„Syrena” kulinarna Antoniego Czechowa

W życiu bym nie zajrzała do tomu opowiadań A. Czechowa (nie przepadam za małymi formami, jak dla mnie zbyt szybko się kończą, zanim się zdążą rozwinąć), gdybym nie wyczytała przypadkiem na blogu p. Adamczewskiego, że jest to bodaj najsłynniejsze opowiadanie kulinarne, a na pewno w całości poświęcone tylko jednemu tematowi: przyjemności jedzenia (nota bene, p. Adamczewski i jego żona są autorami wielu niebanalnych książek kulinarnych).

Kupiłam czym prędzej książkę, przeczytałam.

 syrena Czechowa

I słuchajcie, „Syrena” jest zabawna!

Tytuł nie kojarzy się kulinarnie, prawda?

Ale wierzcie, jest uzasadnione takie połączenie, choć – moim zdaniem – zrodzić się mogło jedynie w męskiej głowie, marzącej o niebieskich migdałach, i to po tak zwanych paru głębszych:)

A co z kulinariami?

Otóż mamy tu zmysłową opowieść rosyjskiego pomocnika sądowego, który po skończonej sesji, kiedy sędzia pisze pośpiesznie protokół, a wszyscy inni czekają niecierpliwie na obiad, zaczyna półgłosem opowiadać o rozkoszach, czekających ich przy stole. O przystawkach, zakrapianych wódką, o zupach, rybach, a wszystko to w oczekiwaniu na danie główne – pieczyste.

Słuchającym ślinka leci, sędzia psuje kolejnych sześć arkuszy, nie mogąc skupić się na sądowych niuansach. No, bo jak tu myśleć o prawniczych terminach, skoro kusiciel szepce, niby to na boku:

 „No więc, a zakąsić, panie Grzegorzu, serdeńko, trzeba także znając się na rzeczy. Trzeba wiedzieć, czym zakąsić. Najlepsza zakąska, jeśli chce pan wiedzieć, to śledź. Zjadł pan dzwonko z cebulką, w musztardowym sosie, natychmiast, dobrodzieju ty mój, dopóki czuje pan jeszcze iskry w swym łonie, spożywaj pan kawior sam albo, jeżeli pan woli z cytrynką, potem zwykłą rzodkieweczkę z solą, potem znowu śledzika, ale już najlepiej dobrodzieju, rydzyków solonych, posiekanych drobniutko na ikrę i przyprawionych, rozumie pan, cebulką i oliwą prowansalską…. Delicje! Aliści wątróbka miętusa – to dopiero poemat!”

 

Wydaje mi się, że w „Syrenie” Czechow (1860-1904) wytyczył na długie lata styl pisania o kulinariach. U schyłku XIX wieku temat zaczął być „trendy”, a on nader sugestywnie go przedstawiał. No i jeśli chcemy znać kwintesencję kuchni rosyjskiej – to warto sięgnąć po „Syrenę”.



Menu filmowego party

stół na party

Oglądaliśmy film „Celestyn V”, którego każdy z nas był ciekaw, bo okazało się, że papież Benedykt XVI nie był wcale pierwszym papieżem, który zrezygnował z urzędu. Dość dawno temu, u schyłku XIII wieku, taką samą decyzję podjął papież Celestyn V – Włoch, pustelnik, zamieszkujący przed wyborem u podnóża góry Morrone k. Neapolu.

film Celestyn V

Miałam właściwie łatwe zadanie przy konstruowaniu menu do kolacji towarzyszącej filmowi: włoska i papieska. Dużo o tym pisano, mam kilka książek na ten temat, ale …. zawsze jest jakieś ale, prawda?

Otóż na naszych spotkaniach już kilkakrotnie ta właśnie kuchnia występowała, a nie chciałabym się powtarzać. Potrawy z uczt koronacyjnych papieży, ulubione papieskie – wszystko to już było.

