Kelnerka na Manhattanie

Lubię zaglądać do taniej księgarni. Zawsze coś tam ciekawego uda się wypatrzeć. Za małe pieniądze.
Przyznam, że wiele książek chciałabym tylko przeczytać, a niekoniecznie mieć je na własność, ale cóż robić. W bibliotekach ich nie dostanę (ciekawe pytanie: dlaczego? prawda?), więc cóż mi zostaje? Kupuję. Miło, jeśli za grosze.
Właśnie kupiłam „Kelnerkę na Manhattanie” autorstwa bliźniaczek Heather i Rose Mac Dowell.


kelnerka na Manhattanie

Czyta się ją dobrze, leciutko, jest dobrze przetłumaczona. Aczkolwiek korekta pozostawia wiele do życzenia, mimo, że pań korektorek było dwie. Błędów jest sporo i jest to denerwujące.
Wracając do treści książki: cóż, nie jest to takie proste być kelnerką. Zwłaszcza dobrą kelnerką.
Ale takie zdanie da się powiedzieć o każdym niemal zawodzie: nie jest prosto być dobrą pielęgniarką, dobrą nauczycielką, dobrą asystentką…. można by tak wyliczać… i o każdym z tych zawodów dałoby się napisać pasjonującą powieść.
Urok tej jednak książki polega chyba na tym, że pokazuje rzeczywistość zupełnie mi nieznaną, środowisko, którego nie znam. No i tę amerykańską perfekcję, która właściwie mnie przeraża.
To wygląda tam tak: wchodzisz do restauracji i nawet nie zdajesz sobie sprawy,że jesteś oceniana: w jakim jesteś nastroju? czy otoczenie, potrawy, jakość obsługi zdołają zmienić twój na przykład zły humor? czy twoje zadowolenie przełoży się na wysokość napiwku? czy zrobisz następną rezerwację?
Nie zdajesz sobie sprawy, że na zapleczu notują to wszystko na specjalnej tablicy, i że kelnerka jest za to odpowiedzialna i z tego rozliczana.
Oh, la la!
No, to prawda, że ta kelnerka spróbuje tych wszystkich cudeniek, które ich wspaniały kucharz przygotuje, zdobędzie wiedzę o potrawach, ich przyrządzaniu, jakiej w żadnej szkole nie nauczą (a musi ją zdobyć, bo to ona ma o wszystkim poinformować klienta, i to w sposób miły i dowcipny), nauczy się mówić o jedzeniu, opisywać doznania smakowe. Ale ile nerwów będzie ją to kosztować! ile wysiłku fizycznego!

Odłamuję rożek idealnie kwadratowej tarty cebulowej… Choć pierwszy kęs składa się tylko z odrobinki ciasta i nadzienia, smak jest wielopoziomowy i niezwykły, odmienny od wszystkiego, co kiedykolwiek jadłam. Trzeba mieć wyjątkowy talent, żeby zaskoczyć kogoś, kto jadał na mieście przez całe życie. Każdy kęs jest objawieniem i wiadomością: Carl to nie tylko budzący grozę szef kuchni w popularnej restauracji. To geniusz.

Spodobała mi się też taka scenka, jedna z kelnerek mówi na odprawie do kucharza, posłuchajcie:

– O’Connellowie prosili o twój pełny przepis na okonia. Chcą go podać na panieńskim wieczorze córki.
– Prześlę im.

Wyobrażacie sobie coś takiego u nas? Byle jaka potrawa, a przepis na nią strzeżony jest jak największa tajemnica stanu!
I jeszcze kawałeczek książki – na zachętę:)

Pomyśl, że goście to dzieci, tylko że z grubymi portfelami. Są bezradni, więc musisz wszystko za nich robić. Nie dawaj się zniechęcić kaprysami. Daj im, czego chcą, naucz się, co znaczą ich krzyki i nigdy nie zapominaj, kto tu rządzi.
– Mówisz, jakby to było proste.
– Nie jest – oznajmia Cato, stawiając nogę na krześle i sznurując buty. – Podróż z nieznośnymi bachorami jest trudna, ale za to ci płacą.
– Dobra. Potrzebuję konkretów. Podchodzę do stolika i… co?
– Wczuj się w ich nastrój. Okaż im zrozumienie. Oni nie mogą wstać i sami zrobić sobie coś do jedzenia, rozumiesz. Kiedy tracisz wątek albo zaczynasz się martwić, że źle wyglądasz, przypomnij sobie, że mówisz do niemowlaków w ciuchach od Versace. Jesteś ich całym światem . Zachowuj się władczo, a nawet nie zauważą twoich drobnych wpadek. Może nawet cię zaskoczą i zaczną się zachowywać jak dorośli.

