Pierwsze leczo w tym roku

Są już wszystkie młode warzywa niezbędne do lecza: pomidory, cebula, cukinia, papryka.

Prostota przepisu, szybkość przygotowania.

Tak smakuje lato.

Zapraszam!

leczo

4 duże dojrzałe pomidory

2 cebule

2 małe cukinie

2 strąki papryki (tej krajowej, lekko żółtej lub pomarańczowej)

Kilka ząbków czosnku

Mile widziane grzyby – ja dodałam kilka czerwonych kozaczków

Sól, pieprz, czerwona ostra papryka, szczypta przyprawy prowansalskiej

Olej i nieco masła

Rozgrzać w rondlu olej i masło, dodać pokrojone w półkrążki cebulę i cukinię. Smażyć, mieszając, aż warzywa zeszklą się. Dodać posiekany czosnek, pokrojoną w paski paprykę oraz obrane ze skórki pomidory pokrojone w cząstki. Pomidory obieram ostrą obieraczką, nie sparzam ich.

Duszę wszystko, podlewając niewielką ilością wody, lekko soląc i wsypując przyprawę prowansalską.

Osobno podsmażam na maśle oczyszczone grzyby, pokrojone w kostkę, a gdy odparuje już z nich woda, która się wytworzyła, przekładam je do rondla z leczem.

Duszę jeszcze trochę aż całość zgęstnieje i doprawiam solą, pieprzem i papryką, dodając przyprawy bardzo ostrożnie, aby nie przytłumić naturalnego smaku warzyw, który jest teraz, w środku lata, rewelacyjny, pełen słodyczy!

Na końcu dodaję jeszcze łyżkę masła i zostawiam potrawę na jakieś 15 minut, by smaki się przemieszały.

Odgrzewane też jest pyszne!

Mariaż kozaczków i kurek

Danie, które mogłabym jeść na okrągło i nieprędko by mi się znudziło.

Co roku czekam na wysyp leśnych grzybów, zwłaszcza czerwonych kozaczków i kurek, bo do tego dania są najlepsze. Trochę deszczu i jednocześnie ciepło sprawiły, że wreszcie się pojawiły w wystarczającej ilości. Tak więc zapraszam: posiekane drobno grzyby z cebulką wymieszane z makaronem.

grzyby z makaronem

Tak prezentowała się potrawa wieczorem, no niestety, sztuczne światło pozbawiło nieco danie uroku.

Ponieważ ostatnio nacięłam się na koszmarnie niesmaczny makaron sklepowy, postanowiłam zrobić makaron domowy: taki rustykalny, średniej grubości, o niezbyt równych nitkach – ale jaki pyszny! Właśnie wyszedł mi trochę za gruby, nie taki jak robiły babcia i mama kiedyś, bo mało mam wprawy w tym temacie, ale mam w planie poprawić swoje umiejętności:)

 A grzyby robię tak:

Składniki: kozaczki czerwone – ok. 8-10 szt takich większych, pojemniczek kurek, 2 cebule, masło, szczypiorek, sól, pieprz, ok. łyżki mąki

Grzyby płukam (szczególnie dokładnie kapelusze kurek) i wrzucam na wrzącą, lekko osoloną wodę. Kiedy się zagotują, odszumowuję i gotuję jeszcze ok. 10 minut. Odcedzam, przestudzam i siekam w drobną kosteczkę.

Podobnie siekam cebulę.

Na głębokiej patelni (lub w rondlu) rozpuszczam 2 łyżki masła, wrzucam cebulę, podsmażam, po czym oprószam ją mąką. Dodaję grzyby, mieszam, smażę, podlewając nieco wodą, jakieś 10-15 minut. Doprawiam i dodaję posiekany drobno szczypiorek.

W międzyczasie ugotowałam makaron, mieszam go teraz z grzybami i podaję.

Potrawa świetna też jest do odgrzewania na patelni i chyba wolę taką właśnie wersję



Jak tworzyć menu na domowe przyjęcie? dylematy!

Zwykle moje cykliczne domowe przyjęcia towarzyszą filmowi, wspólnie oglądanemu.