Ostatecznie wyszukałam z potraw włoskich głównie te z rejonu Neapolu (region Kampanii) i menu było następujące:

menu papieskie

Przystawka: zielona, z sałaty lodowej i rzymskiej, z winogronami i mozarellą z winegretem, z bagietką wiejską, na zakwasie (mozarella to w Kampanii klasyk Nr 1)

sałata

chleb i sztućce

Danie pierwsze – we Włoszech jest to zwykle jakaś pasta (makaron) – u mnie były tortellinii alla pappalina, z sosem grzybowym. Tu poszłam troszkę na łatwiznę; różnego rodzaju pierożki kupiłam gotowe (tortellini, cappeletti, ravioli), a własnoręcznie przygotowałam jedynie sos grzybowy (z suszonych prawdziwków i świeżych pieczarek)

pierożki

Daniem głównym  powinno być mięso (lub ryba) otoczone warzywami; zdecydowałam się na warkocz z polędwiczek wieprzowych, ułożonych na fasolce szparagowej, z dodatkiem zoppoli z kalafiora i plastrami batatów

warkocz z polędwiczki

Zoppoli (zeppole) to typowa neapolitańska przekąska z warzyw smażonych w cieście drożdżowym (zoppoli z kalafiorem smaży się w Neapolu zawsze na Wigilię)

 Towarzyszyło temu wino Châteauneuf-du-Pape; jest to wprawdzie wino francuskie, z okolic Awinionu, ale do kolacji papieskiej (choć włoskiej) aż się prosiło

wino

Wina te rozsławił na przełomie XII  i XIII w. zachwycony nimi papież Jan XXII, w czasach tzw. Niewoli awiniońskiej papieży. Nazwę Châteauneuf-du-Pape (Nowy Zamek Papieża) usankcjonowano w 1893 roku. Nawiązanie do nazwy widoczne jest też na butelce – znajdziemy na niej papieską tiarę nad dwoma kluczami świętego Piotra. Wokół tego emblematu, wytłoczone są gotyckie litery tworzące napis: Châteauneuf-du-Pape.

 Postanowiłam podać po kolacji deser (mimo, że osobiście tego nie lubię; psuje mi wspomnienie smaku), ale uczestnicy byli z tego bardzo zadowoleni. Podałam lody czekoladowe z sorbetem z pomarańczy.

Dominującym kolorem był kolor papieski, żółty.

żółty tulipan

Moda na talerzu – czyli Top Chef 2

Z programu odpadają kolejni uczestnicy, a ja widzę, że jednym z ważniejszych kryteriów, które decydują o sukcesie lub porażce  jest – MODA.

Posłuchajcie uważnie wypowiedzi p. Amaro. Kiedy Piotrek-rybak przybrał swoje danie kiełkami, usłyszał: kiełki????!!!! Tak podawaliśmy kilka lat temu!

I już wiadomo, że kiełki obecnie są passe.

Z kolei Sebastian, który przybrał swój talerz płatkami kwiatów, usłyszał: no widzisz? Warto było jechać do Anglii na naukę.

top chef

 

amaro

(zdjęcia potraw p. Amaro z sieci)

I ja widzę, że te akurat kryteria niewiele mają wspólnego ani ze smakiem, ani nawet z wyglądem. Bo przecież takie kiełki są pyszne i szalenie widowiskowe i fotogeniczne. A jednak ich użycie to duży minus.

Czyli nic innego jak MODA. Tylko moda.

Nie, żebym uważała to za złe. Stwierdzam po prostu fakt.

Tak jak kształt buta (na przykład) nosi się w sezonie taki a nie inny, tak talerz w restauracji ma wyglądać tak, a nie inaczej. Ma być trendy.

I powiem wam, że fascynuje mnie to właściwie, ta sztuka podawania i jej ewolucja.

Nie mówiąc już o tym, że talerze z jedzeniem wyglądają teraz jak małe dzieła sztuki i jest to piękne.

