Marynowane rydze – już czas!

Było trochę deszczu. Jest ciepło. Jest jesień. Powinny być grzyby.
Ba! powinny być już rydze!
Był dzień targowy, trzeba wyjść wcześniej z domu, zajrzeć na targ przed pracą, może będę rydze.
No, i jak nie kochać tego miasta?! oczywiście że są!:)


rydze

Robimy marynatę:
4 szklanki wody
1 szklanka octu
pół szklanki cukru
czubata łyżka soli
Zagotować składniki marynaty, lekko przestudzić.

Grzyby dokładnie umyć, po czym zalać gorącą wodą i zagotować.
Odcedzić, przestudzić.
Wkładać do wyparzonych słoiczków twist, dodając krążki cebuli i kilka ziaren ziela angielskiego.
Zalać zalewą.
Słoiczki zamknąć, włożyć do rondla, zalać wodą, po czym pasteryzować 5 minut od zagotowania.
Wyjąć pozostawić do ostudzenia.
Grzyby są gotowe do jedzenia najwcześniej po miesiącu.

A gdyby ktoś miał wątpliwości, czy warto się tak trudzić osobiście z marynowaniem, to proszę, popatrzcie na ceny słoiczka rydzów w sklepie!

rydze w sklepie

Gdybym się znalazła w Master Chef…

Generalnie, kiedy oglądam ten program (przyznam, że z dużymi emocjami i bardzo dużym zainteresowaniem), to z odcinka na odcinek robię się coraz mniejsza i w coraz ciemniejszy kąt się chowam. Co ja wiem o kuchni??????
Master Chef

Ani dostatecznej wiedzy, ani dostatecznej praktyki się nie dopatrzysz! A wydawało mi się……
No, nie mam takiej wiedzy kulinarnej! chyba nie odróżnię w potrawie śliwki wędzonej od suszonej, nie rozpoznam czy mięso jest z jelenia czy z jagnięciny, nie mam „w głowie” przepisu na crème anglaise. Nie umiem obsługiwać tych tam bemarów ani nawet piecyka konwekcyjnego.
Powiem wam też, że dreszcz mnie przeszedł, kiedy np. wybierano składnik podstawowy deserów: z czekolady, czy z owoców, to owszem, zawsze coś można zrobić. Ale gdyby to były orzechy? Jaki deser można zrobić z orzechów jako głównego składnika????? Myślę i myślę i nic mi sensownego nie przychodzi do głowy….
Ale nie załamałam się tak zupełnie.
Nawet zaczęłam mieć swoje pomysły w niektórych konkurencjach, myślałam sobie jak ja bym to zrobiła….

Hmmmmm….. załóżmy, że jestem w programie Master Chef. I mam jedno jajko. Co zrobiłabym?
Większość uczestników przygotowała jajko w koszulce, ale mnie od razu przyszło do głowy jajko faszerowane. I podałabym go w towarzystwie mixu sałat.
Owszem, jeden z uczestników zrobił jajko faszerowane, ale ja inaczej go robię.
Spróbowałam to zrobić, tak jakbym była w programie:)

jajko faszerowane


Nie pozwalałam sobie na żadną taryfę ulgową. Mam jedno jajko i nie ma możliwości, żebym go rozbiła, źle przekroiła, żeby mi się skorupka pokruszyła!
Do jednego jajka wystarczy:
kilka grzybów leśnych (u mnie 2 duże kurki, 1 kozaczek)
pół cebuli
łyżeczka natki pietruszki
sól, pieprz
masło i oliwa
bułka tarta
Jajko gotujemy na twardo, po czym studzimy.
Grzyby po szybkim umyciu kroimy drobno, podobnie w drobną kosteczkę kroimy cebulę.
Na rozgrzaną oliwę dodajemy trochę masła, po czym wrzucamy grzyby i cebulę. Podsmażamy, aż odparuje cały sok, który grzyby wydzielą.
Doprawiamy solą i pieprzem.
Jajko razem ze skorupką przekrawamy ostrym nożem wzdłuż (uważając, by skorupka się nie pokruszyła!)
Wydrążamy delikatnie żółtko i białko. Skorupkę odkładamy.
Białko i żółtko siekamy drobno, po czym mieszamy z grzybami i cebulą.
Nakładamy delikatnie masę do skorupek, po czym wierzch każdej obtaczamy w bułce tartej.
Wkładamy na patelnię na rozgrzaną oliwę z masłem skorupkami do góry.
Chwilę zasmażamy.
Delikatnie zdejmujemy i podjemy z mixem sałat.
Smacznego!!!!!! 🙂


McDusia? Ależ tak!

