Szczawik zajęczy Modesta Amaro

Do tego czasu nie wiedziałam, że coś takiego jak szczawik zajęczy w ogóle istnieje.

Czytam jednak książkę p. W. M. Amaro „Natura kuchni polskiej” (mam ją już jakiś czas z „Almy” w ramach Klubu Konesera, z dedykacją) i zdumiewa mnie ile różnych roślin, zupełnie mi na ogół nieznanych, używa on w swojej kuchni. I zastanawiam się, na ile istotnie wpływają one na smak jego potraw. Czy są tylko ciekawostką, taką swego rodzaju kokieterią, czy stanowią wyróżnik jego kuchni?

Pewnie tego raczej nie sprawdzę, bo degustacja w jego „Atelier” leży raczej poza moim zasięgiem, z wielu różnych względów, i podobnie poza moim zasięgiem jest samodzielne przygotowanie jego potraw, z uwagi właśnie na niedostępność składników, i co jeszcze ważniejsze, z uwagi na używany przez niego sprzęt kuchenny i nowoczesne techniki kulinarne. To nie są rzeczy na miarę kuchni domowej.

Ale wróćmy do szczawiku. Ponoć to bardzo popularna w Polsce roślina.

Przyznam, że po lekturze wspomnianej wyżej książki, zaczęłam dokładniej patrzeć pod nogi w czasie spacerów w podmiejskim lasku.

I proszę! Oto szczawik zajęczy:

szczawik zajęczy

Wprawdzie jest delikatny i ledwo, ledwo się przebił między innymi, bardziej agresywnymi i ekspansywnymi roślinami, które go przygłuszają. Ale go znalazłam.

Liście w kształcie odwróconych serduszek, ostry kwaskowaty smak.

Bo spróbowałam oczywiście, jak smakują te listeczki, tak trochę z duszą na ramieniu, patrząc co mi będzie się działo po degustacji:) Ale spoko:) Można jeść, a smak jest bardzo wyrazisty, i rzeczywiście może nadać charakteru daniu. Nie mówiąc już o urodzie dania.

Tylko skąd go wziąć w większych ilościach?

Okazyjnie można się wybrać na spacer i poszukiwania, ale żeby upowszechnił się na naszych stołach, musi trafić na stoły targowe, ot co.



Ciasto „Leśny mech”

Dużo go było ostatnio w internecie. Takie było ładne, że i ja się skusiłam. Tyle, że użyłam rozdrobnionego szpinaku ze śmietaną, bo taki tylko akurat był w Lidlu. A nie miałam już czasu biegać za szpinakiem gdzie indziej.

Wyszło smacznie i ciekawie.

ciasto leśny mech

Ciasto:

3 szklanki mąki

1,5 szklanki cukru

1,5 szklanki oleju

5 jajek

4 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

400 g mrożonego szpinaku rozdrobnionego ze śmietaną (np. z Lidla lub Almy)

Masa:

500 ml śmietanki 36%

1 torebeczka śmietan-fixu

4 łyżki cukru pudru

1 galaretka cytrynowa

1 galaretka agrestowa

Ciasto:

Szpinak rozmrozić i odsączyć.

Jajka zmiksować dobrze z cukrem, dodawać olej i mąkę wymieszaną z proszkiem cały czas miksując.

Dodać szpinak, wymieszać.

Piekarnik rozgrzać do temp. 170 st. C

Ciasto przełożyć do prostokątnej dużej foremki wyłożonej pergaminem.

Piec ok. 1 godziny.

Wystudzić.

Ściąć wierzch i spód ciasta i drobniutko pokroić ścięte kawałki na kruszonkę.

Masa:

Galaretkę agrestową rozpuścić w szklance wrzącej wody, zostawić do całkowitego stężenia, po czym pokroić ją w kostkę.

Galaretkę cytrynową rozpuścić w 2 szklankach wrzącej wody, zostawić do stanu kiedy zaczyna zastygać.

Śmietanę ubić na sztywno, dodając śmietan-fix, dodać cukier puder, po czym wlać galaretkę cytrynową. Wymieszać, dodać pokrojoną w kostkę galaretkę agrestową, wymieszać.

