Zapraszam do „Stuletniej gospody”

W domu zajęcia w kuchni idą zwykłym, codziennym trybem, bez kulinarnych odkryć i rewolucji, ale i bez spektakularnych niepowodzeń; ot, królują sezonowe, zwykłe, domowe przepisy, czas płynie tu trochę leniwie, jak to w lecie.

Ale czyta się tu dużo, ho! ho!  najczęściej wieczorami, w kuchni, dopilnowując pyrkających na ogniu garnków.

Właśnie przeczytało się nowość na około kulinarnym rynku, autorki Katarzyny Majgier „Stuletnia gospoda”.

stuletnia gospoda

Tytułową gospodę umiejscowiła autorka gdzieś w Małopolsce, na trasie Kraków-Zakopane, w czasach PRL-u i później, w trakcie i po transformacji ustrojowej. Gospoda też przechodzi transformację (pod koniec w dość dramatyczny sposób), ale zmiany dotyczą głównie wyglądu; jeśli chodzi o serwowane jedzenie, to cały czas jest ono po prostu smaczne. Bajecznie smaczne, choć zwykłe i codzienne.

Losy właścicieli, pogmatwane, jak to w życiu, szybko wciągają czytelnika w swój świat.

Myślę, że głównym urokiem tej książki jest zwykłość sytuacji i ludzi, powszedniość, jaką znaliśmy i znamy. Ponieważ wszyscy ją znamy, to i dobrze się czyta.

Książce towarzyszą przepisy na dania serwowane w gospodzie. I są to zwykłe, najzwyklejsze przepisy polskiej, domowej kuchni: zupy, pierogi, kopytka, racuchy….

Jeśli znasz „od kuchni” polską kuchnię:) to tylko sobie sprawdzasz, jak też proponują zrobić zupę czy pierogi, czy tak samo jak ty robisz?

Wyjdzie ci, że raczej tak.

Książka okazała się dla mnie cenna. Dlaczego?

Otóż od dawna borykam się z problemem, że moje potrawy, mimo iż robione według stałej receptury, za każdym razem są nieco inne w smaku. Właściwie to mnie to martwiło, chciałam mieć takie swoje hity i specjalności. Wychodziło jednak różnie. Niekoniecznie źle, ale jednak inaczej. Nie nadawałabym się na kucharza w lokalu gastronomicznym.

A tu proszę, posłuchajcie, co w tej książce przeczytałam:

 „Zdaniem Hani przepis na grochówkę nie ma sensu, bo grochówki nie gotuje się według jednego przepisu, tylko za każdym razem wymyśla się ją od nowa i na tym polega jej urok.

(…) Choć w Stuletniej Gospodzie w końcu pojawiła się waga, ani Hania, ani Zosia nie nauczyły się z niej korzystać. Nie z powodu umysłowego ograniczenia, ale z powodu niechęci do precyzyjnego odmierzania czegokolwiek w miejscu służącym niczym nieskrępowanej zabawie, jakim była dla nich kuchnia.

To, co robiły tam czasem, kiedy zostawały same, zadziwiłoby specjalistów od treningów kreatywności, choć nigdy nie budowały wieży ze sprzętów biurowych ani z biurowych pracowników. Po prostu przygotowywały jedzenie, ale za każdym razem potrawa o tej samej nazwie smakowała inaczej. I właśnie dlatego jedzenie wychodziło im naprawdę pyszne.”

 

Ha! i co wy na to? dobre, co nie?

Ach, dla porządku dodam, że są w tej książce również i przepisy z kuchni włoskiej, z uwagi na pewne zauroczenie i pewien zakręt życiowy jednej z bohaterek, ale ten trop mniej mnie interesował.



Jak to z kapustą w Polszcze było?

Od kiedy gości kapusta na polskich stołach?

Niemal każdy powie, że od czasów królowej Bony, która przywiozła ze swojego włoskiego Bari to, i kilka innych warzyw w wianie i nauczyła Polaków je jeść.

Bartlett

Ale sprawa nie jest wcale tak oczywista.

Bo co i rusz, tu i ówdzie napotykam na wzmianki, że kapustę jedzono znacznie wcześniej, choćby już za czasów króla Władysława Jagiełły. A miedzy Władysławem a Boną to jest jakieś 100 lat różnicy. Sporo.

