Dieta? przyjemnie się rozczarujesz

Jedzenie w Kosarzyskach było dobre. I bardzo ładnie podawane. I w ilościach, które mnie początkowo przeraziły:że za dużo! że utyję, zamiast schudnąć:)
Ale było to tylko 1200 kcal dziennie. Dla tak intensywnego trybu ćwiczeń chyba nie powinno być mniej.
W każdym razie – słowo harcerza! – ani raz nie czułam się głodna. Choć to też fakt, że nie bardzo miałam czas na myślenie o jedzeniu:)
Popatrzmy, jak to wyglądało:


kolacja

jadalnia

stolik 13

Najgorzej było ze śniadaniem, bo był szwedzki stół i człowiek brał, co tam chciał. Choć trzeba przyznać, że codziennie wystawiona była pokazowa porcja dla dietetyków i wiadomo było, co można chcieć:)
Pewnym problemem mogło być jeszcze to, że nie wszyscy jedli dietetycznie. Przy moim stoliku (nr 13!) dwie osoby miały dietę, dwie – nie. Ale powiem wam, że z przerażeniem patrzyłam na ilości jedzenia podawane tym bez diety. Na przykład: na kolację ja miałam sałatkę z brokułów, a oni przystawkę z wędlin i sera oraz placki ziemniaczane z sosem! trzy sztuki tych placków!
Zachwycona byłam zupami w mojej diecie.
Choć to chyba złe określenie; nie były to zupy sensu stricto, lecz czyste buliony, podawane w filiżankach-bulionówkach. Rosól, pomidorowa, ogórkowa, z kiszonej kapusty, czerwony barszcz – sam czysty wywar, cudownie na ostro przyprawiony. Bardzo były smaczne.
Chętnie bym coś takiego jadła w domu, ale jak to zrobić? Tam było tak, że ci bez diety jedli to gęste w zupach, całość tych zup z dodatkami, z zabielaniami, a my na diecie tylko wywar z nich.

Przykładowe codzienne menu:
Śniadanie: 2 plastry chudej szynki, 2-3 małe kosteczki białego sera, listek sałaty, 2-3 plasterki pomidora, kromka razowego chleba, bardzo mała kosteczka masła (zwykle nie brałam chleba; zamiast niego brałam pół jajka na twardo oraz listek chleba chrupkiego – jako swego rodzaju ciasteczko do kawy)

Obiad i kolacja miały rozpisaną dokładną ilość kalori; odpisywałam sobie codziennie menu, żeby mieć przykład tygodniowego jadłospisu.

Obiad:
bulion jarzynowy 20
kotlet z dipem czosnkowym 152
marchew z groszkiem 69
mizeria 57
ziemniaki (1 szt) 40
sałatka owocowa 46
Razem = 384 kcal

Kolacja:
szparagi w galarecie 110
masło (10 g) 74
pieczywo razowe (1 kromka) 98
sałatka z pomidora 24
Razem = 367 kcal


Kartka z kalendarza ćwiczeń

Dzień w Kosarzyskach zaczynasz poranną gimnastyką.
O 7.30 – biegniemy na polanę w lasku – wdychasz aromat lasu, świeży, mokry od rosy, słyszysz szum potoku, ćwiczenia w rześkim, chłodnym jeszcze powietrzu to czysta przyjemność – o, jak dobrze!

9.00 – wycieczka w góry, pierwsze podejście – i zdychasz!
Drugie podejście – dalej zdychasz.
Trzecie podejście – b.z.
Myślisz sobie – nic to! – jak mawiał pan Wołodyjowski – jutro będzie lepiej!
I wchłaniasz w siebie zieloność hal, magię strzelistych drzew, nie możesz wprost napatrzyć się na krzewy jałowca i wrzosu…


w górach

Schodzisz z gór – ok. 13.00 i myslisz sobie, jakim cudem zdołam się dowlec na callanetics o 14.10?
Ha! pańcia jest bezwględna i słodkim, ale twardym jak stal głosem rzuca komendy i liczy, liczy, liczy,,, no, już nie mogę, nie dam rady dłużej napinać tych mięśni – ale pańcia czyta te myśli i wrzeszczy; dasz radę! raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, i raz, dwa, trzy, cztery….
Przeżywasz jakoś do 15.00 i myślisz sobie: a co będzie za godzinę? na kolejnej godzinie aerobiku i gimnastyki?
Uśmiech pana instruktora i modulacja głosu przy końcówce każdego ćwiczenia i te zajęcia pozwalają przetrwać:)
Oooo… kolejny prysznic, chwila na łóżku, rozciągasz zmęczone kości i mięśnie…. i lecisz dalej, na zajęcia ze stylistką.


