
Pięknych, pełnych nadziei Świąt Wielkiej Nocy
życzy wszystkim tu zaglądającym
negresca


Pięknych, pełnych nadziei Świąt Wielkiej Nocy
życzy wszystkim tu zaglądającym
negresca


W tym przedświątecznym zabieganiu, trudno znaleźć czas na telewizję i wpisy blogowe, jeśli nie dotyczą przepisów kulinarnych.
Dlatego króciutko. Obejrzałam drugi odcinek Hell`s kitchen (nagrywam audycje na dysk i późnym wieczorem, kiedy już wszystkie prace wykonane, siadam przed telewizorem i się rozkoszuję). Tych rozkoszy wczoraj było trochę mało, bo właściwie to program nie spełnił moich oczekiwań (od razu mówię, że nie znałam formuły tego programu i właściwie nie wiedziałam czego można się spodziewać). Oczekiwałam programu kulinarnego, który pokaże niuanse pracy renomowanej restauracji, jeden czy drugi przepis, jakieś tajniki sztuki kuchennej… tego typu rzeczy. A tu mamy właściwie tylko zagubionych kompletnie w kuchni ludzi, rzuconych na głęboką wodę i ich reakcje na ten potworny stress.
Można właściwie przewidzieć, jak to się dalej rozwinie. Z odcinka na odcinek ich warsztat będzie się doskonalił (w końcu karta menu liczy tylko kilkanaście pozycji, których wykonanie w końcu opanują) i zespoły zgrają się ze sobą. Raczej będzie coraz lepiej, zwłaszcza, że zostaną najlepsi.
Ale dla mnie to właściwie nie jest ciekawe. Kulinarnie nic ciekawego mi nie wnosi.
Tak więc myślę, że dam sobie spokój z tym programem.
W przeciwieństwie do Top Chef.
Ooooo! Ten program to zupełnie co innego. Zupełnie.
Wczorajsze mazurki, ucierane tradycyjnie w makutrach, pod okiem koła gospodyń wiejskich w ludowych strojach – było na co popatrzeć! I co podpatrzeć.
A`propos mazurków:
Pewnie zauważyliście, że rysuje się nowy trend w mazurkach: mazurki porcjowane, w wersji mini, takie na jedną osobę. Coraz więcej można tego zobaczyć.
Może to i fajny trend???
Jest malutki, z grubej wikliny, piękny w kolorycie

A zawartość jest przesłodka, cały cukrowy zwierzyniec: baranek, zajączek, kaczki, kurka… walczę z sobą żeby tego od razu nie zjeść, bo przepadam za tymi cukrowymi kolorowymi figurkami. Wszyscy, co wiedzą, przynoszą mi po świętach baranki do zjedzenia:)

Widzieliście ostatni odcinek Top Chefa i dogrywkę? Kiedy okazało się, że trzej biedacy muszą zmierzyć się z fasolą korczyńską – produktem regionalnym ziemi świętokrzyskiej?
Od razu sobie pomyślałam: jak to? Godzinę na danie z fasoli???? Kiedy wiadomo, że ona musi się kilka godzin moczyć? No, chyba, że jest świeża, prosto z pola wyłuskana, ale to chyba nie wchodziło w rachubę, bo program kręcono na pewno już po czasie zbiorów.
Albo, że zawodnicy dostali fasolę wcześniej namoczoną, ale nic na ten temat nie mówiono.
Albo że ugotują tę fasolę w szybkowarze; to mogło wchodzić w rachubę, ale z tego co widziałam, gotowali tę fasolę tradycyjnie.
Okazało się, że Adrian Feliks znalazł na to sposób: pomyślał, że zrobienie pure z fasoli ukryje ewentualne braki miękkości.
Ale w Top Chefie nie ma lekko. Wszyscy zamarli, kiedy p. Wachowicz srogo pytała:
– Adrianie, możesz nam powiedzieć, jak robiłeś fasolę?? Na pewno tak??? w takiej kolejności???
Przestraszony Adrian przebiegł w myślach proces gotowania (a my na ekranach zobaczyliśmy w błyskawicznym skrócie jego pracę) i niepewnie potwierdził swoje słowa. Wtedy p. Ewa uśmiechnęła się i powiedziała:
– Mam nadzieję, że telewidzowie zdążyli zapisać to, co mówiłeś, bo twoja fasola była NAJLEPSZA!
Od razu sobie pomyślałam, że muszę wypróbować to pure. Tak mi wyszło:

A robi się je tak:
Trzeba ugotować fasolę, zmiksować ją ze śmietaną.
Koper włoski pokroić (ja go pokroiłam w dość drobną kostkę), przesmażyć na klarowanym maśle, po czym dodać go do pure, doprawić solą i pieprzem.
Wyszło naprawdę pyszne. Adam podał je ze smażoną wątróbką.
A ja dodam jeszcze, że wzięłam fasolę Piękny Jaś z doliny Dunajca, również mającą certyfikat produktu lokalnego.
Obejrzałam pierwszy odcinek polskiej edycji.

(zdjęcie z sieci)
Nie wszystko jest jeszcze dla mnie jasne, bo nie oglądałam dotąd żadnej wersji, ani angielskiej, ani amerykańskiej. Nie do końca wiem, jakie są zasady (bo ich nie przedstawiono), z czym uczestników zaznajomiono, ile mają na co czasu. Montaż emitowanego odcinka był dość toporny, bez jasnych, płynnych przejść.
Generalnie początkowo myślałam, że program nie będzie mi się podobać, bo każdy powtarzał, że jest chamsko, mega stress, że takie są wymogi show.
Obejrzałam jednak I odcinek bardzo uważnie i raczej nie jestem zbulwersowana.
Uważam, że największym problemem tutaj jest fakt, że mówi się człowiekowi wprost, w oczy, jak marny jest jego poziom wiedzy i umiejętności. A p. Amaro (prowadzący) się nie czai.
Choinka, no nie jest to miłe, i jasne, że człowiek natychmiast wytwarza sobie mechanizmy obronne, każdy inne, i to właśnie w programie widzimy.
I jedni błyskawicznie się uczą (dokładności, precyzji, obowiązkowości, terminowości, organizacji pracy), a inni pozostają na etapie poczucia skrzywdzenia, niedocenienia. I odpadają.
Czy będzie to bezpardonowy wyścig szczurów? Nie podobałoby mi się to. Nie lubię tych zagrywek typu Big Brother, śledzących kamer, tych zasad kija i marchewki.
Ale pomijam ten aspekt show, bo interesuje mnie aspekt kulinarny. Tego typu programy każą mi inaczej popatrzeć na sztukę kulinarną.
Przeszłam już etap załamania poziomem swojej wiedzy i umiejętności. O.k., zgódźmy się, nie jestem kucharzem i nie ma co myśleć inaczej. Ale doceniać maestrię innych mogę, co nie? I sprawia mi to przyjemność. I coraz głębiej widzę, o ilu elementach sztuki kulinarnej nawet nie miałam pojęcia.
Dlatego dalej będę oglądać zarówno Hell`s kitchen, jak i Top Chef, czy Master Chef.
To takie pierwsze wrażenia, na gorąco, po pierwszym odcinku.
Najpierw jest etap, który bardzo lubię – planowanie menu świątecznego: śniadania wielkanocnego, obiadu, wypieków, wędlin i mięs. Przeglądanie rodzinnych przepisów, szperanie po książkach, podczytywanie forów kulinarnych i blogów – to etap szukania inspiracji, pomysłów, co zrobić. Zwykle kupuję jedną – dwie gazety, żeby podpatrzyć dekoracje. To trzeba zrobić w miarę wcześnie, żeby zdążyć zgromadzić wszystkie potrzebne składniki.
O.k. mam już menu.
Zakładam skoroszyt i drukuję przepisy, lub przynajmniej piszę numery stron książek, z których pochodzą. Wolę się zabezpieczyć: bo może zawieść internet, lub będzie chodził jak zepsuty traktor (przed świętami łącza lubią być przeciążone), bo skończy się tusz w drukarce, bo zapomnę z której książki pochodzi interesujący mnie przepis.
O.k. to już jest!
Teraz następuje etap, którego nie cierpię: żmudne wypisywanie listy zakupów i ułożenie ich kategoriami: ile jajek (wiecie że wyszło mi 79????), ile kostek masła, ile cukru, śmietany, jarzyn…. Itp.
Wypisuję wszystko, nawet tak banalne rzeczy jak sól, pieprz czy listek laurowy – bo teoretycznie to te produkty powinnam w domu mieć, ale …. Diabeł nie śpi. I w dodatku nie mam kogo wysłać w ostatniej chwili na awaryjne zakupy.
Zmobilizowałam się. Lista zakupów jest!