A temat wypłynął mi właśnie teraz przy lekturze „Narrenturm” Andrzeja Sapkowskiego (I tom „Trylogii husyckiej”), którą czytam z prawdziwą przyjemnością, podziwiając zwłaszcza erudycję autora, choć czasem przemykam z zamkniętymi oczami przez zbyt drastyczne sceny.

Ale wróćmy do kapusty.

Mamy rok 1424, jesteśmy na Dolnym Śląsku, niedaleko granicy z Czechami.  Nasz główny bohater, Reynevan (czyli wrotycz, tak tłumaczy się to imię; kojarzycie, takie ziele o żółtych kwiatowych łebkach, świetnie wygląda w suchych bukietach), będący młodym, bardzo kochliwym medykiem, co i rusz wpada w przeróżne tarapaty. Ot, proszę, tu musi naprawdę szybko uciekać, w takiej oto, interesującej nas, z uwagi na kapustę, scenerii:

 

„Reynevan już był w siodle czekającego konia, już podrywał go do galopu na wprost, na przełaj przez ogrody, przez grządki kapusty, przez agrestowe żywopłoty.”

 

O! to i agrest już był znany? Ale zostawmy go, może kiedyś przestudiuję temat owoców w Polsce, dziś zajmujemy się kapustą.

Kolejny obrazek, w przydrożnej karczmie „Pod gąsiorem”:

 

„W zadymionej nieco i przepełnionej zapachem kapusty izbie faktycznie nie było ludno.”

Reynevan nie pozostaje obojętny na uroki kapusty, podobnie zresztą, jak i inni, bardziej dostojni od niego goście.

„- Dobra. Pomyślę. I coś wymyślę. Ale najpierw coś zjem. Zdycham z głodu, a zapach tej kapusty mnie dobija.

Czas był najwyższy, jeszcze moment, a młodzieńcy obeszliby się smakiem. Garnki kaszy i kapusty z grochem oraz misy wieprzowych kości z mięsem postawiono na głównym stole, przed księciem i księżniczką. Naczynia wędrowały na krańce stołów dopiero po tym, gdy nasycili się nimi siedzący najbliżej Kantnera trzej duchowni, umiejący, jak się okazało, nielicho zjeść. Po drodze był na domiar złego umiejący nie gorzej zjeść Rudiger Haugwitz oraz szerszy w barach nawet od Haugwitza zagraniczny gość księcia, czarnowłosy rycerz o twarzy tak smagłej, jak gdyby dopiero co wrócił był z Ziemi Świętej. Tym sposobem w misach, które docierały do niższych rangą i młodszych, nie zostawało niemal nic. Szczęściem, za chwilę karczmarz podał księciu wielką deskę z kapłonami, te zaś wyglądały i pachniały tak smakowicie, że kapusta i wieprzowa tłuścizna straciły nieco na wzięciu i dotarły na końce stołów w stanie niemalże nienaruszonym.”

Smagły rycerz okazał się być Zawiszą Czarnym i doskonale był obeznany ze sztuką przyrządzania kapusty:)

„- W moim wieku nie można jeść tyle kapusty. Na kości świętego Stanisława! Gdy byłem młody, mogłem zjeść, że ho, ho! Koflik, znaczy się więcej niż pół garnca kapusty zjadałem w trzy pacierze. I nic mi nie było. Mogłem jeść kapustę pod każdą postacią, choćby i dwa razy dziennie, byle jeno kminku było w niej dostatek.”

P. Sapkowski, pisząc swoje książki, bardzo dba o szczegóły i źródła historyczne ma w jednym paluszku. Sądzę, że można mu zaufać także w temacie kulinariów. Chyba więc ta kapusta rzeczywiście była już znana i lubiana w XV wieku (a nie dopiero w XVI, jak powszechnie się sądzi).

A takich perełek, jak ta o kapuście, mamy u Sapkowskiego mnóstwo. Z przeróżnych dziedzin.

P.S. A ten świetny kapuściany obraz, to dzieło angielskiego malarza Charlesa W. Bartletta z 1900 roku, zatytułowane „Targ z kapustą”.