 

amaro

(zdjęcia potraw p. Amaro z sieci)



Małopolska palce lizać

Tytuł jest nośny:)

Ostatnio często można się z nim spotkać, w nazwach książek, gazet, blogów.

Ja trafiłam akurat na książkę poświęconą kuchni regionalnej małopolskiej.

małopolska palce lizac

Książka jest wydana przed kilku laty, ale co to szkodzi, prawda? Aktualności nie straciła. A ucieszyła mnie bardzo. Bo ostatnio zafascynowana jestem bardzo wszystkim, co związane jest z moim miastem, regionem, ciekawostkami, i rzecz jasna, także z regionalną sztuką kulinarną.

Przejrzałam strony internetowe miasta i tarnowskich instytucji kulturalnych, wynotowując tytuły publikacji, które chciałam i powinnam znać, przejrzałam półkę z wydawnictwami regionalnymi w swojej biblioteczce, i ruszyłam na poszukiwania.

Najwięcej pozycji dopadłam w muzeum i informacji turystycznej; zgarnęłam do koszyka prawie wszystko co mieli, i właśnie wśród upolowanych pozycji znalazła się książka o kuchni regionalnej.

Temat kuchni regionalnej bardzo mnie interesuje, bo tak naprawdę, to nie bardzo wiem, co bym mogła polecić jako specjalność Tarnowa, czy choćby jego regionu.

Książka, która kupiłam, niewiele mi w zasadzie pomogła.

Owszem, pięknie wydana, z kolorowymi pięknymi zdjęciami, ale w rozdziale dotyczącym mojego Tarnowa, pięknie zatytułowanym: „Od Leliwitów do pięknego Jasia” – potraw tarnowskich właściwie nie ma.

Jest przepis na herbatę tarninówkę (uważa się, że nazwa miasta: Tarnów – pochodzi od krzewów tarniny, porastających ongiś zbocza wzgórz otaczających miasto) i jeszcze jeden – na placek ziemniaczany po cygańsku, jako że w mieście mieszka spora grupa Romów.

Pozostałe przepisy dotyczą fasoli Jaś, z której uprawy słynie dolina rzeki Białej, zwłaszcza w rejonie Zakliczyna.

Mimo tego niedosytu, książkę jednak polecam.

I przy okazji zapraszam na mój blog „Tarnowskie podwórko”

 http://tarnowskiepodworko.blox.pl

Moje miasto pięknieje w oczach, ma tyle uroczych zakątków, a jednocześnie tyle jest zmian, że bezpowrotnie ulatują nam z pamięci miejsca, nazwy, zdarzenia.

Jakiś ich fragment staram się u siebie zatrzymać:)

Dukielskie specjały

Kiedy szukałam w necie przepisów Jana Brzechwy z „Przekroju”, wpadłam na trop bardzo ciekawej strony internetowej,  gdzie wykorzystano jego pomysł na podawanie przepisów kulinarnych w formie wiersza, zwykle żartobliwego

http://www.potrawyregionalne.pl/media/File/biblioteczka_pdf/Dukielskie_Specjaly.pdf

 

Jest zbiór lokalnych specjałów Ziemi Dukielskiej i przepisów na nie (informator został opracowany przy współudziale kół gospodyń wiejskich i współfinansowany przez szwajcarski programu współpracy z nowymi członkami Unii Europejskiej.

Bardzo ładnie edycyjnie wydany tomik.