Staram się dobrać menu nawiązujące do tego filmu. Czasem zdarza się, że znam film, który mamy oglądać, i jeśli jest tam jakaś potrawa, zwykle pojawia się ona również u nas. Często nawiązuję do kuchni narodowej akcji filmu, wybierając najbardziej znane i charakterystyczne potrawy danego kraju.

przykładowe menu

(przykładowe moje menu)

I tu już zaczynają się schody, bo nie zawsze obowiązuje schemat znany z naszej kuchni: przystawka-zupa-danie główne-deser (jest to zresztą schemat europejski, przejęty jako wzorzec z kuchni francuskiej). Różnie to jest w różnych kuchniach. W kuchni chińskiej na przykład stawia się w centralnym punkcie stołu misę z ryżem, a wokół niej miseczki z przeróżnymi dodatkami, i wszystko to od razu. Gdzie indziej obowiązują zasady, że  pewnych składników nie łączy się z innymi, jak u nas. Miałam raz taką ewidentną wpadkę z kuchnią włoską, kiedy jako dodatek do mięsa w daniu głównym podałam makaron. Oj, wytknięto mi to bezlitośnie – w sumie słusznie (nie zrobili tego goście!) Od tamtego czasu studiuję dokładnie zwyczaje kulinarne danego kraju, który chcę zaprezentować.

Czasem kieruję się narodowością reżysera. Raczej jest to jednak bezpośredni związek menu z filmem.

Ale ostatnio namącił mi nieco w głowie przeczytany wywiad z p. W.M. Amaro, który został poproszony o stworzenie menu do festiwalu filmów kulinarnych.

Powiedział: „Za wszelką cenę starałem się uniknąć oczywistości wynikających z filmu. Nie sugeruję się tytułem, krajem, w którym wyprodukowano film, wątkiem przewodnim. Staram się znaleźć coś ciekawego, detal, który mógłbym wyeksponować. W przypadku filmu „The Recipe” – „Przepis” tym punktem zahaczenia była sól, która w filmie zmienia smak gulaszu, a także – zmienia oblicze głównego bohatera, reportera poszukującego receptury perfekcyjnej potrawki (…) pobawiliśmy się różnymi solami. Co prawda nie udało nam się zamrozić łez ciekłym azotem, by udekorować takimi słonymi kryształkami talerze, jednak to chyba byłaby już ta oczywistość, której starałem się unikać. (…) Sól to wiele różnych odmian, kolorów, smaków. W menu pojawiła się m.in. sól waniliowa, sól wędzona czy sól limonkowo-kokosowa, którą wykończyliśmy deser z czekolady i mrożonego ciekłym azotem jogurtowego musu”

No tak…. Ale on jest artystą…

I dla niego dania flagowe danego kraju – to przedszkole.

A ja – idąc dalej tym tokiem obrazowania – ciągle nadal jestem w przedszkolu, ot, co. I pewnie jeszcze długo będę.

 Dodam, że właśnie studiuję kuchnię nowojorską – bo we wrześniu mamy w planie obejrzeć film „Sunset Limited”, który dzieje się właśnie w N.Y.

 



Filmy dla kulinarnych blogerów

Mamy wakacje i troszkę można by odpocząć, obejrzeć jakiś film….

Proszę bardzo: telewizja ma coś specjalnego dla kulinarnych blogerów.

2 lipca na kanale Cinemax o godz. 23.00 film „Gorzka uczta” (USA 2010)

Wpływowy bloger pisze złośliwy artykuł na temat kucharza w pewnej restauracji, kucharz traci pracę. Ale to dopiero początek. Zemsta kucharza będzie perfidna. Oj, ponoć dostanie się blogerowi…..

 film gorzka uczta

5 lipca – w sobotę w programie Canal+ o godz. 19.30 film „Szczypta miłości do smaku” (z 2013 roku)

Irlandzki krytyk kulinarny prowadzi bardzo poczytny blog o jedzeniu, na którym poszukuje bratniej duszy, z którą dzieliłby ten sam smak. Odniósł zawodowy sukces, ale przeżywa kryzys we własnym związku, który jest jak potrawa – na początku jest apetyczna, a po wystygnięciu bez aromatu i smaku. Kiedy więc Oliver poznaje hiszpańską kuratorkę sztuki, czuje do niej trudne do opanowania przyciągnie, pomimo tego, że nie mają ze sobą tak naprawdę nic wspólnego.

Co z tego wyniknie?

 film szczypta milosci

Mam w planie się przekonać, czy te filmy można by wpisać do kanonu wartościowych filmów kulinarnych, czy też to tylko takie, ot, filmiki na weekend…



Jeśli chodzi o bób, to jestem konserwatystką

Sezon na bób w pełni.

Korzystam pełnymi garściami, ale już nie eksperymentuję.

Znam, znam bób w sałatkach, nadzienie z bobu do pierożków, pasta do chleba itp. Próbowałam robić takie rzeczy.