Przez resztę wieczoru wyobrażam sobie siebie jako dobrotliwą władczynię pięciostolikowego królestwa. Chodzę od stolika do stolika, nie jak kukułcze jajo podrzucone tu z działu marketingu, ale jak urodzona kelnerka, pragnąca jedynie namawiać, zachęcać i przekonywać każdego gościa do deserów i drinków. Z niezwykłą łatwością udaję humor, spełniam idiotyczne żądania, jakbym żyła tylko po to, żeby pytać Betsy o zawartość cukru w grejpfruitowym musie i jakby nic nie radowało mnie bardziej niż spienianie posypanego czekoladą mleka do cappuccino – ale bez cappuccino.
– Wspaniały jest ten sierpik, ale smakowałby jeszcze lepiej ze szczyptą trybulki i szalotką – mówi mężczyzna z kucykiem i w małych okrągłych okularkach. – Zechciałany pani powtórzyć to kucharzowi?
– Z całą pewnością będzie wdzięczny za sugestię -mówię, choć to oczywiście nieprawda, a ja nie odważę się mu tego powiedzieć. – Czy mogę panu przynieść przystawkę z kalarepki z rzeżuchą? Będzie idealnym uzupełnieniem pańskiego posiłku.

Węgrzyny – świetne wina środkowej Europy

Kiedyś myślałam, że węgrzyn to nazwa własna konkretnego wina, takiego średniowiecznego, i zawsze byłam ciekawa jakie ono było. I kiedy w jednej z krakowskich restauracji zobaczyłam tę nazwę w menu, natychmiast go zamówiłam. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy podano mi po prostu, dobrze mi znany, czerwony Egri Bikawer.
Cóż, okazało się, że węgrzyn to po prostu wino węgierskie.
Niemniej jednak, wina węgierskie to znakomita jakość, są świetne, mają rozsądną cenę, a już na Węgrzech są naprawdę tanie.


wina węgierskie

Bardzo posmakowały mi wytrawne wina białe; znałam dotąd rizling Badacsonyi; na degustacji poznałam świetny pinot noire i szurke barat – szarego braciszka czy też inaczej zwanego szarego mnicha – ten, choć bardzo popularny, mniej mi przypadł do gustu, jakaś nuta smakowa zazgrzytała mi w harmonii smaków.
Z czerwonych wytrawnych – nadal uważam egerską byczą krew za świetną, ale z podróży przywiozłam cabernet sauvignon, barykowany (czyli przechowywany w małych, specjalnie wypalanych beczułkach) – ma bardzo, bardzo zharmonizowany jedwabisty smak, bez ostrych nut.
Tokaje są poza dyskusją – to klasa sama w sobie; obok pysznych słodkich aszu, polecam wytrawne: furmint i harslevelu.

Kilka migawek z czardy, z degustacji i ze sklepików:


degustacja

pinta

stół w czardzie

tokaje

Dziewczyna z czekoladą w Szentendre

Wśród marcepanowych figur w muzeum w Szentendre jest Scholode Madchen – postać dziewczyny, służącej, podającej czekoladę, znana z obrazu Liotarda, którego oryginał znajduje się w galerii w Dreźnie. Tak słodki temat aż prosił się o marcepanowy kształt:)
Ucieszyłam się, bo bardzo lubię ten obraz, towarzyszy mi właściwie od czasów nastoletnich, a jego kopia wisi w mojej kuchni.


