Moje podejście do odchudzania

Zaniedbałam ostatnio kuchnię, bo…. no, cóż, odchudzam się. Dopadła i mnie taka konieczność.
Przyjrzałam się sobie dokładnie w lustrze, en face i z obu profilów, dokonałam pomiarów i obliczeń – i decyzja zapadła.
BMI w wysokości 28,6 to naprawdę ostatni dzwonek, żeby coś z sobą zrobić (prawidłowe BMI to 20-25). Wprawdzie to jeszcze tylko nadwaga, jeszcze nie otyłość, ale dobrze nie jest.
Po trzech tygodniach starań – BMI wynosi 27,1, waga spadła o 4 kg, obwód pasa o 6 cm. No i najważniejsze, wałeczek nad talią, który najbardziej mnie drażnił, już prawie nie istnieje.
Nie są to bardzo szybkie i spektakularne efekty, ale moja metoda odchudzania też nie była i pewnie dalej nie będzie typowa.
Nie jest to żadna klasyczna dieta. Jem to, co lubię, ale znacznie, znacznie, ZNACZNIE mniej.
Uważam, że po prostu trzeba ograniczyć ilość jedzenia. Organizm wcale nie potrzebuje dużych ilości jedzenia, żeby się czuć nasyconym. Nadmiar to już nasze łakomstwo. Jeżeli na śniadanie zjem 2 plasterki chudej wędliny i plaster sera i nie czuję się już głodna, to znaczy, że mi to wystarczy.
Następne co-nieco dopiero wtedy, kiedy poczuję głód.
Okazało się, że wystarczają mi 4 lekkie posiłki dziennie.
Na razie wykluczyłam pieczywo i zupy; jakoś nie cierpię bardzo z tego powodu. No i oczywiście słodycze, ale to akurat dla mnie nie jest problemem.
Codziennie ćwiczę, ale bez przesady, przede wszystkim przysiady i skłony angażujące brzuch, i takie ćwiczenie, które jest bardzo pomocne, a możliwe w każdej chwili: raz na godzinę, wciąganie brzucha i talii, co najmniej 20-30 razy.
Przez pierwszy tydzień nie działo się nic. Początek drugiego – dalej nic.
Ale powtarzałam sobie jak mantrę: to musi zadziałać! przecież to musi zadziałać!
I oglądałam się dokładnie rano i wieczór z profilu. Ten widok – to naprawdę duża motywacja do wysiłku i starań. Nikt nie chce tak wyglądać, naprawdę.
I w końcu zadziałało:)
Waga zaczęła wyraźnie spadać, tłuszczyk w talii przestał być taki jednorodny, zrobiły się takie wyraźne pola wypukłości i obok wgłębienia i wypłaszczają się:)
Działa, wreszcie działa! :))))

Pieczona jagnięcina

Trudno jest w moim mieście kupić jagnięcinę; właściwie to jest tylko jeden sklep, który ma ją w sprzedaży, ale tylko mrożoną, i to z Nowej Zelandii. Nie mówiąc juz o szalonej cenie za kilogram! Ale dobre i co.
Chciałam zrobić kotlety, takie dekoracyjne, z kostką, ale gdzie tam! Kupujesz porcję mrożonki i nie wiesz, co tam masz. Ja miałam 2 kawałki pieczeni (1,5 kg)
No więc zrobiłam pieczeń:)
jagnięcina

Jest to naprawdę świetne mięso, delikatne, lekko ostrym smaku, kruchutkie. Wymaga tylko wcześniejszego przygotowania i marynowania.
Przede wszystkim trzeba go oczyścić z cienkiej błonki.
Następnie natarłam mięso solą, pieprzem, przyprawą prowansalską, obłożyłam plasterkami czosnku. Skropiłam oliwą i wytrawnym białym winem. Przykryłam folią i do lodówki na 2 dni.
Potem nagrzałam piekarnik do 200 st. C, a w rondlu rozgrzałam nieco oliwy i przesmażyłam mięso ze wszystkim stron. Dodałam 50 ml octu i kieliszek białego wytrawnego wina. Piekłam pod przykryciem 1 godz. Po tym czasie odkryłam mięso i piekłam jeszcze 40 minut aż mięso stało się miękkie i lekko zrumienione.
Dajemy mu nieco przestygnąć i kroimy na plastry.

Nowalijkowa z botwinki

Gościom na moim ostatnim przyjęciu bardzo smakowała zupa z młodej botwinki; przyznam, że i ja za nią przepadam

nowalijkowa z botwinki

A robię ją tak:

pęczek botwinki z malutkimi buraczkami
2 ziemniaki
4 jajka ugotowane na twardo (jedno na osobę)
szklanka gęstej kwaśnej śmietany 18%
łyżka masła
2 łyżki oleju
sól, pieprz
szczypta cukru
sok z połowy cytryny
1 l bulionu warzywnego
Posiekane: natka pietruszki, koperek