I tak dzień po dniu, wpadasz w rytm, już nie myślisz, czy dasz radę. Po prostu wszystko to robisz!:)
Powtarzana tu bez przerwy mantra: dasz radę – działa:)

Ach, te powroty z wakacji!

Z jednej strony ci żal, że to już koniec, z drugiej cieszysz się, bo już zatęskniłeś do domu, do swoich bliskich, do swojego miłego mieszkanka.
Pobyt w kosarzyskim Smreku nie zawiódł moich oczekiwań: było dużo ćwiczeń, dokładnie wyliczone kalorie posiłków, były góry, była pogoda, były świetne, ciekawe zajęcia ze stylistką.


Smrek w Kosarzyskach

Wróciłam trochę jak weteran z wojny:) z naciągniętym ścięgnem w nodze (chyba się zbytnio przykładałam do ćwiczeń), z siniakiem na policzku (zapatrzyłam się na cudowne buki w górach, nie zauważyłam wystającego korzenia i poleciałam – jak to się mówi – na pysk).
Ale wróciłam z tarczą!
Wyniki: BMI spadło z 26,7 do 25,5; waga – 3 kg do tyłu, obwód w pasie – minus 3 cm.

Pilnie prowadziłam notatki w Kosarzyskach – już je porządkuję i wkrótce tu po troszku się znajdą:)

Już za parę dni, za dni parę….

Jak w piosence: już za parę dni dni, za dni parę, weźmiesz plecak swój i gitarę – wyjeżdżam na wakacje:)
Wprawdzie na razie tylko na tydzień, ale ciąg dalszy nastąpi w sierpniu:)
Zaczynam pakowanie i już jutro jadę do Piwnicznej-Kosarzysk na wczasy rekreacyjno-odchudzające ze stylistką.
Smrek Kosarzyska

Dom wypoczynkowy Smrek proponuje codzienny program rekreacyjny (rozruch poranny, wyjście w teren, gimnastyka na sali gimnastycznej), odpowiednią dietę i coś dla urody – indywidualne zajęcia ze stylistką, określenie typu urody za pomocą chust, praca przed lustrem, analiza kolorystyczna: dobór koloru garderoby, koloru włosów, dobór i wykonanie makijażu. A także dobór perfum, biżuterii, torebki itp…
Dobrze brzmi, prawda?
Czuję, że potrzebny mi jest dodatkowy impuls w moim odchudzaniu. Wprawdzie utrzymuję się w już osiągniętej wadze, ale ciągle jeszcze jestem powyżej normy (BMI – 26,3). Już się cieszę na codzienne ćwiczenia i wycieczki:)
No i przyjrzę się dokładnie diecie, temu co nam będą dawać codziennie do jedzenia – bo coś jednak dawać będę:) mam nadzieję, że nas nie zagłodzą:) a warto poznać dobrze zbilansowaną dietę.
Relacja – po powrocie.
Taka jestem podekscytowana tym wyjazdem! czuję się jakbym jechała na kolonie:)
Mam w planie także wyspać się, odpoczywać, czytać i … chudnąć:)
Do zobaczenia!

Szalałam kiedyś za tym….

Dostałam pudełko DVD z I sezonem „Dynastii”; pamiętacie ten film? to ten amerykański serial o potentacie naftowym z Denver, z Krystle i Alexis.
Szalałam kiedyś za tym!

Dynastia

Oglądałam każdziuteńki odcinek w solennym skupieniu:)
To było w dawnej, przaśnej Polsce kolorowe okno na świat. Te posiadłości, te ogrody, wnętrza, stroje, samochody… ech! to był świat z bajki.
dom Carringtonów

Oglądam to dziś, po kilkunastu latach, i wygląda, że jakoś znacznie zbladł ten cudowny świat.
Ani te wnętrza nie są tak wspaniałe, ani te stroje, nie mówiąc już o kuchni, na którą zwróciłam szczególną uwagę. Kuchnia Carringtonów nie jest zbyt reprezentacyjna, nie jest też oryginalna, z jakimś charakterem; niespecjalnie duża, nie robi wrażenia.
A potrawy? Fallon, córka Blacka, narzeka np. że na śniadanie jest jajecznica z jajek w proszku! O matko! Jak dobrze, że do tego jeszcze nie doszliśmy!
A wystawne wesele Krystle i Blacka? to tylko zimny bufet i piętrowy tort. Jakoś trochę tego mało. Ale powiedzmy, że to taki zwyczaj, odmienny od naszych hucznych weselisk.
Nieodmiennie razi mnie jednak amerykański sposób pakowania kanapek. Claudia, żona Matthew, robi kanapki na piknik; przekłada kromki chleba tostowego szynką i serem i wkłada w plastikowy woreczek. I tego właśnie nie mogę zrozumieć ani zaakceptować. Dlaczego nie zawijają kanapek w pergamin?