dziewczyna z czekoladą

Zawsze podziwiałam piękny, twarzowy strój tej służącej, choć jej twarz niezbyt mi się podoba, jest taka zbyt pulchna i zbyt jasna w kolorycie:) Ale to kwestia gustu.
Jean-Étienne Liotard ( ur. 22 grudnia 1702 w Genewie, zm. 12 czerwca 1789, tamże ) – to znany malarz i miedziorytnik szwajcarski. „Dziewczyna z czekoladą” (1744) jest jego najsłynniejszym obrazem.
Tworzył przede wszystkim pastele – technika ta stanowiła mocną stronę artysty – ale także akwarele i kilka obrazów olejnych. Liotard był grafikiem, kształconym w rzemiośle miniaturzysty. Jego obrazy (głównie portrety, albowiem z malowania portretów się utrzymywał) są realistyczne do przesady, toteż nie bez racji przezywano go „malarzem prawdy”. Nie schlebiał swym modelom, choć miał klientelę wśród najmożniejszych ludzi epoki. Jako miniaturzysta z zamiłowaniem do szczegółu – oddawał wszystkie defekty wizerunku modela.
Zarabiał bardzo dobrze, na brak zamówień nie mógł się skarżyć. Zresztą nie czekał, aż klienci przyjdą do niego. Był jednym z pierwszych i nielicznych malarzy wędrownych. Przemieszczał się z miejsca na miejsce, z kraju do kraju w poszukiwaniu dobrych klientów. I znajdował ich bez trudu. Największy wpływ na jego życie i sztukę wywarł pobyt w Konstantynopolu. Od tego czasu Liotard zaczął nosić się z turecka, czym wzbudzał sensację na ulicach europejskich miast. Wprowadził jako jeden z pierwszych orientalne wątki do swego malarstwa, akcenty, które wkrótce, w czasach romantyzmu stały się modnym, wziętym tematem sztuki.

Słodki powrót

Moja wycieczka do Budapesztu i zakola Dunaju zakończyła się słodziutko: w Muzeum Marcepana w Szentendre, przepięknej małej wioseczce, zbudowanej w średniowieczu przez serbskich uchodźców.


Szentendre

muzeum marcepana

Muzeum robi wrażenie; są tam oczywiście postaci historyczne (podobnie jak w muzeach figur woskowych), jak np. Lady Di, czy Michael Jackson, Cesarzowa Sisi z Franciszkiem Józefem, ale także obrazki z bajek, szopki, instrumenty muzyczne, kwiaty – wszystko z marcepanu.


bajka marcepanowa

I rzecz jasna – torty! Zjadłoby się taki tort, prawda?:)
Nie wyobrażam sobie, żebym mogła zrobić tak misterne zdobienia


torty marcepanowe

Bajeczka? czy kryminał?

Parę tygodni temu przeżyliśmy w domu szok: nasza kotka Bajeczka, już coraz większa, prawie dorosła, przewróciła się na plecy, zachęcając do zabawy. Patrzę na nią i oczom nie wierzę! Toż to jest kot! KOT, nie kotka!
O, rany!
Przecież kupowałam kotkę!:))) ładne historie!
Mama się pyta: to co, zmienimy imię?
Siostra najlepiej to określiła: to żadna bajeczka, to kryminał!!!! 🙂
Bajeczka

A dziś siedzę już na walizkach; jutro z rana wyjeżdżam na Węgry; będzie i kulinarnie: kolacje w czardach, degustacja win, muzeum marcepana…. Do zobaczenia za tydzień!:)

Dieta – dwa tygodnie później….

