Menu do filmu „Czekając na motyle”

menu_motyle

„Czekając na motyle” to film amerykański z 2017 roku w reżyserii Richarda Clarka Jr. i Kenta Allena, o trudnych dziejach rodziny, w której zdarzyła się tragedia: wuj w pewnym stopniu przyczynił się do śmierci swojej małej siostrzenicy. Matka dziewczynki przez całe lata nie potrafi mu tego wybaczyć. Jednak zdarza się w rodzinie coś, co sprawia, że wszyscy znów się spotykają. Czy prawdziwe okaże się zdanie jednej z osób: „to czego nie można zapomnieć, można wybaczyć” ?

czekajc_na_motyle

Przygotowując kolację, towarzyszącą filmowi, postanowiłam zrobić potrawy Amerykanki, Julii Child, która stworzyła pomost łączący kuchnię europejską (francuską) z amerykańską.

 Zupa – krem vichy z porów

vichy1

Danie główne – Boeuf borguignon (wołowina w czerwonym winie) – zrobiona dokładnie według Julii, bez modyfikacji i dodatków typu marchewka czy bekon, które często można spotkać w powielanych w sieci przepisach

beef_julii

Na zakończenie – typowo francuska deska serów

sery_w_menu_julii

A do kawy – czekoladowo-rumowe ciasto Julii (Reine de Saba)

ciasto_czekoladowe_julii

Filmowo z kuchnią japońską

menu japońskie

W czasie pierwszego w tym nowym roku filmowego party oglądaliśmy film Martina Scorsese „Milczenie”. To historia dwóch jezuitów, wyruszających w XVII wieku do Japonii, na poszukiwania swojego współbrata i mistrza, o którym dochodziły słuchy, że wyrzekł się wiary. Film świetnie zrealizowany, ale bardzo przejmujący, budzący wiele pytań w widzu, na które, trzeba to uczciwie powiedzieć, nie znamy własnych odpowiedzi.

film milczenie

Rzecz jasna – przygotowałam kolację japońską.

Niewiele wiedziałam o tej kuchni; sushi, ramen… Tak, ale nikt tu u nas nie chciał sushi; musiałam poszukać głębiej, czy jest jeszcze coś innego charakterystycznego w tej kuchni, co przypadłoby moim biesiadnikom do gustu.

Wielką pomocą okazała się książka o kuchni japońskiej, napisana przez Polkę wraz z jej mężem, Japończykiem (jak to dobrze, że kupowałam tę wspaniałą serię kulinarną wydawnictwa Watra, o kuchniach świata!)

ksiązka o kuchni japonskiej

I tak powstało japońskie menu.

Przeczytałam, że zasadą w przyjmowaniu gości jest po pierwsze to, że każdy dostaje własną tacę, i sposób ułożenia dań i naczyń jest ściśle ustalony, a po drugie, że wszystkie dania są podane jednocześnie, ustawione na tej właśnie tacy, i każdy je, na co tam ma ochotę, choć kolejność jedzenia też ponoć nie jest taka dowolna:)

Udało mi się kupić drewniane tacki, ale nie na tyle duże, żeby wszystkie potrawy na nich się zmieściły. Podawałam więc po europejsku, po jednym daniu.

Jako przystawka – omlet, ale w postaci rolady, bardzo dekoracyjna rzecz, i bardzo prosta, wbrew pozorom, w przygotowaniu

omlet japoński

Potem zupa – ramen (o którym pisałam w poprzednim poście).

ramen

Danie główne to kotlet tonkatsu (schabowy, doprawiony japońskimi przyprawami i pocięty w paski), do tego ryż z imbirem, julien z warzyw i groszek cukrowy oraz miseczka z sosem słodko-kwaśnym

tonkatsu

Deser – to serniczek japoński z konfiturą morelową.

serniczek japoński

Wyszło dość egzotycznie, ale bardzo smacznie.