Ale tak ogólnie, to z dużą przyjemnością i nostalgią oglądam kolejne odcinki….

I jeszcze komunikat o wynikach odchudzania: zobaczyłam wczoraj w sklepie spódnicę, do której zaśmiały mi się oczy, piękna! wzięłam do przymierzenia swój rozmiar i…. nie wiedziałam czy śmiać się, czy płakać:) była za duża!!!!! a mniejszego rozmiaru nie było…
(BMI utrzymuje się między 26,3 a 26,7).

Patisony, żart natury

Są okrągłe, spłaszczone, wyglądają jak dwa złożone ze sobą dyski o pofałdowanych faliście brzegach. Ot, takie poduszkowce UFO.
Są odmianą dyni. Dostałam właśnie kilka, ale nie jasnozielonych, które najczęściej się spotyka, lecz intensywnie żółtych


Ponieważ były młode, postanowiłam nie obierać ich ze skórki, bo zresztą, z uwagi na te fałdowania, bardzo niewygodnie się to robi. Pokroiłam je na kawałki jak tort, wydrążyłam gniazda nasienne i udusiłam z cebulką.
patisony duszone

I jestem rozczarowana, bo mają w sobie goryczkę. Chyba trzeba było jednak obrać skórkę.
Albo zostawić je w spokoju; niechby były tylko kuchenną dekoracją.
Patison, to rzeczywiście taki żart, takie wdzięczenie się natury; małe toto, a po obraniu i wydrążeniu zostanie tego tyle, co kot napłakał. No i smakowo właściwie żadne.

Nareszcie dania z grzybów

Mamy już na targu oprócz kurek również czerwone kozaczki i widziałam też juz pierwsze prawdziwki:)
To zaczynamy sezon na dania z grzybów. Dziś na obiad kozaczki z cukinią
kozaczki z cukinią

6 kozaczków
1 cebula
ząbek czosnku
pół cukinii
oliwa, masło
łyżka mąki
sól, pieprz, ostra wędzona papryka

Grzyby oczyścić i pokroić w półplasterki. Również cebulę i cukinię – w półplasterki. Czosnek – w kosteczkę.
Rozgrzać na dużej patelni oliwę, dodać łyżkę masła, zeszklić cebulę i czosnek, dodać grzyby. Smażyć mieszając. Dodać cukinię, podlać niewielką ilością wody, dusić aż cukinia zmięknie.
Doprawić.
Na łyżce masła zrobić zasmażkę z mąki, dodać do grzybów.
I gotowe.
Podawać z zieloną sałatą. Albo jako dodatek do ziemniaków.

Polska prezydencja w UE od kuchni

Fajny news wokół wielkiej polityki się pojawił:

Naczelnym kucharzem, który będzie rządził kuchnią Unii Europejskiej w czasie polskiej prezydencji, został Adam Chrząstowski, znany z programu kulinarnego „Adam po pracy”. Jest też właścicielem krakowskiej restauracji „Ancora” (jeszcze tam nie byłam).
Adam ma zamiar karmić polityków polskimi produktami regionalnymi i sezonowymi. I na pewno nie będzie to osławiony schabowy. Planuje dania kuchni dworskiej: dziczyznę, kaczki, gęsi, raki, grzyby, sery zagrodowe. Na spotkanie polityków w Sopocie zaproponował chłodnik z kalarepki z karmelizowanymi w miodzie kurkami.
O! pomyślałam sobie – chłodnik z kalarepki to ja też mogę sobie zrobić:)

chłodnik z kalarepki

Okazało się, że naczelny kucharz podał na niego przepis, łatwo go znaleźć w necie. Zmodyfikowałam go troszkę, przede wszystkim do ilości dla singielki:

Składniki:
1 mała kalarepka
1 jogurt naturalny (p. Adam proponował maślankę, ale akurat nie miałam, a jogurt zawsze w domu się plącze)
1 ząbek czosnku
pół małej cebuli
garść kurek
łyżka miodu
2 łyżki masła, łyżka oliwy
sól, pieprz, mielona papryka
gałka muszkatołowa
koperek

Przygotowanie:
Na łyżce oliwy i łyżce masła trzeba zeszklić posiekaną cebulę i czosnek i dodać startą na julienkę kalarepkę. Chwilkę przesmażyć, podlewając niewielką ilością wody. Doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Odstawić do przestygnięcia.
Następnie trzeba roztrzepać jogurt i dodać do niego kalarepkę, wymieszać. I to  odstawiamy do lodówki na 3 godziny.
Potem na patelni rozgrzewamy łyżkę masła i obsmażamy kurki. Doprawiamy je solą, papryką i dodajemy łyżkę miodu. Smażymy, mieszając, aż miód się skarmelizuje.
Dekorujemy miseczkę z chłodnikiem kurkami i posiekanym koperkiem.
Pyszne wyszło.
P. Adam miksował składniki na krem, ale ja w chłodniku wolę chrupać dodane warzywa.

