porównamy życie do potrawy, to krzyż jest angielskim zielem. Jest cenioną potrawą i bez niego kubki smakowe czułyby niedosyt. Jednak samo ziele jest nie do zjedzenia. Tak też jest z krzyżem, bo jest w nim ból i śmierć. Jednak gdy zaczniemy traktować krzyż jako dar miłości i źródło życia, jawi się jako subtelne dopełnienie naszej codzienności – opisywał.

Cała luterańska teologia może być nazwana pobożnością wielkopiątkową. W tradycyjnych luterańskich domach Wielki Piatek jest dniem ciszy i postu. Krzyż jest w centrum doświadczania miłości Boga. Gorycz, kiedy niewinny zostaje skazany na śmierć, przenika się ze słodyczą, gdy pomyślimy o wykupie grzeszników– mówił luterański duchowny.

Pamuła – zupa śliwkowa z kluseczkami

Pamuła – nazywana tez famułą – to owocowa zupa ze śliwek, znana dobrze w południowej Polsce. Ta, prezentowana tutaj, pochodzi z ziemi sandomierskiej, włączanej do rejonu świętokrzyskiego.

To zupa późnego lata i jesieni, kiedy już pojawią się śliwki.

Jest prościutka, ekspresowa do przygotowania, podawana zwykle z ziemniakami, kluseczkami lub makaronem.

Ja swoją zrobiłam z małymi kluseczkami leniwymi i ozdobiłam paseczkami śliwek (surowych).

Zupa ma piękny, wrzosowy kolor…. tak, żegnamy już lato….

  • pół kilograma śliwek węgierek
  • 2 łyżki śmietany
  • sól, pieprz, cukier do smaku

Odkładamy 2 śliwki na dekoracyjne paseczki.

Z pozostałych śliwek wyjmujemy pestki, kroimy i wrzucamy do rondla z wodą.

Gotujemy do miękkości, po czym przecieramy przez sitko.

Gotowy wywar leciuteńko poprawiamy solą i pieprzem, po czym słodzimy do smaku.

Dodajemy śmietanę, roztrzepując ją dokładnie w zupie.

Podajemy z małymi kluseczkami leniwymi i ozdabiamy paseczkami odłożonych śliwek.