Menu na wigilijny stół

Myśląc o dekoracji wigilijnego stołu, warto przygotować dla każdego nakrycia karteczkę z menu, które będzie w czasie Wigilii serwowane.

menu_wigilijne_kola

To może mało popularny zwyczaj, jak na domowe przyjęcia, ale wiem z własnego doświadczenia, że bardzo mile jest przyjmowany. No i pozwala rozłożyć swoje siły i apetyt na poszczególne potrawy:) wiemy z góry ile czego możemy i jesteśmy w stanie zjeść, na jaką dokładkę można sobie pozwolić….

W którymś roku kupiłam nawet gotowe „okładki” na menu, z myślą, że będę tylko co roku wymieniać kartki z wydrukiem dań

Ale tak się spodobały, że wszyscy postanowili wziąć je sobie na pamiątkę, a niektórzy nawet od razu spakowali je do torebek, żeby nie zapomnieć:)

I tak powstał zwyczaj tworzenia wigilijnego menu co roku w innej formie. Raz przyklejałam wydruk menu na upieczonym własnoręcznie pierniczku, to znów przyklejałam menu na kartoniku w gwiazdki wraz z malutka szopką. Każdy rok przynosi inny pomysł.

Podobnie zaczęły ewoluować malutkie stroiki przy każdym nakryciu: najpierw były to tylko gałązki jodełki z kokardą, potem pojawiły się bombki w różnych kształtach i kolorach, pierniczki, figurki aniołków.

anioek_na_stole

I wszystko do zabrania na pamiątkę tego uroczystego dnia (a właściwie wieczoru).

Kulinarne tropy w filmowej „Chacie”

Najpierw była książka: „Chata” W.P. Younga. Potem pojawił się film.

chata_ksika_i_film

Na ogół zarówno ci, co czytali, jak i ci, co oglądali, przeżywali szok.

Ojciec zamordowanej małej Missy, który nie umie poradzić sobie z przeogromnym smutkiem i wyrzutami sumienia, zostaje zaproszony do starej chaty. O.k. adres chaty zna. Ale kto jest nadawcą? Okazuje się, że Bóg, który używa imienia Tata. Szok!

Kolejny szok przeżywa na miejscu. Tata czeka na niego w kuchni. I jest nim pulchna, ciepła Murzynka. Ho, ho!

Będzie się działo!

Ale tu skupimy się na kuchni i potrawach podawanych w „Chacie”. Były niezwykle smaczne.

Przygotowując menu kolacji, która towarzyszyła oglądaniu filmu, spróbowałam podążyć tropami opisanymi w książce.

Zaczynamy jak zwykle od filmu, do którego nieodmiennie podawana jest kawa. Do tego koniecznie coś słodkiego.

„Kiedy Mack zbliżył się do chaty, poczuł zapach babeczek, rogalików albo jakiegoś innego smakołyku. (…) na małym stoliku stała taca pełna kalorycznych wypieków, świeżego masła, dżemów i galaretek.

– O rany, ale pachnie! – wykrzyknął Mack.                            

– Bierz się do jedzenia. Ten przepis pożyczyłam od twojej prapraprababci.

(…) Mack wziął jeszcze ciepłe ciastko i zatopił w nim zęby; rozpływało sie w ustach.”

 

Amerykańskie ciasteczka praprababci? Postanowiłam zrobić najbardziej amerykańskie chyba ciasteczka: chocolat chips cookies, z niebieskimi (koloru nieba) chipsami:

ciasteczka

Dania główne były na ciepło, więc żeby biesiadnikom sie nie nudziło czekając, podałam czekadełko: pieczywo z masłem i awanturką z białego sera i sardynek:

awanturka

A co podano w chacie na kolację? Poczytajmy:

„Kolacja, choć prosta, okazała się prawdziwą ucztą. Pieczony drób w pomarańczowo-mangowym sosie. Świeże warzywa przyprawione Bóg wie czym, pieprzne, wonne, pikantne, soczyste. Ryż, jakiego Mack nigdy wcześniej nie próbował, mógłby sam wystarczyć za cały posiłek.

– Hm, mógłbym dostać trochę tego ryżu?

– Jasne. Miał być do niego niesamowity japoński sos, ale pewien niezgrabiasz – Tata wskazał skinieniem głowy na Jezusa – uparł się, że go wymiesza.

– Daj spokój, miałem śliskie ręce. – Jezus udawał, że sie broni. – Cóż więcej mogę powiedzieć?