Pewnie wszyscy miłośnicy „Jeżycjady” wiedzą już, że nowy tom czeka na nich od wczoraj w księgarniach.
McDusia

Zdążyłam już przeczytać 2/3, więc mogę już wam zdradzić co nieco:)
Mało brakowało, a byłabym zarwała noc, ale się opanowałam:) Zresztą ja nie lubię tak od jednego przysiadu połykać książek; lubię je smakować:)

Ale wróćmy do książki. Do gry wchodzi nowe pokolenie: jedna z bliźniaczek, córka Kreski, Magdusia, kolega Józinka, Dziuba, i ich koleżanka z klasy, Agata – zapowiada się, że Agata chyba będzie ważna w życiu Józinka. A Ignacy Grzegorz jest zauroczony McDusią.
Laura wychodzi wreszcie za mąż za NaszPanaPolonistę. Ach! co za sukienkę miała!!!! ale o tym już ani słowa. Sami to musicie przeczytać:)
Za to pozwólcie, że przedstawię wam fragment z opisem tortu weselnego, zamówionego przez Pannę Młodą u Bernarda:

„Wniesiono właśnie z balkonu zapomniany przez kilka dni prezent od Bernarda. Pudło było przysypane śnieżną czapą, a kiedy zdjęto opakowanie, rozległ się pełen zgrozy krzyk Laury („Aaaa! Aaaa! Co on zrobił? Oszalał?”) i zbiorowy, gromki wybuch śmiechu.
Zachowany w idealnym stanie przebogaty, trzypiętrowy tort był istną symfonią zieleni we wszystkich możliwych odcieniach. Pokryty został całkowicie płaszczem zielonego marcepanu i seledynowymi zawijasami kremu, zaś po bokach tortu, pośród liści paproci, roiły się grupki roześmianych gąsienic utuczonych z masy w kolorze groszku. Korowód szmaragdowych żuków pełzł w górę, po obłędnej spirali, ku girlandzie cukrowych róż.
Z całego tortu tylko te róże były białe.
Bo już napis „Wiosną pieniądze rosną” wykonano z marcepanowych literek o barwie ciemnego szpinaku.
Ludzie pokładali się i płakali ze śmiechu, Laura wznosiła okrzyk za okrzykiem, a rozpromieniony Adam robił zdjęcie za zdjęciem”

A wiecie, że jednym z prezentów ślubnych dla Laury była „Kicia” – robot KitchenAid????
Miłej lektury!

Słodkie życie w Paryżu

Nie ukrywam, że tytuł przyciągnął mnie jak magnes.
Ba! któż nie marzy, żeby pomieszkać trochę w Paryżu?:)
Kiedy więc zobaczyłam książkę Davida Lebovitza (którego blog http://www.davidlebovitz.com/ lubię od czasu do czau przejrzeć) zaraz ją kupiłam.


książka Słodkie życie w Paryżu

I choć o Paryżu i Francji widzianych oczami cudzoziemca wiemy już niemal wszystko (pamiętacie: Julia Child, Peter Mayle, Elizabeth Bard, Woody Allen ……) to nigdy nie mamy dosyć tego typu nowinek.
Historyjki zmagań ze skrzeczącą codziennością pisane z przymrużeniem oka i interesujące przepisy Davida, zgrabnie wplecione w tok narracji – to chyba wystarczająca rekomendacja:)
David jest słynnym amerykańskim cukiernikiem, najwięcej więc przepisów mamy na słodkości: brownies, ciasta, makaroniki, musy, sorbety, suflety. Ale i coś konkretnego się znajdzie, jak choćby bardzo ciekawie się zapowiadający indyk duszony w beajolais nouveau ze śliwkami czy carnitas.

