Spaghetti a`la Norma

Bardzo prosta a jednocześnie przesmaczna pasta sycylijska, z sosem bakłażanowo-pomidorowym, nazwana na cześć Vincenzo Belliniego, pochodzącego z Sycylii, twórcy opery „Norma”

Półkilogramowe opakowanie spaghetti

2 bakłażany

2 ząbki czosnku

4-5 dużych pomidorów, dojrzałych, wygrzanych słońcem (lub puszka pomidorów bez skórek)

Oliwa z oliwek

Bazylia, sól, pieprz

5 dag sera ricotta salata (specjalna odmiana ricotty, posolonej, sprasowanej i wysuszonej – dostępna w Almie)

Zaczynamy od sosu.

Bakłażany myjemy, kroimy wzdłuż na pół, po czym każda połówkę w poprzek na plasterki.

Przekładamy na durszlak, solimy i odstawiamy na pół godziny.

Po tym czasie płukamy, żeby usunąć gorzki sok, osuszamy delikatnie w ściereczce.

W szerokim rondlu rozgrzewamy kilka łyżek oliwy, przesmażamy na niej drobno pokrojony czosnek, dodajemy bakłażany i mieszając przesmażamy.

Dodajemy pomidory oraz przyprawy.

Dusimy ok. 20 minut, często mieszając, aż pomidory rozpadną się.

Spaghetti wsuwamy na osolony wrzątek, gotujemy aż będzie al dente, odcedzamy. Przekładamy makaron do sosu, mieszamy, posypujemy pokrojonym serem ricotta, mieszamy.

I gotowe, smacznego!

Zielone orzechy – nalewka

To już prawie ostatni dzwonek, aby zdobyć zielone orzechy (póki są miękkie), pokroić je, zalać wódką (czy w wersji hard – spirytusem) i czekać aż wyklaruje się ciemno-brązowa, pachnąca i ostra orzechowa nalewka, jakże przydatna po sytym  obiedzie na przykład.

zielone orzechy

To zapraszam:

6 zielonych orzechów

1 l wódki

10 dag brązowego cukru

 Zerwane orzechy trzeba umyć i pokroić na kawałki (w rękawiczkach, bardzo brudzą palce). Wrzucić do słoja, zalać ½ l wódki. Zakręcić słój, zostawić na nasłonecznionym oknie na 6 tygodni. Co parę dni wstrząsać słojem.

Po 6 tygodniach zlać nalewkę, wyrzucając orzechy. Zagotować cukier w małej ilości wody. Gdy przestygnie, dodać do nalewki. Dodać pozostałe ½ l wódki. Zakręcić słój, odstawić na 3 tygodnie.

Po tym czasie przecedzić płyn przez sitko, wyłożone gazą, uważając, aby osad nie dostał się przecedzonego płynu. Przelać do ciemnego szkła, zakorkować. Dobrze, żeby nalewka postała jeszcze ze 3 miesiące, albo jeszcze dłużej. Tak na Boże Narodzenie można zacząć próbować.

Film „Niebo w gębie”

Przyznam, że bardzo czekałam na ten film, z nadzieją, że będzie takim hitem jak kiedyś „Uczta Bebette” czy „Vatel”, jako że kuchnia francuska uważana jest za najlepszą na świecie, najbardziej wyrafinowaną i smaczną. „Niebo w gębie” opowiada o Francuzce Hortense, z prowincji Perigord w południowo-zachodniej Francji, gotującą w prywatnej kuchni prezydenta Francji w Pałacu Elizejskim – zabrzmiało to bardzo, bardzo zachęcająco, prawda?

 niebo w gębie

A jak wyszło?

