Około-mikołajowe spotkanie przy filmie

Nieważne, jak bardzo jesteś skrzywdzony przez los.

Ważne – co z tym zrobisz.

Jak się odnajdziesz w układzie, który ci przypadł w udziale.

Takie jest przesłanie filmu „Dar nadziei”, o chłopcu, który urodził się bez rąk.

A kolacja, która przygotowałam na nasze spotkanie, nawiązywała do kuchni kraju, w którym chłopiec się urodził – do Nikaragui. Ściśle rzecz biorąc – wyszukałam dania z kuchni środkowej Ameryki.

A że dopiero co odwiedzał tych bardziej grzeczniejszych święty Mikołaj – zebrało się dla gości i gospodarzy mnóstwo, mnóstwo prezentów:) i wystrój stołu był już nieco świąteczny.

czapka mikołajowa

stół mikołajowy

sztućce z serwetką

menu nikaraguańskie

Jako przystawkę podałam nikaraguańska sałatkę z warzyw (pomidory, papryka, cebula, awokado) i duszonej wołowiny

sałatka z wołowiną

Zupa była extra: krem z pomidorów i bananów z pestkami dyni, pikantny, ale z nuta słodyczy w tle

bulionówka

pomidorowa z bananami

Danie główne: kurczak Calypso duszony w pomidorach z gallo pinto (czyli mieszanka ryżu i ciemnej fasoli) z salsą tropikalną z ananasa i mango

gallo pinto

Wino było chilijskie, czerwone wytrawne

wino chilijskie

Najmniej zadowolona jestem z ciasta. Był sernik panamski, pieczony w kąpieli wodnej z dodatkiem mango i białej czekolady

sernik panamski

Jego smak – moim zdaniem – nie powalał. Był w miarę poprawny. I tyle tylko.

Jeśli chodzi o serniki, to długo szukałyśmy z siostrą przepisu na dobry sernik, próbując, próbując i próbując. Znalazłyśmy. I dawno już stwierdziłam, że nie ma co szukać dalej. Ten wypiek potwierdza tę tezę. Nie ma co kombinować.

Jak się nie jest cukiernikiem, to lepiej trzymać się wypróbowanego kanonu, o którym wiadomo, że jest dobry.

Rodzinnych ciepłych świąt – lektura adwentowa

Książka leżała w koszu tanich książek.

Rzuciła mi się w oczy tytułem i okładką.

Tytułem – bo ciągle mi mało opowieści o pięknie i magii świąt, o tym jak wygląda świętowanie u innych; no i ciągle szukam nowych inspiracji.

Okładką – bo była na niej choinka – owszem, z wiszącymi bombkami – ale dziwna, z samych gałązek, bez szpilek. Taka łysa jakaś.

ksiązka M Parus

Okazało się, że okładka jest odpowiednia do treści: święta w rodzinie Leny i Grzesia są właśnie takie: z blichtrem płytkich rytuałów i ozdóbek, ale bez głębi przeżyć. Są takie, jak choinka odarta z igiełek. I z roku na rok jest coraz gorzej, aż w końcu dochodzi do tragedii.

Bardzo poruszająca książka, autorstwa Magdy Parus, mieszkance Wielkopolski, piszącej od 207 roku. Przyznam, że nie słyszałam o niej dotąd, pewnie dlatego, że pisze głównie thrillery fantastyczne (np. „Wilcze dziedzictwo”), a nie jest to tematyka, w której bym gustowała.

Blogerki kulinarne z ciekawością śledzić będą wątek wigilijnych potraw; choć i tu, trzeba przyznać, w miarę upływu czasu, jest coraz gorzej. Uszka, barszcz, ryba, pierogi, kluski, sernik…. Z każdym rokiem Lena rezygnuje z kolejnej potrawy robionej własnoręcznie; większość kupuje w supermarkecie. Stale i niezmiennie robi sama tylko sałatkę jarzynową, kruche ciasteczka i pierniczki.