Podpatrzyłam przepis na Gołąbki z jajem Koła Gospodyń Wiejskich w Głojscach i zrobiłam je

 gołąbki dukielskie

A robi się je tak (u mnie proporcje dzielone przez 3)

składniki:

1 kapusta włoska

½ kg ryżu

10 jaj

1 duża cebula

3 ząbki czosnku

1 kostka margaryny

sól, pieprz

wykonanie:

Kapustę sparzyć, ryż ugotować. Jaja ugotować na twardo. Cebulę i czosnek zeszklić na margarynie. Ryż, jaja pokrojone w kostkę, zeszkloną cebulę wymieszać i doprawić solą, pieprzem, można dać 1 łyżeczkę wegety lub kucharka, zawinąć i zalać 1 litrem wrzącej wody z 1 łyżką kucharka. Smażyć w piekarniku 1 ½ godz. w 200 C

Nie używałam margaryny lecz masło, a z przypraw zamiast wegety dałam majeranek i troszkę papryki, podlewałam gołąbki rosołem i dusiłam na gazie, nie w piekarniku.

Wyszły bardzo smakowite.

 

 A z podanej stronki bardzo spodobał mi się wierszowany przepis na pierogi:

 

Do kapusty ukiszonej

Z kwasu lekko odsączonej

Dolej wody, dodaj kminek

Gotuj wolno przez godzinę

Odcedź z wody , niech ostygnie

Potem wygnieć ją solidnie

Pokrój, dopraw solą , pieprzem

I do tego dodaj jeszcze

W kostkę pięknie pokrojoną

Cebulkę przyrumienioną

Na wędzonym boczku tłustym

Nie przemaścisz tym kapusty

Którą podduś przez czas taki

Aby przeszły sobą smaki.

Część cebulki oraz skwarków

Odłóż gdzieś w niedużym garnku

Będą służyć do polania

Przy podaniu tego dania.

Teraz zagnieć nietypowe

Pyszne ciasto pierogowe

Do ciasta będzie potrzebna

Szklanka mąki, zwykła pszenna

I trzy szklanki mąki pszennej

Lecz razowej jest niezbędne

Jedno jajo albo olej

Łyżkę soli, wody dolej

Letniej jedną szklankę całą

By się ciasto zrobić dało.

Cisto dobrze wałkuj wałkiem

Żeby było cienkie całkiem.

Z ciasta kółka wycinamy

Farsz na kółka nakładamy

Sklejamy i gotujemy

I gorące podajemy.

Jeszcze cebulka i skwarki

I oklaski dla kucharki.

Top Chef II edycja – pierwsze koty za płoty

Było bardzo nerwowo.

Stres zżerał konkursową czternastkę, a ich szumne i dumne zapowiedzi sprzed emisji, okazały się najczęściej bez pokrycia.

Odpadła Patrycja Stefanów-Kot z restauracji „Koncertowa” w Krynicy Zdroju.

To była dramatyczna dość scena; owszem Patrycja była zagrożona: jajecznica – zwyczajna, zwyczajnie na talerzu podana – to nie był najlepszy pomysł na popisowe danie szefa kuchni, a w daniu z polędwicą na jej talerzu zabrakło …. właśnie polędwicy – nie zdążyła jej położyć.

Ale decyzją jury odpaść miała Magda Perszke z Bistra Pigalle Warszawa – jej warkocz polędwicy z oscypkiem okazał się skandalicznie wysuszonym i z wyglądu raczej spalonym, nieapetycznym kawałkiem mięsa.

Jednak Patrycja postanowiła się wycofać i oddała swoje miejsce Magdzie. Oceniła, że przeliczyła się z siłami i nie jest w stanie sprostać stresującej rywalizacji.

Patrycja i Magda Top Chef

Ciekawa jestem restauracji Patrycji; dawniej bardzo często bywałam w Krynicy, ale nie znałam tego lokalu. Znalazłam „Koncertową” w necie – jest w Parku Słotwińskim, dość daleko od centrum, przy skrzyżowaniu do wyciągu narciarskiego w Słotwinach. Piękna okolica, na uboczu.

