Przesyt kulinarny przełomu roku

Oprawa kulinarna świąt i nowego roku była wyszukana i pracochłonna; bardzo cieszyła w trakcie przygotowań i serwowania, ale potem nadszedł czas znużenia, braku pomysłów i inwencji kulinarnej.

Najpierw wyjadło się do spodu wszystko, co było przygotowane, potem gotowałam tylko to, co konieczne, żeby przeżyć:) Mam nadzieję, że ten czas marazmu wkrótce minie!

No, nie powiem, były po drodze jakieś tam sukcesy kulinarne; ot, choćby tydzień temu łazanki piątkowe w wersji vege, z białą kapustą, cebulą i julienką z marchewki i selera – mama zawołała: – o, ależ to pycha! I zajadała, aż miło było patrzeć.

Były i porażki: pierś kurczaka w marynacie z sosu sojowego i miodu według Marthy Steward zupełnie mamie nie przypadła do gustu; po prostu odmówiła zjedzenia takiego obiadu (!) Ale i tak ją przechytrzyłam, bo odcedziłam mięso z sosu, ponownie poddusiłam z dodatkiem pieczarek i śmietany – i okazało się zjadliwe:)

Nie miałam czasu na czytanie, ale prezenty spod choinki już wołają i ustawiają się w kolejce.

A więc zaczynamy na nowo!

Ciągle trwa czas choinek

Wraz z życzeniami sylwestrowo-noworocznymi – proponuję jeszcze rzut oka na moje choinki (tzn. ubierane przeze mnie)

choinka w wieży

choinka w salonie

choinka w sypialni

A w moim menu sylwestrowym będzie confitowana pierś gęsi  według przepisu Agaty Wojdy z restauracji „Opasły Tom”, z kluseczkami i surówką, barszczyk czerwony z wrapami nadziewanymi makaronem chińskim wymieszanym z blanszowanymi jarzynami i marynowanymi rydzami, sałatka z kukurydzy, ananasa, szynki i jajek. Musujące martini już się mrozi, a ze słodyczy będzie keks bakaliowy.

Nowa choinka – przez chwilę niechciana

W sklepie podobała mi się bardzo. Umocowana na pniu, w jutowym worku, gałęzie spadały jej ładnym łukiem ku dołowi.

Ale kiedy postawiłam ją w domu, zaczęłam wieszać światełka i bombki…. uuuu!!!!! nie! brzydka, nie chcę jej!

Zdjęłam wszystkie ozdoby. Poszłam spać.

Dopiero na drugi dzień wymyśliłam koncepcję, jak ją ustroić.

I teraz oczu nie mogę od niej oderwać, taka jest piękna:)

nowa choinka

Nie, nie zapomniałam o świętach!

Tyle, że pracy przy przygotowaniach było mnóstwo!

A pracując, głównie w kuchni:), myślałam sobie, że pewnie większość z was, którzy tu do mnie zaglądacie, też jesteście właśnie w swoich kuchniach, i też pilnie zwijacie się, żeby wszystko przygotować na święta, i była to myśl miła, pokrzepiająca.

I wiecie, że życzeniami obejmowałam również was wszystkich:)

A w przygotowaniach towarzyszyła mi lektura na ostatni adwentowy tydzień „Tajemnica Bożego Narodzenia” Jostein Gaarder (autora znanego z książki „Świat Zofii”)

Książka Gaarder

Właściwie powinno się czytać tę książkę przez cały Adwent, bo jest to coś w rodzaju adwentowego kalendarza i na każdy dzień przypada rysunek i opowieść, o tym jak mała dziewczynka ze współczesnej Norwegii biegnie przez całą Europę i przez czas, przez wieki, do Betlejem, aby zdążyć na chwilę, kiedy tam narodził się Jezus Chrystus. Dziewczynka, której na imię Elisabet biegnie za barankiem, „który uciekł z dużego sklepu, żeby nie słuchać już brzęku aparatów kasowych i towarzyszącej zakupom paplaniny”.