– Tata mrugnęła do Macka, podając mu ryż.

– Trudno tutaj o dobrą pomoc domową.

Wszyscy się roześmieli.”

 

U mnie podanie kurczaka odpadało, bo wyjątkowo spotkaliśmy się w piątek, więc menu było postne.

Ale ryż? warzywa? O, jak najbardziej!

Zrobiłam ryż jaśminowy z sezamem białym i czarnym, do tego glazurowane marchewki baby (dwa rodzaje: jedne pikantne, drugie słodkie) i surówkę z fenkułu z pomarańczą

ry_i_marchewka

Kurczaka zastąpiła ryba (filet dorsza atlantyckiego) i mix owoców morza podane na sałacie rzymskiej w towarzystwie szpinaku, z sosem kardynalskim

ryba_i_owoce_morza

Teraz trochę się pochwalę:) Dania znikały z talerzy błyskawicznie; padł nawet wniosek formalny, że moglibyśmy już zawsze spotykać sie w piątki, skoro potrawy jarskie są tak pyszne:)

 Na zakończenie podałam misę owoców i serów – klasyk, który nie może się nie udać

owce_i_ser

Ponieważ tydzień temu pojawiło się młode wino z tegorocznych zbiorów – bożole nowo – zdecydowałam, że właśnie ono będzie towarzyszyć kolacji. Zwykle kupuję to wino tego samego producenta, takie z kogutem na etykiecie, mogę więc porównać kolejne roczniki. Wydaje mi się, że w tym roku wino było dość ostre, trudno było doszukać się w nim konkretnej owocowej nuty.

bozole

Wystrój stołu był niebieski – no wiecie, taki „niebiański” w zamyśle: ciemnoniebieski obrus, serwetki w niebieskie kwiaty, aniołki… Manu wypisałam na kartoniku wyciętym w kształt chaty

st_do_chatymenu_do_chaty

Kuchnia galicyjska w tarnowskiej „Starej łaźni”

stara łaźnia

Oprócz kuchni żydowskiej restauracja „Stara łaźnia” proponuje jeszcze dania kuchni galicyjskiej:

Zupy: Barszcz czerwony z uszkami z grzybami leśnymi, Krem z świeżych pomidorów, Węgierska pikantna zupa gulaszowa
Dania główne: Konfitowane gęsie udo serwowane z ptysiami z batatów i gruszką sous-vide, Pierogi z gęsiną, Gęsie “pipki” z kluseczkami i puree z marchwi, świeża ryba, Wiener Schnitzel, Kotleciki jagnięce z zielonym groszkiem, Kofta cielęca na lasce cynamonowej z ryżem curry i musem jabłkowym, Grasica cielęca na bajglu

Jak te dania smakują?
Oddaję głos mojej siostrzenicy, która je próbowała:

Przystawka zapowiadała naprawdę przyjemny posiłek.

b_figi

Figi z kozim serem były smaczne, dobrze zbilansowane smakowo, nie narzucały nachalności smaku koziego sera.

Ale jak mawiają, nie chwal dnia przed zachodem słońca.

Zupa – krem ze świeżych pomidorów już tak nie zachwycał.

Owszem zupa była zrobiona poprawnie, ale niestety była za ostra. Prawdą jest to, że moja tolerancja na ostre przyprawy jest dość niska, ale dla statystycznej poprawności i takiego gościa należałoby wziąć pod uwagę.  Myślę, że w zamian za ciastko/pogryzadło z kruchego ciasta lepszy byłby kleks z kwaśnej śmietany.

Główne danie, czyli kotleciki jagnięce z zielonym groszkiem, niestety okazało się niesamowitym rozczarowaniem.

Mięso było twardawe i w ogóle nie przyprawione, za to ziemniak dodany do dania był bardzo przesolony, myślę, że  dostała mu się porcja soli przeznaczona dla mięsa. Warzywa grillowane, które były dodatkiem do dania były naprawdę dobre. Dobrze przyprawione, nie przegotowane, naprawdę smaczne.  Dlatego trochę dziwi mnie, że dodatek przygotowany był z taką starannością, której  chyba zabrakło przy przygotowaniu mięsa. Co do puree z zielonego groszku to nie było ani złe ani dobre. Po prostu było.