Na ciasto nałożyć śmietanową masę, na niej rozsypać kruszonkę z ciasta.

Wstawić do lodówki na kilka godzin.

Kulinarnie w „Przedwiośniu” St. Żeromskiego – cz. 2.

Jak wyglądał zwykły, powszedni dzień w szlacheckim dworku od strony kulinarnej?

W „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego mamy niezrównany jego opis.

Jedzenie było elementem, wokół którego ogniskowało się całe życie dworu, było jedną z najważniejszych przyjemności tego życia. Żadne tam jedzenie w biegu, tu kęs chleba, tu kawałek jakiegoś kotleta i dalej, bieg na miasto, do szkoły, do pracy…

Nie, nie. Tu nie jadło się, żeby żyć. Tu żyło się, żeby jeść.

obraz kulinarny

Poczytajmy:

 

„Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal przez dzień cały.

Wstawano dosyć późno. A ledwie spożyto śniadanie i dano folgę dyskusji, która się wyłoniła z przygodnego tematu, jużci Maciejunio wchodzi cichcem ze swymi sprawami i stół, dopiero co sprzątnięty, zaściela czystym obrusem. Znaczyło to, że społeczność nawłocka zmierza ku obiadowi. Jakaś wycieczka konna albo na wózku, jakaś króciutka eskapada – powrót – i jużci gromią z racji spóźnienia się na obiad. – Obiad. – Czarna kawa z odrobinką pomarańczową tego wyspiarskiego Curaçao, papierosy… – Sprzątają. – Towarzystwo zaczyna rozdzielać się, zmniejszać i zdążać w kierunku poobiednich drzemek, aliści Maciejunio chrząka i poleca chłopcu nakryć stół. Kawuńcia biała, herbata – słowem five o`clock tea z tymi chlebkami, żytnim i pszennym, z owym masełkiem nieopisanym a świeżym, z tymi ciasteczkami suchymi, których sława szeroko się rozeszła poza granice państwa nawłockiego, a stanowiła niewątpliwą spécialité de la maison. Po kawie jakaś przejażdżka, wypad do sąsiedniego miasteczka Ostropustu, albo trochę muzyki w salonie, odkąd zjawiła się panna Wandzia Okszyńska, nieco tańca, skoro ktoś z sąsiedztwa nagodził się na odwieczerz.

I oto Maciejunio znów się krząta i pobrzękuje.

Ma się ku kolacji.

Maciejunio mruga i szepce ciekawym: wtajemnicza najcichszym szeptem księdza Anastazego: – baraninka – albo – kurczątka – rożen.

Po kolacji jakaś partia szachów z księdzem Anastazym, jakaś partyjka winta (dwie ciocie, mama, ksiądz – albo – mama, ksiądz, Hipolit, Cezary) – godzina jedenasta, pół do dwunastej… Smutno byłoby iść spać bez jakiegoś wzmocnienia, bez leciutkiego, przedsennego posiłku. Maciejunio, drepcząc pośpiesznie, przynosi domowe serki owcze, obce, ostre, zielone – jabłka nieopisanej dobroci, jesienne delicje – jakieś tam malusieńkie kieliszeczki, z czymś tam ciemnowiśniowym… Słowem, krótki i skromny „podkurek” przed śródnocnym pianiem koguta.

Po takim spędzeniu dnia tudzież wieczora niejednokrotnie poranek jesienny dawno minął, a w dolnych apartamentach „ariańskiego” gmachu panowała jeszcze głucha martwota. Drzwi wejściowe od strony ogrodu były zamknięte, okiennice pozawierane, a z wewnątrz dochodziło do ogrodu echo chrapania żołniersko-księżego.”

 

Fajne?

No, może to mieć urok przez parę dni, góra tydzień.

Ale tak na co dzień???

Przypomina mi się jeden taki mój pobyt w Zakopanem, kiedy cały czas lało, dzień w dzień, przez tydzień. Nie można się było ruszyć na krok z pensjonatu. Wtedy przeżyłam coś podobnego do nawłockiego świata.