Młody Jasiek się pojawił

Już jest! młoda fasola „Jasiek” jest już na targu, sprzedawana na garnuszki, często obierana dopiero na placu, tak świeża i miękka jak to tylko możliwe. Tak będzie tylko przez kilkanaście dni, później ten seledynowy odcień ziaren zniknie, fasola stanie się sucha, już ją trzeba będzie moczyć kilka godzin przed gotowaniem.

młody jasiek

Ale póki co, zapraszam na letnią zupę:

pół garnuszka (półlitrowego) fasoli jasiek
mała marchewka
mała pietruszka
plaster selera
1 duża cebula
garść kurek
spory ząbek czosnku
natka pietruszki, koperek
olej, 2 łyżki masła
sól, pieprz, szczypta papryki ostrej, majeranek

Fasolę wypłukać, wrzucić do garnka, zalać wodą, lekko osolić, po czym ugotować na wpół miękko.
W osobnym rondlu rozgrzać olej, dodać łyżkę masła, dorzucić pokrojoną w półplastry cebulę i pokrojone niezbyt drobno kurki. Przesmażyć.
Dodać resztę pokrojonych jarzyn, chwilę przesmażyć i zalać wrzątkiem. Lekko osolić.
Po zagotowaniu dodać do rondla ugotowaną fasolę wraz z wodą, w której się gotowała.
Gotować do miękkości składników, ok. pół godziny. Dodać przeciśnięty ząbek czosnku.
Zrobić zasmażkę z łyżki masła i łyżki mąki. Wymieszać z zupą.
Doprawić, posypać natką pietruszki i koperkiem.
Smacznego!!!!!!!

P.S. Półlitrowy czubaty garnuszek jaśka kosztuje u nas ok. 4 zł

Kuchnia regionalna w praktyce

Wyjazd do Krakowa to dobra okazja spróbowania wreszcie galicyjskiego specjału: maczanki po krakowsku. Tak sobie pomyślałam i wystukałam w necie, gdzie takową podają. „Bistro Krakowskie” u zbiegu ulic św. Anny i Wiślnej. Super! centrum miasta.
Co się okazało na miejscu?
Niestety, bistro nie istnieje, został tylko szyld i meble za brudną szybą w domu towarowym „Centrum”.
Nie wyszukałam sobie innej lokalizacji, i nie chciało mi się chodzić od lokalu do lokalu w poszukiwaniu maczanki.
Poszłam do „Chłopskiego Jadła” przy ul. św. Jana. Powinno być regionalnie.
czekadełko w chłopskim jadle

chłopskie jadło na św. Jana
Bardzo podobał mi się wystrój lokalu: ciemne drewniane stoły, ławy, poduchy z kogucikiem, wiklinowe lampy, kamionkowe naczynia. Przemyślana stylizacja, jednorodna, nie ma tu zbieraniny, typu każda rzecz z innej bajki. Nie ma chaotycznego nagromadzenia przedmiotów. Duży plus.

wystrój chłopskiego jadła

chłopskie jadło kolaż
Kogucik to firmowy znak „Chłopskiego Jadła”; jest nawet w zabawnych tabliczkach na toaletach:)
koguciki
A jedzenie?
Jest poprawne. Smaczne, ale bez cudów, nie rzuca na kolana.
Załapałam się na michę pierogów (ruskie, z mięsem, ze szpinakiem, z kapustą i grzybami). Nie bierzcie tych kapustą – kwaśność aż wykrzywia.
Kwas chlebowy mi smakował, ale tu nie jestem uprawniona do oceny; prawie zupełnie nie wiem, jak naprawdę winien on smakować. Być może tak właśnie jak tu.
Było też gratisowe czekadełko, i to w ilości nie symbolicznej: pajda chleba (taki sobie), smalec, twarożek i ogórek kiszony.

Słyszałam rozmowę pani przy sąsiednim stoliku: bardzo była rozczarowana, że nie ma bigosu, dla niej to kwintesencja chłopskiego jadła:) Jakoś nie zauważyła, że to nie sezon na taką potrawę, a pani kelnerka nie umiała jej nic sensownego powiedzieć.
Dodam jeszcze, że do śledzika zamówiła sobie herbatę! ło matko!
Zresztą niech się cieszy, że nie dostała bigosu z tej kapusty, którą ja miałam w pierogach! Stara jest już do niczego, a młodej kiszonej jeszcze nie ma.

Hardcorowy kumpir w Krakowie

Lokalik przy Hali Targowej pod torami z kumpirami zdobywa sobie podobną sławę jak zapiekanki u Endziora na Placu Nowym na Kazimierzu.

