Jak nazywacie te czarne fraktalowe kuleczki, podobne do malin? Jeżyny? Czy czernice?
U nas mówiło się na nie jeżyny. Nie zawsze słońce zdoła je dobrze wygrzać, by były słodkie. I takie właśnie są w tym roku, trochę kwaśne. W sam raz na zrobienie z nich pierogów.
Nie mam na nie specjalnego przepisu; ot, zwykłe ciasto pierogowe, na rozwałkowane krążki nakładam kilka sztuk jeżyn, szczyptę cukru, sklejam i gotuję. Najbardziej lubię je odsmażane na maśle z tartą bułką i posypane na patelni cukrem, który w miarę smażenia pysznie karmelizuje się.

Takie pierogi znane są od dawna, a właśnie w ostatnim czasie znalazłam o nich wzmiankę w czytanej książce: Oktawia Żeromska. Portret rodzinny, autorstwa Marii Mironowicz-Panek. Opisany jest w niej pobyt Żeromskich w szwajcarskim Rapperswil, gdzie Stefan pracował w Muzeum Polskim. Odwiedził ich tam Bolesław Prus, wielki przyjaciel Oktawii. Był pod wrażeniem gospodarności Oktawii, a szczególnie podziwiał jej wyborną kuchnię. W listach do żony pisał:
„pani Oktawia czuwa nade mną jak bóstwo i gotuje wyborne barszcze. Zajęta od rana do nocy jako pokojówka, kucharka, szwaczka”
„poczciwa Okcia przyjęła mnie tu jak brata: uporządkowała pokój, wynajęła go, a teraz stołuje nas obu. Myślałem, że stanę na głowie, kiedym (pierwszy raz!) zjadł rosołu z kartoflami i pierogów z czernicami”.
A więc smacznego!