To jeszcze opowiem o menu:
Wypieki: piegusek specjalnie dla mamy, sernik wiedeński, babeczki marcepanowe do koszyka, pascha, mazurek różany i nowość – ślizgoński mazurek czekoladowy
Do śniadania: karkówka, pasztet drobiowy z żurawiną, pasztet z jajek, brokuła i szynki, sałatka jarzynowa z dodatkiem buraczków, chrzan do szynki z jajkiem i ananasem. Wiejskie kiełbasa i szynka – kupne
Obiad:
Żurek wg Magdy Gessler z dodatkiem grzybów
jajka faszerowane od Fukiera i barszcz czerwony czysty
gulasz ochmistrzyni, knedel Radziwiłłów i zielona sałata z winegretem i całym mixem dodatków
Tyle. Mam nadzieję, że wystarczy
Teraz czeka mnie jeszcze gorszy etap: podjęcie decyzji, w który dzień co zrobić. Większość chciałabym robić w ostatniej chwili, żeby było świeże, ale to niemożliwe, nie zdążyłabym. Dlatego te decyzje są zawsze takie trudne.
To mój pierwszy koszyk wielkanocny w tym roku. Będzie ich jeszcze co najmniej trzy
Oczywiście nie mogło przy nim zabraknąć Bajeczki, jej ciekawość nie ma granic

To nie jest koszyk do święcenia; ten będzie z tradycyjnymi elementami: baranek, jajka, sól, kiełbasa, babka).
Ten tutaj, zamiast baranka ma kurę w formie patery na jajka, a te są przepiórcze. I nie ma bukszpanu, bo jeszcze nie było go na targu.


Autorkę – Sarah Kate Lynch – znałam już pozytywnie bardzo z książki, pełnej francuskiego wina, „Dom córek”, więc kiedy zaczęłam czytać „Biesiadę z aniołami”, zaskoczona byłam bardzo niemile. Wydumane zwroty akcji, nieuzasadnione zupełnie zachowania postaci, takie rodem z kiepskiego romansu …. ło matko! co ja czytam! I czy na pewno chcę to dalej czytać???? – Dobrze, że to książka z biblioteki, pomyślałam, i nie musiałam za nią płacić. Gdyby nie naprawdę piękne opisy kulinarnej Wenecji, dałabym sobie spokój z tą książką.