Krakowski kumpir

To nie jest miejsce, gdzie można się umówić na romantyczną randkę. Ale jest to miejsce, gdzie tętni autentyczne życie zwykłego Krakowa, nie tego dla turystów, lecz tego zwykłego, codziennego. Dwa stoliki na zewnątrz wokół wiekiego okna, w którym wydaje się dania, tuż obok szum i charakterystyczny zapach parkujących i ruszających pojazdów, boksy z warzywami, kram z butami i pantoflami, rytmiczny stukok przejeżdżających pociągów. Przy mnie podjechała karetka pogotowia, wyskoczyła ratowniczka i poprosiła na cito 2 tradycyjne:) Dwie urzędniczki, wychodzące najwyraźniej z pracy, zagadały do siebie: o, widzisz, tu jest ten kumpir, reklamowany na forum!
Podają tu tylko jedno danie – kumpir, czyli ziemniak, ale w różnych odsłonach.

rodzaje kumpira

Zanim tam trafiłam, myślałam że kumpir to polska potrawa, jakoś ta nazwa tak polsko mi brzmiała. I myślałam o rodowodzie wielkopolskim – tam przecież pyry z gzikiem to regionalny specjał. Ale nie, nie. Kumpir to danie rodem z Turcji. A ta polskość to przypadkowa zbieżność słów: kumpie to staropolska szynka.
Czym więc jest kumpir? To wielki pieczony ziemniak z różnym nadzieniem. Bardzo sycący, nawet ten najuboższy, tylko ze śmietaną i prażoną cebulką.

kumpir

Ciekawe, czy się przyjmie w Krakowie i przetrwa? ….

Sos pełnia lata

Jest tak pyszny, że zjadłam go naprawdę zbyt wiele. A mama  – nawet nie pytana – powiedziała, że bardzo jej smakuje – a to nie jest częste w naszym domu:)

sos pełnia lata

Jest to po prostu zwykły sos z dojrzałych pomidorów i cukinii; tajemnica smaku tkwi w jakości produktów; pomidory muszą być dojrzałe, wygrzane słońcem, a cukinia młodziutka, a cebula najlepiej słodka.

Potrzebne nam będą:

4 dojrzałe pomidory

1 młoda cukinia

1 słodka cebula

1 papryka

1 młoda marchewka

kilka ząbków czosnku

sól, pieprz, ostra papryka, łyżeczka cukru, szczypta przyprawy włoskiej lub prowansalskiej

2-3 łyżki gęstej śmietany

masło i olej

Pomidory trzeba naciąć na czubku na krzyż i zalać wrzątkiem na 2 minuty, wyjąć z wrzątku i obrać ze skórki, pokroić na cząstki.

Cebulę obieramy i kroimy w cienkie półplasterki, podobnie cukinię (jeśli cukinia jest młoda, nie musimy jej obierać) i paprykę. Czosnek siekamy na drobno, marchewkę obieramy i ścieramy na grubej tarce.

Rozgrzewamy w rondlu olej, dodajemy łyżkę masła, wrzucamy cebulę i czosnek, kiedy się zeszklą dodajemy cukinię, marchewkę i paprykę, lekko solimy. Po 5 minutach podsmażania (cały czas mieszając) dolewamy nieco wrzątku, dusimy do miękkości warzyw. Potem dodajemy do rondla przygotowane cząstki pomidorów i łyżkę masła. Dusimy na małym ogniu aż pomidory rozpadną się. Dodajemy śmietanę, roztrzepujemy  ją, by nie było grudek, po czym doprawiamy.

Zostawiamy na 15 minut – i gotowe.

Najbardziej lubię ten sos z makaronem w kształcie wstążek.

Smacznego!

Letni obiad pracującej kobiety

Nie odkryję Ameryki, nie wyważę otwartych drzwi:

Kobieta pracująca, jeśli chce po przyjściu z pracy zjeść obiad i nakarmić nim swoich bliskich, musi go w poprzedni wieczór ugotować. Nie ma uproś.

A ponieważ jest upalne lato, więc lepiej, żeby to był obiad, który się szybko przygotowuje, łatwo odgrzewa (bo chłodnik chłodnikami, ale raz dziennie coś ciepłego dobrze jest zjeść) i dobrze byłoby, żeby wykorzystywał sezonowe produkty.

Upał zniechęca do kulinarnych eksperymentów; póki co odcinam kupony od już kiedyś tam przetestowanych i wyćwiczonych przepisów.

Dziś – zapraszam na wstążki makaronu z ragu grzybowym, z dodatkiem cukinii, która plątała się w lodówce i dużym, przejrzałym pomidorem.

 wstążki z grzybami

Wykorzystałam:

Pojemnik kozaczków czerwonych

2 młode duże cebule

1 cukinię

1 dużego dojrzałego pomidora

Olej, masło

Z przypraw: sól, pieprz, paprykę

20 dag makaronu wstążki

Makaron gotujemy normalnie, jak każdy makaron.

