Przedświątecznie

Poprzedni wigilijny tydzień poświęciłam planowaniu i zakupom, głównie spożywczym.

A ten tydzień to już spędzam głównie w kuchni, przygotowując wieczerzę wigilijną i dania na święta.

Dużo czasu poświęciłam na logistykę: co, kiedy i w jakiej kolejności. I przyznam, że zawsze mam ten sam dylemat: co można zrobić wcześniej, a co dopiero w ostatniej chwili.

Kiedy człowiek jest kobietą pracującą i na prace domowe zostają tylko wieczory (a czasem i noce) – to temat jest doprawdy istotny.

Precyzyjny plan w końcu został jednak zrobiony i jak na razie z realizacją jest o.k.

Zrobiłam już menu dla każdego nakrycia na wigilijny stół:

Ograniczyłam znacznie liczbę potraw, bo nikt nie był w stanie zjeść wszystkiego, co przygotowywałam w poprzednich latach. Żeby liczba się zgadzała (tradycyjna dwunastka), porozdzielałam dania, np. uszka i barszcz – osobno. I ciasta – osobno.

Filmowe party w kręgu listopadowych tradycji

Zapraszam na garść migawek-wspomnień z listopadowego spotkania filmowego.

Ponieważ odbyło się zaraz po 11 listopada, a więc postawiłam na polskie tradycje listopadowe: rogale marcińskie, gęsinę (mimo, że oglądaliśmy film amerykański: „Bóg nie umarł 2”)

Jako przystawkę podałam schab po warszawsku, w galarecie

Potem zupa grzybowa: z suszonych i świeżych prawdziwków, z zacierkowymi kluseczkami

Danie główne: cienkie plastry piersi gęsiej pieczonej + udko z indyka + kluseczki+ surówka z kiszonej kapusty+ rydze marynowane

Wszystko to w towarzystwie cydru lubelskiego

A do kawy: domowej roboty rogale świętomarcińskie

rogale

Dekoracja stołu – z jesiennych złotych liści. I dodałam jeszcze jabłka, mówiąc:

– Może się kto skusi?

Zet odpowiedział:

– Wiesz, jeden taki się już kiedyś skusił, i nic dobrego z tego nie wyszło:)

Jabłka wyglądały jednak tak pięknie, że i u nas jeden taki się na nie skusił:)

A film był przejmujący. Uczennica zapytała nauczycielkę na lekcji: czy można uznać, że poglądy Mahatmy Gandhiego są podobne do słów Jezusa? Nauczycielka przytaknęła. I się zaczęło.

Rodzice uczennicy wytoczyli nauczycielce proces, szkoła także odcięła się od niej. Jak wynika z filmu, w USA rozdział Kościoła od państwa pojmowany jest dość specyficznie: o wszystkich postaciach można w szkole mówić: Allahu, Buddzie – byle nie o Jezusie.

Zaskakujący temat, film wart obejrzenia.

Coq au vin ale mniej klasycznie

 Coq au vin powinien być duszony w czerwonym burgundzie. Ale znalazłam też wersję z różowym winem prowansalskim i to akurat bardzo pasowało mi do przygotowywanego party.

Zapraszam więc:

Na 1 osobę bierzemy: po 1 udku kurczaka + po 2 polędwiczki kurczakowe

5 dag boczku wędzonego

Kilka szalotek

Kilka ząbków czosnku

4-5 świeżych prawdziwków

2-3 gałązki tymianku

Ok. 500 ml różowego wina prowansalskiego

Oliwa

Pół szklanki śmietanki kremowej 30%

Sól, pieprz

Najpierw kawałki kurczaka trzeba zamarynować: natrzeć solą i pieprzem, włożyć do salaterki, przełożyć gałązką tymianku, skropić oliwą i różowym winem. Zafoliować i odstawić do lodówki na co najmniej 12 godzin.

Na drugi dzień: boczek pokroić w kostkę i przesmażyć do zrumienienia na patelni. Wyjąć boczek, odsączyć z tłuszczu na papierowym ręczniku.

Na patelni przesmażyć wyjęte z marynaty kawałki kurczaka z obu stron, przełożyć je do szerokiego rondla, w którym będą się dusić.