Ale nieodmiennie uważam, że nie ma to jak bób tradycyjny. Ugotowany, nie obierany ze skórki, podany z masłem i bułką tartą. Albo – co lubię najbardziej – podsmażony, tak żeby ta skórka zrobiła się chrupiąca i jeszcze dodane w trakcie smażenia kosteczki sera żółtego, posypany świeżo zmielonym pieprzem.

bób

Jak dla mnie – nie ma lepszego połączenia. No chyba żeby podać tak podsmażony bób w wianuszku podsmażonych kurek.





Dlaczego nie lubię imprez plenerowych

Uzasadnię swoją niechęć do takich imprez na przykładzie.

Otóż mieliśmy w ostatnią niedzielę tarnowski półfinał Małopolskiego Festiwalu Smaku – imprezę, która z założenia jest bardzo fajną rzeczą, promującą lokalne produkty, odkrywającą nowe smaki.

Super.

festiwal smaku

Ale jak to wyglądało u nas?

Plakat informacyjny, dotyczący całej Małopolski, pojawił się tydzień przed imprezą, a na stronie miasta pojawiła się bardzo ogólnikowa informacja:

„29 czerwca 2014 r. odbędzie się półfinałowy kiermasz na tarnowskim Rynku, i trwać będzie od godziny 10.00, do godz. 18.00. Przez cały dzień będzie można kosztować Małopolskich specjałów, smacznie prezentujących się na stoiskach wystawców, którzy zgłosili się do konkursu oraz wziąć udział w plebiscycie na najsmaczniejszy produkt żywnościowy.”

Lwią część przedstawionej  informacji stanowiła prezentacja zespołów muzycznych, które miały towarzyszyć imprezie, a nie one przecież były „bohaterem” dnia.

Nie było żadnego programu imprezy gastronomicznej, nie wiadomo było kto będzie, co konkretnie będzie się działo, czy będzie ktoś coś gotował i kiedy. Nie podano godzin głosowania, ani godziny rozstrzygnięcia konkursów. A przecież był to półfinał, który miał zdecydować, kto z regionu tarnowskiego zawalczy w finale w Krakowie.

Zajrzałam na Rynek w połowie imprezy, ok. godz. 14.30.

I, jak się pewnie spodziewacie, sądząc po tytule posta, była kulinarna klapa. Żadnej degustacji już nie było, żadnych kart do głosowania również, było kilka kramów z wędlinami, chlebem, serami i miodem, a w jednym boksie członek Zarządu Województwa Małopolskiego mieszał wielką warzechą w dużym kotle, tak otoczony ściśle fotografami i ochroną, że podejść bliżej się nie dało (jak się dowiedziałam dziś z prasy mieszał flaki po wadowicku, którym później, tylko kiedy?????? częstowano publiczność). A wszystko skutecznie zagłuszał zespół muzyczny. Udało mi się kupić oscypek, choć porozumiewałyśmy się ze sprzedawczynią na migi, bo usłyszeć się nie dało.

To co? Miałam tam siedzieć od 10 do 18, żeby coś zobaczyć i spróbować? Wolne żarty.

A dziś dowiedziałam się, że „tarnowski półfinał zgromadził kilkudziesięciu lokalnych producentów żywności, którzy chwalili się swoimi wyrobami i częstowali nimi osoby odwiedzające festiwalowe stoiska”. Kilkudziesięciu? O ile dobrze policzyłam było jakieś 8 kramów.

O wynikach przeczytałam sobie dzisiaj, i to bynajmniej nie na stronie Tarnowa, lecz na krakowskiej stronie Województwa Małopolskiego:

„Zdaniem jury najlepszą, a jednocześnie chyba najbardziej oryginalną, potrawą zgłoszoną na tarnowski półfinał były lody fasolowe. Lokalna Grupa Działania Dunajec-Biała, które je przygotowała zgarnęła Grand Prix i uzyskała przepustkę na finał imprezy, który odbędzie  się 23 i 24 sierpnia na placu Wolnica w Krakowie. Region tarnowski będą podczas niego reprezentować także pierogi z suską sechlońską firmy Magi oraz sok jabłkowy z Gospodarstwa Sadowniczego Barbary Kubis z Tarnowa.”

Może powinnam podchodzić do tego typu imprez bardziej na luzie?  I nie oczekiwać zbyt wiele?

Może.

Ale uważam, że zasługuję przynajmniej na rzetelną informację. I jeśli jej nie ma, to imprezę w moim przypadku należy sobie darować. Tak myślę.

Kto nie kocha muffinek

Są na ich przyrządzenie tysiące przepisów.

