Kiedyś tam, gdy marudziłam, że w Polsce nie ma a to tego, a to tamtego, moja koleżanka, mieszkająca na stałe w USA, powiedziała:
– Jeśli cię to pocieszy, to jest parę rzeczy których ja ci w Polsce zazdroszczę. Na przykład selerów, tych brzydkich, szarych, guzłowatych, bulwiastych. Tu jest tylko seler naciowy. Nie umywa się do tego z bulwy. Pewnie, że bulwy, jak się uprę, to też kupię; tu jednak w zasadzie jest wszystko. Tylko za jaką cenę!!!! I wpirza mnie to, bo przecież pamiętam, jak w polskim jarzyniaku, czy na targu, niemal poniewierają się te bulwiaste, upchnięte gdzieś tam w kącie i kosztują grosze! Ot, brzydkie kaczątka jarzyn. A jaki mają smak, rany! Ślinka leci….
Przypomniałam sobie tę historię, czytając „Lunch w Paryżu”, o której to książce parę dni temu pisałam. No, bo popatrzcie, co Amerykanka zobaczyła na targu:
Przy porach zauważyłam coś jakby rodem prosto z laboratorium doktora Frankensteina: bulwiaste warzywo z bruzdami przypominającymi mózg, porośnięte gdzieniegdzie skręconymi włoskami korzonków. Celeri. Pomyślałam, że wolałabym mu zrobić sekcję, niż go zjeść. Kupiłam jedną sztukę, ale tylko po to, żeby zobaczyć, co ma w środku.

Ale seler, mimo tego dość ponurego wyglądu, potrafi się obronić: swoim fantastycznym smakiem:)
Co to byłby za rosół bez niego!
Albo ugotowane plastry, nadziane żółtym serem i usmażone w panierce jak kotlety, mniam!
Albo surówka po zakopiańsku – z bryndzą, chrzanem i śmietaną – pycha!

1 bulwa selera
100 g bryndzy (może też być feta)
2-3 łyżki kwaśnej śmietany
2 łyżki tartego chrzanu
sól, pieprz, cukier, szczypta papryki, sok z cytryny – do smaku
Rozetrzeć bryndzę ze śmietaną i chrzanem.
Seler obrać i zetrzeć na cienkie paseczki. Skropić lekko cytryną, by nie ściemniał.
Wymieszać z chrzanową bryndzą, doprawić do smaku.
P.S. Nie muszę chyba dodawać, że Amerykanka, po spróbowaniu, zachwyciła się selerem:)