Pascha czyli żydowski sernik był dobry, ale to nie jest smak dla wszystkich, więc raczej radziłabym się zastanowić na jego zamówieniem.

Próbowaliśmy jeszcze:

Tarninówki – bardzo słodki napój

b_napj_urawinowy

Pasztetu z kaczki serwowanym na chałce z żurawiną – dobre

pasztet z kaczki

Wiener schnitzel – duże rozczarowanie, mięso totalnie nieprzyprawione!

wiener schnitzel

Szarlotki – olbrzymi, dobry kawał ciasta

szarlotka

Siostrzenica skomentowała całość następująco: POTENCJAŁ JEST, ALE TRZEBA JESZCZE POPRACOWAĆ

Menu Magdy Gessler w Tarnowie

Tarnowska restauracja „Stara Łaźnia” po programie naprawczym „Kuchennych rewolucji” ma fajną propozycję: „Kolacja Magdy Gessler”.

Wiadomo, że każdy, kto tam przyjdzie po obejrzeniu programu telewizyjnego, będzie pytał, co zaproponowała i co poleca p. Gessler.

To zobaczmy:

Dwie przystawki: tatar ze śledzia po żydowsku z figami nadziewanymi kozim serem i gefilte fish

Tatar jest pyszny, podany na ciasteczku w kształcie serca, a figi świetnie uzupełniają ten smak; jest – jak to w kuchni żydowskiej – słodko-ostro.

Gefilte fish to galaretka z ryby (karpia) podana z chrzanem i koglem moglem – bardzo oryginalna i super!

Tylko aż dwie przystawki to jak dla mnie za dużo.

Zupa to chłodnik z awokado i ogórka ze szparagami

Pierwsza łyżka jest zaskoczeniem – nietypowy smak z nutą lekkiej goryczki, ale szybko przyzwyczajamy się do niego i je się z przyjemnością. Jest to jednak dobra propozycja tylko na lato; myślę, że na chłodne jesienno-zimowe miesiące powinna być jakaś inna zupa; rozgrzewająca.

Danie główne to czulent z baraniną, gęsiną i kotlecikami jagnięcymi

Bardzo lubię czulent, ale ten tutaj był dla mnie dużym rozczarowaniem.

Po pierwsze – sposób podania: stłoczono wszystkie elementy składowe, których jest w tej potrawie niemało (bo i kasza, mięso, fasola, jajka, morele) w niezbyt dużej kamionkowej misce. Człowiek musi gmerać i wygrzebywać składniki, zanim zorientuje się co tam jeszcze jest. Kiedy tę potrawę w restauracji robiła p. Gessler, podano ją na szerokim głębokim talerzu. Szkoda, że właściciele wprowadzili tę kamionkową miseczkę, która na pewno jest bardzo dekoracyjna, ale nie jest odpowiednia do tej potrawy.

Po drugie – kotlety jagnięce były twarde. Nie było nawet mowy, aby odchodziły od kości i rozpływały się w ustach. Zupełnie nie ta klasa.

Po trzecie – danie nie było gorące; było ledwie ciepłe.

Miało to być danie flagowe tej restauracji – może takie jest, a tylko ja źle trafiłam?

Mam w planie za jakiś czas to sprawdzić.

I deser – semifreddo chałwowe

Było pyszne!

Cała kolacja to koszt 75 zł. P. Magda w czasie programu tv podkreślała, że ceny w restauracji są bardzo dużym jej plusem. To fakt, że po zjedzeniu takiej kolacji (czy obiadu) nikt nie będzie głodny; raczej powiedziałabym, że będzie przejedzony, ale jak na obiad rodzinny – taka cena od osoby jest chyba duża (rzeczywistość tarnowska inna jest niż warszawska).

Kiedy oglądałam ten program w telewizji, zwróciło moją uwagę przede wszystkim to, że w tej restauracji nie było jakichś wielkich problemów, konfliktów międzyludzkich. Ot, po prostu właściciele nie wzięli pod uwagę usytuowania lokalu. Po drugiej stronie ulicy, widoczny z okien jest pomnik upamiętniający pierwszy transport więźniów do Oświęcimia, a restauracja proponowała dancingi i tańce na rurze.