 

„Okna kuchni pokrywa para z gotujących się bez przykrycia warzyw na sałatkę, powietrze wypełnia słodki aromat pierniczków i kruchych ciasteczek ułożonych w wielkiej, przykrytej nawoskowanym papierem misie.” – tak zaczyna się każdy kolejny rozdział.

     Jest jeszcze w książce wątek Kamili – siostry Leny, przedstawiający inne spojrzenie na życie, inny świat, ale też niewesoły. Watki splotą się w końcu razem.

     Przeczytajcie! Czyta się jednym tchem.

I oby tam nikt nie zobaczył siebie!



Co przynosi św. Mikołaj kulinarnej blogerce?

Przynosi kulinarne książki. I to jakie!

książki od Mikołaja

Św. Mikołaj zasłyszał, że brakuje mi p. Szymanderskiej (bardzo żałuję, że już odeszła) i pomyślał: to może choć w książkach ją odnajdę. I przyniósł piękną edycyjnie Encyklopedię sztuki kulinarnej – jest tam wszystko! każda potrawa jaka wam się zamarzy:)

A o książkach p. Aszkiewicz ostatnio jest głośno; ja nie znam jej jeszcze zupełnie; będę miała okazję poznać: dostała „Kuchnię polską”. Wiecie, że do każdej potrawy w tej książce jest zdjęcie? do każdej!

Adwentowe lektury

Nazbierało mi się trochę książek, które chciałabym przeczytać, ale…. A to czasu brak, a to zmęczona jestem bardzo, a to coś bardziej frapującego trafi się do czytania…. I tak książka raz odłożona na półkę, powoli odchodzi w niepamięć…

Przeszukałam zapomniane tytuły, włożyłam trochę trudu w zdobycie innych i mam propozycję lektur na Adwent dla siebie i dla wszystkich, którzy tu zaglądają: cztery książki na cztery tygodnie Adwentu.

Na pierwszy tydzień proponuję  książkę J.R.R. Tolkiena – tak, tego od „Władcy pierścieni”.

Ale nie będziemy zanurzać się w mroczne dzieje Śródziemia; udamy się do krainy drogiej każdemu dziecku, bo książka, która proponuję, to „Listy św. Mikołaja”.

Tolkien Listy św. Mikołaja

Dawno już chciałam ją przeczytać.

Przeczytałam. Co o niej myślę?

Na pewno warto się z nią zapoznać; wiele osób zachwyca się nią i uważa ją za uroczą.

To prawda – jest urocza, zwłaszcza od strony wizualnej, bo każdy list ozdobiony jest pięknymi, kolorowymi, nieco naiwnymi, ręcznie malowanymi obrazkami.

A treść? Na ogół spotykamy się z listami, które dzieci piszą do św. Mikołaja, ale dzieci pana Tolkiena miały to szczęście, że razem z prezentami, z mikołajowych skarpet zawieszonych przy kominku, wyciągały także listy od św. Mikołaja. Opowiadał on im o swoim życiu, o tym jak mieszka, jak i kiedy pakuje prezenty, o tym, że pomaga mu Niedźwiedź Polarny i Elf, o różnych kłopotach, których i na Biegunie Północnym nie brakuje.

Ja myślę, że książka ta jest jednak głównie dla dzieci.

Nie jest tak uniwersalna, jak choćby dla porównania – „Mały Książę” Exupery`ego, gdzie każdy: i dziecko i dorosły znajdzie coś dla siebie.

Myślałam, że będzie tu więcej jakiejś  takiej życiowej mądrości i ciepła świątecznych dni. A z książki wyłania się taki główny temat: prezentów jest mniej, nie są takie, o jakie dzieci prosiły, bo…. I snuje Tolkien opowieści o przygodach, wypadkach, katastrofach na Biegunie…..  Nie zachwyciło mnie to. Nie sądzę bym chciała wracać do tej książki.

Ale właśnie wielkimi krokami zbliża się ta wyjątkowa noc, z 5 na 6 grudnia, kiedy św. Mikołaj odwiedza z prezentami domy. Czy przyjdzie do nas????? Oto jest pytanie…..