Grzyby trzeba oczyścić, szybko wypłukać (żeby nie nasiąkły wodą) i wrzucić na lekko osolony wrzątek i blanszować je ok. 10 minut. Odcedzić, przestudzić.

W tym czasie obieramy cebulę, kroimy na cienkie półplasterki, tak samo cukinię (młodej nie obieramy ze skórki). Rozgrzewamy olej, dodajemy łyżkę masła, wrzucamy cebulę i cukinię i smażymy aż się zeszklą.

Na drugiej patelni przygotowujemy grzyby: odcedzone i przestudzone siekamy dość drobno i wrzucamy na rozgrzany olej z dodatkiem masła. Grzyby po chwili puszczą sok, więc smażymy je mieszając aż on wyparuje.

Łączymy grzyby z cebulą i cukinią, podlewamy niewielką ilością gorącej wody i jeszcze jakieś 10-15 minut smażymy razem. Doprawiamy.

Aby podać – dodajemy na patelnię ugotowany makaron, mieszamy i podsmażamy.

Mile widziana zielenina na talerzach.

Smacznego!

Otwieracze do konserw – używa ktoś??

Skusiłam się niższą ceną i kupiłam kukurydzę i ananasa w puszce bez tego dzyndzyka w wieczku do otwierania.

Miała być sałatka. Wieczór ugotowałam jajka, posiekałam i sparzyłam cebulkę, po czym sięgnęłam po puszki. Wbiłam otwieracz (dobry był, lata całe służył), coś zgrzytnęło i …. otwieracz odmówił wszelkiej współpracy.

Przeszukałam szuflady, z nadzieją, że jakiś stary, choćby i przedpotopowy otwieracz się znajdzie, ale gdzie tam! Po remoncie porządki zrobiłam zbyt dokładne (!)

Zła byłam, ale cóż, zawinęłam jajka i cebule w folię, wrzuciłam do lodówki, a na drugi dzień ruszyłam do sklepów. Wszędzie wyglądało tak samo:

– Otwieracz???? – zdziwione spojrzenie – Nieeee, nie ma.

Dopiero w sieciówce wygrzebałam jakiś.

otwieracz do konserw

Ciekawe, ile przetrwa.

Szukam w necie jakichś bardziej solidniejszych propozycji.

Bo jednak otwieracz jest mi w domu niezbędnie potrzebny.

 





Lektury kulinarne na lato

lektury kulinarne na lato

Jak wam się podoba takie zestaw? Niedługo zaczną się pojawiać moje recenzje tych książek; sprawdzę, czy są godne polecenia (oczywiście moim zdaniem).

Póki co, opisy ze skrzydełek okładek:

 

Donna Leon , Roberta Pianaro , Tatjana Hauptmann

Szczypta Wenecji czyli ulubione dania komisarza Brunettiego

Wiadomo, że emocje zaostrzają apetyt, dlatego też w bestsellerowych powieściach Donny Leon o komisarzu Brunettim czytelnik często zasiada do stołu wraz z głównym bohaterem, aby w towarzystwie komisarza, jego rodziny i przyjaciół odetchnąć, odpocząć od trudnych spraw kryminalnych i nabrać do nich właściwego dystansu

 

Maisto Michelle

Mariaż kulinarny

Co dziś zjemy na kolację? – Czasem najprostsze pytanie może być prowokujące. Para pełnych temperamentu narzeczonych, Włoszka i Chińczyk, próbuje rozpocząć wspólne życie w Nowym Jorku. Ten niezwykle szczery i romantyczny pamiętnik to historia Michelle i Richa, którzy postanawiają się pobrać. Przygotowania do ślubu to czas pełen napięcia, miłości, sprzeczek i kompromisów. A ponieważ obydwoje kochają gotować i jeść, najczęściej godzą się w kuchni. Ty też możesz poznać ich kulinarne wyczyny i wypróbować przepisy na ulubione potrawy tej oryginalnej pary.

 

Suzana Osorio-Mrożek

Meksyk od kuchni. Książka niekucharska

Książka żony polskiego pisarza Sławomira Mrożka

W tej książce opowiadamy o gastronomii meksykańskiej w wymiarze historycznym. O tym, jakie są specyficzne cechy kuchni meksykańskiej. O geografii Meksyku i jego rdzennych surowcach. O tym, jak żyli mieszkańcy wielkich metropolii prehiszpańskich i jaki wpływ miała konkwista hiszpańska na ich kuchnię.