Na patelnię dodać obrane i pokrojone na pół szalotki, ząbki czosnku oraz pokrojone w grubą kostkę grzyby. Przesmażyć, po czym wlać połowę wina. Wymieszać, odrywając wszystko z patelni, co tam przywarło. Całość przelać do rondla z kurczakiem.

Dodać pozostałe gałązki tymianku, wrzucić boczek, wlać pozostałe wino. Uzupełnić wodą, by mięso było przykryte. Zagotować na dużym ogniu, po czym zmniejszyć płomień i dusić pomaleńku pod przykryciem ok. 2 godzin.

Wyjąć mięso, sos doprawić śmietanką, ewentualnie przyprawami (sól, pieprz), ale ostrożnie, bo boczek jest słony. Włożyć mięso z powrotem do sosu, podgrzać.

Gotowe.

Menu filmowe do „Małego Księcia”

To już drugie kulinarne podejście do tego filmu. Poprzednie (w czerwcu br) się nie odbyło:(((

Tym razem się udało.

Mała dziewczynka, wychowywana na perfekcjonistkę w atmosferze wyścigu szczurów, przez przypadek poznaje starego już Pilota, Małego Księcia, jego kapryśną, ale ukochaną różę, oswaja liska.

Fabuła filmu szykuje nam trochę niespodzianek w stosunku do znanej opowieści Antoina de Saint-Exupery`ego: król, próżny, bankier stworzyli własny totalitarny świat, w który zaplątał się dorastający Mr Prince. Czy naprawdę zapomniał o Pilocie, Róży i Lisie?

Przygotowałam, tak jak poprzednio, francuskie menu (z uwagi na autora książki). Ale inne niż poprzednio.

Ty razem zaczęłam od aperitifu: był to kir – drink z likieru cassis z czarnej porzeczki (1/3) i białego wina (2/3). Kiedy pierwszy raz byłam w Paryżu, jadaliśmy w bistro, gdzie właśnie od kiru zaczynały się obiady.

Potem była przystawka: sałatka śródziemnomorska z dodatkiem kuskusu – to takie nawiązanie do Sahary, na której rozbił się Pilot, a jak wiadomo, kuchnia francuska ma wiele zapożyczeń marokańsko-tunezyjskich.

Jeden z moich gości w pewnym momencie mruknął wyraźnie zaskoczony:

– Słuchaj, dobre to!

Jako zupę podałam prowansalską cukiniową, której siła tkwi w wielkiej prostocie: cukinia, cebula, wino, przyprawy.

Danie główne to coq au vin, ale nie w wersji klasycznej, z czerwonym burgundem, lecz marynowane i duszone w prowansalskim winie różowym. Do tego dodatki: fasolka szparagowa (złota wstęga, zielona wstęga, drobna żółta) oraz marchewka vichy.

I typowe zakończenie francuskiego obiadu: deska serów

Był to strzał w dziesiątkę! Szalenie się wszystkim podobało i smakowało.

Sery, które ułożyłam: cheddar, kozi, manchego, camembert, oscypek, kulki twarożku otoczone natką pietruszki, cienkie plastry goudy z oliwką. Do tego winogrona, orzechy i migdały.

Wystrojowi stołu towarzyszyły róże: na serwetkach, we flakonie, w kartach menu, każdy dostał też zakładkę do książki w kształcie róży (Matras ma takie w ofercie). Kawa była podana w kubeczkach w róże.

Dodam, że moja bluzeczka też była w róże:)

Obiad wolontariuszy z Papieżem Franciszkiem

Obiad, który odbył się w domu biskupim na Franciszkańskiej (tam, gdzie słynne okno papieskie), miał charakter obiadu domowego, nie był dyplomatyczną ceremonią. Świadczą o tym zarówno menu, jak i zastawa stołowa.

Biały obrus, zwykłe kwiaty (a nie wyszukane kompozycje), pieczywo na zwykłych talerzykach. I ten wielki stół, owalny, pozwalający się zgromadzić wokół niego, widzieć się wszystkim uczestnikom, rozmawiać.

Trochę mi brakowało większej dbałości o wygląd stołu, talerza dla każdego uczestnika, który byłby bazą dla kolejnych podawanych dań; pieczywo w polskim domu podawane jest zwykle w koszyczku, wybrałabym polskie kwiaty na stół: maki, bławatki, rumianki…

Ale nie ulega wątpliwości, że ten stół to był wielki atut spotkania.