Koncertowa w Krynicy

Polędwicę wołową ma w swoim menu:

– tatar z polędwicy wołowej,

– stek z polędwicy wołowej, grilowany , masło z truflami, warzywa

– polędwica wołowa sprasowana ze schabem, sos powidłowy, owoce, knedle

– trzy rodzaje mięs (polędwica wołowa, schab, pierś drobiowa) sprasowane razem, ser, warzywa

Ciekawe jak to jest z tym sprasowaniem? Bo każde z tych mięs ma zupełnie inną twardość i przyrządzenie ich razem – to rzecz trochę karkołomna. Ale pewnie jest jakiś myk:)

 

W pierwszym odcinku dał się zauważyć Adam Kowalewski z Bydgoszczy – uzyskał immunitet za jajko ziołowe z grzanką (gotuje dla szkoły katolickiej i dostojników kościelnych) a  także Sebastian Olma z Bielska-Białej – robił sporo szumu o nóż pozostawiony przez któregoś uczestnika w zlewie – przeciął mu dłoń lewej ręki. Zwróciłam uwagę na Bartłomieja Kuziniaka z krakowskiej restauracji Ancora (bo byłam tam) oraz na Roberta Wojnarowskiego z warszawskiej restauracji „Sowa i przyjaciele” (o p. Sowie każdy kto interesuje się kuchnią słyszał).

 Wydaje mi się, że niektórzy uczestnicy dość pochopnie zgłosili się do programu; na przykład to chyba Patrycja nie umiała filetować ryby. Nie da się mówić o kreatywności na poziomie top chefa, jak się nie ma w małym paluszku podstaw. Co można w ciągu godziny wymyśleć, jak wiele możliwości odpada, bo nie umie się ich zrobić.

Powiecie, że się wymądrzam i dobrze mi mówić, siedząc przed telewizorem. Nie, nie, to tylko moje przemyślenia, nie pretenduję bynajmniej do miana tej, która umie. Nigdy w życiu bym się nie zgłosiła do czegoś takiego. Ale jednak uważam, że kucharz powinien mieć skończoną szkołę, gdzie uczą zasad żywienia, gotowania i jest praktyka. A tutaj sporo jest osób, które są samoukami (sami to tym mówią) i ich wykształcenie jest – no cóż – niepełne.



Brzechwy lektura o gastronomii i … Top Chef.

Dzisiaj to jedzeniu to raczej można tylko poczytać.

A ja właśnie skończyłam lekturę książki, wydanej już parę lat temu, ale dopiero w tym roku trafiła w moje ręce: „Brzechwa nie dla dzieci” Mariusza Urbanka. Książka ciekawa, kontrowersyjna, jak to wszystkie w zasadzie pozycje o czasach Polski Ludowej.

Brzechwa nie dla dzieci

Ale ja nie o tym chcę zamieścić notkę, lecz o zupełnie mi nie znanej dotąd twórczości Jana Brzechwy o polskiej gastronomii. I nie myślę tu, rzecz jasna, o znanych na pamięć wierszykach „Na straganie” czy „Czerwony stoliczek”.

P. Urbanek przypomina, że pod koniec lat pięćdziesiątych, publikował poeta cykl felietonów w „Przekroju” zatytułowanych „Wesołe obserwatorium gastronomiczne Jana Brzechwy”. Co prawda, trwało to tylko kilka miesięcy, bo teksty okazały się zbyt krytyczne.

Ale jakże prawdziwe! W pierwszym tekście – „Ratujcie nasze podniebienia” – pisał (niestety, cytuję za M. Urbankiem, tekst jest raczej omówieniem tego, co napisał J. Brzechwa, choć wiele jego słów i sformułowań jest zachowanych. Chciałabym mieć tyle czasu, aby siąść w czytelni i poszperać w dawnych pismach, powyszukiwać takie i inne perełki. Ale póki co, musi nam wystarczyć p. Urbanek):

 