Człowiek żył od posiłku do posiłku. Myślał sobie: ciekawe co będzie na obiad. Wczoraj w rosole były gwiazdki z marchewki, może dziś będzie również jakaś ciekawostka.

I tak w kółko.

Koszmar.

Nie mówiąc już, co zaczęło się dziać z sylwetką człowieka!



Kulinarne oblicze „Przedwiośnia”

„Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego (lektura szkolna) kojarzy się wszystkim z koszmarnymi scenami rewolucji rosyjskiej, wojną polsko-rosyjską, rodzącym się komunizmem, wizją szklanych domów. No, jeszcze z perypetiami miłosnymi Czarusia Baryki. Prawda?

A pamiętacie Nawłoć, szlacheckie gniazdo Hipolita, przyjaciela Cezarego? I to, jak tam karmili?

Przyznaję, że ja zapomniałam.

Ale wpadła mi ostatnio w oczy jakaś krótka notatka o śniadaniu w Nawłoci, więc z ciekawości sięgnęłam na półkę po „Przedwiośnie”

przedwiośnie

Najpierw przekartkowałam książkę w poszukiwaniu tego śniadania…. JEST!  (w moim wydaniu na str. 134). Super.

To teraz wróciłam na stronę pierwszą, i spokojnie, rozkoszując się przepięknym stylem pisarza, przeczytałam sobie książkę na nowo. Ze szczególnym zwróceniem uwagi na elementy kulinarne. Te obecne są w zasadzie tylko w czasie opisu pobytu Cezarego w Nawłoci, tej swego rodzaju „przerwie na życie” Czarusia.

Temat polskich śniadań interesuje mnie od dawna. Czy jest jakaś specyfika tego posiłku? Jakiś kanon, obowiązujący w całym kraju?

Patrząc na menu hotelowe i restauracyjne, chyba można by powiedzieć, że obowiązkowym jego punktem jest świeże pieczywo, masło, twarożek, szynka, kawa. I jeszcze jajecznica.

A jak było w Nawłoci? Czytajmy. Może tylko najpierw zróbmy sobie jakąś kanapeczkę, szczerze radzę!

 

„Cezary nie wiedział, czy ma siedzieć na swym miejscu, czy głęboko zawstydziwszy się, wstać i wyjść. […] Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zmartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych „podręcznych” Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił „masełko”, tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, który nieznacznie wskazywał, i coś „ośmielał się” szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Od wczorajszych doświadczeń polegał na zdaniu Maciejunia. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki – „kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki, przypiekane przez ogień zewnętrzny.

 

Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do „kawusi”, kożuszków, „śmietaneczki”, chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu – do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa.

 

(…) oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit Wielosławski wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i niewidzialnym kuchennym środku. Wjechały teraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Barykę, nowe koszyki w rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.

Hipolit jadł co się zowie. Do smakołyków podanych zażądał dodatków w postaci „serwelatek”, szyneczek, serków takich i owakich. Nasycił się wreszcie, rzucił serwetę i wstał od stołu.”

 

Do zobaczenia w Nawłoci jutro:)



Sezon nowalijkowy rozpoczęty

Wprawdzie było u nas tradycją, że na 1 maja na obiad są kotlety z zieloną sałatą doprawioną śmietaną, ale kiedy zobaczyłam na targu młodą kapustę – zmieniłam tradycję, co tam:)

Zrobiłam kotlety mielone i kapustę

młoda kapusta

Kapustę robię zawsze na oko.

Podsmażyłam na maśle pokrojoną w cienkie półplastry cebulę, dodałam poszatkowaną kapustę, lekko osoliłam, dorzuciłam starte na grubej tarce pół marchewki. Chwilę wszystko smażyłam cały czas mieszając, dodałam troszkę gorącej wody, dusiłam jakieś pół godziny do miękkości, doprawiłam pieprzem, szczyptą papryki i łyżką śmietany.

Pyszne!

