Miłość do wikliny

Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale nie umiem przejść obojętnie obok koszyków. Wiklina przyciąga mnie jak magnes. Jakiś nowy wzór, nowy kolor – i już chcę to mieć! Właśnie zaczyna się przedwielkanocny czas koszyków, dobry czas na wiklinowe nowości

Nowe nabytki zyskały również aprobatę kota.

kot i koszyk

Oczarował mnie koszyk w kształcie łódki, patrzcie jaki świetny! Pojawiły się też porcelanowe patery na jajka, też się skusiłam

kosz w kształcie łódki

Tak sobie myślę, że wiklina w moim mieszkaniu zasługiwałaby na osobną sesję zdjęciową. Jest wszędzie: kosze na kosmetyki, podkładki pod filiżanki, kosz na chleb, kosz na ziemniaki, kosze na kwiaty doniczkowe, kosz na pranie, pojemnik na parasole…

Swego czasu (dawno, dawno temu) marzyłam o wiklinowym wózku dla lalek. Pamiętam, leżałyśmy z siostrą chore i tak bardzo chciałyśmy mieć taki właśnie wózek dla naszych lalek. Mama obiecała go kupić. Poszła do miasta i……. i przyniosła dwa misie! Rany, jakie byłyśmy rozczarowane!

Teraz myślę, że pewnie obawiała się naszych kłótni i wydzierania sobie wózka; jeden wózek na dwie, to nie najlepszy pomysł. A na dwa wózki to stać nas nie było….

Zaa`tar i Yotam Ottolenghi w Jerozolimie

Pojawienie się, pod koniec ubiegłego roku polskiego tłumaczenia książki „Yerusalem” Yotama Ottolenghi i Sami Tamimi, było wydarzeniem na rynku książek kulinarnych.

 Podczytywałam sobie tę książkę po troszku (bo świąteczny czas przygotowań i przełom roku nie sprzyjał lekturom); dobrze się czytało, ale dopiero obejrzany kilka dni temu program „Jerozolima – kulinarna podróż z Yotamem Ottolenhgi” w Telewizji Kuchnia Plus, zdopingował mnie do pilniejszej lektury.

zaa`tar

Yotam przypomina i pokazuje klimaty i smaki Jerozolimy – miasta swojej młodości. A ponieważ też tam byłam, dreptałam wąskimi uliczkami starego miasta, chłonęłam egzotykę arabskich i żydowskich dzielnic, wdychałam zapach targów i ulicznego jedzenia – książka ożyła.

Teraz, kiedy czytam przepisy i opowieści o nich, ot, choćby na pszenicę z boćwiną i syropem z owoców granatu, autorstwa pani Anat Teitelbaum, widzę jej ciemne, krótkie włosy, okulary na nosie, jej małą kuchnię, w której krząta się, kroi warzywa tak zwykle, po domowemu, mało profesjonalnie, co sama żartobliwie podkreśla, widzę jak pomaga jej Yotam, przymilając się – i czuję, że chciałabym zaraz, teraz, zrobić tę potrawę.

Wiele potraw, zamieszczonych w książce, można było zobaczyć na filmie.

 

A jak pachnie Jerozolima?

Kiedy poznałam smak i zapach cuminu (kminu rzymskiego), wydawało mi się, że Jerozolima pachnie cuminem. Już kiedyś o tym pisałam (w 2007 roku na blogu):

 

„Kiedy dostałam słoiczek z tą przyprawą, pierwsze wrażenie było takie, że jest ona jakaś dusząca… jakby coś przypalonego… zakurzonego…. Ma ostry smak, bardzo wyraźny, z lekką goryczką. Uzależnia! Najpierw się myśli, że to taki dziwny smak, i chyba nie, nie dla nas…. a potem się tęskni za tym smakiem i ciągle eksperymentuje, do czego by tu jeszcze cuminu sypnąć:)))

Ale to nie było moje pierwsze spotkanie z cuminem. Na pewno już wcześniej zetknęłam się z tym smakiem i zapachem, znam go, ale jakoś nie umiem sobie skojarzyć gdzie i kiedy. Jedno ze skojarzeń, jakie sobie przypomniałam:

Jest późne popołudnie w Jerozolimie, pełne słońca. Wracamy do domu ciasnymi uliczkami i zaułkami dzielnicy arabskiej wokół Bramy Damasceńskiej. Przy ulicznej smażalni spora gromada owiniętych w turbany mężczyzn. Otacza nas zapach przypalonej oliwy i czegoś gorzkiego nieco… tak, to jest ten zapach, to cumin. Przyprawa Bliskiego Wschodu.”

 

A teraz Yotam, który przecież tam się wychował, mówi, że to miasto pachnie zaa`tarem, dziko rosnącą na wzgórzach otaczających miasto,  rośliną. Tak dosłownie o tym pisze:

 

Zaa`tar – „ostry, ciepły, lekko cierpki, pachnie jak kozi obornik, dym z dalekiego pożaru, spieczona słońcem ziemia i – nie bójmy się tego słowa – pot.”