Film zostawił mi poczucie niedosytu. Nie wiem właściwie, co reżyser i scenarzyści chcieli nam pokazać? Kulisy walki o władzę i prestiż wewnątrz pałacu prezydenckiego? Konflikt szefów tzw. kuchni centralnej i kuchni prywatnej Prezydenta? Posuniętą do granic absurdu biurokrację pałacu? Przygodę z gotowaniem na najwyższym szczeblu? A może portret kobiety, która nie wahała się podejmować wyzwań, obracających całe jej dotychczasowe życie o 180 stopni? (wyjazd z rodzinnej Akwitanii na kilka lat do Paryża, wyjazd na Antarktydę, przygotowania do wyjazdu do Nowej Zelandii)

Problem polega na tym, że żaden z tych tematów nie był w filmie przewodnim; wszystkie były jakoś tam zaznaczone, a nie było fabuły, która by wciągała widza, pozwoliła mu się zaangażować, przeżyć coś….

A czemu miało służyć zderzenie epizodu z Pałacu Elizejskiego z epizodem antarktycznym? Pokazaniu, że pod biegunem docenili Hortense, a w Pałacu nie?

Eh! Szkoda, że taki nośny i ciekawy temat został właściwie „skopany”.

 

Ale kulinarnie było super!

Podobał mi się bardzo cukiernik, przydzielony Hortense do pomocy; taki był chętny do eksperymentów i naprawdę dużo umiał, mimo młodego wieku. Świetna była chociażby scena oceny torciku przygotowanego przez konkurencyjną kuchnię centralną! Albo testowanie przepisów na chleb na rodzinną ucztę Prezydenta – pełny szacunek i czapki z głów! To prawdziwa, rzetelna kuchnia.

Ujęło mnie też bardzo studiowanie przez ten kucharski duet starych książek kucharskich i podejmowane próby odtworzenia starych przepisów – takie to bliskie mojemu pojmowaniu kuchni jako ciągłości pokoleniowej.

Mimo braków – miłośnik kuchni powinien ten film obejrzeć. Choćby po to, żeby zobaczyć, jak robi się sztandarowy dla Francji tort Saint Honore 🙂

Przyznam się, że wróciłam do tego filmu po kilkunastu dniach ponownie, właśnie dla scen kulinarnych; żeby jeszcze raz popatrzeć na faszerowaną łososiem kapustę czy gotowanie muli….

Popodziwiać kanapkę z truflami:)

Kuchnia duchów – recenzja

Na moim kulinarnym regale pojawiła się nowa książka: Kuchnia duchów – autorstwa Jael McHenry (amerykańskiej blogerki – www.simmerblog.typepad.com – ale wpisy skończyły się na tam początku 2012 roku).

 kuchnia duchów

Sama nie wiem, czy chciałabym polecać tę książkę.

Powie mi więc ktoś: nie wiesz – to nie pisz! Niby logiczne. Ale jednak nie zgadzam się z takim podejściem. Przeczytałam, to powiem, co myślę. W końcu nie muszę być pewna, nie muszę być na „tak” albo na „nie”.

A więc książkę czytałam z zainteresowaniem i chwilami ze wzruszeniem; ewidentnie wciągała w swój nurt, i od początku sympatyzowało się z bohaterką.  Jednak pomysł „kulinarny” był dość karkołomny. No bo pomyślcie: naszą Ginny, mającą zresztą problemy psychiczne (odmiana autyzmu), odwiedzają duchy zmarłych, kiedy gotuje ich potrawy, z przepisu spisanego przez nich własnoręcznie kiedyś tam. I przekonuje się nas, że to naprawdę prawda.

 Trochę naciągane, myślę. Jednak pomysł na „około kulinarną” książkę był ciekawy. Bo przecież potrawa – jej smak, zapach, wygląd, sposób przygotowania – jak najbardziej mógł przywoływać wspomnienie tych co odeszli. Ale jednak TYLKO wspomnienie.