A menu?

Były pierogi z nadzieniem z ogonów wołowych (ciekawe, prawda?), filet z nowosądeckiego indyka gotowany w niskiej temperaturze, na deser – sernik.

Gotowały dla papieża siostry sercanki.

W pozostałych dniach przygotowały dla papieża także: podhalańską cielęcinę, smażonego węgorza, jesiotra z sosem koperkowym, bundz marynowany z sokiem z pomidorów, stek z polędwicy. A na piątkowe śniadanie podały jajka a`la Franciszek – nie wiemy dokładnie jaką one miały postać, wiadomo tylko, że były podane z chrzanem. I że papież był mile zaskoczony.

Obiady prezydenckie

Wiem, wiem, że były ważniejsze sprawy niż jedzenie, na szczycie NATO w Warszawie parę dni temu, ale z ciekawością szukałam informacji co podano prezydentowi USA i szefom państw. Bo jednak, co by nie mówić, jeść coś trzeba i jest to jeden z przyjemniejszych aspektów życia:)

A więc popatrzmy:

b_obiad_prezydencki

A menu z Pałacu Prezydenckiego było takie:

  • Wiejskie pomidory z twarogiem łomnickim, wino do potrawy: Seyval Blanc, Winnica Turnau 2015
  • Krem z białych szparagów
  • Dorsz z młodym szpinakiem i czerwoną porzeczką, wino do potrawy: Riesling, Winnica Pałac Mierzęcin 2014
  • Krem z pędów sosny z lodami z kory brzozowej, wino do potrawy: Johanniter, Winnica Turnau 2015

Zastanawia mnie ten ser łomnicki – bo jest to ser kozi; niektórzy nie mogą znieść nawet jego zapachu; czy nie była to zbyt kontrowersyjna przystawka?

Słyszałam też uwagi, że coś mało tych dań, że powinna być jeszcze przystawka na ciepło, i danie mięsne. Ale myślę, że restauracja Belvedere (na czele z Marcinem Przybyszem, zwycięzcy 3. Edycji Top Chef), która przygotowywała przyjęcie, zna się na tym i wie, co robi.

Zresztą znalazłam  swoich zapiskach menu obiadu prezydenta Kaczyńskiego, który wydał z okazji 10-lecia wstąpienia Polski do NATO; też było krótkie: tatar z łososia, zupa-krem z dyni, kaczka w musie jabłkowym, bezy z kremem Grand Marnier.

Albo popatrzcie na menu obiadu wydanego dla B. Obamy przez prezydenta Komorowskiego: tatar z pstrąga, krem z dyni, pieczona pierś perliczki, pralinki czekoladowe z sorbetem pomarańczowym.

I jeszcze menu z Zamku Królewskiego dla monarchów i ministrów:

  • Białe szparagi z rabarbarem i bazylią
  • Młode ziemniaki z cebulą i ziołami
  • Polędwica sandacza z pietruszką i wiśniami
  • Na deser: antonówka pieczona w sianie

Impreza, której nie było

Takie życie! Tak też może się zdarzyć i tak się zdarzyło właśnie mnie.

Przygotowana impreza się nie odbyła.

A miała być kuchnia francuska, towarzysząca filmowi „Mały Książę” (przepięknemu, w nowej aranżacji, z nowym pomysłem fabularnym), pełna róż (bo jak Mały Książę to i róże)

b_vega_may_ksie

W ostatniej chwili okazało się, że ktoś tam może być tylko na początku, przed filmem, na kawie; dobrze, dostał kawę americano w kubeczku w różyczki

kawa_z_rami

Ktoś tam mógł przyjść tylko na koniec – cóż, dostał tylko wodę mineralną – ha, ha! (ale tak chciał).

Ktoś nie dotarł w ogóle.

Ale potrawy, zgodnie z ustalonym wcześniej menu były:

b_menu_z_r

Na przystawkę verrine ogórkowe z twarożkiem i sałatka nicejska:

b_verrineb_saatka_nicejska_2016

Zupa cappuccino z selera z kawiorem

b_zaupa_cappucino_2016I jako danie główne de volaille ze szparagami, kluseczkami i fasolką szpragową

b_dewolaj_M_Morana

Cóż, miałam obiad na przeszło pół tygodnia:)

b_st_z_rami

Spotkanie filmowe z kuchnią podkarpacką

Dlaczego kuchnia podkarpacka na spotkaniu klubu filmowego?