Dziś minęło już 2 tygodnie od powrotu z wczasów odchudzających.
Staram się przeorganizować sobie nawyki codziennego dnia, żeby nie stracić tego co osiągnęłam.
Waga troszkę poszła jeszcze w dół, jakieś 400 g, ona tak balansuje, dwieście gramów w górę, dwieście w dół, ale pomalutku jeszcze spada. I tak chciałabym żeby ta tendencja się utrzymała, nie śpieszy mi się, ale jeszcze trochę, jakieś 1-2 kg chciałabym stracić.
Ograniczenie jedzenia – jak się okazało – nie stanowi dla mnie wielkiego problemu:) i to jest super!
Słodycze dla mnie nigdy nie stanowiły wielkiego zagrożenia, bo zawsze wolałam plaster szynki niz kostkę czekolady:) Wystarczy mi zupełnie malutkie coś słodkiego do porannej kawy: mała pojedyncza kosteczka czekolady, kilka rodzynek, kawałeczek nugatu, ot, takie tam, na smak.
Na śniadanie – 7.30 – jem kilka (2-3) plasterków wędliny, kilka (2-3) plasterki sera żółtego lub mały kawałek sera białego, spory liść sałaty lodowej. Bez pieczywa.
Drugie śniadanie – ok. 12-13 – to zwykle sałatka: pomidory (2), ogórki (1), pół cebuli, kilka oliwek, kawałek białego ostrego sera bałkańskiego (kupuję w Lidlu, pyszny!), wymieszane z łyżeczką majonezu (bo lubię tak). Czasem dodaję do tego troszkę kaszy kuskus, czasem jajko na twardo.
Do ewentualnego podjadania mam pokrojone liście sałaty lodowej, którą uwielbiam, tak fajnie chrupie.
I to w pracy mi zupełnie wystarcza. Jestem w pokoju sama, więc nie kuszą mnie wiktuały śniadaniowe koleżanek i raczej na co dzień nie ma u nas tradycji częstowania się nawzajem. Więc pokus nie ma.
Obiad – ok. 16 – to zwykle warzywa: kalafior lub fasolka szparagowa czy bób, czasem kawałek gotowanego kurczaka. Obiad jem u mamy, ale mama jest fantastyczna, zrozumiała moje fanaberie jedzeniowe, to nie, tamtego też nie:) choć stanowi to rewolucję jedzeniową, bo obiad u nas zwykle był porządny dwudaniowy: zupa i drugie danie.

Wygląda to pięknie, ale nie jest do końca tak pięknie, ma róży bez kolców.
Jest problem. To problem kolacji.
Wracam do swojego mieszkania późno, ok. 19-20 i jem kolację. I wszystkie zasady dietetyki biorą w łeb, bo to jest bardzo późno, tragicznie późno jak na posiłek.
Ale nie mogę się tego wyrzec. Tu nie chodzi tylko o głód, zaspokojenie głodu, często nie jestem aż tak bardzo głodna, spokojnie mogłabym darować sobie ten posiłek.
Ale to jest moja chwila dnia, mój relaks, wreszcie mam czas na eksperymenty kulinarne, mogę zrobić sobie coś naprawdę miłego do jedzenia, zjeść to spokojnie, leniwie, podczytując coś czy oglądając jakiś film, na który mam ochotę. To chwile moich codziennych przyjemności, które tak bardzo są potrzebne po całym dniu, często bardzo stresującym.
Cóż, na razie robię eksperymenty, na co mogę sobie pozwolić, i jak to wpłynie na moją wagę. Może w ogólnym bilansie kalorycznym da się zachować taki tryb życia i te późne kolacyjki. Mam nadzieję.

W górach jest wszystko co kocham

Beskid Sądecki

W moich czasach studenckich, kiedy chodziło się po górach, ciągle śpiewało się, przy wtórze gitar, piosenkę do słów Jerzego Harasymowicza: „W górach jest wszystko, co kocham”. I to mi juz zostało; kiedy tylko znajdę się na szlaku, wracają te słowa i po cichutku je sobie nucę:

W górach jest wszystko co kocham
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą klony mnie za wnuka

Zawsze kiedy tam wracam
Siedzę na ławce z księżycem
I szumią brzóz kropidła
Dalekie miasta są niczym

Ja się tam urodziłem w piśmie
Ja wszystko górom zapisałem czarnym
Ja jeden znam tylko Synaj
Na lasce jałowca
Wsparty

I czerwień kalin jak cyrylica pisze
I na trąbitach jesieni głosi bór
Że jedna jest tylko mądrość
Dzieło zdjęte z gór


buki

jałowiec

Długo szukałam wykonania tej piosenki z oryginalną, starą melodią, wreszcie znalazłam, choć w wersji z organami, nie z gitarą, niestety, mam jakieś kłopoty z jej wstawieniem. Szkoda.