Zapraszam do lektury:)

Zupa z dyni wg Hildegardy

To bardzo ciekawa i smaczna propozycja, aczkolwiek nie miałam dwóch ziół, która zalecała dodać Hildegarda: bertramu i macierzanki. Ratowałam się tymiankiem zamiast nich. Dodatek wina sprawia, że zupa zyskała niebanalny wytrawny smak; zapraszam na degustację:)


zupa dyniowa

mała dynia (ok. 1 kg)
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
1/2 l bulionu warzywnego
szklanka białego wina półwytrawnego
pół szklanki śmietany
sól, gałka muszkatołowa
natka pietruszki, koperek, tymianek
masło

oraz 4 łyżki płatków orkiszowych

Cebulę obrać, drobno posiekać, przełożyć do rondla i poddusić na maśle.
Dynię obrać, usunąć pestki, pokroić na kawałki. Dorzucić je do cebuli, zalać gorącym bulionem, dodać wino i gotować do miękkości, w razie potrzeby uzupełniając gorącą wodą. Zmiksować.
Dodać kwaśną śmietanę, wyciśnięte ząbki czosnku, doprawić solą i gałką muszkatołową. Dodać posiekane zioła.

Płatki orkiszowe sparzyć wrzącą wodą, po czym podsmażyć na maśle. Dodać do każdej porcji zupy.


W orkiszowej kuchni Hildegardy z Bingen

Niezwykłe życie niezwykłej niemieckiej zakonnicy z XII wieku – to kanwa filmowego i kulinarnego (!) spotkania. Oglądaliśmy niemiecko-francuski film z 2009 roku w reżyserii Margarethe von Trotta: „Wizja – z życia Hildegardy z Bingen”
W ostatnich latach obserwuje się, zwłaszcza w Niemczech, duży wzrost zainteresowania życiem, poglądami i dorobkiem naukowym Hildegardy. Ceni ją bardzo papież Benedykt XVI (ogłosił ją świętą), a zwolennicy zdrowego stylu życia chętnie obierają ją za swoją patronkę i mistrzynię. W jej kuchni królował orkisz – pra-pszenica, mająca wiele cennych właściwości.
Istnieje dość pokaźna literatura przedmiotu, nie miałam więc kłopotu przy ustalaniu menu na przyjęcie
menu Hildegardy

wygląd stołu

literatura przedmiotu

Jako dekorację stołu wybrałam zioła, które Hildegarda bardzo ceniła
A potrawom towarzyszyło wino riesling, którym (słusznie) szczycą się Niemcy
zioła

riesling

Jako czekadełko i przystawkę podałam ciemne, pełnoziarniste pieczywo, masło i twarożek oraz sałatkę z fenkułu z pomarańczami (tu juz ukłon w stronę współczesności, bo Hildegarda nie zalecała spożywania surowych warzyw i owoców)
pieczywo

fenkuł i pomarańcza

Potem zupa z dyniowa z płatkami orkiszowymi
zupa dyniowa

Następnie makaron orkiszowy z sosem z grzybów leśnych (prawdziwki i kozaczki)
makaron orkiszowy

I danie główne: duszony indyk z fasolką szparagową

indyk z fasolką

Do kawy były ciasteczka orkiszowe; mało efektowne, ale pyszne

ciasteczka orkiszowe

Krakowska „Nowa Prowincja”

Zapraszam na małe co nieco do urokliwego lokaliku na Brackiej w Krakowie, pełnego zegarów, starych sprzętów, drewnianych krzeseł i szkolnych ławek

nowa prowincja

wnętrze Nowej Prowincji

Obowiązkowo powinno się tu zjeść tartę cytrynową, ale ja chciałam coś bardziej konkretnego; skończyło sie na sałatce z marynowanym bundzem i chrupiącymi tostami

„Nowa Prowincja” była ulubioną knajpką Wisławy Szymborskiej; może to tu napisała swój wiersz o cebuli? kto wie? :)))

Cebula
Wisława Szymborska

Co innego cebula.
Ona nie ma wnętrzności.
Jest sobą na wskroś cebulą,
do stopnia cebuliczności.
Cebulasta na zewnątrz,
cebulowa do rdzenia,
mogłaby wejrzeć w siebie
cebula bez przerażenia.

W nas obczyzna i dzikość
ledwie skórą przykryta,
inferno w nas interny,
anatomia gwałtowna,
a w cebuli cebula,
nie pokrętne jelita.
Ona wielekroć naga,
do głębi itympodobna.