Po drodze dołączają do nich owieczki, aniołowie, trzej królowie, pasterze, namiestnik Kwiryniusz, cezar August.

Zdążą? Jasne, że zdążą! A jakie wspaniałe rzeczy oglądają po drodze! I kogoż nie spotykają!

„Jedno ziarno wydało na świat całe łany kościołów i katedr. Ciekawe, ile kamieni i drewna zużyto ku czci narodzin Jezusa. Nie wspominając o mnóstwie upieczonych ciasteczek i prezentach. Boże Narodzenie to największe na świecie przyjęcie urodzinowe, na którym są  wszyscy ludzie na tej ziemi. I dlatego trwa od tysięcy lat”.

Szymona Hołowni lektura adwentowa

W trzecim tygodniu Adwentu czytałam książkę niezwykłą: Szymona Hołowni „Holyfood – czyli 10 przepisów na smaczne i zdrowe życie duchowe”

książka Hołowni 

O Hołowni każdy pewnie coś tam słyszał, zwłaszcza, jeśli ogląda telewizję; jest redaktorem, prezenterem, dużo pisze.

Kiedy wzięłam do ręki jego najnowszą książkę, którą właśnie EMPIK eksponuje jako nowość i hit, przypomniałam sobie jego zadziorność i niekonwencjonalny styl wypowiedzi. No tak, to przecież on pisał te artykuły w „Plus Minus” Rzeczpospolitej, które się zawsze czytało!

Święte jedzenie? Skąd tak niezwykły tytuł? Posłuchajmy autora:

             „Wymyśliłem sobie, że póki nie da się użyć medycyny, trzeba iść do kuchni. Trafić do serc po polsku, przez żołądek. To ma sens – antybiotyki nie pomogą, jeśli najpierw nie uzdrowimy naszej codziennej diety. Polska kuchnia duchowa bywa smaczna, ale bywa też ciężka i tłusta. Przede wszystkim zaś – bywa katastrofalnie doprawiana.

            Mieszanka wiary z życiem mdli czasem, nie dlatego że tych składników nie powinno się
łączyć, ale dlatego że źle dobieramy proporcje i przyprawy. Mam w związku z tym parę autorskich propozycji. Niech czytelnik dosypie trochę tego, co sugeruję, odejmie to, czego polecam unikać, i sam sprawdzi, czy papu stało się bardziej zjadliwe, czy nie.

            Aniu Starmach, Macieju Nowaku, Wojciechu Modeście Amara, przepraszam za wszystkie
kulinarne bluźnierstwa, jakimi nieświadomie tu grzeszę. Wybaczcie, bo marzę tylko o jednym, chciałbym móc przekonać choć jednego czytelnika (albo jeszcze chętniej: czytelniczkę), że wiara nie jest szkołą wypluwania życia, że jest jego smakowaniem.

           Nie piszę zastępczego katechizmu. Nie uzurpuję sobie prawa do bycia głosem Kościoła. Siedzę w tej kuchni od ponad dwudziestu lat, niczym innym się w zasadzie nie zajmuję, chcę więc tylko zdychającym od fast foodu oraz udręczonym kuchnią molekularną (azotan bobu, mgła z zająca, wspomnienie po sarnie) powiedzieć: o, a mnie zakalec wychodzi wtedy, a gdy dodam tego –
rośnie zacne ciasto.”

To jest książka dla chrześcijanina, któremu leży na sercu żywość i wiarygodność jego wiary. Ale – ponieważ człowiek nie jest samotną wyspą, żyje wśród innych i tak czy inaczej, siłą rzeczy musi nawiązywać z innymi kontakty – to i tym innym książka ma szanse się spodobać.

O, tak! Spodoba wam się forma tej książki!

Hołownia nie owija myśli w bawełnę, definiuje problemy prosto z mostu i przedstawia szanse ich rozwiązania – takie, do jakich sam doszedł.

A te kulinarne aluzje i porównania?