 

Jakie podobne skojarzenia, prawda?

Więc cumin? Czy zaa`tar?

Czy to nie jest dobry powód, by ponownie znaleźć się w murach Yerusalem, i zweryfikować te doznania?

 





Przewrotne brownie z białą czekoladą

Brownie – typowe dla kuchni amerykańskiej ciasto czekoladowe, powinno być ciemnobrązowe (jak sama nazwa wskazuje). Ale tym razem proponuję brownie jasne, robione z dodatkiem białej czekolady (według przepisu p. Nestora Grojewskiego – Polaka-Rzymianina, właściciela rzymskiej restauracji Cru.Dop). Czasami te jasne brownie nazywane bywają blondie:)

Moim gościom ten blondasek smakował bardzo!

brownie z białą czekoladą

300 g białej czekolady

330 g masła

4 jajka

200 g cukru

160 g mąki

100 g orzechów włoskich

1 płaska łyżeczka mielonej ostrej papryki

Połowę czekolady (150 g) rozpuszczamy z masłem, odstawiamy do przestygnięcia.

Orzechy i pozostałą czekoladę (150 g) siekamy na drobne kawałki.

Jajka z cukrem miksujemy aż zbieleją i staną się puszystym koglem-moglem.

Do ubitych jajek dodajemy partiami mąkę, cały czas miksując, ale na wolnych obrotach, dodajemy rozpuszczoną czekoladę z masłem, paprykę, kawałki orzechów i czekolady. Mieszamy.

Masę wlewamy do blachy wyłożonej pergaminem.

Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 170 st. C i pieczemy ok. 25 minut.

Po tym czasie ciasto będzie lekko wilgotne w środku i takie ma być:)

Menu inspirowane kuchnią Nestora Grojewskiego

P. Nestor Grojewski – kucharz, który gotował dla filmowców Hollywood, na planach kręconych filmów, m.in. dla reżysera „Gangów Nowego Jorku” Martina Scorsese, a obecnie szef kuchni własnego lokalu w Rzymie „Cru.dop”. P. Nestor specjalizuje się w rybach i owocach morza (na surowo!), ale ma też i inne propozycje kulinarne.

To był bardzo ciekawy kulinarny eksperyment.

Przygotowując przyjęcie, wykorzystałam znalezione w sieci jego przepisy na brownie z białą czekoladą, tagliatelle z truflami oraz na podstawie wywiadów z nim stworzyłam kanapkę z tatarem.

kanapka tatar

Nie chciałam podawać tatara w sposób klasyczny, kiedy każdy komponuje sobie na talerzu własną wersję, dobierając dodatki, jakie mu pasują – moi goście chyba nie mieliby ochoty na to (przynajmniej nie wszyscy).

Kupiłam 30 dag ligawy wołowej (polędwicy akurat nie udało mi się kupić), zmieliłam ją dwukrotnie z użyciem gęstego sitka, po czym dodałam drobniuteńko posiekaną i sparzoną cebulę, drobniuteńko posiekane korniszony, sól, pieprz, ostrą paprykę, oczywiście żółtko jajka i jeszcze jeden dodatek, o którym mówił p. Nestor. Otóż latem, w ramach akcji „jabłka na złość Putinowi”, przywiózł z Polski do Rzymu dwie skrzynki jabłek i wykorzystał je m.in. do tatara. Tak zrobiłam i ja. Obrane, drobno posiekane ligole okazały się w tatarze przepysznym dodatkiem. Tak przygotowanego tatara położyłam na małych kromkach bagietki wiejskiej (takiej na zakwasie) i ozdobiłam chipsami jabłkowymi (ma je w swojej ofercie Lidl) i korniszonami.

Ponieważ zdecydowałam się na menu degustacyjne, porcje były malutkie i już przy tej przystawce niektórzy goście dopytywali się o repetęJ

Trufli nie udało mi się kupić, choć czasem można je kupić w słoiczkach (jadłam już takie, ale przyleciały one do mnie z USA). Cóż, zrobiłam tagliatelle z pieczarkami z sosem truflowym, z wykorzystaniem oliwy truflowej. Smak był boski.

tagliatelle

Zupa – ziemniaczano-porowa, z podprażonymi płatkami migdałów, kosteczkami podpieczonego boczku i koperkiem.

zupa ziemniaczano-porowa

Danie główne to pulpeciki z mielonego mięsa z mozarellą w środku, w sosie pomidorowym, z dodatkiem brokuła, kalafiora i roszponki.

pulpeciki mafijne

A do kawy – brownie według receptury p. Grojewskiego, z białą czekoladą.