„Upiorne garkuchnie, które jakiś matoł i popsuj polszczyzny nazwał punktami zbiorowego żywienia, uśmierciły dziesiątki potraw i dań, z których słynęła niegdyś polska kuchnia, grzmiał. Zniknęły gdzieś: sztukamięs z kwiatkiem i rurą, żołądki gęsie z kaszą, cynaderki z rusztu, kołduny i inne dania, smaczne, szlachetne i miłe, które jakiś Żdanow przepędził z polskich talerzy! Zniknęły rogaliki, solanki, mulatki i kajzerki, przyrumienione i chrupiące bułeczki z czasów młodości poety, bo za ich wypiekanie zabrało się … państwo. Byli niegdyś w Polsce kucharze – artyści, mistrzowie w swoim fachu, ale funkcjonariusze minionego ustroju przepędzili ich na cztery wiatry z powodu haków w ankiecie. Bo jeden miał niewłaściwy życiorys, drugi pracował w obcej ambasadzie, trzeci lansował imperialistyczne potrawy, a czwarty miał za granicą znajomą polędwicę. Na ich miejsce przyszli kuchenni analfabeci, z awansu społecznego, ale pewni politycznie. Gotowali niesmacznie, ale ku chwale socjalizmu, odrzucając burżuazyjne zwyczaje i przyprawy, na które potrzebne były dewizy. A ludzie jedli, bo nie mieli wyjścia. Kultura smaku w obronie pokoju zeszła na psy, a ludzkie podniebienia leżą w błocie.”

 

Założeniem przekrojowego cyklu „Wesołe obserwatorium” było, że w każdym z felietonów znajdzie się jakiś rymowany przepis. Powstało ot, choćby coś takiego:

 

„Kilo flaków na początku

Dobrze oczyść, wrzuć do wrzątku,

Przepłucz, odcedź. Na to nalej

Rosół z kości. Gotuj dalej,

Gotuj dobre trzy godziny,

Do rosołu wrzuć jarzyny,

Pokraj flaki w cienkie paski,

Weź pięć deka masła z faski,

Zrumień masło z bułka tartą –

Ser do tego utrzeć warto.

Żeby flaki były lepsze,

Zrób pulpety, posyp pieprzem,

Majerankiem i pietruszką,

Jak dyktuje ci serduszko.

Dodaj imbir, dosyp soli

I na talerz kładź do woli.

By się goście czuli zdrowo,

Podaj czystą wyborową.”

 

A Top Chef z tytułu postu?

No wiecie, to chyba jest jakieś remedium na upadek sztuki kulinarnej. A zaczyna się edycja wiosenna właśnie dziś w „Polsacie” o 20.35.

Nie wiem, jak wy, ale ja siadam przed telewizorem:)



Między pączkiem a rybką

Dziś ostatki.

Więc jeszcze ostatni gryz pączka przed środą popielcową i już trzeba by pomyśleć o śledziku.

A może zamiast/obok tradycyjnego śledzia podacie paszteciki z ryby? Z żurawiną?

Zapraszam!

pasztecik z dorsza

Paszteciki z dorsza

50 dag mrożonego fileta z dorsza

1 bułka + mleko do namoczenia bułki

3 łyżki masła

Jajko

Cebula

Przyprawy: sól, pieprz, przyprawa do ryb benedyktyńska (w tej mieszance są: pieprz, bazylia, macierzanka, estragon, gałka muszkatołowa, majeranek, ziele angielskie, papryka, cebula)

Masło i bułka tarta do foremek

Do podania: żurawina w słoiku (kupna)

Filet rozmrozić, wypłukać.

Bułkę namoczyć w mleku.

Zemleć w maszynce do mięsa rybę, odciśniętą bułkę, dodając do mielonych porcji masło.

Dobrze wymieszać masę, dodać przyprawy, posiekaną drobniutko cebulę oraz jajko. Wyrobić masę.

Nagrzać piekarnik do 180 st. C.

Foremki z kominkiem wysmarować masłem i wysypać tartą bułką. Wypełnić je masą i piec w nagrzanym piekarniku ok. 20-30 minut. Zostawić do wystygnięcia, wyjąć z foremek.