A prezentowane tu potrawy? Nie one są najważniejsze.  Krzątanina w kuchni jest terapią, pomaga bohaterce przystosować się do życia w społeczeństwie. Niektóre przepisy są banalne: jajko na twardo, omlet, czy gorąca czekolada.  Zainteresował mnie właściwie jeden przepis: na toskańską zupę ribollitę. Przepis na nią pochodzi od włoskiej niani bohaterki. Chyba jednak bardzo zamerykanizowana była ta niania, bo nie przejmuje się zbytnio oryginałem przepisu i zamiast obowiązkowej czarnej kapusty –  używa do gotowania tej zupy jarmużu. Na szczęście przepis na ribollitę pojawia się raz jeszcze na końcu książki, tym razem zgodny z toskańskim kanonem, a wypracowany jest przez samą Ginny, która spisała efekt swoich prób i przestudiowanej literatury przedmiotu. Popatrzcie:

„Ribollita Ginny

4 ząbki czosnku, 4 szalotki pokrojone w plasterki, pół szklanki ugotowanej białej fasoli, pół szklanki ugotowanej cieciorki, puszka pomidorów w zalewie, bulion z kurczaka, ¼ główki kapusty pokrojonej w paski, 1-2 łyżki świeżego oregano, 2 szklanki pokrojonego w kostkę chleba, oliwa z oliwek, pół szklanki parmezanu, sól, czarny pieprz.

Czosnek na dnie płytkiego rondla już się złoci. Muszę działać zanim się zrumieni. Wlewam bulion, dodaję szalotki i posiekane oregano, zwiększam płomień. Tak jak być powinno. Wszystko po kolei. Pieprz, dwa rodzaje ugotowanej na miękko fasoli. Pomidory. Na końcu pokrojoną w paski kapustę. Przykrywam rondel, chroniąc zawartość przed wyparowaniem i pozwalam zmieszać się smakom.

Na osobnej patelni  ostrożnie opiekam na oliwie kostki chleba, obracając je na wszystkie strony, potem wykładam na papierowy ręcznik do wystygnięcia. Tuż przed podaniem mojej ribollity dodam tarty parmezan, a na wierzchu ułożę grzanki. Od grudnia przeczytałam i wypróbowałam kilkanaście różnych przepisów na ribollitę, ale to jest moja ulubiona wersja. Stosuję składniki i proporcje, jakie lubię. Efekt finalny jest dziełem jednej osoby. Trochę w nim Nonny, trochę innych osób, których w ogóle nie znam. I w końcu trochę Ginny.”

Myślę, że przepis wart jest wypróbowania. Zrobiłam go, ale – podobnie jak Ginny – też „po swojemu”. Dodałam łodygę selera naciowego, oregano miałam tylko suszone, a zalewałam warzywa wodą spod gotowania fasoli, nie bulionem. I połowę fasoli zmiksowałam. I sprawa podania. Istotą ribollity jest odgrzewanie, ono decyduje o smaku. Więc w pierwszy dzień po ugotowaniu dodałam do zupy grzanki i zostawiłam na noc. Dopiero na drugi dzień, po odgrzaniu, jadłyśmy z mamą tę zupę. Wyszło świetnie i smacznie, nawet mama, która jest dość tradycyjna, nie marudziła, tylko wsuwała ją ze smakiem.

ribollita

Czytając tę książkę, pomyślałam sobie jeszcze, że – aczkolwiek to absurdalne – ale mnie łatwo byłoby przywołać „na przepis”, bo zupełnie sporo mam w swoim zeszycie kulinarnym przepisów spisanych własnoręcznie:) mam też własnoręczne przepisy mamy, siostry, koleżanek. Myślę, że czas  zgromadzić je w jednym miejscu i założyć specjalny zeszyt domowych przepisów.



Kuchnia filmowa – tym razem sycylijska

Nie będzie to opowieść o kuchni mafijnej:) nie, nie.

Kuchnia sycylijska towarzyszyła nam przy oglądaniu innego rodzaju filmu: oskarowego Cinema Paradiso w reżyserii Giuseppe Tornatore z muzyką Ennio Morricone. To opowieść o fascynacji kinem małego Totta (późniejszego reżysera filmowego) i jego przyjaźni z kinooperatorem Alfredo.