Byt niesprzeczny cebula,
udany cebula twor.
W jednej po prostu druga,
w większej mniejsza zawarta,
a w następnej kolejna,
czyli trzecia i czwarta.
Dośrodkowa fuga.
Echo złożone w chór.

Cebula, to ja rozumiem:
najnadobniejszy brzuch świata.
Sam sie aureolami
na własną chwałę oplata.
W nas – tłuszcze, nerwy, żyły,
śluzy i sekretności.
I jest nam odmówiony
idiotyzm doskonałości.

Analiza i interpretacja wiersza Herberta „Kościół”

Właśnie odebrałam e-maila z przepiękną analizą wiersza Herberta, o którym tu ostatnio tyle się mówi, autorstwa p. Atojaxxl. Bardzo, bardzo dziękuję!!!!
I byłoby doprawdy z mojej strony wielkim egoizmem, gdybym nie podzieliła się tutaj tym tekstem.
Oto on:

W kamiennym lesie katedry
pod czaszką sklepieniem i niebem
godzina wstrzymanych zegarów
popiół spalonych traw

niepewne wiązania szeptów
westchnienia do chleba naszego
na górze żebra mamutów
kamienne morze i ląd

milczenie posadzki na której
kwitną włosy grzesznicy
pora samotna jak ziarno
rozsadza opokę i dno

w brzozowym lesie organów
zagubił kantyczkę Sebastian
Jan ją znalazł i poszli
przytuleni skrzydłami

on był tu także lecz milczał
zagasił ołtarz jak zachód
puszystej łące powietrza
stopy zostawił świat

Zakładając, że nie znamy (założenie konieczne, bo znamy!!!) kontekstu i okoliczności powstania wiersza, przyjmujemy, że tytuł jest zapowiedzią poetyckiej refleksji dotyczącej bądź kościoła jako instytucji  lub kościoła – budynku. Z treści wiersza wynika, że poetyckiej refleksji poddane zostało wnętrze kościoła, który jest gotycką katedrą.
Posługując się licznymi metaforami podmiot liryczny przedstawia wnętrze katedry jako las kolumn podtrzymujących zarówno myśl ludzką ( utożsamiona z czaszką), jak i sklepienie (dach) oraz wiarę w wieczność (utożsamiona z niebem). W tym wnętrzu  czas jakby stanął w miejscu (godzina zatrzymanych zegarów = godzina śmierci Chrystusa = godzina odkupienia) a wypełnia je zapach kadzideł i minionych wieków (popiół spalonych traw). Zaznaczyć należy, że słowo „czaszka” może być też nawiązaniem do Golgoty, a więc kościół jest miejscem, pod którego sklepieniem powtarza się Ofiara Chrystusa.

W tym wnętrzu trwa modlitwa wypowiadana szeptem, a więc dająca wrażenie niepewności, czy zostanie wysłuchana (niepewne wiązania szeptów), odwieczna modlitwa „Ojcze nasz” zawierająca prośbę o zaspokojenie podstawowej potrzeby człowieka: o chleb powszedni ale też o chleb Eucharystii (westchnienia do chleba naszego) – wykorzystana tu zostaje wieloznaczność słowa chleb.
Sklepienie kościoła opisuje podmiot liryczny jako szkielet (metaforyczne żebra mamutów), a rozpiętą na nim wapienną nawę wiąże z miejscem pochodzenia wapieni a więc „kamiennym morzem” , które stało się lądem (znów wieloznaczność słowa nawa , które tu wprawdzie nie zostało przez poetę użyte, ale nasuwa się samo przez się : nawa jako część kościoła i nawa  jako okręt ).

Posadzka kościoła, a więc ta najniższa jego część, jest milczącym świadkiem hołdu jaki wierni oddają Chrystusowi jak niegdyś jawnogrzesznica (kwitną włosy grzesznicy), która własnymi włosami wycierała stopy Jezusa (Łk 7,36-50).
Samotna modlitwa przenika mury kościoła i ziemię, ma siłę ziarna rzuconego w glebę (jak ziarno rozsadza opokę i dno) . Ale może to być także nawiązanie do samotnej śmierci Jezusa na krzyżu (samotna pora = czemuś mnie opuścił), która nie była końcem lecz początkiem nowego, wiecznego życia.