A poprzednie menu nie miało jakieś motywu przewodniego i nie było smaczne – jak się okazało z powodu oszczędności na surowcach.

Czystość patelni pozostawiała wiele do życzenia (choć głównie od spodu). Zawsze mnie to dziwi, że kiedy właściciele decydują się na pomoc p. Gessler, nie wyszorują garnków; a wiadomo, że ona przede wszystkim to sprawdzi!

Jeszcze przed edycją telewizyjną zaprosiłam tam na obiad rodzinę. Zamawiane były również potrawy z pozostałego, proponowanego przez restaurację menu. Relacja – w najbliższym wpisie. Zapraszam!

Powidoki – menu PRL-u

Kolejne spotkanie filmowe i kolejna propozycja mojego menu.

Oglądaliśmy ostatni, nakręcony przez Andrzeja Wajdę film, „Powidoki”.  Jak pisał jeden z krytyków: „W dobie szalejącego na całym świecie populizmu i pogardy wobec inności reżyser nakręcił film o potrzebie wewnętrznej wolności. Przypomniany przez niego malarz Władysław Strzemiński stanowi inspirującą figurę oporu przeciw władzy chcącej odebrać mu swobodę ekspresji.”

powidoki_strzeminski

„Powidoki” pokazują mroczne dzieje PRL-u. Mrocznie było również w kuchniach i na talerzach. Cóż, pamiętam te czasy, kolejki po wszystko i te prywatki, gdzie królowały dania z niczego.

Moje menu było takie, jak kiedyś: wszechobecne kanapki (uwielbiane przez wszystkich), barszczyk czerwony z pieczonymi paluchami drożdżowymi, pierogi, pischinger, owoce.

Zapraszam!

powidoki_kanapki

powidoki_barszcz

powidoki_pierogi

powidoki_owocepowidoki_menu

Hiszpański film – hiszpańskie menu

Kwietniowa, kapryśna pogoda nie zachęcała do spacerów. Był to za to dobry czas na film w domowym zaciszu. A w dodatku dopisały bazie i pyszniły się te urocze białe kotki na stole.

                Zaproponowany film, który oglądaliśmy, był produkcji hiszpańskiej, dlatego też menu było hiszpańskie.

menu na party

Najpierw tapas: podałam pinchos morunos – szaszłyki z polędwiczek wieprzowych, tortille z warzywami i kanapki z jamon serrano

tapas

Później sztandarową klasyczną fasolową fabadę asturiana

fabada

A jako danie główne – escudellę – kataloński zestaw mięs w rosole

escudella

Wino – to oczywiście rioja – moje ulubione hiszpańskie wino – niezawodne w smaku!

rioja

Do kawy były meringues – bezy z dodatkiem ziarenek kawy

bezy meringues

A film, który oglądaliśmy to „Ostatni szczyt” w reżyserii Juana Cotelo.

film ostatni szczyt

 Impulsem do nakręcenia filmu dla reżysera było spotkanie z pewnym sympatycznym, pełnym zapału, dowcipnym młodym księdzem. „Na pewno jeszcze się spotkamy” – pomyślał reżyser po krótkiej rozmowie z nim. Niestety, 12 dni później kapłan już nie żył…

„Jeśli dziś publicznie ukrzyżuję księdza, czekają mnie sukcesy i nagrody. Jeśli księdza pochwalę, to mnie ukrzyżują!” – tymi słowami Cotelo rozpoczyna Ostatni szczyt, jedną z najlepszych filmowych opowieści o kapłaństwie, jaką widziało kino.