A wiecie, że ja też, przed laty, dostałam od Niego list (choć było to już w moim dorosłym życiu) i w dodatku dostałam Jego portret oprawiony w ramki!

Bary mleczne miewają się dobrze

Myślałam, że bary mleczne zniknęły już na dobre z mapy polskich miast, wyparte przez pizzerie i zapiekankarnie.

Okazało się, że wcale nie, ciągle są i miewają się zupełnie dobrze.

Chodzimy z mamą na spacery obok jednego z nich, istniejącego „od zawsze”, w sobotę byłyśmy nieopodal w porze obiadu, więc mówię: wstąpmy tam. Zobaczymy, co mają do zaoferowania.

bar mleczny

Pierwsze zdziwienie: sporo ludzi w środku, choć widzimy, że posiłki serwowane są głównie na wynos.

Wystrój – stylizacja na ludowo, ale w wersji sztuczne kwiatki, metalowe krzesełka, jest jednak duży plus: bardzo czysto.

bar mleczny wnętrze

Zapach – no właśnie, taki jednak barowy, mieszanka gotowanych potraw.

Zamówiłyśmy pierogi  – to dla mnie zawsze sprawdzian lokalu. Ruskie i z mięsem. Właściwie smaczne, ale jednak, jednak, coś w nadzieniu kupnych pierogów jest takiego, że żołądek nieco protestuje. Nie ma to jak domowe.

pierogi w barze mlecznym

A ceny? Myślałam, że będzie taniej. Za dwie porcje (porcja to 8 pierogów) z sokiem do picia zapłaciłam prawie dwie dychy. Jak na bar mleczny – wydaje mi się, że to sporo.

A kupowanie tu zup, zwłaszcza na wynos, to jednak przesada. Tak mi się wydaje. Nie dziwiło by mnie, gdyby wśród klientów przeważali ludzie starsi, którzy często nie mają już siły na gotowanie. Ale kupuje tu mnóstwo kobiet „w sile wieku”; nie chce im się gotować? przecież na zwykłą zupę wystarczy 30-40 minut, gotuje się zwykle „sama”, więc nie obciąża zbytnio puli czasu, a smakowo – nie ma co porównywać nawet domowej z barową.

Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o krytykowanie ludzi, każdy żyje według swoich priorytetów; tak tylko się zastanawiam nad współczesnym modelem życia, zwłaszcza kulinarnego.

Finał Top Chefa – siedzę smutna

Liczyłam, że wygra Paweł Wałęsa. Taki był świeży i kreatywny ze swoimi daniami. I taki – choć to może zabrzmi śmiesznie – ułożony, dobrze wychowany, nie tracący sił i emocji na złośliwości i przytyki wobec rywali. To było piękne.

Wynotowałam sobie jego publikowane przepisy i spróbuję sprawdzić jego zestawienia smakowe.

Myślę, że wzorem II edycji, ukaże się książka z przepisami finalistów, już ostrzę sobie na nią pazurki:)

finaliści

Trzeba przyznać, że dania degustacyjne całej trójki finalistów były oszałamiające!

Zanotowałam sobie ich propozycje – jako inspirację do tworzenia spójnego menu.

 

Dania zwycięzcy – Marcina Przybysza

Przystawka I:                   skorzonera z puree z pietruszki

Przystawka II:                  pierogi przegrzebkowe

Danie główne I:                turbot z galaretką z sepii

Danie główne II:               gołąb z sosem z rabarbaru

Deser:                              ciastko z wędzoną śliwką

 

Dania Pawła Wałęsy:

Przystawka I:                    przegrzebki z brukselką

Przystawka II:                   schab z kaszanką

Danie główne I:                 jesiotr z selerem i jabłkiem

Danie główne II:                ozór cielęcy z bulionem cebulowym

Deser:                              ciasto migdałowe z granitą marchewkową

 

Dania Marcina Czubaka:

Przystawka I:                    ceviche z dorsza

Przystawka II:                   przegrzebki z emulsją z ostryg

Danie główne I:                  łazanki z truflami

Danie główne II:                 bażant z jajkiem i cykorią

Deser:                               makowiec z lodami maślankowymi

 

Uczciwie muszę przyznać, że chciałabym spróbować każdego z tych menu, ale gdybym miała wybierać tylko jedno z nich, wybrałabym menu Pawła. Ma w sobie dużo polskich tradycyjnych smaków a wizualnie – jak dla mnie – było przepiękne. Intensywne, nasycone, czyste kolory dań – chciało się to jeść! O smaku może coś powiedzieć tylko jury – ale opis brzmi przesmacznie. Bardzo bym chciała poznać przepis na ozorek cielęcy z bulionem cebulowym, a także na schab z kaszanką. Przy schabie wyszedł problem – Pawłowi nie wyszedł sos; jednak nie stracił głowy: „coś wymyślę” – i podał danie z olejem lnianym. Zawsze mocną stroną Pawła były lody – robił zachwycające i zaskakujące smakowo propozycje – ale tak był przez jury krytykowany, że ciągle tylko lody i lody podaje, że chyba dlatego w finałowym menu nie zdecydował się na lody. Ale granita marchewkowa do ciasteczka migdałowego – to też brzmi pysznie.

Z dań Marcina Przybysza chciałabym spróbować turbota na tej w kolorowe kropki owsiance (myślę, że to właśnie to danie zadecydowało o jego zwycięstwie, sposób podania był taki właśnie w stylu W. Amaro), a z dań Marcina Czubaka koniecznie chciałabym spróbować łazanek podanych jak okrągła lazania. Ciekawe, jak on zrobił tę falbankę na okrągłych placuszkach makaronowych?

Ciekawe też, że żaden z uczestników nie zdecydował się na podanie zupy; wydaje mi się, że zupy są wpisane w naszą tradycję kulinarną i jak najbardziej pasowałyby jako II przystawka.

Jak dla mnie – Top Chef jest w tej chwili najlepszym z polskich programów kulinarnych. Pozostaje nam czekać na IV edycję.



Party jesienne, wokół św. Marcina

Tym razem party było bardzo polskie, z uwagi na termin przyjęcia: parę dni przed 11 listopada (dzień św. Marcina, w którym tradycyjnie w Polsce jadano gęsinę, a w Wielkopolsce – rogale z białym makiem). Był jeszcze jeden polski akcent, ale o tym na końcu:)

rogale marcinskie

Były więc na party rogale świętomarcińskie, faszerowana gęś z kluseczkami, bulion na gęsinie z pierożkiem, jesienna sałata ze śliwkami i papryką, polski cydr lubelski.

stól na party

bulion z pierożkiem

gęś luzowana

sałata ze śliwkami

menu z liściem

I było to jednocześnie pożegnanie złotej, polskiej jesieni – a więc kolorowe liście, kolory złota i pomarańczy w wystroju stołu.

liście na stole

liście na stole

cydr

Film, który oglądaliśmy to „Księga ocalenia”

film na party

Jest to film s-f, z 2010 roku, w reżyserii braci Hughes, a opowiada o niezwykłej i długiej wędrówce czarnoskórego Eli (Denzel Washington), który przedziera się przez zniszczony jakąś kosmiczną katastrofą, apokaliptyczny świat, niosąc księgę, której chroni jak oka w głowie, i w obronie której nie waha się narazić swojego życia.

Jego kontr-przeciwnikiem jest napotkany w jednym ze skupisk ocalałych ludzi, Carnegie (Gary Oldman), który od dawna poszukuje jedynej, najważniejszej księgi ludzkości, wierząc, że ona da mu absolutną władzę nad ludźmi. Ale nie pożąda tej władzy w dobrych celach. Domyślacie się, że chodzi każdemu z nich o Biblię, i o wiarę.

Wydawać by się mogło, że film będzie schematyczny, niczym nie zaskoczy, i że Eli nie ma szans w zetknięciu z brutalną siłą. O, jak bardzo się mylicie! Zakończenie dosłownie wbija w fotel, ledwo można złapać przysłowiowy dech w piersiach….