Podawać z żurawiną.

Co macie na obiad? U nas krupnik

Ciągły brak czasu nie sprzyja kulinarnym eksperymentom.

Dlatego obiad zupełnie zwyczajny: krupnik i to w dodatku bez zieleniny, bo jak się okazało właśnie „wyszła”

krupnik

Dla dwóch osób: duża cebula, 2 udka z kurczaka, kilka serduszek, 2 wątróbki drobiowe, marchew, pietruszka, kawałek selera bulwiastego, 2 ziemniaki, kilka suszonych prawdziwków, garść pęczaku, przyprawy (sól, pieprz, majeranek), 2 łyżki śmietany, łyżka masła

Cebulę kroje w piórka, podsmażam na łyżce masła, dodaję utarte warzywa, po czym zalewam wodą. Dodaję mięso, lekko przyprawiam, dodaję grzybki, pokrojone w kostkę ziemniaki oraz wypłukaną kaszę, gotuję do miękkości kurczaka. Wyjmuję z zupy udka (będą do drugiego dania), serduszka i wątróbkę kroję na plasterki i wrzucam do zupy z powrotem.

Doprawiam przyprawami do smaku, u nas delikatnie bardzo (mama nie lubi ostrych przypraw).

Śmietanę dodaję do każdej porcji już na talerzu.

I mały obiad już gotowy. Proszę do stołu:)

Pszoniak&Co. czyli Towarzystwo Dobrego Stołu

Kupiłam tę książkę dawno, w roku jej wydania, 1993, skuszona nazwiskiem autora: Wojciech Pszoniak – TEN aktor.

Okazało się, że nie jest to typowa książka kucharska tylko ze zbiorem przepisów, a i przepisy nie są typowe, a już składniki potraw na pewno nie były wówczas na miarę Polski, która już nie była Ludowa, ale jeszcze i nie światowa.

Nie byłam wtedy gotowa na taką książkę kulinarną. Stała więc sobie gdzieś zapomniana i zakurzona na górnej półce regału. Czekała cierpliwie. Raz nawet ręka mi drgnęła, gdy robiłam okresowy przegląd książek, które nie przypadły mi do gustu. Ale opanowałam się i nie poszła w świat. Czułam chyba podskórnie, że warta jest uwagi. I że jej czas przyjdzie.

Przyszedł w 2008 roku, kiedy szukałam inspiracji do menu na przygotowywane party filmowe, towarzyszące oglądaniu filmu „Piłat i inni”, w którym W. Pszoniak grał rolę Chrystusa.

Wtedy tę książkę po raz pierwszy naprawdę przeczytałam.

Słuchajcie – jest to swoiste dzieło sztuki: począwszy od tekstów-refleksji  p. Pszoniaka i jego przyjaciół, przepisów kulinarnych, jego wierszy, aż po stronę graficzną – książka ozdobiona jest rysunkami i obrazami współczesnych artystów, które powstały specjalnie dla tej książki.

Pan Pszoniak cudownie odnajduje się w kuchni, posłuchajcie:

„… gdy przeniosłem się do Warszawy, gotowanie stało się dla mnie najlepszym wypoczynkiem. Nie wyobrażam sobie, że po powrocie z teatru czy kabaretu mógłbym zasnąć. Mimo zmęczenia jestem jak rozpędzona maszyna, która potrzebuje pewnego czasu, by się zatrzymać.” (str. 22).

A o „porannych kolacjach dla Basi” (żony aktora) – musicie sami przeczytać! To piękny tekst!

P. Pszoniak jest  założycielem nieformalnego „Towarzystwa Dobrego Stołu” (mnóstwo tam znanych nazwisk) i w książce znalazły się oprócz jego wspomnień – refleksje i impresje jego przyjaciół – członków tego Towarzystwa oraz dedykowane p. Wojtkowi przepisy.

