Skusiło mnie nazwisko autorki: Uniechowska-Dembińska. Czyżby to rodzina znanego, bardzo przeze mnie lubianego grafika Antoniego Uniechowskiego? Tego, który lekką, czarną, roztańczoną kreską wyczarowywał świat dziewiętnastowiecznych salonów, choćby w „Lalce” B. Prusa?
Okazało się, że tak, autorka książki, Krystyna, jest jego córką, a książka „Był pałac” jest ilustrowana grafikami ojca.

Jest to świat widziany oczami 10-letniej dziewczynki, „panienki z dobrego domu”, która po ucieczce z płonącej Warszawy 44. roku, wraz ze starszym bratem przybywa do rodzinnego majątku w Małopolsce.Tu zastają inny świat. Tu czas, jakby się zatrzymał.
Pałac żyje swoim własnym życiem. Tak, jakby nie było wojny, jakby nie było żadnych braków.
Ach, choćby te opisy zwykłych, codziennych posiłków, których nie powstydziłaby się niejedna uczta! Raj dla smakoszy!

Właściwie od początku się wie, jak książka się skończy.
Pałac, to jakby tonący Titanic, gdzie do końca gra orkiestra.
A przecież już idzie nowe, powojenne NOWE, które zdewastuje, zniszczy do szczętu całe materialne piękno Pałacu.
Nie próbuję pokusić się nawet na żadne oceny czy podsumowania. Powiem tylko, że książkę czyta się jednym tchem, ciesząc się precyzją języka i soczystością opisów, nie mówiąc już o zaskakujących zwrotach akcji!
Bardzo polecam:) zwłaszcza kulinarnym maniakom:)

I jeszcze mała próbka całości:
„Magia kuchennych obrządków w tamtym dniu była ważniejsza niż szczury. Już któraś z kobiet podaje mi puszkę z cynamonem. To próba generalna, harce przed bitwą o ucztę wigilijną i święta. Pałac bez swoich kuchni i spiżarni nie miałby po co istnieć. Byłby martwą kamienną skorupą. Tylko tu można wywęszyć duszę Pałacu.
Dostąpiłam zaszczytu zwiedzenia jednej z trzech pałacowych spiżami. Chwila równie wzniosła jak ta, gdy pierwszy raz zza palisady żelaznych pik zobaczyłam Pałac, Mekkę moją i brata, naszą górę Ararat z osiadłą na niej Arką. Pstryknęło światło żarówki, słabej jak w bieliźnianej szafiarni. Ale nieważny był widok półek zastawionych … – wiadomo, do czego służą spiżarnie – lecz zapach. Chociaż zapachy nie potrafią się śnić, tu były snem. W lekko stęchłym powietrzu spiżarni śniło się świat. Co tam haszysz i marihuana wobec zapachu, który tu materializował się w wyśniewane podróże! Tak pachną luki frachtowców wiozących ze Wschodu korzenie, przyprawy niegdyś warte tyle samo co złoto. A że teraz zatapiają je niemieckie U-booty, ocalała tutaj woń wydaje się tym cenniejsza; spiżarnia jeszcze przesiąknięta zapachem świeżo upieczonego chleba – bochenki leżały szeregiem na desce, posypane kminkiem, makiem czy czarnuszką, a słodkie buły maślaną kruszonką – była jak oddech życia.
– To spiżarnia na takie różne jaśniepańskie fanaberie – pani Rózia lekceważąco wskazała słoje z rodzynkami, z laskami wanilii, z kandyzowanymi owocami, na różnokolorowe pieprze, pojemniki z tabliczkami: goździki, cynamon, imbir, szafran …
Żeby dopełnił się zapachowy przekaz świata, wisiały wielkie pęki ziół, jakichś tymianków, mięt, bazylii.
– Druga spiżarnia jest jak Pan Bóg przykazał, na mąki, kasze, grochy. Wszystko, bez czego nie da się żyć. Ach, a trzecia! Tu – prawie zaśpiewały pani Rózia z panią naczelną kucharką: – W trzeciej są szynki, kiełbasy, przetwory, mięsiwa i… miotły.
– Jakie miotły?
– A takie, na jakich wiedźmy latają na Łysą Górę.
I obie zachichotały. Doprawdy, miały mnie za idiotkę.
Po zwiedzeniu spiżarni wróciłyśmy do drugiej kuchni, tej bezkrwawej. Tu miałam pomagać przy pieczeniu pierników. Nareszcie zajęcie mające określony cel. Widać nadal wierzono, że Pałac płynie po wyznaczonych trajektoriach swoich gwiazd, a nie dryfuje w nieznane.”