Zobaczcie koniecznie…

A właśnie w tych dniach, w Polsce ukazało się zrekonstruowane cyfrowo wydanie tzw. Biblii gnieźnieńskiej, pochodzącej z 1414 roku. Pauliści w sfotografowane misterne iluminacje figuralne w inicjałach oraz ornamenty roślinne na marginesach księgi wstawili współczesny przekład Pisma Świętego.

Gospodarz naszego party przygotował piękne zakończenie projekcji filmu; mogliśmy podziwiać tę niezwykłą nowo wydaną księgę

biblia gnieznienska

„Przyjęcia u Kręglickich” – wielkie rozczarowanie

Kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź tej książki – natychmiast chciałam ją mieć. Z góry cieszyłam się na rady i wspomnienia pp. Kręglickich – doświadczonych restauratorów i kucharzy. Zwłaszcza, że znałam p. Agnieszkę Kręglicką ze znakomitych felietonów w „Wysokich obcasach”. Marzyły mi się przepisy na autorskie menu, jak choćby to, z wizyty B. Obamy, zasady kompozycji przyjęć i potraw…

książka pp Kręglickich

Dobrze, że nie kupiłam tej książki w internecie.

Dobrze, że poczekałam na jej pojawienie się w realu.

NIE KUPIŁAM tej książki.

Wielkie rozczarowanie!

Nic mi tam nie odpowiada. Banalne przepisy, zdjęcia głównie w formie kolażu malutkich fotek, a rady (jak np. zorganizować party czy uroczysty obiad) – były w formie kilku linijek banalnych rad przy każdym dziale (z duuuużą interlinią).

Treść nie zachwyca, forma nie zachwyca – co więc zostało????

Przychodzi mi tutaj na myśl inna książka o przyjęciach, z dawnych lat 70-tych ubiegłego wieku, którą studiowałam i czytałam – jak to się mówi – wte i wewte. To była książka! Mimo iż niepozorna, wydana na  szarym, brzydkim papierze, o zdjęciach nikomu się nawet nie śniło, a autorka czasami bywała zarozumiale apodyktyczna, to jednak była to POZYCJA. Mówię tu o książce Marii Iwaszkiewicz „Gawędy o przyjęciach”.

Książka pp. Kręglickich miała szansę stać się taką. Ale wydana jakby w pośpiechu, na kolanie, taką się nie stała.

Kuchnia w Paryżu i Jerozolimie

Dwie książki, a raczej księgi, czekają na mojej półce do czytania.

„Jerozolima” – autorzy: Yotam Ottolenghi oraz Sami Tamimi

jerozolima

Książka doskonale znana i ceniona przez kulinarne środowisko, ale dotychczas była jedynie w języku angielskim. Jest już po polsku! Piękna! Nie mogę się już doczekać, kiedy wreszcie uspokoi się zawierucha wokół mnie, sprawy jako tako się wyprostują i będę mogła zanurzyć się w świat świętego miasta, które poznałam przed laty, i które pozostało mi w pamięci na zawsze.

 David Lebovitz: „Moja kuchnia w Paryżu”

lebovitz

Czy Amerykanin w swoich przepisach odda istotę kuchni francuskiej? Czy też to będą raczej jego wariacje na temat kuchni francuskiej. Ale, z tego co widziałam, to są tam też opowieści o klimacie Paryża, urokliwe spacery… z przyjemnością skonfrontuję jego notatki z moimi wspomnieniami. A autora znam już nieco z jego bloga.

Zapraszam do czytania!

Z białym makiem, marcińskie…

… i domowe, świeżutkie, prawie ciepłe.

Tradycyjnie, na św. Marcina. Mimo, że to Galicja, a nie Wielkopolska, tradycja ta nam się podoba!

