Nie jest łatwo wyluzować gęś….

Święty Marcin zbliża się wielkimi krokami, a tuż za nim drepcze dorodna, tłusta gęś.

U mnie – jest to 5 kg wypatroszonego, zamrożonego wielkiego ptaszyska.

Jako że mam już doświadczenie w luzowaniu kurczaków, postanowiłam gęś także wyluzować, nadziać farszem i upiec.

Oj, nie było łatwo!

Największe problemy miałam z wyłamywaniem stawów, zwłaszcza przy skrzydłach.

Potem okazało się, że moja żeliwna gęsiarka jest nieco mała i ptak został w nią właściwie upchany; ale to raczej na dobre mu wyszło, bo zachował dobry, zwarty kształt w pieczeniu. Z gęsi wytapiało się morze tłuszczu, który kipiał i trzeba było ciągle go odlewać – łyżka po łyżce, którą ledwo wcisnęłam między ptaka a gęsiarkę.

Po trzech godzinach: ufffff! Gotowe.

Ale zanim zaprezentuję moją gąskę, może coś łatwiejszego: duszone żołądki gęsie

żołądki gęsie

Są super smakowo; o wiele lepsze od kurzych czy indyczych. Nie często można je kupić, ale teraz jest sezon na gęsinę i w sklepach z drobiem bywają.

Pół kilograma żołądków gęsich

Duża cebula

Kilka suszonych grzybków

olej

sól, pieprz, majeranek, suszony czosnek niedźwiedzi, papryka

natka zielonej pietruszki

garść liści szpinaku

Robiłam prościutko:

Cebulę posiekałam w piórka, wrzuciłam na rozgrzany olej (2-3 łyżki), dodałam pokrojone w plastry żołądki (obrane z grubej białej błony), podsmażyłam, po czym podlałam wodą, lekko wstępnie przyprawiłam. Wrzuciłam grzybki do smaku.  Dusiłam do miękkości, w miarę potrzeby uzupełniając wodę. Kiedy już całość była miękka, zredukowałam powstały sos i doprawiłam. Dodałam posiekaną natkę pietruszki. Podałam z podsmażonymi liśćmi szpinaku.


Brązowa pieczarka i seler? O, tak!

Jest niedzielne przedpołudnie, zimno, mgliście, sennie.

Przygotowuję obiad; sama klasyka, brak sił i ochoty na innowacje. Panierowany kotlet z indyka, ziemniaki. Przydałaby się jakaś jarzyna. Rzut oka do lodówki nie przynosi dobrych wieści. Włoszczyzna, słodka cebula, JEDEN pomidor, pudełeczko brązowych pieczarek, dwie gałązki rukoli z zaprzyjaźnionego ogródka. Uuuu! Jednak trzeba będzie coś poeksperymentować.

A jakby tak poddusić na oleju i maśle posiekane pieczarki z cebulą i dodać do tego kawałek selera straty na grubej tarce i posiekaną rukolę?

O.k. idziemy tym tropem.

Oto efekt:

pieczarki z selerem

Zaskakująco smaczny! Seler nadał charakterystycznego, orzechowego posmaku; podobny ton smakowy ma przecież także rukola, ale nadała także daniu ostrej nuty, a łagodna cebula nie zdominowała całości.

Bardzo polecam!

Peerelka – czyli przygoda z kuchnią regionalną

Jakoś tak, nie wiedzieć kiedy, sprecyzowały mi się kulinarne zainteresowania. Okazuje się, że bardzo interesuje mnie autentyczna kuchnia regionalna, zwłaszcza z mojego regionu, a więc małopolska. No, może także świętokrzyska, jako że stamtąd są nasze rodzinne korzenie. Ale dziś będzie o kuchni małopolskiej.

