„Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego (lektura szkolna) kojarzy się wszystkim z koszmarnymi scenami rewolucji rosyjskiej, wojną polsko-rosyjską, rodzącym się komunizmem, wizją szklanych domów. No, jeszcze z perypetiami miłosnymi Czarusia Baryki. Prawda?
A pamiętacie Nawłoć, szlacheckie gniazdo Hipolita, przyjaciela Cezarego? I to, jak tam karmili?
Przyznaję, że ja zapomniałam.
Ale wpadła mi ostatnio w oczy jakaś krótka notatka o śniadaniu w Nawłoci, więc z ciekawości sięgnęłam na półkę po „Przedwiośnie”

Najpierw przekartkowałam książkę w poszukiwaniu tego śniadania…. JEST! (w moim wydaniu na str. 134). Super.
To teraz wróciłam na stronę pierwszą, i spokojnie, rozkoszując się przepięknym stylem pisarza, przeczytałam sobie książkę na nowo. Ze szczególnym zwróceniem uwagi na elementy kulinarne. Te obecne są w zasadzie tylko w czasie opisu pobytu Cezarego w Nawłoci, tej swego rodzaju „przerwie na życie” Czarusia.
Temat polskich śniadań interesuje mnie od dawna. Czy jest jakaś specyfika tego posiłku? Jakiś kanon, obowiązujący w całym kraju?
Patrząc na menu hotelowe i restauracyjne, chyba można by powiedzieć, że obowiązkowym jego punktem jest świeże pieczywo, masło, twarożek, szynka, kawa. I jeszcze jajecznica.
A jak było w Nawłoci? Czytajmy. Może tylko najpierw zróbmy sobie jakąś kanapeczkę, szczerze radzę!
„Cezary nie wiedział, czy ma siedzieć na swym miejscu, czy głęboko zawstydziwszy się, wstać i wyjść. […] Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zmartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych „podręcznych” Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił „masełko”, tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, który nieznacznie wskazywał, i coś „ośmielał się” szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Od wczorajszych doświadczeń polegał na zdaniu Maciejunia. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki – „kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki, przypiekane przez ogień zewnętrzny.
Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do „kawusi”, kożuszków, „śmietaneczki”, chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu – do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa.
(…) oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit Wielosławski wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i niewidzialnym kuchennym środku. Wjechały teraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Barykę, nowe koszyki w rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.
Hipolit jadł co się zowie. Do smakołyków podanych zażądał dodatków w postaci „serwelatek”, szyneczek, serków takich i owakich. Nasycił się wreszcie, rzucił serwetę i wstał od stołu.”
Do zobaczenia w Nawłoci jutro:)