Cóż, są nośne:)

Zobaczysz słowo „food” i od razu pomyślisz: o, zjadłoby się coś – i już trzymasz książkę w ręce, ciekawy, co też w niej znajdziesz.

A tu proszę:

Anioł kucharzom mówił

O wyższości ratatouille nad golonką

Jak odzyskać apetyt na ludzi

Ciasto bez nerwów

– to naprawdę chce się czytać:)

Zwykle szukam w czasie Adwentu internetowych rozważań rekolekcyjnych, ale w tym roku zastąpiła mi je właśnie ta książka.

Pierniczki w Pałacu

 Czas na małą przerwę w świątecznym zabieganiu:)

Pierniczki upieczone, czekają na lukrowanie, można zrobić małą kawę, pachnącą wanilią i czekoladą i poczytać smakowity tekst o pieczeniu pierniczków w świetnej książce Krystyny Uniechowskiej-Dembińskiej pt. „Był pałac” (opisującej życie polskiego dworu na początku II wojny światowej, kiedy jeszcze próbowano ocalić dawny czas, i wszystkie obrzędy, przygotowania i zwyczaje świąt Bożego Narodzenia)

pierniczki w pałacu

 

„Ciasto na małe pierniczki, mniej atrakcyjne smakowo, bo przezna­czone do powieszenia na choince, było już zaczynione. Panna podkuchenna wałkowała je, pani naczelna kucharka sprawdzała grubość placka palcem: – Mają być na pół paznokcia – a ja wycinałam szklan­ką kółka, potem w kółku dziurkę wąskim kieliszkiem do rumu.

–    Nie na nitki, bo plączą się w igłach – tłumaczono – przez dziur­ki przewlecze się kolorowe wstą­żeczki…

Pierniki choinkowe po upiecze­niu pozostawały łyse, natomiast ogromna ilość przeznaczona do za­gryzania kaw, słodkiego wina, de­serów, miała zostać polukrowana.

Już w trzech garnuszkach bul­gotały trzy rodzaje lukrów: żółty cytrynowy, pewnie podbarwiony szafranem, różowy z sokiem wiś­niowym i spécialité de la maison – lukier anyżkowy zabarwiony ta­jemniczą miksturą na niebiesko. W czasie robienia wypieków druga kuchnia zmieniała się w jaskinię czarownic. Jak z Makbeta. To po­chylanie się kobiet nad garnkami i lukrem, wwąchiwanie się w nie, doprawianie szczyptami tego i owego, poszeptywania niby zaklęcia, porozumiewawcze spojrzenia, sprawdzanie, czy wystarczająco gęsta iź ciągnie się za łyżką… Trzecim rodzajem pierniczków była miętowa krajanka. Pozwolono mi kroić ukośne romby z ciasta, które własnoręcznie wałkowała pani naczelna kucharka.

–             Mają być równiusieńkie jak nie przymierzając, kołki w płocie – przykazała.

Układa się je na paterze w gwiazdy, jedna warstwa na drugiej, artystycznie.

Do tych pierniczków w specjalnym płaskim rondlu przygotowano miętowy lukier barwiony na zielono wywarem ze szpinaku. Po upieczeniu ułożone w drucianym koszyku zanurzano partiami w pachnącej miętowej mazi. Zwykłe, płaskie, nieprzeznaczone na artystyczne ułożenia, których stosy miały stać po wszystkich kątach Pałacu, aby w każdej chwili można było sięgnąć po pierniczka, wycinałyśmy blaszanymi foremkami. W serduszka, romby, trójkąty. Cała geometria do wglądu. Rozłożone na arkuszach woskowanego papieru czekały na lukrowanie. Kucharki, uzgodniwszy gęstość i barwę lukrów, pędzelkami malowały szeregi geometrycznych figur.”

 

A oto mój przepis na pierniczki, właśnie takie do chrupania, cienkie, przepyszne!