Niedawno na Małopolską Listę Produktów Tradycyjnych wpisano potrawę z podtarnowskiej miejscowości Wola Rzędzińska o nazwie” „Wolańska kura nadziewana – peerelka”. O historii potrawy, że pochodzi z lat 80-tych dwudziestego wieku, że powstała w czasach PRL-u, kiedy żywność była na kartki, a jednak gości trzeba było czymś godnie nakarmić – znalazłam szybko w necie. Ale przepis! Chodziło mi o przepis! Zapytane młode dziewczę, mieszkające właśnie w tej miejscowości, otworzyło tylko szeroko oczy. Miałam jeszcze w odwodzie stamtąd pana – smakosza, który specjał ów znał, bardzo lubił, przepis obiecał. Ale – jak to z panami – zadawalał się raczej jedzeniem kury niż jej przyrządzaniem i trochę trwało, zanim wydostał przepis z wolańskiego koła gospodyń wiejskich.

Ale mam! I lojalnie uprzedziłam, że będę się nim dzielić:)

Kurę robiłam już dwa razy, raz wersję klasyczną, raz poszalałam nieco z nadzieniem. Oto kawałek klasyki:

 peerelka kura nadziewana

Przepis wymaga wyluzowania drobiu z kości, co wcale nie jest takie trudne!

A oto autentyczny przepis:

przepis na kurę

Nie, żebym się chwaliła, ale zupa z brokułów wyszła mi pyszna!

Z zupami u mnie to jest tak, że właściwie za każdym razem wychodzi mi inna, mimo, że nazwę nosi taką samą:) Długi czas uważałam to za minus, martwiłam się nawet, że nie stworzyłam kuchni własnej, precyzyjnie rozpoznawalnej.

Ale mi przeszło. Nudne byłoby takie ścisłe trzymanie się receptury, nawet, jeśli ona jest własna. Mam swoją metodę robienia zup, tyle tylko, że składniki i przyprawy się zmieniają, w zależności od tego, to tam mam w koszyku czy lodówce.

Dziś zapraszam na brokułową:

zupa brokułowa

Składniki, które miałam:

Kilka różyczek mrożonego brokuła

1 por

1 marchewka

1 pietruszka

Nieduży kawałek selera bulwiastego

2 ziemniaki

1 cebula

2 łyżki gęstej śmietany 36% (taką akurat miałam)

Koperek

Olej rzepakowy, masło

Sól, pieprz, wędzona papryka, czosnek granulowany, majeranek

Rozgrzałam w garnku olej, dodałam masło, na to wrzuciłam posiekane: cebulę, por i seler, dodałam starte na grubej tarce marchewkę i pietruszkę, przesmażyłam wszystko i zalałam ciepłą, przegotowaną wodą. Kiedy całość zawrzała, lekko osoliłam i dodałam pokrojone w kostkę ziemniaki. Kiedy warzywa były już na wpół miękkie dodałam pokrojonego, zamrożonego brokuła. Doprawiłam przyprawami i gotowałam aż wszystko było miękkie (w tym stadium warzywa w znacznej mierze porozpadały się, więc nie było potrzeby ich miksowania, na co pierwotnie miałam ochotę). Dodałam śmietanę i zostawiłam zupę na jakieś pół godziny. Po tym czasie doprawiłam ją ostatecznie do smaku i posypałam koperkiem.

Połączenie smaku brokuła i pora jest rewelacyjne!



Bardzo już tęskniłam za dobrym twarożkiem

Ostatnio moje kanapki zdominowały wędliny i pieczone mięsa; pyszne, ale wczoraj poczułam, że tęsknię już za serami, a zwłaszcza za twarożkiem. I dzisiaj był

twarożek benedyktyński

Robię go z dodatkiem drobniutko siekanej cebulki, zieleniny i tradycyjnych przypraw: soli, pieprzu, majeranku, czosnku. Dodaje zwykle trochę gęstej śmietany, czasem trochę majonezu. Wszystko zależy od twarogu, jaki się kupi. Właściwie to on decyduje o wszystkim; jak ser nie jest dobry, to dodatki niewiele pomogą. Dzisiaj miałam twarożek benedyktyński – naprawdę pycha! Do tego ciemny benedyktyński chleb pielgrzyma, pieczony na zakwasie, z bakaliami.