Zapraszam na rogale:)

rogale marcińskie

Już od kilku lat (chyba sześciu) robię te rogale by uczcić dzień św. Marcina i Dzień Niepodległości; przepis powstawał na forum kulinarnym www.mniammniam.com (w czym również i ja miałam swój udział), porównywany był z kupionymi w Poznaniu rogalami i uznany został za znakomity:)

Trochę on u mnie z roku na rok ewoluował, zwłaszcza jeśli chodzi o ilość nadzienia i drobiazgi w wykonawstwie. Nadszedł czas na podsumowanie swoich doświadczeń i napisanie przepisu na nowo – różnice w stosunku do początkowego przepisu są niewielkie, ale właśnie dokładnie tak teraz robię te rogale:

ROGALE ŚW. MARCINA – MOJE

Ciasto:

1 szklanka ciepłego mleka

4 dag świeżych drożdży

1 jajko

1łyżeczka ekstraktu z wanilii

3 i 1/2 szklanki mąki

3 łyżki cukru

szczypta soli

225g masła

Do miski wsypać łyżkę mąki i łyżeczkę cukru, wkruszyć drożdże, zalać szklanką ciepłego mleka. Zostawić na kilka minut aby drożdże urosły. Dodać jajko i wanilię i lekko wszystko wymieszać.

Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać 2 łyżki masła, rozcierając je palcami razem z mąką.

Dodać rozczyn mieszając łyżką, lekko i krótko ciasto wyrobić (najlepiej robotem, końcówką do wyrabiania ciasta). Uformować ciasto w prostokąt, przykryć folią i schłodzić w lodówce około 1 godziny.

Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x15cm, tak aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Zimne masło zetrzeć na grubej tarce, rozkładając je równomiernie na cieście (zostawić ½ cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak aby przykryła to złożenie (tak jak składamy kartkę papieru). Obrócić ciasto o 90 stopni, po czym rozwałkować je i znów złożyć na trzy. Schłodzić przez 45 minut. Powtórzyć proces wałkowania i składania ciasta 3 razy, chłodząc ciasto miedzy wałkowaniami przez 30 minut. Po zakończeniu procesu wałkowania ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.

Przygotować nadzienie:

30 dag białego maku

10 dag marcepanu (pasty migdałowej)

2 żółtka

1 szklanka cukru pudru

5 dag orzechów włoskich

5 dag migdałów

1 łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej

2-3 łyżki gęstej śmietany

3 podłużne biszkopty, pokruszone na okruszki

2 łyżki likieru pomarańczowego

Do posmarowania:

1 rozbełtane jajko

Lukier:

Ok. 2 szklanek cukru pudru

1 białko

Kandyzowana skórka pomarańczowa do posypania

 Mak sparzyć gorącą wodą (w ilości takiej, by mak przykryty był całkowicie), wymieszać, po 15 minutach odcedzić i dobrze odsączyć. Zmielić trzykrotnie w maszynce mak. Zmielić orzechy i migdały w maszynce do mielenia orzechów. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem w mikserze, dodać masę marcepanową, rozetrzeć, dodać zmielony mak, orzechy, migdały, okruszki biszkoptowe, skórkę pomarańczową, likier, wymieszać. Dodać śmietanę – ale tylko tyle by uzyskać dość zwartą ale plastyczną masę. Masa nie może być zbyt płynna, ani za twarda i właśnie świetnie reguluje się jej konsystencję dodając śmietanę stopniowo.

Wywałkować ciasto na prostokąt o wymiarach mniej więcej 65x34cm i przeciąć wzdłuż długiego boku na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 12 trójkątów.

Rozsmarować nadzienie zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta – zwijać w rogaliki zaczynając od najszerszego boku. Ułożyć na wyłożonej pergaminem blasze, przykryć i zostawić do wyrośnięcia aż podwoją objętość, około 1 1/2 godziny.

Rozgrzać piekarnik do 180ºC, wyrośnięte rogale posmarować rozbełtanym jajkiem i piec około 20 minut aż się ładnie zezłocą.

Utrzeć lukier z białka i cukru pudru. Wyjąć rogale na drucianą siateczkę i jeszcze ciepłe posmarować lukrem. Posypać skórką pomarańczową.