Czytałam jednak dalej i wszystko zaczęło się wyjaśniać, logicznie układać, elementy mozaiki powskakiwały na swoje miejsca.
Więc gdyby wam przypadkiem wpadła w rękę ta książka, bądźcie cierpliwi, warto ją przeczytać, nie tylko z uwagi na akcenty kulinarne, których tu nie brakuje, ale i na psychologię zachowań ludzkich, zwłaszcza w sytuacjach krytycznych, wręcz na pograniczu zagrożenia życia.
Ale tym też bardzo się nie martwcie. Będzie dobrze.
Bohaterowie pokażą swoje prawdziwe oblicza, co czasem okaże się szokujące, narratorka Connie (czy może Emsi) zdziwi się sama sobą, ale powoli zacznie rozumieć, co dla niej jest naprawdę ważne w życiu. Czy naprawdę bycie krytykiem kulinarnym to jedyne, co chciałaby robić w życiu? I co zrobić z sobą, jeśli nie może nim być?
Poznajemy Amerykankę Connie w Wenecji, po czym okazuje się, że tak naprawdę to jednak musimy wrócić do Nowego Jorku. Ale przy okazji tego dziwnego splotu wydarzeń poznamy kulinarne mapy obu miast; restauracje i knajpki, które powinno się zobaczyć i dania, które trzeba spróbować.
Uwaga! Robię ściągę:
Najpierw cicchetti w Wenecji.
„Teraz – powiedział Marco, kiedy stuknęliśmy się kieliszkami – opowiem ci o cicchetti. Jak dotąd Wenecja nie słynęła z jedzenia, wiesz o tym? Cóż, te czasy to przeszłość. Nieważne, że Wenecjanie wiedli niegdyś prym w handlu oraz wynaleźli niepozorny widelec. W gruncie rzeczy tutejsze potrawy są równie dobre, jeśli nie lepsze niż w pozostałej części Włoch, o ile wiadomo gdzie ich szukać. Każdy wenecjanin z krwi i kości zaprowadzi cię prosto do La Vedova w Cannaregio albo tutaj, do Do”Mori na cicchetti. To nasza ulubiona tradycja, nie spotkasz tego gdzie indziej. Przypomina tapas, ale po wenecku.
(…)
Podniósł krokiet, a ja otworzyłam usta i ugryzłam spory kęs miękkiej masy. Tuńczyk, lekki, słodkawy, wymieszany z bułką tartą, pietruszką i cytryną i delikatnie podsmażony w tłuszczu. Nie wiem, jakim cudem tak smakował, ale oniemiałam z zachwytu.
(..) Polpette – zakomenderował Marco. Szynkarka delikatnie uniosła kulkę mięsa z tacy na kontuarze i z pietyzmem położyła ją na talerzu. Pulpecik był zwarty, pikantny i różowy, a jego środek wprost rozpływał się w ustach, suto przyprawiony pieprzem i nieprzyzwoicie wilgotny. Innymi słowy, wyborny.
(…) Podczas gdy Marco dalej raczył mnie weneckimi przysmakami, signora Marinello wyszła, by powrócić za chwilę z usmażoną w czosnku kałamarnicą o lśniących mackach. Następnie Marco sięgnął po małe porcyjki grillowanego miecznika i zawijając je we wstążki marynowanej wołowiny, kładł mi na języku, po czym to samo uczynił z sarde in saor, mięsistymi sardynkami, ugotowanymi w sosie będącym idealnym melanżem wina i octu balsamicznego.”
A Nowy Jork? Co można zjeść w czterogwiazdkowej restauracji „Daniela Boulud” w N.Y.? Posłuchajcie:
„Zabrałam go kiedyś do Daniela na romantyczną kolację. Z chwilą gdy skręciliśmy z Wschodniej Sześćdziesiątej Piątej w elegancki hol wiodący do pulpitu szefa Sali (mijając prywatną salę bankietową oraz ekskluzywny bar po prawej stronie), Tom zjeżył się. (…) Warknął na kelnera, syknął, że mam więcej pieniędzy niż rozumu, po czym …. skosztował jedzenia.
I umilkł.
Zupa z karczochów z podgrzybkami i olejem szałwiowym złagodziła nieco jego srogie spojrzenie, ale tortellini z dziewięcioma ziołami i pianką parmezanową na dobre zamknęło mu usta. Porcja perliczki z borowikami i glazurowanymi suszonymi śliwkami wystarczyła, aby krew doszczętnie odpłynęła mu z twarzy. Z każdym kęsem stawał się coraz bardziej przybity, kiedy zaś sięgnęłam po ostatni kawałek jego tarty figowej, uporawszy się najpierw ze swoim sufletem czekoladowym, mało się nie rozpłakał. Taka była pyszna.”
Na koniec tych pyszności opowiem wam jeszcze o jednej sałatce, na którą sobie ostrzę zęby, ale muszę poczekać, aż będą świeże pomidory, najlepiej takie z pola, wygrzane słońcem:
„Tom często przyrządzał mi latem prostą sałatkę z pomidorów, awokado i mozarelli. Nic szczególnego, lecz gdy dojrzewały pomidory z Jersey, trudno o lepszy sposób ich podania. Kupował świeży ser u Murraya, a supersoczystą bazylię dostarczał mu farmer z Union Square. Odrobina oliwy z oliwek na ułożone z wierzchu awokado, a do tego chrupiąca ciabatta. W połączeniu z cierpkimi pomidorami i solą morską subtelny smak łagodnego sera i awokado przyjemnie zaostrzał apetyt.”
Przypomnę się wam z tą sałatką w odpowiednim czasie. Bo to niby zwykła caprese, ale ten dodatek awokado? intrygujące!
A tytułowa „biesiada z aniołami”?
Dopiero na samym końcu książki się o niej dowiemy. To przeżycie, którego doświadczyła zarówno bohaterka Connie, jak i babka mężczyzny jej życia, stając na granicy życia i śmierci. Bardzo sugestywna wizja.
Ach! Byłabym zapomniała: na przebieg akcji niemały wpływ miał Woody Allen (szalenie go lubię!) i precel, który wyrwała mu z rąk Connie w Central Parku:)
Miłej lektury!
To zaadaptowana przeze mnie propozycja kuchni Lidla, wyborna! Nawet ci, co to „zielska” nie jedzą, nie wybrzydzali:)