Bo właśnie tam, w Bieszczadach, zaczyna się akcja oglądanego w sobotę filmu „Serce, serduszko” Jana Jakuba Kolskiego. O filmie – za chwilę.

Popatrzmy na moje menu i stół.

Podkarpacie – tak, ale i palmy, i mazurki – bo spotykamy się w wigilię Niedzieli Palmowej – krzyczącej radośnie kolorami ludowych palm.

stół z palmami

menu podkarpackie

palma

kurka z palmą

Kuchnia podkarpacka to ciągle mało znana kuchnia regionalna. Zresztą bardzo niejednorodna.

Łemkowie i Bojkowie w Bieszczadach, Dolinianie w rejonie Sanoka, Pogórzanie od Jasła do rzeki Wisłok, Lasowiacy – między Mielcem a rzeką San, Rzeszowiacy,

Zaczęłam od przekąski z cydrem – były to pieczone pierogi św. Jacka z Nockowej, z ciasta z dodatkiem twarogu, z nadzieniem z kapusty i pieczarek (pisałam o ich historii parę dni temu)

pierogi z Nockowej

kurka i cydr

Potem chapcie lasowiackie – gołąbki z nadzieniem z kaszy jęczmiennej, suszonych grzybów i kiszonej kapusty, z sosem grzybowym.

gołąbek lasowiacki

Zupa ziemniaczana z kurdybankiem czyli Kuroniem – to taka ciekawostka specjalnie dla jednego z uczestników

zupa z kurdybankiem

serwetka na sztućce

Jasielski schab Schabińskiej (o którym pisałam wczoraj) z fuczkami – czyli smażonymi placuszkami typu naleśnikowego z dodatkiem kiszonej kapusty (w okolicach Jasła noszą one nazwę szandorków).

schab schabińskiej

A do kawy – mazurek różany, prościutki, niepozorny nieco – ale ten smak! Nieodmiennie budzi zachwyt – przepis jutro.

mazurek różany

A teraz „Serce, serduszko”:

film Kolskiego

Jesteśmy w Bieszczadach, na Podkarpaciu.

Ciemne, niebieskie pasma gór, zielone ściany lasów, poprzecinane niekiedy drogami różnej kategorii: bywa i asfalt, ale bywają i ostre i dziury na ubitym zaledwie piasku. I od czasu do czasu kilka chałup.

W takiej, trochę większej wsi (może by i można ją nazwać malutkim miasteczkiem) jest bidul – tak żargonowo nazywają tu dom dziecka. A w nim – 11-letnia Maszeńka, ćwicząca z przysadzistymi kucharkami, które mają włożone na kuchenne kitle baletowe paczki – układ choreograficzny do „Jeziora łabędziego”.

Absurdalny zupełnie kadr.

Ale bardzo chwytający za serce.

Bo Maszeńka marzy, by zostać tancerką baletową. I musi dotrzeć do Gdańska na egzamin.

I tak zaczyna się równie absurdalna i szaleńcza podróż przez całą Polskę: z jej południowych krańców, aż nad brzeg Bałtyku.

Nazwano ten film: podróż za jeden uśmiech, familijny film drogi, oda do córki, siła miłości i potęga marzeń.

Ot, cały Kolski.

W kuchni noblistki

W czwartą rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej ukazała się wspomnieniowa książka jej sekretarza, Michała Rusinka, zatytułowana: „Nic zwyczajnego”.

Zet zadzwonił:

– Musisz ją przeczytać. Jest mnóstwo szczegółów i odniesień kulinarnych.

Kiedy więc trafiła do mnie, wyczulona już byłam na te wątki.

Nie, żebym szukała tanich sensacyjek.

Po prostu, zwykle, po ludzku, byłam ciekawa, co lubiła jeść, czy lubiła gotować, jaka była jej kuchnia – czyli jaki był ten cały mikroświat, który każdy z nas jakoś tworzy w swoim życiu, i który nas jakoś określa.