Coraz modniejszy brunch

Brunch – według słownika (ang. breakfast + lunch) – to posiłek jadany późnym rankiem lub wczesnym przedpołudniem, w czasie którego spożywa się produkty zarówno typowo śniadaniowe, jak i właściwe obiadom. Wywodzi się z tradycji anglosaskiej.
Można by mówić, że to późne śniadanie, gdyby nie to, że restauracje proponują brunche zwykle w dni wolne od pracy, soboty i niedziele, najczęściej dopiero od godziny 12. Jak na mój styl życia, to trochę za późno na śniadanie, a w niedzielę ok. 13-14 zaczynam myśleć o obiedzie.
Ale ogólnie idea brunchu mi się podoba, zwłaszcza gdy chcemy z kimś pobyć, porozmawiać i coś zjeść przy tym. Brunche mają zwykle wygodną formę bufetu,  na zimno i na ciepło, na ostro i na słodko, na co tam człowiek ma ochotę, i w takich ilościach, na jakie ma ochotę. Odpada żmudne zamawianie u kelnerów, czekanie na zamówione dania…
Idealna propozycja na wszelkiego rodzaju zjazdy koleżeńskie.

Byłam na brunchu w warszawskiej Moonsferze w Centrum Olimpijskim na Wybrzeżu Gdyńskim. Resaturacja z wielkim tarasem jest na samej górze, na 6 piętrze; tu już nie słyszy się ruchu samochodowego, a widoki są urzekające.


Księżycowa sfera – a więc kolory księżycowej srebrnej poświaty i czerwonego księżyca w fazie zaćmienia, zwiewny tiul i delikatne kwiaty

mus z szynki

Urzekły mnie malutkie porcyjki deserów; to takie naprawdę malutkie Puchatkowe co-nieco, i człowiek nie ma zbyt wielkich wyrzutów sumienia, że się skusił.
I ten pomysł, żeby ciasto pokroić w takie malutkie kwadraciki i prostokąty – super! spróbuję coś takiego na moich przyjęciach

Schab po warszawsku – kolejna odsłona

Bardzo lubię to danie zimnego bufetu: nadziewane plastry schabu w galarecie.
Ostatnio jadłam je w warszawskiej Moonsferze – restauracji w Centrum Olimpijskim. Był pyszny i przybrany nietypowo, bo owocami (zwykle widziałam go w przybraniu z warzyw).

Postanowiłam wrócić do klasycznego przepisu i zrobić go w domu.

Cały problem z tym daniem polega na tym, żeby schab był mięciutki i soczysty, a to nie zawsze się mi udaje. Tym razem efekt wyszedł mi tak, powiedzmy, na czwórkę.

0,5 kg schabu
2 jajka
1 cebula
4 łyżki chrzanu w occie ze słoiczka
łyżka majonezu
pomidory, oliwki, kawałki sałaty, pietruszka – do przybrania
2 szklanki wody
1 kostka bulionowa
3 łyżki żelatyny
sól, pieprz, zioła do mięs

Schab nacieramy solą, pieprzem i ziołami do mięs, zostawiamy na 2-3 godziny w lodówce. Następnego dnia pieczemy pod przykryciem ok. 60 minut w mocno nagrzanym piekarniku. Po upieczeniu kroimy w plastry, przecinając w ten sposób: pierwsze nacięcie nie do końca mięsa, drugie do końca, i tak do tniemy cały schab. Otrzymujemy w ten sposób kiszonki, które napełniamy farszem, zrobionym z chrzanu, posiekanego, ugotowanego na twardo jajka, drobniutko posiekanej cebuli i majonezu.
Układamy mięso na półmisku, dekorujemy jajkiem pokrojonym w plastry, pomidorami, oliwkami, zieleniną.
Żelatynę rozpuszczamy w 2 szklankach bulionu. Kiedy przestygnie, zalewamy mięso na półmisku. Wkładamy do lodówki.
Pozostałą część żelatyny zostawiamy do zastygnięcia w garnku, po czym kroimy ją w drobną kosteczkę, i tą kosteczką dodatkowo ozdabiamy nasz półmisek.