sposób przygotowania
Botwinkę umyć, malutkie buraczki przy liściach botwinki oskrobać z łupinek, pokroić liście i buraczki na kawałki.
Rozgrzać olej i masło w rondlu, wrzucić pokrojoną botwinkę, smażyć na małym ogniu, mieszając, ok. 5 minut. Skropić sokiem z cytryny.
Ziemniaki obrać i pokroić w kostkę, dorzucić do botwinki.
Całość zalać gorącym bulionem, uzupełnić gorącą wodą, lekko posolić, gotować ok. 30 minut, aż ziemniaki będą miękkie. W miarę potrzeby uzupełniać wywar gorącą wodą.
Śmietanę wymieszać z 2 łyżkami gorącej zupy, wlać do zupy, dobrze roztrzepać, zagotować. Doprawić solą i pieprzem, wrzucić szczyptę cukru. Odstawić z ognia, wrzucić zieleninę.
Jajka dodaje się, pokrojone w drobną kostkę, dopiero po rozlaniu zupy, na poszczególne talerze (licząc po 1 jajku na talerz).

Magiczna nalewka czarownicy

Nadeszła Noc Świętojańska; to bardzo magiczny czas:)
Młodzi, odważni chłopcy wyruszają szukać kwiatu paproci, który tylko tej nocy zakwita, a czarownice zaczynają warzyć nalewkę z zielonych orzechów.
Czarny kot pod ręką będzie jak znalazł:)

Śmichu-chichu, ale… coś w tym jest… kiedy przyniosłam orzechy i liście do domu, był wczesny wieczór, słońce jeszcze pięknie świeciło. Włożyłam liście do koszyka i sięgnęłam po aparat fotograficzny. Zdążyłam zrobić jedno zdjęcie i nagle! ni stąd ni zowąd nadeszły czarne chmury, słońce zgasło, jakby je ktoś czarną łapą przydusił… szybko zapadły wieczór i noc…. Aż mnie ciarki przeszły:)))) Co za noc!

A magiczną nalewkę robi się tak:

13 zielonych orzechów
½ l spirytusu
¾ l wódki 40%
10 ml miodu
2 laski cynamonu
¼ gałki muszkatołowej utartej
15 dag brązowego cukru

Zerwane orzechy trzeba umyć i pokroić na kawałki (w rękawiczkach, bardzo brudzą palce). Wrzucić do słoja, dodać cynamon, gałkę i miód. Zalać spirytusem i ¼ l wódki. Zakręcić słój, zostawić na nasłonecznionym oknie na 6 tygodni. Co parę dni wstrząsać słojem.
Po 6 tygodniach zlać nalewkę, wyrzucając orzechy i laski cynamonu. Zagotować cukier w małej ilości wody. Gdy przestygnie, przecedzić przez sitko wyłożone gazą i dodać do nalewki. Dodać ½ l wódki. Zakręcić słój, odstawić na 3 tygodnie.
Po tym czasie przecedzić płyn przez sitko, wyłożone gazą, uważając, aby osad nie dostał się przecedzonego płynu. Przelać do ciemnego szkła, zakorkować. Dobrze, żeby nalewka postała jeszcze ze 3 miesiące, albo jeszcze dłużej (!), ale kto to wytrzyma?

Straszny czwartek w domu pastora

Według opowiadania Karola Ludwika Konińskiego „Straszny czwartek w domu pastora” powstał film Stanisława Różewicza „Samotni we dwoje” (1968). Nie spodobał mi się scenariusz, bo zbytnio upraszczał tematykę opowiadania, i pomijał istotne dość wątki, ale generalnie film jest świetny, i w dodatku z gwiazdorską obsadą: Horawianka, Voit, Gogolewski, Feldman, Kłosiński.
Film polski – to i menu kolacji, którą przygotowałam dla moich gości, było polskie:)
menu 1

menu 2

Chciałam przygotować kuchnię taką trochę ludową, z daniami nieco zapomnianymi, a jednak polskimi.
Stąd zupa nowalijkowa z botwinki, pieczona jagnięcina, młode ziemniaki, młoda kapusta (ale w formie surówki z młodą marchewką)
zupa z botwinki

jagnięcina

Podałam jednak (mimo pewnych obaw, jak goście przyjmą to danie) ozór w szarym sosie; ale jako danie dodatkowe:) nazwałam je daniem dla konesera; oprócz jednej osoby, goście chętnie go próbowali:)
ozór

Jako przystawki była deska polskich serów zagrodowych (oscypek – w plastrach i warkoczykach, bryndza, sekret mnicha, koryciński, twarożek tyniecki) z dodatkiem ogórków małosolnych oraz sałatka serowa (ser solankowy, oscypek, cebula, pomidory, kuskus)
deska serów

oscypek

sałatka serowa

Do tego węgrzyn (dawniej w Polsce bardzo popularny); wybrałam czerwone wytrawne Badacsony; bardzo nam smakowało
węgrzyn

Wystrój stołu tez taki stylizowany trochę na ludowo: żółto-pomarańczowy pasiak, serwetki z łowicką wycinanką, margerytki w wazonie, gliniane miski
wygląd stołu

pasiak

margerytki

gliniane miski

A do kawy – biszkopt z truskawkami
biszkopt z truskawkami

Następna impreza – zapraszam po wakacjach:)

Czas na małosolne

Chyba już minął czas ogórkowej psychozy i lęku przed bakterią.
A na targu mnóstwo pięknych, polskich, chropowatych, czasem trochę zakrzywionych ogórków, nie za dużych, nia za małych, w sam raz.
I łodygi kopru do tego i młody czosnek, i chrzan.
Jednym słowem mówiąc – czas na kiszenie.


ogórki kiszone

Przepis mam na nie pewnie taki, jak każdy.
Na litr wody – łyżka soli.
Ogóry z koprem, czosnkiem i chrzanem ułożyć w słoju.
Wodę zagotować z solą, przestudzić. Zalać ogórki.
Po 4-5 dniach będą gotowe.