Włoska kuchnia Sophii Loren

Kolejne, filmowe spotkanie i kolejny już raz kuchnia włoska (film, który oglądamy to włoska komedia „Jak Bóg da” w reżyserii Edoardo Maria Falcone)

Nie bardzo miałam pomysł, co podać, bo kuchnia włoska była już u mnie tyle razy…

Przypomniałam sobie o kupionej niedawno książce aktorki Sophii Loren „W kuchni z miłością” i stamtąd wzięłam przepisy.

v_menu_spotkania

Jako przekąskę podałam deskę serów i wędlin z dodatkiem pieczywa

v_deska_serw_i_wdlin

Zupa neapolitańska, porowo-serowa

zupa_neapolitaska1

Główne danie to rolada z piersi indyka nadziewana cielęciną z dodatkiem duszonej marchwi i brokuła

v_rolada_z_indyka_z_cielcin_i_jarzynami1

Na deser podałam lody z sałatką z kiwi i łyk benedyktynki

v_deser_lody_i_kiwi

v_benedyktynka

A przy oglądaniu filmu, do kawy były pączki – jako że właśnie były ostatki

v_pczki_do_kawy

Jeszcze krótko o filmie (z portalu filmweb): „Tommaso to ceniony rzymski kardiochirurg. I ateista. Wraz z żoną Carlą i dwójką dorosłych już dzieci tworzą modelową, nowoczesną, mieszczańską rodzinę. Przynajmniej tak im się wydaje. Gdy ich syn zapowiada, że ma rodzinie coś ważnego do powiedzenia, ojciec jest przekonany, iż jego latorośl ma zamiar wyznać im, że jest gejem. Programowo brzydzący się dyskryminacją Tommaso jest dumny, że nadarza się okazja, by udowodnić sobie i całemu światu, jak otwartym i tolerancyjnym jest człowiekiem. W końcu przychodzi dzień „coming outu” i Andrea wyznaje: „Postanowiłem zostać… księdzem”. I się zaczyna!!! …..

Menu bostońskie

Dlaczego bostońskie?

Wynikło to z filmu, który tydzień temu oglądaliśmy: „Cuda z nieba” w reżyserii Patricii Riggen (USA 2016; film można obejrzeć w najbliższą środę, 18 I 2017 w HBO o 14.45). Twórcy filmu oparli fabułę na autentycznej historii – cierpiąca na rzadką chorobę zaburzenia trawienia dziesięcioletnia dziewczynka ulega groźnemu wypadkowi. Niespodziewanie po tym dochodzi do przedziwnego zdarzenia….  

Właściwie, to najważniejsze wydarzenia w życiu małej Annabell dokonują się w jej rodzinnej miejscowości w Teksasie, ale większość filmu dzieje się na północy, w Bostonie, gdzie dziewczynka jest leczona, dlatego też wybrałam na przyjęcie kuchnię bostońską.

menu bostońskie

Większość potraw, które podałam, już w ostatnich dniach prezentowałam: zupę bostońską z małżami (nawet ci, którzy zarzekali się, że małży nie cierpią, jedli ze smakiem), fasolkę po bostońsku i do kawy ciasteczka L.M. Montgomery, autorki „Ani z Zielonego Wzgórza” (pamiętacie, że w historii o rudowłosej Ani, Boston był miejscem marzeń o wielkim świecie).

Dziś ostatnia z podanych potraw: przystawka – pasztecik mięsny z sosem żurawinowym.

pasztecik z żurawiną

Pasztet zrobiłam z mieszanych mięs (wśród których było również mięso z jelenia). Upiekłam go w małych foremkach z kominkiem, a środek wypełniłam sosem żurawinowym.

100 g suszonej żurawiny

200 ml soku z czarnej porzeczki

50 g skórki pomarańczowej kandyzowanej

Szczypta cynamonu i chili

Łyżka masła

Żurawinę wkładamy do rondelka i zalewamy sokiem porzeczkowym. Gotujemy na małym ogniu, aż żurawina rozmięknie, dodajemy skórkę pomarańczową, chili i cynamon, jeszcze całość przez parę minut dusimy, doprawiamy łyżką masła. Studzimy.

Przy okazji studiowania kuchni bostońskiej, dowiedziałam się, jak niezwykłe są żurawinowe „żniwa”. Otóż we wrześniu, rozciągające się kilometrami czerwone krzewy zalewane są wodą, pod wpływem której owoce wypływają na powierzchnię i dzięki temu mogą być zebrane w stanie nienaruszonym. Niespotykany widok unoszących się na wodzie owoców żurawiny tworzy malowniczy krajobraz purpurowych jezior. Po zbiorach suszy się je na słońcu.