Kolejną częścią kościoła porównaną metaforycznie do lasu są organy. Ich jasne wysokie piszczałki podobne są do wysmukłych pni brzozowych i rozjaśniają wnętrze (w brzozowym lesie organów   ). Wśród nich wznosi się i zanika melodia kantyczki (znowu wykorzystanie wieloznaczności słowa: kantyczka to książeczka zawierająca pieśni, ale i pojedyncza pieśń religijna staropolska najczęściej). W mistrzowski sposób podmiot liryczny łączy postać Jana Sebastiana Bacha z popularnym pojęciem chórów anielskich – rozdziela jego imiona na postacie dwóch z wielu aniołów, którzy tradycyjnie należą do dekoracji organów.

Wreszcie ostatnia zwrotka czy jak obecnie się mówi – segment wiersza. On – kim jest , kim był ? Nasuwa się kilka interpretacji. On – Bóg, On – Chrystus, On – Duch Święty ? Milczący Bóg, którego obecność w Eucharystii rozsadza zamkniętą przestrzeń kościoła (gasi ołtarz) który nie mieszka tylko w ołtarzu, który jawi się jako stwórca („łące powietrza stopy zostawił świat” ). Ale może to być także postać Ukrzyżowanego, która jakby jest ważniejsza od innych elementów wystroju kościoła, ponieważ Jego stopa jest dostępna wiernym a jej ucałowanie czy pobożne dotknięcie jest kontaktem ze światem transcendentnym.

Jak wspomniano wyżej, Herbert wykorzystał w wierszu liczne metafory, w tym nawiązujące do treści biblijnych. Wzbogacił je epitetami: kamienny, kamienne, brzozowy, niepewny, samotną), porównaniami  (pora samotna jak ziarno). Nastrój ciszy wypełniającej kościół podkreśla użyciem takich słów jak westchnienie, szept, milczenie . Posługuje się też kilkakrotnie wieloznacznością wyrazów: kościół, chleb, ziarno, kantyczka,
Niebagatelną rolę odgrywa brak interpunkcji, zaciera on bowiem granice między wyrazami, między zdaniami i zwrotkami dając możliwość rozmaitej interpretacji związków wyrazowych.
Atojaxxl

Hurra!!! znalazłam wiersz Herberta „Kościół”

Jednak był publikowany; po raz pierwszy w antologii:  „… każdej chwili wybierać muszę” – PAX 1954 i w 2010 roku w tomie: Zbigniew Herbert, Utwory rozproszone.
Wiersz był blisko, na wyciągnięcie ręki:)
Okazało się, że mój znajomy ceni bardzo twórczość Herberta, ma wszystkie jego dzieła zebrane; wiersza „Kościół” nie pamiętał, ale go MIAŁ.
To teraz mamy go już wszyscy:)
Datowany jest na 25 II 1951

Kościół

W kamiennym lesie katedry
pod czaszką sklepieniem i niebem
godzina wstrzymanych zegarów
popiół spalonych traw

niepewne wiązania szeptów
westchnienia do chleba naszego
na górze żebra mamutów
kamienne morze i ląd

milczenie posadzki na której
kwitną włosy grzesznicy
pora samotna jak ziarno
rozsadza opokę i dno

w brzozowym lesie organów
zagubił kantyczkę Sebastian
Jan ją znalazł i poszli
przytuleni skrzydłami

on był tu także lecz milczał
zagasił ołtarz jak zachód
puszystej łące powietrza
stopy zostawił świat

To ten kościół: gotycki, ale z wystrojem barokowym i wspaniałymi organami


kościół NMP w Toruniu

wnętrze kościoła NMP w Toruniu

(kolaż zdjęć moich i Wikipedii)

Szkoda, że nie znalazła się nigdzie analiza tego wiersza; ja sama nie umiem jej dokonać; dla mnie wiersz to suma skojarzeń, podsuniętych myśli i tropów, podążanie za myślą autora. Wejście do gotyckiej katedry to zawsze niesamowite wrażenie wielkości (te „żebra mamutów”), transcendencji – tu rzeczywiście – mimo ciszy – słyszy się wspomnienie wszystkich modlitw i rozedrganą muzykę organów. Bardzo spodobał mi się pomysł zgubionej kantyczki, którą znalazł Jan Sebastian Bach; przymknij oczy i posłuchaj: czy to nie fuga d-moll? te uciekające nutki, gonione dźwiękami przez Jana Sebastiana?