Te są przepyszne, kawowe, z czekoladą. Najbardziej je lubię z mocną, ciemną herbatą

muffinki cappucino

Muffinki cappuccino

2 szklanki mąki

¾ szklanki cukru

2 łyżki kawy rozpuszczalnej

¼ łyżeczki soli

¼ łyżeczki cynamonu

2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 szklanka mleka

½ kostki rozpuszczonego masła (125 g)

1 rozbełtane jajko

kilka kropli olejku waniliowego

½ tabliczki gorzkiej czekolady (lub czekoladowe chipsy)

Nagrzać piekarnik do 190 stopni. Foremki wysmarować olejem lub masłem. Czekoladę drobno posiekać lub zetrzeć na tarce.

Mąkę, cukier, kawę, sól i cynamon i proszek do pieczenia wymieszać. Mleko, masło,  jajko, olejek wymieszać w drugiej misce. Do suchych składników dodać płynne  i krótko wymieszać. Dodać czekoladę i wymieszać. Przełożyć od foremek. Piec 20 min. Sprawdzić patyczkiem czy ciasteczka się upiekły.

Surówka kalafiorowa

Rzadko u nas w domu je się surowego kalafiora.

Ja odkryłam go jakiś czas temu, w krakowskiej „Chimerze”, w postaci surówki: utarte różyczki z dodatkiem kukurydzy i sosu majonezowego. Od tego czasu gości i na moim stole.

Dziś na drugie śniadanie surówka (z tego, co akurat było w lodówce):

surówka kalafiorowa

1 duży pomidor

Kilka różyczek kalafiora

1 cebula

Ogórek konserwowy

Sól, pieprz

Łyżeczka majonezu

Różyczki kalafiora kroimy dość drobno.

Pomidora, cebulę i ogórka kroimy w kosteczkę

Doprawiamy solą i pieprzem, dodajemy łyżeczkę majonezu.

Smacznego!

„Tatiana i Aleksander” z wątkiem kulinarnym w tle

Tatiana i Aleksander

Dzieje losów Rosjanki z Leningradu, Tatiany, i jej ukochanego Aleksandra Barringtona, Amerykanina, opisane w trylogii Paulliny Simons („Jeździec miedziany”, Tatiana i Aleksander”, „Ogród letni”), niewiele właściwie mają wspólnego z kuchnią. Bo przecież akcja dzieje się w czasie II wojny światowej i cudem właściwie udaje się Tatianie nie umrzeć po prostu z głodu, zwłaszcza w czasie długich miesięcy oblężenia Leningradu.

 Ale w czasie swoistej „przerwy na życie”, kiedy Aleksander odnalazł Tatianę w jej rodzinnej wsi, gdzie żywności było ciut, ciut więcej, ona gotuje mu wszelkie możliwe przysmaki.

A długo, długo później, kiedy już skończyła się wojna i nasi bohaterowie zaczynają się aklimatyzować w USA, ciągle walcząc o poczucie bezpieczeństwa i próbując zapomnieć o traumie wojny – Tatiana rozpieszcza męża i syna obiadami i ciasteczkami. Kiedy zaś nadchodzą ważne, przełomowe momenty w ich życiu – Tatiana przygotowuje specjalne przyjęcia, w czasie których podaje ulubione dania Aleksandra. Jednym z takich kultowych u nich dań  są blincziki – rodzaj naleśników z mięsnym nadzieniem.  To bardzo piękna, rodzinna tradycja, mieć taką potrawę na domowe święto.

Z tego, co wiem, przepis na blinczyki jest w książce P. Simons, „Przepisy Tatiany”, wydanej po opublikowaniu całej trylogii (nie czytałam jej, znam ją tylko z omówień).

Natomiast w samej trylogii jest w zasadzie zamieszczony tylko jeden cały, dość dokładny przepis, na ciasteczka owsiane, których wykonanie pokazuje Tatiana synowym i wnuczkom. Dużo, dużo stron trzeba przeczytać, żeby do niego dotrzeć, bo przepis znajduje się niemal na końcu tomu trzeciego, w „Ogrodzie letnim”.

A robi się je tak:

Pół szklanki masła, 2 szklanki cukru i pół szklanki mleka gotować aż masa się zagotuje, mieszając.

Dodać 3 szklanki płatków owsianych, szklankę kakao i pół szklanki wiórków kokosowych (lub orzechów, ale Aleksander lubił ciasteczka z wiórkami, więc takie Tania robiła). Gotować jeszcze przez minutę, mieszając, po czym zdjąć garnek z ognia i wykładać masę łyżką na folię aluminiową lub pergamin.

Są gotowe, gdy wystygną (ale dziewczynki z rodziny Barringtonów nigdy nie czekały tak długo! Ciasteczka znikały natychmiast).