A zielona sałata – rzymska baby – była 3 maja:)

Kanapka z ogórkiem królowej Wiktorii i panien z Wilka

Pamiętam swoje zaskoczenie, gdy przeczytałam, że w czasie słynnych angielskich cup of tea (już w czasach królowej Wiktorii) podawano kanapki z ogórkiem. Wyobrażałam sobie, że do popołudniowej herbaty podaje się jakieś suche ciasteczka, beziki, ot, takie drobne słodycze, ale wyrafinowane – a tu proszę: zwykły chleb z masłem, świeży ogórek.

Ale czemu nie? Jak dla mnie pychota! Tyle, że angielskie sandwicze są z reguły z białego chleba tostowego, bez skórki, krojone na małe porcyjki, takie na jeden ząb. Ja preferuję mieszany, pszenno-żytni chleb na zakwasie. O wiele smaczniejszy!

kanapki z ogórkiem

Jak na mój gust, fajniejsze by to jeszcze było z ogórkiem kiszonym, ale te proste kanapeczki też mają swój staroświecki urok. Doceniane były dawniej. Pamiętacie opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza „Panny z Wilka” (przepięknie sfilmowane przez A. Wajdę)? I jego nastrojowy opis słonecznego poranka w jadalni? Wróćmy tam na chwilę:

„Jola zabrała Wiktora do jadalni, gdzie jadła drugie śniadanie, składające się z chleba, masła i długich zielonych ogórków, które zręcznie obierała srebrnym nożykiem i krajała na blade plasterki. Jadła żwawo i dużo, tak samo mówiła. Trochę raziło to Wiktora, że nie zdradzała najmniejszego zażenowania, że się nawet niespecjalnie wdzięczyła do niego, lecz okazywała towarzyską uprzejmość i obojętność. Słońce zjawiało się za chmurami od czasu do czasu i oświetlało porywiście stołowy pokój, biały jej strój i srebrny nożyk, którym operowała. […]

W tej chwili weszła Julcia wyspana, wyczytana, wyleżana, biała, różowa, też pełna wstawek i koronek, tyle tylko, że pod suknią lekką i białą rysował się staromodny gorset. Julcia zaczęła się śmiać z Joli, że ile razy kto wejdzie do sali jadalnej, zawsze ją zastanie przy stole, łakomstwo Joli znane, zresztą, było powszechnie. Ale Julcia, pośmiawszy się do woli, przysunęła sobie talerz i niby to żartami także zaczęła zmiatać chleb z masłem i ogórki, wreszcie zadzwoniła na służącą i kazała sobie podać białego sera.

Wiktor przysłuchiwał się ich przekomarzaniu, potem wstał i chodząc po pokoju przypatrywał się obu kobietom, ładnym i miłym, jak wiele jadły i dość łapczywie przy tym. Patrzył, jak długie, białe zęby Julci pogrążały się w matowym twarogu, jak Jola pochylała się nad stołem, smarując chleb masłem, gdyż jej krótki wzrok zmuszał ją do tego: przypatrywała się z uwagą swoim czynnościom na stole, co robiło wrażenie, że usuwa swoje białe czoło spod kontroli Wiktora.”



Podsumowanie świątecznego menu

1)      W zasadzie jestem zadowolona.

Ale jednak było tego wszystkiego za dużo. Robi się jak dla pułku wojska, a potem nie ma kto tego jeść. Co roku historia się powtarza – kiedy zaczynam czytać propozycje innych na święta – dopada mnie maksymalizm i obawa, żeby nie było za mało. Zapisz sobie, dziewczyno, dużymi literami na zaś: NIE BĘDZIE za mało.

2)      Z wypróbowanych nowości średnio sprawdziła się rolada z jajek, z szynką, groszkiem i brokułami – przepis z gazety. W smaku była o.k., ale wizualnie to trzeba by nad nią popracować. Myślę, że sobie to zmodyfikuję i wprowadzę do moich domowych przepisów, ale żelatynę rozpuszczę w śmietance, no i na pewno dodanie jajek na twardo w całości nie sprawdza się, bo przy krojeniu konstrukcja galarety rozpada się. Myślę, że jajka po prostu grubo posiekam. I brokuły zrobiłam zbyt jędrne, tutaj powinno się je ugotować do miękkości.