Film przeniósł nas na Sycylię, do małego miasteczka Giancaldo. Studia tematu wykazały jednak, że takiej miejscowości w rzeczywistości nie ma. Film był kręcony w Palazzo Adriano, nieopodal Palermo. Gdyby więc ktoś chciał w czasie wakacyjnych wędrówek zobaczyć miasteczko Totta i Alfreda, musi udać się na północny cypel Sycylii, do malutkiego Palazzo Adriano.

menu sycylijskie

film cinema paradiso

Dla kuchni nie ma to jednak znaczenia. Kuchnia sycylijska jest dość jednorodna, nie ma terytorialnego zróżnicowania. Nie odbiega też zbytnio od kuchni południowej Italii; może tylko więcej tu naleciałości i zapożyczeń arabskich. Ale i to nie do końca ja charakteryzuje. Bo na przykład je się tu sporo wieprzowiny, co dla Arabów, w większości przecież wyznawców Islamu, jest nie do pomyślenia.

         W filmie początkowa scena pokazuje wielką misę pełną żółtych, dorodnych cytryn – Sycylia jest największym ich producentem w basenie Morza Śródziemnego. Właśnie kolor żółty jest kolorem wyspy: żółte, palące słońce, żółty piasek plaż, żółte cytryny…. Dlatego taki właśnie kolor zaproponowałam w wystroju naszego kolacyjnego stołu.

stół sycylijski

Tak jak owocem Sycylii są cytryny (obok cytryn także pomarańcze, te z czerwonym miąższem), tak jej warzywem jest bakłażan – fioletowa gruszka miłosna, melanzane. Pięknie błyszczące, wypolerowane, w obróbce kulinarnej bakłażany tracą wiele na wyglądzie, robią się bure i nijakie, ale – zaskakują cudownym, dojrzałym smakiem. Bakłażan jest podstawowym składnikiem caponaty – potrawy z duszonych warzyw; obok niego dodaje się tu jeszcze cebulę, seler naciowy, pomidory i kapary.

To potrawa o wielowiekowej tradycji, istnieją niezliczone jej wersje, ale każdy Sycylijczyk zapewni was, że najlepszą caponatę przyrządza jego mamaJ  Ja zrobiłam caponatę według przepisu „Mafijnej książki kucharskiej” autorstwa Joe Cipolla.  Caponata była u nas warzywem towarzyszącym kotletom schabowym po sycylijsku; do ich panierki dodaje się ser Pecorino Siciliano (znany również pod nazwą tuma lub tumazzu, którego wyrazisty smak jest dodatkowo zaostrzany poprzez nadziewanie go ziarenkami pieprzu. Po poddaniu procesowi dojrzewania, ser Pecorino twardnieje i jest używany głównie do tarcia).

caponata

Bakłażan jest też podstawowym składnikiem sosu do sycylijskiej specjalności: pasta a`la Norma, nazwanej tak na cześć sycylijskiego kompozytora Vincenzo Belliniego, autora opery „Norma”; rola tytułowa jest jedną z najtrudniejszych partii sopranowych w całym repertuarze operowym. Jedną z najsłynniejszych jej wykonawczyń była Maria Callas. Spaghetti a`la Norma posypywane jest ostrą, solankową, twardą odmianą sera ricotta – okazało się, że bez problemu ją można u nas kupić, w Almie.

spaghetti a la Norma

W sycylijskim menu nie powinno zabraknąć arancini di riso (ryżowe pomarańczki) –  to ulepione z gotowanego  ryżu kule z mięsnym lub mięsno-serowym nadzieniem. Usmażone na złoto rzeczywiście wyglądają jak pomarańcze.

Zrobiłam je według książki Krzysztofa Mazurka „Podróż na liściu bazylii”  (pisałam już o tym kiedyś na blogu).

arancini

Drugą przystawką była sałatka sycylijska z fenkułu i pomarańczy.

sałatka sycylijska

Przystawkom i daniom głównym towarzyszyło wino Nero d’Avola (dosłowne tłumaczenie: Czerń z Avoli) – to czerwona sycylijska odmiana będąca najbardziej popularnym szczepem Sycylii. Miejscowość Avola położona jest w południowo-wschodniej części Sycylii i tu właśnie szczep się rozwinął wieki temu i stąd rozprzestrzenił się po całej wyspie. Nero d’Avola często porównywany jest z Syrah. To wino o aromatach roślinnych, smaku czarnych porzeczek, wiśni i dżemów owocowych. Wino jest przeważnie intensywnie ciemnoczerwone, niemal przechodzące w czerń. Dostępne w Almie

wina sycylijskie

Co do wyboru deseru – nie było wątpliwości – najsłynniejszy sycylijski deser to ciasto cassate. Upstrzony kandyzowanymi owocami tort, którego głównym komponentem jest delikatny serek ricotta. Jego powstanie zawdzięcza wyspa prawdopodobnie cukiernikom arabskim. Legenda mówi, że w haremie w mieście Kalat el Nissa (dzisiejsza Caltanisetta) żony emira broniły się przed nudą, wymyślając słodycze:)