1/2 kostki masła
1/2 kostki margaryny
3/4 szklanki jasnego brązowego cukru
1/2 szklanki cukru pudru
1 łyżka przyprawy do pierników
szczypta soli
1 duże jajko
2 łyżki miodu
3 szklanki mąki
3 łyżki mąki ziemniaczanej

sposób przygotowania
Masło i margarynę utrzeć z cukrem, solą i przyprawą do pierników na lekką i puszystą masę. Dodać jajko i miód i dobrze rozetrzeć. Wsypać połowę mąki do masy i dokładnie utrzeć, wsypać pozostałą mąkę i mąkę ziemniaczaną i wymieszać. Podzielić ciasto na pół, każdą połowę spłaszczyć, zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez co najmniej godzinę.
Rozgrzać piekarnik do 180ºC. Na lekko posypanej mąką stolnicy wywałkować ciasto (grubość jest dowolna – im cieńsze ciasto, tym kruchsze i delikatniejsze ciasteczka) i wycinać pierniczki. Układać na wyłożonej pergaminem blasze. Piec 10-12 minut, aż zaczną się lekko rumienić na brzegach. Wystudzić na drucianej siateczce.
Polukrować.

Pomidorowa z bananami

Rodem z Ameryki Środkowej. Odlotowa!

pomidorowa z bananami

Puszka pomidorów w zalewie bez skórki

3 banany

2 słodka cebula, 1 cebulka dymka

Włoszczyzna na bulion jarzynowy (marchew, pietruszka, cebula, kawałek selera, kawałek pora)

2-3 łyżki gęstej śmietany

Pestki dyni do posypania

Sól, pieprz, ostra papryka wędzona, kolendra, szczypta cuminu

Olej i masło do podsmażania

Włoszczyznę – obraną, ale w całości, zalewamy wodą, lekko solimy i gotujemy na małym ogniu, bez przykrycia, do miękkości. Warzywa wyjmujemy – nie będą nam więcej potrzebne, ale można z nich np. zrobić sałatkę jarzynową.

W rondlu rozgrzewamy olej (2 łyżki) i wrzucamy pokrojone w półplasterki cebulę i szalotkę. Przesmażamy, nie rumieniąc. Dodajemy pomidory z puszki z zalewą, zalewamy przygotowanym bulionem i gotujemy kilka minut, aż pomidory całkiem się rozpadną.

Na patelni roztapiamy sporą łyżkę masła, dodajemy pokrojone w plastry banany, przesmażamy.

Przedkładamy banany do rondla z zupą, mieszamy i jeszcze jakieś 10 minut gotujemy.

Zaczynamy ostrożnie doprawiać. Ważne, żeby nie przedobrzyć z ilością przypraw.

Miksujemy na krem.

Dodajemy śmietanę, roztrzepujemy ją trzepaczką.

Pozwalamy zupie odpocząć kilka minut.

Próbujemy, dosmaczamy.

Na końcu, do miseczek dodajemy podprażone pestki z dyni.

Dobry stek? Zapraszam do Krakowa

Od dawna już marzyło mi się spróbowanie steku wzorcowego i sprawdzenie, czy smakuje mi.

Teraz jesteśmy już społeczeństwem wyedukowanym kulinarnie (w zasadzie!) i wiemy, że polskiej wołowiny stekowej raczej nie ma, bo hodujemy głównie inną, mleczną rasę bydła. Więc w sklepie raczej mięsa na steki nie kupię. Ale przecież są restauracje. Na przykład Ed Red w Krakowie. Gdzie kucharzem jest Adam Chrząstowski, znany z telewizji (poprzednio był kucharzem krakowskiej Ancory).

Ed Red mieści się na ulicy Sławkowskiej, blisko Rynku, i zajęła miejsce „Metropolitan”, gdzie swego czasu bardzo lubiłam wpadać na lunch.