 

Philip Kazan

Apetyt

W XV-wiecznej Florencji, mieście zmysłów, każdy jest artystą. Młody Leonardo da Vinci uczy się mieszania pigmentów, a Nino Latini łączy cynamon, pieprz, gałkę muszkatołową i wanilię. Jego daniom nie potrafią się oprzeć Medyceusze, kardynałowie, a nawet sam papież.

Kiedy jego ukochana Tessina zostaje zmuszona do ślubu z podstarzałym arystokratą, Nino zatraca się w pracy. Obłędne uczty, rozpustne kurtyzany, potrawy, które mącą zmysły – tylko on potrafi wyczarować spektakl, który zachwyca od Florencji po Rzym.

Ale raz rozbudzony apetyt nie da o sobie zapomnieć. Tak jak pierwsza miłość, której nie nakarmią same wspomnienia. Jeśli droga do serca wiedzie przez żołądek, Nino użyje najwykwintniejszych smaków, by odzyskać ukochaną.

 

Anna Włodarczyk

Zapach truskawek. Rodzinne opowieści

Te książkę autorki bloga Strawberry from Poland, znają już pewnie prawie wszyscy blogerzy; ja nieco jestem w ogonie

 

Sarah-Kate Lynch

Błogosławieni którzy robią ser

Joseph Corrigan i Joseph Feehan, znani jako Corrie i Fee, produkują na swej farmie w Irlandii najlepszy ser na świecie. Ich problemem jest brak potomków, którzy przejęliby rodzinny interes. Co prawda Corrie ma wnuczkę Abbey, ale mieszka ona w prymitywnej chacie na maleńkiej wyspie na Pacyfiku wraz z mężem opętanym poczuciem misji, której celem są tubylcy, a właściwie ich kobiety. W tym samym czasie na innym kontynencie Kit Stephens nie potrafi sobie poradzić ze stratą żony i nienarodzonego dziecka… Może go uratować tylko cud. Czy zdarzy się on w magicznym miejscu w odległej Irlandii, gdzie ciężarne wegetarianki doją krowy w rytm melodii z musicalu „Dźwięki muzyki”, a w piwnicy dojrzewają aromatyczne sery? I gdzie przez przypadek spotykają się mężczyzna po przyjściach i kobieta o złamanym sercu. W tej ciepłej opowieści spotkamy całą galerię oryginałów, którym nie zawsze układa się w dzisiejszym świecie. Szukając własnego miejsca, poznają smak przyjaźni i miłości. A przede wszystkim poznają samych siebie.



Kończy się sezon na czereśnie

Czereśnie to jedne z moich ulubionych owoców.

Tak bardzo na nie czekam, a tak krótko są dostępne.

Teraz jeszcze są, aczkolwiek coraz droższe.

Lubię zakończyć śniadanie garścią tych owoców.

czereśnie

A dziś proponuję danie z portalu www.mniammniam.pl: pierś indyka z glazurowanymi czereśniami – przepyszne! – czekam na nie cały rok:)

2 filety z piersi indyka
sól, świeżo zmielony czarny pieprz
mała szczypta pieprzu cayenne
dwie łyżki masła
łyżka oleju

glazurowane czereśnie: ok. 30-40 dag dojrzałych czereśni
łyżka cukru (najlepiej brązowego)
2 łyżki octu balsamicznego
szczypta świeżo zmielonego czarnego pieprzu

Z czereśni trzeba usunąć pestki.

Filety rozpłaszczamy nasadą dłoni. Każdy solimy, pieprzymy i posypujemy odrobiną pieprzu cayenne.
Na patelni rozpuszczamy masło, dodajemy olej i smażymy filety z obu stron przez minutę na silnym ogniu a następnie przez 2-3 minuty na średnim ogniu.

Usmażone mięso zdejmujemy z patelni i odstawiamy przykryte na bok.
Na pozostały po smażeniu tłuszcz wrzucamy cukier, smażymy pół minuty, aż się całkiem rozpuści,  dodajemy wypestkowane czereśnie i cały czas mieszając smażymy ma sporym ogniu przez 2 minuty. Dolewamy ocet balsamiczny, pieprzymy i smażymy jeszcze następną minutę.

Na talerzach układamy usmażone filety, na nie kładziemy porcję glazurowanych czereśni.
Gotowe:)