Ania z Wyspy Księcia Edwarda

Przepływający w Kosarzyskach pod oknami potok głośno szumi, góry, świeżo po przelotnym deszczu, okrywają się mgłą, na balkonowym sznurku lśnią krople wody…
balkon w Kosarzyskach

A ja nieśpiesznie czytam rozdział po rozdziale nowej na polskim rynku książki: „Ania z Wyspy Księcia Edwarda” Lucy Maud Montgomery.
Ania z Wyspy Księcia Edwarda

To zupełnie nowe spojrzenie na rodzinę Blythów. Widzimy ich oczami sąsiadów i znajomych. Cokolwiek dzieje się w Glen czy sąsiednich wioskach, zawsze ktoś sobie pomyśli: ciekawe, co o tym sądzi Ania? co na to powiedzą Blythowie?
Ania stała się busolą i wyrocznią Wyspy Księcia Edwarda.
W książce pojawiły się wiersze Ani i jej poległego w czasie I wojny światowej syna, Waltera, w tym słynny „Kobziarz”, o którym tyle się mówiło w książce „Rilla ze Złotego Brzegu”. Ale to nie tylko tak sobie wplecione te wiersze w książkę, tu, czy tam. Ania wieczorami, w saloniku Złotego Brzegu, czyta zgromadzonej wokół kominka rodzinie wiersze swoje i syna, a towarzyszą temu myśli słuchaczy, będące swoistym ich komentarzem, czasem rozmowa o ich treści. Piękne to jest.
Na wakacje jest to książka idealna. Choć jest ona w pełni zrozumiała jedynie dla tych, którzy znają cały cykl książek o rudowłosej Ani.

A ciekawa jestem, co sądzicie o książce „Droga do Zielonego Wzgórza”, napisanej przez Budge Wilson, wydanej w 2009 roku. Jest to opowieść o losach Ani od dnia jej narodzin aż do dnia przybycia na Zielone Wzgórze; taki prequel. Miałam tę książkę w ręku, ale nie zdecydowałam się jej kupić; jakoś boję się, że mnie rozczaruje i popsuje mi klimat całego cyklu.

Pozwólcie, że się przedstawię

Pozwólcie, że się przedstawię: jestem jesienią:)

Tak orzekła stylistka w czasie analizy kolorystycznej.
Jestem więc ekstrawagancką jesienią, lubiącą styl na luzie, elegancko-sportowy, etniczny, artystyczny, a moje kolory są ciepłe, nasycone, głębokie, ale nieco przydymione. Żółty, złoty, czekolada, terakota, pomarańcz, oliwka. Także niektóre odcienie zieleni, ale co do tego koloru, to osobiście nie jestem przekonana.
Sesja z ustalaniem kolorystyki była bardzo ciekawa, jak dla mnie o wiele ciekawsza niż nauka makijażu, no bo makijaż każda z dziewczyn ma jakoś tam we krwi, a z kolorami to różnie bywa.
analiza kolorystyczna

Ja np. byłam przekonana, że fiolet, wrzos, róż są jak najbardziej dla mnie, i szokiem było dla mnie, że niestety, ale nie. Lidia, za pomocą kolorowych chust, układanych wokół twarzy, sposobu w jaki kolor wpływa na owal twarzy, linię podbródka, na to co dzieje się z kolorem cery, przekonała mnie, że nie mam racji.
A ponadto udowodniła mi, że uczesanie z grzywką to nieporozumienie; absolutnie powinnam odsłonić czoło, a najlepiej byłoby mi w jeżyku. I w dodatku poparło  ją wszystkie pięć dziewczyn (w grupie było nas sześć).
O.k. rezygnuję z grzywki, skoro wszyscy tak twierdzą, ale nie jeżyk! jaki jeżyk! na jeżyka nie jestem jeszcze gotowa:)

Zajęcia były świetne; najpierw Lidia każdej z nas zrobiła dostosowany do nas makijaż (byłam zachwycona swoim); potem przejrzała nasze kosmetyki, wyrzucając te, które do naszego typu absolutnie nie pasują, potem same robiłyśmy sobie makijaż pod jej kontrolą, a w końcu pojechałyśmy na zakupy, w których pomagała nam w wyborze (kupowałyśmy głównie kosmetyki). Wreszcie wiem, jaki kolor podkładu powinnam wybierać.
makijażowo