Teraz jest tu trochę inaczej; wnętrze utrzymane jest w ciemnym, surowym drewnie, a główną specjalnością są steki; sezonowaną (czyli dojrzewającą) wołowinę można oglądać w lodówce stojącej przy wejściu.

ed red

No to zapraszam:

Po przestudiowaniu karty dań, zaczęliśmy rozmowę z panią kelnerką na temat stopnia wysmażenia steków. Naszpikowana teorią, próbowałam uzyskać informację, czy lepiej będzie zamówić stek wysmażony w stopniu medium czy może medium well, a może well done? Na co panienka mówi:

– To może ustalimy tylko czy chcą państwo stek bardziej czy mniej wysmażony, a jak będzie za mało wysmażony, to szybciutko dosmażymy.

I potem stała nad nami, dopóki nie spróbowaliśmy pierwszego kęsa.

– Dobry???? To życzę smacznego!

Ale trzeba przyznać, że steki były super!

Zamówiliśmy T-Bona (czyli rostbef z polędwicą na kości) oraz New York (rostbef)

 T-bone

new york

Steki podano na dużych grubych deskach, z miseczkami sosu (wzięliśmy berneński i z zielonym pieprzem i gorgonzolą). Steki były niesolone, ale wzdłuż prawego brzegu deski usypano płateczki soli, w których maczało się kawałki mięsa. Świetny pomysł!

Rzecz jasna noże były specjalne, bardzo ostre.

nóz do steków

Do tego lampka czerwonego wytrawnego wina, miseczka frytek (niby grubych, domowych, ale trochę oklapniętych, niestety)

Generalnie jednak, jeśli ktoś chciałby spróbować steka wzorcowego – polecam Ed Reda.

Dodam, że tę krakowską degustację chciałam zestawić z moją degustacją steków w bistrze w Cannes w czasie wycieczki do Francji. Wówczas podane nam steki rozczarowały wszystkich; mięso było twarde i krwiste i nikt się nas nie zapytał, jaki stopień steków preferujemy.

W tym zestawieniu – absolutnie steki krakowskie górą!

Około-mikołajowe spotkanie przy filmie

Nieważne, jak bardzo jesteś skrzywdzony przez los.

Ważne – co z tym zrobisz.

Jak się odnajdziesz w układzie, który ci przypadł w udziale.

Takie jest przesłanie filmu „Dar nadziei”, o chłopcu, który urodził się bez rąk.

A kolacja, która przygotowałam na nasze spotkanie, nawiązywała do kuchni kraju, w którym chłopiec się urodził – do Nikaragui. Ściśle rzecz biorąc – wyszukałam dania z kuchni środkowej Ameryki.

A że dopiero co odwiedzał tych bardziej grzeczniejszych święty Mikołaj – zebrało się dla gości i gospodarzy mnóstwo, mnóstwo prezentów:) i wystrój stołu był już nieco świąteczny.

czapka mikołajowa

stół mikołajowy

sztućce z serwetką

menu nikaraguańskie

Jako przystawkę podałam nikaraguańska sałatkę z warzyw (pomidory, papryka, cebula, awokado) i duszonej wołowiny

sałatka z wołowiną

Zupa była extra: krem z pomidorów i bananów z pestkami dyni, pikantny, ale z nuta słodyczy w tle

bulionówka

pomidorowa z bananami

Danie główne: kurczak Calypso duszony w pomidorach z gallo pinto (czyli mieszanka ryżu i ciemnej fasoli) z salsą tropikalną z ananasa i mango

gallo pinto

Wino było chilijskie, czerwone wytrawne

wino chilijskie

Najmniej zadowolona jestem z ciasta. Był sernik panamski, pieczony w kąpieli wodnej z dodatkiem mango i białej czekolady

sernik panamski

Jego smak – moim zdaniem – nie powalał. Był w miarę poprawny. I tyle tylko.

Jeśli chodzi o serniki, to długo szukałyśmy z siostrą przepisu na dobry sernik, próbując, próbując i próbując. Znalazłyśmy. I dawno już stwierdziłam, że nie ma co szukać dalej. Ten wypiek potwierdza tę tezę. Nie ma co kombinować.

Jak się nie jest cukiernikiem, to lepiej trzymać się wypróbowanego kanonu, o którym wiadomo, że jest dobry.