Jego żona, Basia, dedykowała mu taki cudownie żartobliwy wpis:

Basiu, wszystko kupiłem.

Proszę cię, tylko obierz mi potem dwie cebule, posiekaj i sparz wrzątkiem. Obierz ze trzy ząbki czosnku i wymyj jarzyny. Proszę, pokrój marchewki w kawałki, ale nie za małe, około trzech centymetrów, a seler w takie trochę dłuższe paski. Jak będziesz miała chwilę czasu, to wyciągnij z lodówki kurze skrzydełka i oczyść je z reszty piórek, a potem umyj i przełóż do szklanej miski. Aha! Tylko nie zapomnij po umyciu osączyć je z wody w papierowej ściereczce i sprawdź, czy mamy jeszcze bułkę tartą. Te ziemniaki ugotujemy w łupinach, tylko potem cię poproszę, żebyś z nich ściągnęła skórkę, gdy wystygną, i pokroiła w plasterki, ale nie za cienkie. A koperek posiekać trzeba drobniutko i pamiętaj, że będę go potrzebował dużo.

Ten garnek możesz już wymyć, tylko załóż fartuch, bo sobie pochlapiesz sukienkę.

Basiu, chodź tutaj, skosztuj to. Wiem, że nie masz ochoty, ale proszę cię, skosztuj; przecież wiesz, że ja nie lubię kosztować. Dobre? Mówisz, pyszne, ale ja słyszę w twoim głosie, że coś jest nie tak. Skup się, czego brakuje. Za mało słone? Ale ja to jeszcze odparuję. A mięso miękkie? Dziękuję ci, kochanie. Potem jeszcze tylko cię poproszę, żebyś wymyła to wszystko, co ci tutaj złożyłem, i zastanów się, w czym my to podamy.

Wróćmy do mojego party; przyrządziłam wówczas według przepisu p. Pszoniaka – wołowinę z kminkiem.

Tak wtedy o tej potrawie pisałam:

Jest to potrawa z solidnej, dobrej kuchni, o wyważonych, klasycznych smakach.

To taka potrawa, że kiedy się ją smakuje gdzieś w gościnie, czy w lokalu, to człowiek myśli sobie: o! pyszna pieczeń! dobrze, że mi się przypomniało, już tak dawno nie robiłam pieczeni, trzeba będzie zrobić w najbliższym czasie. Poddusi się mięso, doda cebuli, pieprzu, trochę papryki, proste, a takie pyszne.  Przychodzi człowiek do domu, i faktycznie wkrótce robi tę pieczeń. I wtedy widzi: oj, coś ten smak nie taki, jak tamten… Czegoś tu brakuje… Tamta była taka, hmmmm… wyrafinowana… o smaku niby zwykłym, a jednak  wykwintnym… Jak ją robiono????

I nie domyśliłby się człowiek nigdy, że trzeba było dodać całą łyżkę kminku w czasie duszenia, i że sos był zrobiony na bazie serka topionego.

Składniki:

70-80 dag pieczeni wołowej

1 duża cebula

2 łyżki oliwy

łyżka ziaren kminku

sól, pieprz

1 mały serek topiony kremowy

oliwa

Wołowinę natrzeć solą i pieprzem, skropić oliwą, przykryć folią i marynować kilka godzin.

Następnie obsmażyć na rozgrzanej w rondlu oliwie z wszystkich stron.

Zalać dwiema szklankami zimnej wody.

Cebulę posiekać, sparzyć gorącą wodą, dodać do mięsa, wsypać kminek. Dusić na małym ogniu, pod przykryciem, przewracając i podlewając wodą.

Przygotować sos: serek roztopić z wodą, doprawić pieprzem., podlać częścią sosu spod mięsa.

Kiedy mięso będzie miękkie, wyjąć je, pokroić w plastry.

Polać przygotowanym sosem.

Warto spróbować! Słowo!

I warto sięgnąć po tę książkę