Popatrzmy: jest zdjęcie słynnej komody, stojącej w przedpokoju, a przy okazji możemy zajrzeć do kuchni (tak do fragmentu kuchni, ściśle mówiąc)

kuchnia noblistki

Kuchnia jest raczej mała. Jasna kremowa posadzka i w takim samym kolorze płytki na ścianie, jasne blaty szafek i bardzo ciemne, prawie czarne kontrastowe drzwiczki. Przejrzystość i prostota, żadnych bibelotów na wierzchu.

 Czy pani Wisława gotowała sama? Czy lubiła to?

Poczytajmy:

„Zawsze się zastanawiałem, czym WS właściwie się żywi. Wiem, że sama sobie gotowała. Kupowała najchętniej jakieś pół­produkty. Od czasu do czasu prosiła, żebym jej kupił pikantne skrzydełka w KFC, najchętniej tak zwany mega kubełek, w któ­rym ich było ze czterdzieści. Za którymś razem się przyznała, że je zamraża, a potem sobie kilka takich zamrożonych rzuca na patelnię, na rozgrzany tłuszcz i ma pyszny obiad. Usiłowałem ją od tego odwieść, mówiąc, że to potwornie niezdrowe, ale mi się nie udało. Próbowałem zniechęcać ją do takiego jedzenia, szydzić ze skłonności do fast foodu, narzekać na zapach, który potem jeszcze długo utrzymywał mi się w bagażniku — bezskutecznie. Moją klęskę spotęgowało dodatkowo to, że podobną namiętnoś­cią do tych samych skrzydełek zapałał mój syn Kuba, wówczas sześcioletni. I mówił o nich „skrzydełka pani Wisławy”.

Historia o KFC przedostała się do prasy. Moja w tym wi­na, bo poskarżyłem się na niezdrowe nawyki gastronomiczne Szymborskiej w jakimś wywiadzie. Po pewnym czasie firma KFC przesłała jej podziękowanie za korzystanie z ich oferty oraz specjalny dokument, po którego okazaniu mogła dostawać za darmo mega kubełki pikantnych skrzydełek restauracji KFC w całej Polsce. Ogromnie ją to rozbawiło. Odpisała w ten sposób: „Szanowna Firmo, to prawda, że lubię pikantne skrzydełka i od czasu do czasu je kupuję. Jednak z waszej karty gratisowej korzystać nie będę — po prostu mi nie wypada. Zachowam ją sobie jako miłą pamiątkę”.

Lubiła wydawać przyjęcia; słynne były jej zupki Knorra w torebkach, czasami na stół trafiały kartony zamówionej pizzy, ale były i bardziej wykwintne potrawy:

„Kiedy Szymborska zaczyna organizować pierwsze loteryjki w nowym mieszkaniu, to znak, że przeprowadzka się zakoń­czyła, że życie wróciło do normy. Wreszcie ma nowy stół, przy którym mieści się więcej osób (czyli koło dziesięciu). Jeszcze przed Noblem twierdziła, że powyżej ośmiu osób to już jest tłum. Po Noblu zmieniła zdanie i podniosła liczbę osób do dziesięciu. Myślę, że nie tyle pod wpływem nagrody, ile właśnie przeprowadzki i nowego, rozkładanego stołu.

Rytuał zawsze jest taki sam. Najpierw wybiera datę (bywa, że pretekstem do kolacyjki jest przyjazd znajomej osoby z zagranicy). Potem w kalendarzyku wpisuje listę gości, do których następnie dzwoni z zaproszeniem. Kolacja składa się z trzech elementów: drinka na początek (zazwyczaj jest to martini, campari lub gin z tonikiem), dania głównego oraz loteryjki, przy której pije się herbatę i brandy. Danie główne albo zamawiane jest w zaprzyjaź­nionej i zaufanej restauracji Pod Baranem (boeuf Strogonow lub wołowina po burgundzku), albo gotuje je sama gospodyni. Trady­cją stało się, że wiosną na cześć Czesława Miłosza, który zwykle o tej porze roku przyjeżdżał z Kalifornii, Szymborska gotowała zrazy (z polędwicy) z kaszą i podawała – oprócz tradycyjnego wina – zamrożoną wódeczkę. On tak lubił. A to było jej danie popisowe (obok sałatki z kiszonej kapusty i kurek, wspaniałej).”