Sezon na grzyby ogłaszam za otwarty

Słuchajcie, już są! młode kurki już są!


młode kurki

Taki mieszczuch jak ja, może cieszyć się nimi jedynie na targu, ale dobre i co:)
Targ w moim mieście, mimo zakusów włodarzy miasta, żeby zrobić z niego parking, ciągle jeszcze jest, i ciągle przyjeżdżają tu przekupki z nielicznymi, w małych ilościach, ale jakże atrakcyjnymi towarami:)
Ot, właśnie pojawiły się kurki, sprzedawane na kupki. Aż mi się oczy zaśmiały, jak je zobaczyłam:)
Te pierwsze pójdą do jajecznicy:)

Czy nie ma już tradycji ognisk?

W programie mojego wyjazdu do Szczawnicy miało być ognisko. Wiecie, takie prawdziwe ognisko na polanie, gdzie tańczą płomienie, lecą skry, trzaskają płonące drwa, szumią wokół drzewa, dym wplątuje się we włosy, a ludzie na patykach pieką ponacinane kiełbaski…
O, choćby takie, jak to:
ognisko

Ale gdzie tam! nie było ogniska! Był tylko grill.
Po wiatą w centralnym miejscu było palenisko nakryte żelazną kratką grilla, a na obrzeżach wiaty rząd topornych ław i stołów zbitych z desek, przykrytych jakąś starą ceratą, plastikowe sztućce i talerze, ba! nawet kubki do alkoholu były plastikowe! Obsługa siedząca w rządku po drugiej stronie, patrząca spode łba kiedy wreszcie ci ludzie skończą! Koszmar, który myślałam, że może się tylko przyśnić!
I to za jakie pieniądze! słuchajcie, naprawdę niemałe.
Zdegustowana jestem bardzo.
Czy już naprawdę nikt nie rozpala ognisk? i skazani jesteśmy na nędzną imitację grilla?

Opowiem wam jeszcze scenkę z małej knajpki u wylotu wąwozu Homole. Przyjechaliśmy tam rano, więc weszliśmy spragnieni kawy.
– Kawa? kawa tylko do posiłku – poinformowała obsługa.
– Jak to do posiłku? do jakiego posiłku? kawa to nie kompot – upieraliśmy się.
– Zjicie obiad, to zrobimy wam kawe. Tak to sie nie opłoco….
Daliśmy spokój dalszym pertraktacjom….


Nowy pomysł na sałatkę

Będzie to sałatka 3 x ser: oscypek+bundz+twarożek i do tego pomidor+cebula+kaszka kuskus
Taka kuchnia fusion, inspirowana góralskimi smakami Szczawnicy
Przepyszne wyszło:


sałatka z oscypkiem

Składniki na oko, bo nie jest tak bardzo istotne, ile czego weźmiemy

pół szklanki kaszy kuskus
2 pomidory
1 cebula
kawałek oscypka
kawałek bundzu
2-3 łyżki twarożku wiejskiego
łyżka majonezu
sól, pieprz

Kuskus wsypujemy do miski i zalewamy wrzącą wodą, tak by woda przykryła kaszę. Leciutko solimy. Przykrywamy miskę talerzykiem i odstawiamy na 5 minut.
Pomidory kroimy na kawałki, cebulę kroimy w kosteczkę lub w piórka (jak kto lubi), oscypek i bundz w kostkę.
Mieszamy wszystkie składniki z kuskusem, doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Zostawiamy sałatkę na pół godziny.
Dobrze byłoby dodać jeszcze jakąś zieleninę, ale akurat mi „wyszła”:)
Smacznego!

I jeszcze kwiatowe zwierzaki ze Szczawnicy
Kiedyś takie były tylko w Krynicy Górskiej, ale teraz zrobiły się modne i w Szczawnicy. Ładnie wyglądają

kwiatowe zwierzaki

Smaki Szczawnicy

Właśnie wróciłam ze Szczawnicy, która bardzo zmieniła się na korzyść w stosunku do dawniejszych lat, z których ją zapamiętałam.
Hotelowe jedzenie rozczarowuje, takie jest nijakie; smaczne właściwie, ale bez wyrazu.
Ale oscypki, bundz, serowe warkoczyki – nadal przepyszne!!!


oscypki

I jeszcze kilka migawek z Małych Pienin, znad Dunajca i uzdrowiskowego parku.

przystań

Dunajec

pieniny

spiewacy