3)      Nie wypróbowałam przepisu na nowy mazurek.

Właściwie, to jakbym się sprężyła w Wielką Sobotę, to bym jeszcze zdążyła go zrobić, ale… patrz punkt 1) – kto by to zjadł? Jednak on mnie kusi i przy okazji go wypróbuję.

4)      Chcę mieć foremkę na mazurek w kształcie jajka, taką owalną. I to najlepiej, żeby nie była duża, bo zaczynają mi się marzyć malutkie mazurki.

5)      Dostałam w prezencie mazurek czekoladowy

mazurek czekoladowy

Piękny, prawda?

Może uda mi się zdobyć przepis, jest możliwość, tyle że okrężną trochę drogą. Mazurek jest bardzo smaczny; jest w nim cieniutka warstwa ciasta kruchego, przykryta powidłem, na to ciasto ucierane, może biszkoptowe (???) z bakaliami w środku i orzechami, przykryte wszystko polewą czekoladową.



Sałatka buraczkowa a`la rosyjska vinegret

Powstała przy okazji.

Przygotowywałam na święta barszcz czerwony czysty; gotuje się tam razem buraki i włoszczyznę, które potem nie są tam już do niczego potrzebne. Oddały swój smak wywarowi, ale same też zyskały; buraki nadały włoszczyźnie piękny, nasycony kolor i nową, zdecydowanie pyszną nutę w smaku.

Co zrobić z warzywami? Przypomniałam sobie rosyjską sałatkę vinegret, w której obowiązkowym składnikiem są buraki i pomyślałam: czemu nie? Spróbujmy.

 salatka z burakiem

2 marchewki

2 pietruszki

Kawałek selera bulwiastego

1 burak

Warzywa obieramy i w całości gotujemy razem do miękkości w lekko osolonej wodzie, z dodatkiem łyżki octu, kilku ziarenek pieprzu, ziarenkiem ziela angielskiego, liścia laurowego, goździka, 2-3 grzybków suszonych.

Po ugotowaniu warzywa kroimy w kostkę, przekładamy do salaterki.

Dodajemy 2 jajka ugotowane na twardo i posiekane, małą puszkę zielonego groszku, obraną i drobniutko posiekaną cebulę oraz posiekanego ogórka kiszonego.

Mieszamy całość z sosem majonezowym (majonez, nieco śmietany, sól, pieprz, ewentualnie szczypta papryki).

Odstawiamy na noc do lodówki, aby smaki się wymieszały.

Smacznego!

Nie samym chlebem – smaczna książka i róża, jak w Katalonii

Dziś recenzja jakiejś książki jest konieczna! Należy się wręcz taki prezent miłośnikom pisanych liter. Dziś, w dzień św. Jerzego, 23 kwietnia – obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Książki. W hiszpańskiej Katalonii świętuje się go już od 1930 roku. Ten dzień to magiczna data: 23 kwietnia zmarli Cerwantes, Szekspir oraz I.G. de la Vega. A skąd róża? W Katalonii w tym dniu obdarowywano kobiety czerwonymi różami, mającymi symbolizować krew smoka pokonanego przez św. Jerzego, w obronie pięknej księżniczki…

Zwyczaj ten – książka i róża jako prezent – propaguje już od 2002 roku Marszałek Małopolski, księgarnie udzielają w tym dniu rabatów, jest mnóstwo imprez towarzyszących..

A więc prezent ode mnie – recenzja książki.

A że łączy nas tu wszystkich smak, więc książka powinna być kulinarna. Proszę bardzo: Sarah Kate Lynch (dziennikarka, mieszkająca i tworząca w Nowej Zelandii) – „Nie samym chlebem”

nie samym chlebem

Jestem pewna, że książka ta spodoba się przede wszystkim tym z was, którzy pieką własnoręcznie chleb. Ale i inni – do których i ja się zaliczam – przeczytają ją z ciekawością. Owszem, chciałabym chleb piec, to takie ekscytujące, ale niestety, ja po prostu nie mam na to czasu.