A jeśli chodzi o żółty ser, to moim faworytem do kanapek jest ostatnio ser mierzwiony z „Biedronki” – gouda albo edamski, w cieniutkich plasterkach. Właśnie te cieniutkie plasterki tak mnie urzekły. Cały czas się zastanawiam co znaczy „mierzwiony”. Czyżby chodziło o cienkość plasterków? Bo potocznie zmierzwiony oznacza: potargany, rozwichrzony. 🙂 Jakąś instrukcję powinni dołączyć do produktu o takiej nietypowej nazwie.

A o cieniutkich plastrach sera do śniadania marzyłam od wieków! Znaczy się od ładnych kilkunastu lat, kiedy coś takiego dostałam na śniadanie w krakowskim hotelu „Po Kopcem”, z tym, że tam plastry sera, cieniuteńkie jak bibułka, były wielkości talerza 🙂

Mierzwione plastry Biedronki nie są zbyt duże, ale jednak cienkie.





Filet z indyka jak jesienny liść

Kiedy tylko położyłam go na desce i lekko roztłukłam, od razu ułożył się jak jesienny liść, opadły z drzewa.

filet z indyka

Nic specjalnego z nim nie robiłam, tak tylko skojarzył mi się z jesienią i kolorowymi liśćmi.

Natarłam go solą i pieprzem, obtoczyłam w mące, roztrzepanym jajku i bułce tartej, i na patelnię, z rozgrzanym olejem i dodatkiem masła. Bardzo lubimy w domu te indycze kotlety, i za smak i za to, że są takie miękkie.

Do tego każda miała na talerzu (mama i ja) kilka frytek i surówkę z utartych marchwi i kalafiora, z piórkami ze słodkiej cebuli i pokrojonego w ćwiartki pomidora.

Filmowa zupa Sunset Limited

W filmie „Sunset Limited”(z 2011 roku, w reżyserii Tommy Lee Jonesa), Czarny, uratowawszy białego profesora przed samobójczą śmiercią pod kołami pociągu ekspresowego, w trakcie ważkiej rozmowy, częstuje go miską odgrzewanej zupy.

Zupa bardzo posmakowała profesorowi, mimo że jedli ją w dość obskurnym pomieszczeniu, będącym jednocześnie salonem, sypialnią, kuchnią i holem, a zastawa stołowa też nie była zachęcająca.

Profesor rozpoznaje w zupie smak mango, bananów, porównuje ją do chili, usłyszawszy że odgrzewanie poprawia jej smak.

Ponieważ poszukiwania przepisu na taką zupę spaliły na panewce, postanowiłam ją sama stworzyć na nasze spotkanie, wykorzystując te filmowe wskazówki. Z uwagi na słodycz banana i mango, wiadomo było, w jakim kierunku trzeba będzie iść z recepturą.

filmowa zupa



Zrobiłam ją tak:

Na łyżce oliwy zeszkliłam pół słodkiej cebuli, pokrojonej w piórka. Dodałam 2 łyżki masła i wrzuciłam do rondla jednego banana pokrojonego w półplasterki i jedno mango pokrojone w kostkę, jedną marchewkę startą na grubej tarce oraz kawałek selera bulwiastego pokrojonego w kostkę. Wszystko razem chwilę przesmażyłam, po czym zalałam wodą i lekko osoliłam. Dodałam dużego ziemniaka pokrojonego w kostkę oraz jednego batata, też pokrojonego w kostkę. Gotowałam na małym ogniu do miękkości warzyw. Potem zmiksowałam nieco zupę, tak, by zostało sporo całych kawałków warzyw, a jednocześnie by zupa zrobiła się przyjemnie gęsta.

Teraz dodałam ok. 2 łyżek posiekanego w kosteczkę i przesmażonego bekonu (boczek lub baleron też dobrze się tu sprawdzą).