A do cassaty nie można było nie podać wina Marsala. To najsłynniejsze tradycyjne wino Sycylii, wzmacniane, podobnie jak porto czy sherry; stworzone zostało przed dwoma wiekami przez angielskiego kupca.

 cassate

Następne filmowe spotkanie – po wakacjach; zapraszam!

Póki życia – póty nadziei

Bardzo już stęskniłam się za swoim blogiem.

Nie jest jednak łatwo żyć z chorobą, będącą poważnym zagrożeniem życia. To tak, jakby się siedziało na wiązce trotylu. Może wybuchnie, a może nie.

Mamy ciągle nadzieję, że nie.

A życie toczy się nadal: trzeba jeść, spać, pracować, gotować, prać, sprzątać, robić zakupy.

Obok snującego się wokół nas smutku i troski, przemykają i wciskają się na siłę chwile radości, to i owo nas śmieszy.

Nauczyłam się nie zamykać na te chwile wytchnienia, przyjmować je z radością i wdzięcznością, bez poczucia winy, że jest tak ciężko, a ja się śmieję…

Teraz ciągle jest u nas czas nadziei!

Wszystkim tu zaglądającym dziękuję za wsparcie!:)

Białe trufle

Bierzesz życiorys sławnego kucharza, bierzesz wydane przez niego książki kulinarne i zaczynasz snuć opowieść, przeplatając fikcję z faktami, oprawiasz ją w formę modnej w twoich czasach narracji – i masz szansę na bestseller na księgarskim rynku.
Czy tak się stało w przypadku opowieści o francuskim kucharzu Auguście Escoffier?


książka o Escoffierze

Myślę, że książka amerykańskiej pisarki N.M. Kelby zasługuje, by znaleźć się w biblioteczce każdego smakosza.
Co prawda irytuje mnie tak modna obecnie maniera snucia opowieści w formie równoległej naprzemiennej narracji z różnych czasów życia bohatera, ale sugestywne opowieści o tym, jak Escoffier tworzył swe przepisy, rekompensują wszystko.
Jego życie – wydawać by się mogło, że tak pełne sławy, usłane różami – a było pełne intensywnej pracy, cierpienia, pogmatwane uczuciowo….
A jego kuchnia – o! był nie tylko perfekcyjnym kucharzem – rzemieślnikiem; był artystą. I to N.M. Kelby pięknie umiała pokazać.

Bardzo poruszył mnie wątek, przewijający się przez całą książkę: wielkiego pragnienia jego żony Delfiny, aby mąż stworzył i zadedykował jakąś potrawę specjalnie dla niej, tak jak to zrobił choćby dla śpiewaczki operowej, Melby. Dlaczego tak się nie stało? dlaczego nie ma potrawy Madame Escoffier? Bardzo pięknie autorka rozegrała ten wątek; może rzeczywiście tak było, jak to opisała. Nie chciałabym nikomu psuć przyjemności czytania, więc tylko tyle o tym.

A jak z przepisami?
Nie ma dokładnych receptur, ale jest tak jak lubię – każdy przepis, który się pojawia, jest jak historia, która zdarzyła się w konkretnej kuchni, konkretnym osobom, w konkretnej sytuacji. A ponieważ opisywane potrawy sa sławne, można się pokusić o ich przyrządzenie, włożywszy tylko nieco trudu w ich odnalezienie w kulinarnej literaturze.

Zapraszam do lektury!