I na koniec jeszcze ciekawostka o zakupach:

 „(…) pojawiają się w naszym mieście pierwsze hipermarkety. Szymborska je, o dziwo, bardzo lubi, choć nie  pamięta ich nazw (na Allkauf uparcie mówi Alzheimer). Czuje się w nich o wiele lepiej niż w małych sklepikach. Jest anonimowa, rzadko ktoś ją tam rozpoznaje, bo ludzie głównie patrzą na półki, a nie na innych. Chodzę za nią z koszykiem, do którego wkłada słoiki z wisienkami koktajlowymi, miniaturową kukurydzą, oliwkami nadziewanymi czymś podejrzanym. Oraz bekon. Którego nie ma, ale WS uznaje, że najbardziej przypomina go wędzonka krotoszyńska. Kiedyś wysyła mnie samego po bekon, a że mi nie ufa w tym względzie, rysuje mi przekrój poprzeczny bekonu. To znaczy wędzonki.

Do produktów żywnościowych ma podejście nieco zbyt  estetyzujące, moim zdaniem. Fascynuje ją żółty ser kolorowany czymś, rzekomo naturalnym, na zielono. Znajduje gdzieś ciasteczka, które może nie są najlepsze, ale nazywają się Brzydkie i to ją przekonuje do kupowania ich namiętnie przez dłuższy czas. Lubi pewien gatunek czerwonego wina, bo jest sprzedawane w krzywych butelkach.”

 

Zapraszam do lektury całej książki; jest tam też trochę o balu noblowskim, jest o obiadach u siostry Nawoi….

 

Party filmowe z kuchnią Y. Ottolenghi

Od dawna już czekała na przetestowanie książka „Jerozolima” – autorstwa Y. Ottolenghi i S. Tamimi – niezwykłe połączenie kuchni żydowskiej i arabskiej (palestyńskiej). Niezwykłe, bo dla każdego z nich Jerozolima jest rodzinnym miastem, a tradycje kulinarne żydowskie i muzułmańskie, mają – okazało się – wspólny mianownik, przenikają się. Film, który został zaproponowany na nasze party – 7 kilometrów od Jerozolimy – był znakomitą okazją na kulinarne eksperymenty z tej właśnie książki.

Jakie były rezultaty? Zapraszam do obejrzenia:

Generalnie, to przepisy Yotama są znakomite! Co do tego, to nie ma wątpliwości.

Ale są też pracochłonne; wymagają niezłej kondycji, bo sporo się trzeba naskakać przy każdej właściwie potrawie. Ale warto!

Do kawy przy oglądaniu filmu podałam ciasto chałwowo-orzechowe, nie za słodkie, a super chrupiące

Kolację zaczęłam od sałatki z brukselki i pomelo; goście byli zaskoczeni świetnym smakiem (zaskoczeni – bo brukselka nie cieszy się raczej popularnością)

Potem był esencjonalny bulion warzywny (którego składnikiem oprócz warzyw są również śliwki suszone) podany do kiszu z kalafiora, ziół i jajek

Danie główne to mejadra i kurczak marynowany i pieczony z mandarynkami

Mejadra to danie z zielonej soczewicy i ryżu z prażoną cebulą. Rewelacja! Zakochałam się w nim natychmiast. Na pewno będę go powtarzała w swojej kuchni.

Kurczak powinien być pieczony w towarzystwie kopru włoskiego; ale jaki pech! Akurat na mojej prowincji nigdzie bulw kopru nie było! A zwykle przecież sieciówki go mają. Cóż, musieliśmy się bez niego obejść.

Na stole znalazły się puszki coca-coli, oczywiście nie przypadkowo, nawiązują do jednej z ważnych scen w filmie. Zrobiło się zresztą dość głośno w świecie o tym, gdyż właściciele koncernu coca-coli zaprotestowali przeciw wykorzystywaniu ich marki w filmie, ale włoski reżyser poradził sobie z tym i coca-cola się pojawiła.

Jeszcze parę słów o filmie:

Rzecz dzieje się współcześnie. Głównego bohatera, włoskiego specjalistę od reklamy, któremu małżeństwo rozpadło się, a życie dość skomplikowało, spotykamy na pustyni, nieopodal Jerozolimy. W drodze dołącza do niego mężczyzna, który przedstawia się jako …. Jezus. Wyobrażacie sobie, że nic dalej nie było już proste i oczywiste….. prawda?