profesjonalny makijaż

I teraz, po powrocie sytuacja wygląda następująco: schudłam, więc wszystkie spódnice i spodnie ze mnie lecą. Kolory w mojej szafie w większości są nie takie jak trzeba. A w sklepach czarna rozpacz! nie ma odzieży w moich kolorach. Każda z nas dostała karnet z próbkami tkanin w kolorach dobranych do swojego typu urody i powiem wam, że takich kolorów w sklepach nie ma!!!! a już jak się coś trafi, to oczywiście nie ma mojego rozmiaru!
I taka jestem zdezorientowana w sklepach: wchodzę, odruchowo kieruję się do dotychczas ulubionych kolorów i muszę sobie non stop powtarzać: nie patrz na te kolory, nie patrz na te kolory….
Ale coś wam powiem: to działa! Każdy, kto mnie spotyka mówi: o, jak pięknie wyglądasz, jak się zmieniłaś. Jest dokładnie tak, jak powiedziała stylistka: nie bardzo będą wiedzieli na czym polega zmiana, zwłaszcza mężczyźni, ale będzie im się podobało:)

Zbilansowany tygodniowy jadłospis

To, co jadłam na wczasach odchudzająco-rekreacyjnych, nazywam dietą, bo tam na to tak mówiono. Nie jest to jednak jakaś konkretna dieta, typu białkowej czy śródziemnomorskiej; były to jednak zbilansowane do 1200 kcal dziennie trzy posiłki. I, o dziwo, w połączeniu z ćwiczeniami i wycieczkami, dały efekt:)
Nie należy jednak spodziewać się po tygodniowym pobycie tam, cudów; normą jest spadek wagi jakieś 2 kilogramy, jeśli człowiek się przykładał do ćwiczeń i nie podjadał.
Dla mnie poza tym bardzo ważne było zobaczenie, jak ma wyglądać dzienny jadłospis i w jakich to ma być ilościach, tak wizualnie.


w jadalni

Smrek w Kosarzyskach

Spisałam sobie rozpiskę obiadów i kolacji i wygląda ona następująco (może również komuś się przyda)

Dzień 1:
Obiad – 424 kcal
bulion 20
zraz po węgiersku (1 mały) 147
sałatka z fasolki szparagowej (ok. 6 szt) 36
surówka z marchwi (duża łyżka) 89
ziemniak 40
kefir 92

Kolacja – 287 kcal
potrawka meksykańska 116
masło (10 g malutka kosteczka) 75
pieczywo razowe (50 g – 1 kromka) 98

Dzień 2
Obiad – 384 kcal
bulion jarzynowy 20
kotlet z dipem czosnkowym 152
marchew z hroszkiem 69
mizeria 57
ziemniak 40
sałatka owocowa 46

Kolacja – 367
szparagi w galarecie 110
masło (10 g) 74
sałatka z pomidora 24
pieczywo razowe (50 g) 98

Dzień 3
Obiad – 442 kcal
bulion ogórkowy 20
schab duszony ze śliwką 169
ćwikła z crzanem 64
sałata zielona z sosem jogurtowym 57
ziemniak 40
kefir 92

Kolacja – 224 kcal
sałatka grecka 174
masło 75
pieczywo razowe 98
jabłko 34

Dzień 4
Obiad – 381 kcal
bulion szpinakowy 20
medalion w sosie pomidorowym 152
kalafior gotowany (kilka różyczek) 34
surówka z cukinii 40
ziemniak 92
kefir (mała porcja) 31
arbuz 12

Kolacja – 338 kcal
gołąbek w sosie 165
masło 75
pieczywo razowe 98

Dzień 5
Obiad – 478 kcal
bulion z kiszonej kapusty 20
zraz po staropolsku 165
kasza wiejska 92
surówka z warzyw 55
ćwikła z jajkiem 54
kefir 98

Kolacja – 357 kcal
sałatka z brokułów i owoców cytrusowych 164
masło 75
pieczywo 98

Dzień 5
Obiad – 504 kcal
bulion 20
kotlet de volaile 162
warzywa z woka 65
mizeria 57
ziemniak 92
winogrona 68
kefir 40

Kolacja – 307 kcal
kotlet z kalafiora 98
wędlina 30
masło 75
pieczywo razowe 98

Dzień 6 – pożegnalny – nie podali kalorii – ale ilości były małe:)
Obiad
barszcz czysty
jajko w sosie koperkowym
surówka z marchwi
ziemniak
woda mineralna

Kolacja uroczysta
sałatka z owoców morza
masło
pieczywo razowe
polędwica z borowikami
ryż
sałatka z kapusty pekińskiej
arbuz
lampka białego wina