Kiedy zupa nieco odpoczęła i przestygła, przyszedł czas na doprawianie: oprócz soli dodałam przyprawę cajun, młotkowany pieprz z kolendrą, szczyptę cuminu, czosnek granulowany oraz ok. 1 łyżeczki octu balsamicznego. Przyprawiać trzeba na raty, ciągle próbując i bardzo uważając, by nie wsypać przypraw za dużo.

Teraz zostawiamy zupę w spokoju na całą noc.

Na drugi dzień dodałam do całości 2 łyżki gęstej śmietany i już na talerzach nieco ziaren kukurydzy.

Uff, koniec.

Można, a nawet trzeba posypać zupę posiekaną natką pietruszki (lub kolendry), ale ja z wrażenia o tym zapomniałam (czasami mi się to zdarza na przyjęciach)

Wyszło pomarańczowo w kolorycie, słodkawo, ale jednocześnie pikantnie, bardzo rozgrzewająco. Taki fajny, rozwijający się w miarę jedzenia, smak.

To teraz można już wypisać składniki zupy:

Łyżka oliwy, 2 łyżki masła

Pół słodkiej cebuli

1 banan

1 mango

1 mała marchewka

Kawałek selera bulwiastego

1 ziemniak

1 batat

Kawałek bekonu, jakieś 5-10 dag (lub chudego boczku lub baleronu)

2 łyżki gęstej śmietany

Po 1 łyżce na każdy talerz kukurydzy z puszki

Przyprawy: sól, młotkowany pieprz z kolendrą, cajun, cumin, czosnek granulowany, ocet balsamiczny, posiekana natka pietruszki lub kolendry



Nowy York – filmowo i kulinarnie

Zapraszam na film: „Sunset Limited”(z 2011 roku, reż. Tommy Lee Jones), którego akcja dzieje się w Nowym Jorku, i towarzyszącą mu nowojorską kuchnię.

sunset limited

Sunset Limited to nazwa nowojorskiego  pociągu ekspresowego, pod którego koła zamierza rzucić się biały profesor. Ratuje go przed tym desperackim krokiem prosty Murzyn, jak się później dowiadujemy, były więzień. Spotykamy ich w mieszkaniu Czarnego, w slumsowej nowojorskiej kamienicy, gdzie w błyskotliwej, kipiącej od emocji rozmowie, Czarny usiłuje powstrzymać Białego od ponownej próby samobójstwa. Trwa dyskusja na tematy kluczowe: sensu życia, wiary, Boga. Jaki będzie jej wynik?

Trzeba to zobaczyć.

Ale ważne w tym jest przede wszystkim to, czego dowiemy się po drodze. Liczy się droga.

 Układając menu do tego filmowego spotkania, szukałam kulinarnego oblicza Nowego Jorku. Przypomniałam sobie wszystko co wiem na ten temat, przywołałam wszystkie skojarzenia, typu wielkie jabłko, sernik nowojorski, bajgle, hamburgery, hot-dogi, donuty, sławne drinki, puddingi, zupa z małżami clam chowder, zupa vichy z hotelu Ritz-Carlton, itp.

Menu wypisałam na czerwonym jabłku – które jest symbolem N.Y.

menu z jablkiem

Uważa się (wiadomości z wszechwiedzącego netu), że symbol ten stworzył dziennikarz, który usłyszawszy, że dżokeje mówią o torze wyścigowym w Nowym Jorku “big apple”, wykorzystał ten zwrot do nazwy redagowanej przez siebie kolumny w poczytnym dzienniku: “Dookoła Wielkiego Jabłka”.  Nazwa przyjęła się, a niedługo potem termin ten zaczęli stosować na oznaczenie Nowego Jorku muzycy jazzowi, mówiąc: “Wiele jest jabłek na drzewie sukcesu, ale jeśli osiągniesz Nowy Jork, oznacza to, że zdobyłeś Wielkie Jabłko”. Mówi się też, że plan N.Y. wygląda z góry jak wielkie jabłko.