Będą nam potrzebne dla 4 osób:
Pół sałaty lodowej
2 sałaty rzymskie baby
Nieduża kiść zielonych winogron
1 awokado
200 g mozzarelli mini (w małych kuleczkach)
1 świeży ogórek
2 zielone gruszki
16 zielonych oliwek bez pestek
kilka pomidorków coctailowych
cytryna
Oraz na sos vinegret:
5 łyżek oliwy z oliwek (uważajcie, żeby nie była gorzka)
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka miodu
1 łyżka musztardy dijon
Sól, pieprz
Liście sałaty lodowej rwiemy w palcach na kawałki, sałatę rzymską baby kroimy wzdłuż na pół (każda porcja to pół sałaty baby), rozchylamy ozdobnie liście.
Zielone winogrona kroimy na pół (usuwamy pestki), awokado obieramy, kroimy w plasterki i skrapiamy cytryną.
Gruszki obieramy, kroimy wzdłuż na pół, wydrążamy środek (gniazda nasienne), kroimy w półplasterki i skrapiamy sokiem z cytryny.
Ogórek obieramy i kroimy w cienkie plasterki.
Pomidorki kroimy na pół.
Wszystkie składniki sosu wlewamy do słoiczka twist i dokładnie mieszamy, potrząsając.
Układamy ozdobnie w misce składniki sałatki i polewamy sosem.
To moje najnowsze odkrycie kulinarne

Podałam je jako dodatek do warkocza z polędwiczek; jest to popularna włoska przekąska, sporządzana z warzyw otoczonych ciastem drożdżowym i smażona w głębokim tłuszczu. Pamiętam to danie z kuchni po drugiej stronie Adriatyku, z Czarnogóry; zajadałam się warzywami smażonymi w cieście. Jak dla mnie – pycha! Przepis na kalafiorowe zoppoli znalazłam na blogu „Kuchnia pod wulkanem”.
Proporcje są w sam raz na 4-5 osób
Pół niezbyt dużego kalafiora
Na ciasto:
200 g mąki
250-300 ml ciepłej wody (może być potrzebne trochę więcej)
10 g świeżych drożdży
Łyżeczka soli, szczypta pieprzu
3 łyżki drobno startego sera pecorino lub parmezanu
Kalafiora gotujemy (musi pozostać jędrny), studzimy, dzielimy na różyczki.
Drożdże rozpuszczamy w ciepłej wodzie, wlewamy do mąki, mieszając, by nie było grudek. Dodajemy sól – ma powstać dość rzadkie ciasto. Dodajemy stary ser, pieprz, różyczki kalafiora. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. 2 godziny w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.
Po tym czasie rozgrzewamy w głębokiej patelni lub rondlu olej i nakładamy porcje ciasta łyżką. Smażymy z obu stron na złoty kolor.
Odsączamy na papierowym ręczniku. Lekko solimy z wierzchu i podajemy.
Można podawać na zimno i na ciepło. Na ciepło jest lepszy.