Na uwagę zasługują również wątki polskie z trylogii:  Aleksander wraz z Armią Czerwoną przemierzył całą Polskę w poprzek; zwłaszcza Kielecczyzna i Góry Świętokrzyskie są w książce miejscami szczególnymi.  Aczkolwiek trochę, niestety, jest tu nieścisłości. Dowiadujemy się, że białą sukienkę w czerwone róże, tak bardzo kochaną przez Tatianę i tak pieczołowicie przechowywaną przez Aleksandra, przywiózł jej ojciec z Polski, z miasteczka Święty Krzyż.

Otóż Święty Krzyż jest właściwie szczytem górskim (inaczej: Łysa Góra) i nazwą opactwa benedyktyńskiego tam ulokowanego; choć od biedy, można mówić i o miasteczku, bo Święty Krzyż wchodzi w skład miejscowości Nowa Słupia. Ale już na pewno nie mógł ojciec obserwować przepływających tam rzeką łodzi. Przez Nową Słupię nie przepływa żadna rzeka.

Ale piękną sukienkę na jarmarku świętokrzyskim spokojnie mógł kupić.

I to tu, w Górach Świętokrzyskich Aleksander znalazł Paszę, brata Tatiany, choć okoliczności spotkania i późniejsze wydarzenia były naprawdę dramatyczne.

Czy polecam do przeczytania tę trylogię?

Zdecydowanie tak, jest niesamowita w zaskakujących zwrotach akcji, nieprawdopodobnych wręcz zdarzeniach, skomplikowanej siatce uczuć i powiązań między bohaterami. I przez te wszystkie lata i zdarzenia trwała niezmiennie miłość Tatiany i Aleksandra, pozwalając im przeżyć wszystkie przeciwności i zło. Choć warto tu jeszcze zaznaczyć – bo nie każdemu może się to podobać – że książka pełna jest opisów miłości fizycznej małżonków, Tani i Szury.



Kalafiorowa według M. Kuronia

P. Maciej Kuroń pozostanie zawsze w mojej pamięci jako propagator tradycyjnej polskiej kuchni, ale nadający jej swój niepowtarzalny, osobisty rys. W swoim słusznym, opasłym dziele „Kuchnia Rzeczpospolitej wielu narodów” bardzo często prezentuje przepisy na tradycyjne polskie dania w dwóch wersjach: tradycyjnej i nieco podrasowanej swoimi pomysłami.

Tak właśnie było z zupą kalafiorową. Kiedy tylko przeczytałam o jego propozycji połączenia jej ze świeżym ogórkiem, od razu chciałam ją wypróbować. Ten nietypowy smak wołał o wypróbowanie.

I proszę, oto jest:

 kuroniowa kalafiorowa

W wersji stricte Kuroniowej, zupa wydawała mi się nieco zbyt łagodna, słodkawa, dodałam więc swój rys do niej: nieco cuminu (uwielbiam smak tej przyprawy!)

A oto przepis:

pół małego kalafiora (ok. 30 dag)

1 cebula

pół małego ogórka świeżego

pół litra bulionu warzywnego (np. z kostki)

4-5 łyżek gęstej kwaśnej śmietany 18%

koperek

sól, pieprz

szczypta cuminu (niekoniecznie)

łyżeczka cukru

łyżka masła

łyżka oleju

 

Przygotować bulion warzywny.

Kalafior umyć i podzielić na małe różyczki. Wrzucić do rondla i zalać gorącym bulionem, uzupełnić gorącą wodą i gotować na małym ogniu do miękkości, ok. 30 minut, w miarę potrzeby dolewając gorącej wody.

W czasie kiedy kalafior się gotuje, pokroić cebulę w piórka. Rozgrzać na patelni olej i masło, wrzucić cebulę, smażyć aż się zeszkli. Wtedy oprószyć ją cukrem, chwilę podsmażyć, aż cukier się rozpuści i troszkę skarmelizuje.

Ogórek obrać ze skórki, zetrzeć na grubej tarce (ogórka nie należy dodawać zbyt dużo, żeby nie zdominował delikatnego smaku kalafiora).

Dodać do zupy cebulę z patelni i ogórek, dodać zahartowaną śmietanę, wymieszać.

Doprawić solą, sporą ilością pieprzu, małą szczyptą cuminu (dodatek cuminu nie jest konieczny, ale użycie tej przyprawy nada zupie zupełnie inny, niepowtarzalny smak). Chwilę jeszcze pogotować na małym ogniu.

Na talerzach posypać zupę posiekanym drobno koperkiem.