Esme – bohaterka książki Sary Kate Lynch – żeby upiec bochenek, wstaje w środku nocy, by zagnieść ciasto, które musi następnie 3-4 godziny leżakować, po czym znów się go zagniata i odstawia na godzinę, przekłada do koszyczka… sporo tych etapów jeszcze jest (rzecz jasna, przepis dokładny na ten chleb w książce jest!)

Przygoda Esme z chlebem zaczęła się w małym miasteczku na południu Francji, podczas wakacyjnego wyjazdu. Tam spotkała miłość swojego życia (a przynajmniej tak jej się wydawało), tam dostała zakwas, który odtąd będzie już dokarmiać przez całe życie, tam nauczyła się sztuki pieczenia pain au levain – chleba na zakwasie. Pieczenie chleba stało się dla niej czymś najważniejszym w życiu, istotą wszystkiego, przez te bochenki wyrażała siebie.

Poznajemy jednak Esme w Anglii, w chwili, kiedy po przebytej dopiero co tragedii (jeszcze na razie nie wiemy jakiej), nie potrafi po prostu zmobilizować się, aby upiec choćby jeden bochenek. Czy uda jej się wrócić do pieczenia? Poznając ją coraz lepiej na kolejnych kartach książki, mamy taką nadzieję….

I chyba spodobałaby się wam kuchnia Esme, w jej słynnym Domu w Chmurach, na samej górze, na 5 piętrze, przeszklona, z oknami na wszystkie cztery strony świata; jakież ona stamtąd miała widoki! Inna rzecz, że ciągłe bieganie w górę i w dół, raczej było irytujące i uciążliwe. Ale coś za coś….

 

Zapraszam do lektury i na książkowe zakupy!

Już nie mogę się doczekać, co też uda mi się w księgarni w Dzień Książki wyszperać:)

Przepis na mazurek po świętach to chyba nietakt:)

Powinnam była podać ten przepis i zdjęcie choćby w Wielką Sobotę, bo mazurek był już gotowy, ale tyle było zabiegania i krzątaniny, wiecie, jak to jest.

Uwielbiam ten wypiek; nazywa się mazurek różany (jest robiony wg przepisu Hanny Szymanderskiej) i jest zupełnie inny od tych, które ostatnio widuję w necie. W moim przepisie konfiturę z płatków róży dodaje się do ciasta, nie służy ona jako nadzienie. A ciasto jest kruchutkie, nie ma w nim mąki tylko mielone migdały i bułka tarta.

mazurek różany

Robię go tak:

3 jajka
1 szklanka cukru
2 łyżki konfitury z płatków róży
10 dag mielonych migdałów
8 dag tartej bułki
na lukier:
2 białka
ok. 1 szklanki cukru pudru (lub trochę więcej) tak aby lukier był dość gęsty
do ozdoby: dowolnie, moja propozycja jest taka:
morele, migdały, płatki migdałowe, skórka pomarańczowa kandyzowana, listeczki bukszpanu

Całe jajka utrzeć z cukrem i konfiturą z róży.
Dodać mielone migdały i tartą bułkę, wymieszać.
Nagrzać piekarnik do 180 st. C.
Wyłożyć blaszkę papierem pergaminowym, rozłożyć równo ciasto, włożyć do nagrzanego piekarnika, piec ok. 20 minut, sprawdzić patyczkiem czy jest upieczone (wbity patyczek powinien być suchy). Trzeba tutaj uważać, żeby nie przesuszyć zbytnio ciasta.
Przestudzić upieczone ciasto. Delikatnie zdjąć pergamin, przełożyć ciasto na deseczkę czy paterę, na której będzie podawane.
Przygotować lukier: rozetrzeć w makutrze białka z cukrem pudrem na gładką, płynną masę. Nałożyć lukier na mazurek.

I teraz trzeba się spieszyć; zanim lukier zacznie zastygać, trzeba ozdobić mazurek bakaliami, więc trzeba je mieć pod ręką, no i raczej trzeba mieć już przemyślaną kompozycję ozdób.

Zostawić do zastygnięcia lukru.