Szuflada Szymborskiej

Jeśli lubisz Szymborską,
Jeśli lubisz jej spojrzenie z dystansem na rzeczywistość,
Zajrzyj na Plac Szczepański w Krakowie, do Kamienicy Szołayskich
Czasu jest dużo – aż do grudnia 2014 roku.
wystawa szuflada Szymborskiej

Pani Wisława już nic nie napisze.
Ale możesz jeszcze poznać ją nieco bliżej.
Zobaczyć jej kanapę, ba! nawet na niej usiąść – nikt nie zabroni! – przejrzeć jej tomiki poezji, posłuchać w telefonie jej głosu.
Możesz zobaczyć wnętrza jej szuflad. I jej maszynę do pisania (też miałam taką! żółtego Łucznika)
Możesz zrobić zdjęcia.
telefon Szymborskiej

szuflady Wisławy

Możesz zobaczyć jej księgozbiór (jego fragment, rzecz jasna). To dopiero jest fascynujące! zobaczyć, jakie ktoś lubił książki. O! to jest naprawdę coś!
księgozbiór Szymborskiej

Skąd taki tytuł wystawy?
Poetka uwielbiała szuflady, popatrzcie:
tekst o szufladzie

Ponadto jedno z jej mieszkań, to w bloku na rogu ulic 18 stycznia i Nowowiejskiej, malutkie, jednopokojowe, z wnęką kuchenną tylko, nazywała szufladą. Nazwa przyjęła się, i po latach przyjaciele mówili: „kiedy Wisława mieszkała w szufladzie….”

A ja, w swoim spacerze po mokrym i pochmurnym tym razem Krakowie, trafiłam przypadkiem na ulicę Radziwiłłowską, gdzie p. Wisława mieszkała przed II wojną światową. Była to elegancka kamienica, obok nasypu kolejowego – myślę więc, że to chyba któraś z tych:
Radziwiłłowska

Zajrzałam również do „Nowej Prowincji” na Brackiej, gdzie poetka lubiła przesiadywać; zamawiam tartę cytrynową, którą uważa się za specjalnośc zakładu:
tarta na Brackiej

No, po lekturze i filmie „Tost” Nigela Slatera, nie wydaje mi się, aby ta tutaj tarta była najwyższych lotów.
W sumie jednak – bardzo udany wyjazd: taki tematyczny, z klimatem, zostający w pamięci:)

Kraków z lampeczkami

I jeszcze wiersz W. Szymborskiej „Możliwości” – tu też jest o szufladach

Wolę kino.
Wolę koty.
Wolę dęby nad Wartą.
Wolę Dickensa od Dostojewskiego.
Wolę siebie lubiącą ludzi
niż siebie kochającą ludzkość.
Wolę mieć w pogotowiu igłę z nitką.
Wolę kolor zielony.
Wolę nie twierdzić,
że rozum jest wszystkiemu winien.
Wolę wyjątki.
Wolę wychodzić wcześniej.
Wolę rozmawiać z lekarzami o czymś innym.
Wolę stare ilustracje w prążki.
Wolę śmieszność pisania wierszy
od śmieszności ich niepisania.
Wolę w miłości rocznice nieokrągłe,
do obchodzenia na co dzień.
Wolę moralistów,
którzy nie obiecują mi nic.
Wolę dobroć przebiegłą od łatwowiernej za bardzo.
Wolę ziemię w cywilu.
Wolę kraje podbite niż podbijające.
Wolę mieć zastrzeżenia.
Wolę piekło chaosu od piekła porządku.
Wolę bajki Grimma od pierwszych stron gazet.
Wolę liście bez kwiatów niż kwiaty bez liści.
Wolę psy z ogonem nie przyciętym.
Wolę oczy jasne, ponieważ mam ciemne.
Wolę szuflady.
Wolę wiele rzeczy, których tu nie wymieniłam,
od wielu również tu nie wymienionych.
Wolę zera luzem
niż ustawione w kolejce do cyfry.
Wolę czas owadzi od gwiezdnego.
Wolę odpukać.
Wolę nie pytać jak długo jeszcze i kiedy.
Wolę brać pod uwagę nawet tę możliwość,
że byt ma swoją rację.