Jabłko stało się symbolem obfitości i dobrobytu; przypomnijmy choćby sukces kalifornijskiej korporacji komputerów osobistych Apple, Mac, iPod i ich logo nadgryzionego jabłka.

 A więc jabłka w wystroju, co w obecnie ma dla nas dodatkowe znaczenie: jemy jabłka protestując przeciw embargu Putina.

jabłka w wystroju

Jako drink, rozpoczynający nasze spotkanie podałam Cosmopolitan (wódka, likier pomarańczowy, sok żurawinowy, sok z limonki i lód), znany powszechnie od czasu filmu „O seksie w wielkim mieście”, w którym czwórka głównych bohaterek zawsze zamawia go, spotykając się w restauracji. Uważa się, że dobrego barmana można poznać po tym, że zna i potrafi sporządzić ten drink.

 cosmopolitan

Zdecydowałam się podać do kawy w trakcie filmu sernik nowojorski, bardzo aksamitny, z serka śmietankowego, pieczony w kąpieli wodnej, z chrupiącym spodem herbatnikowym i śmietanową polewą na wierzchu.

 sernik N.Y.

A teraz kolacja:

Przystawki:

Sałata Cobb – amerkański klasyk, wykreowany w latach dwudziestych XX wieku przez Boba Cobb, menadżera restauracji Hollywood. Jej składniki to: sałata rzymska, sałata lodowa, pierś kurczaka, bekon, jajka na twardo, ser pleśniowy, pomidory, avocado, no i dressing na bazie octu balsamicznego. Zdecydowałam się na tę sałatkę również dlatego, że ma swoje filmowe odniesienia. Otóż w filmie „Julia&Julie”, kiedy Julie spotyka się z przyjaciółkami na lunchu, wszystkie zamawiają sałatkę Cobb, ale każda prosi o wersję bez jakiegoś składnika (bez bekonu, bez jajka, bez kurczaka). To bardzo zabawna scena:)

U mnie starałam się, by było klasycznie:

 salatka cobb

Druga przystawką był bajgel, z plastrem łososia i kremowym serkiem Philadelfia – klasyczna nowojorska kanapka.

 bajgel

Zupa to temat na osobny wpis; postanowiłam stworzyć zupę, wykorzystując fragmenty rozmowy bohaterów filmu, którzy jedzą miskę odgrzewanej zupy. Zapraszam w najbliższym czasie!

A danie główne to mięso od szynki pieczone w coca-coli (swego czasu coca-cola była dla nas symbolem wielkiego amerykańskiego świata!) w towarzystwie frytek i słodkich batatów. Te słodkawe smaki dobrze puentuje rukola z sosem rancherskim.

 szynka w coca-coli

A jako deser podałam pudding jabłkowy z lodami – pyszny, ale zdjęcie słabo mi wyszło.

 



Kulinaria na imprezach plenerowych

Nie przepadam za tym, ale rozumiem, że jak jest jakaś impreza, zwłaszcza na wolnym powietrzu, to człowiek szybko zgłodnieje, coś by przegryzł. Rzadko jednak udawało mi się dopchać do darmowej na ogół degustacji.

Ale w ostatnie, sobotnie popołudnie, w czasie Mościckich Dni Zakładów Azotowych, było inaczej. Wrzuciłeś datek do puszki (na leczenie najmłodszych i rehabilitację) – dostawałeś porcję potrawy. Jak dla mnie – super! W ten sposób wreszcie udało mi się bez problemów coś spróbować: zupę z dyni, pikantną, z dodatkiem podprażonych pestek. A dostawało się ją z rąk uczestników telewizyjnych programów kulinarnych: Top Chef, Masterchef i Hell`s Kitchen.

smak pomocy

smak pomocy w Mościcach

 Nie czekałam na pozostałe dania, ale wiem, że były jeszcze pierożki, gulasz i desery.