brownie z białą czekoladą

Był to wieczór żegnający okres Bożego Narodzenia i choinki (w tle), a serduszko powtarzało się w dekoracji stołu i podkładkach, na których rysikiem z kredy można napisać dla każdego gościa imię (zdradzę wam, że takie podkładki można zamówić u konsultantki Avonu)

stół na przyjęciu

nakrycie z imieniem

wystrój stołu

Żegnaj, choinko, na rok

Zgodnie z polską tradycją, po 2 lutym rozbiera się choinki. Rozebrałam więc je wczoraj, choć z żalem. Takie były ładne. Jakoś w tym roku choinki fascynowały mnie o wiele bardziej niż zwykle. Zawsze je lubiłam, ale dawno już nie tak intensywnie. Wyszukałam i obejrzałam kilka filmów, w których jest choinka.

No, jest tego mnóstwo, na czele z ciągle obecnym w święta Kevinem – zerkałam z kuchni na ulubione scenki, a co tam, w końcu to ładny film!

Przypadkowo trafiłam na fragment polskiego filmu „Hania”, właśnie na scenę ubierania choinki – koniecznie muszę go obejrzeć! Właśnie dziś się nagrywa (jest w programie Kino Polska).

Obejrzałam sobie ponownie choinki w „To właśnie miłość” (pan premier miał bardzo elegancką choinkę!) i „Listy do M.” – pamiętacie, jak od awantury o choinkę zmieniło się życie rodziny …? Albo te dwie dwie, stojące obok siebie choinki: białą i czarną?

choinki w filmie

A pamiętacie choinki z filmu „Święta Last Minute”? – dzieci sąsiadów państwa Krank ozdobiły choinkę misiami w czapeczkach.

choinki w filmie

A mignęła mi tam też choinka ozdobiona amerykańskimi flagami. Za wodą zupełnie inne są kanony piękna bożonarodzeniowego drzewka.

To powiem wam jeszcze, że manią filmów z choinkami zaraziłam otoczenie. I właśnie w weekend oglądaliśmy kupioną specjalnie w tym celu „Szklaną pułapkę” i „Szklaną pułapkę 2”. Nadrabiam przy okazji braki, bo w ogóle tych filmów nie oglądałam, a przecież takie są sławne. A obydwa dzieją się właśnie w Wigilię, i przystrojonych choinek tam nie brakuje, aczkolwiek są tylko tłem, i to nie najważniejszym, bohaterskich wyczynów amerykańskiego policjanta. Swoją drogą myślałam, że „Szklana pułapka” to film z gatunku tych bardziej …. intelektualnych. Ale ogląda się dobrze.

Kulinarne polonica

Pamiętacie serię książek o przygodach Tomka Wilmowskiego? W krainie kangurów, na tropach yeti, na wojennej ścieżce…. Tomek jadąc na kolejną wyprawę, wyszukiwał zawsze ślady polskie w krajach, które miał odwiedzić.

Przypomniało mi się to, kiedy szukałam pomysłu na temat przewodni przygotowywanego filmowego party i wpisałam w google hasło: kuchnia w Hollywood. Wyskoczyło mi nazwisko Polaka, Nestora Grojewskiego, który gotował dla Martina Scorsese na planie filmu „Gangi Nowego Jorku”, dla aktorów Matt Daymon i Jud Law na planie filmu „Utalentowany pan Ripley”, dla reżysera Michaela Hoffmana na planie filmu „Sen nocy letniej”. Fascynujące, prawda?

Od 2008 roku p. Nestor prowadzi w Rzymie wine bar o nazwie „Cru.Dop”, specjalizujący się w daniach z ryb i owoców morza i lubi opowiadać klientom o tworzonych przez siebie, autorskich daniach.

Nooo, to był świetny trop! Postanowiłam stworzyć menu inspirowane kuchnią p. Grojewskiego.

menu inspirowane kuchnia p. Grojewskiego

Nie podałam na swoim przyjęciu ryb, bo żaden z uczestników nie jest ich smakoszem, ale wyszukałam dostępne przepisy p. Nestora, a niektóre dania stworzyłam sama, wykorzystując jego opis dań, które podawał w wywiadach.

Myślę, że to dobry pomysł, wyszukiwać, wzorem Tomka Wilmowskiego, polskie tropy kulinarne w świecie.

Jaka to melodia – DZIŚ kulinarnie

Szykuje nam się dziś (tj. w niedzielę, 25 stycznia 2015 w TVP1 o godz. 18.30) miły, okołokulinarny program: teleturniej „Jaka to melodia” będzie poświęcony kuchni, gościem będzie W.M. Amaro, a Golcowie śpiewać będą: „gdy widzę słodycze to kwiczę”:)

jaka to melodia

Zaczęłam się zastanawiać, jakie ja znam piosenki kulinarne?

Pierwsze, co mi przyszło do głowy to „Addio pomidory”! Jeszcze „Rudy rydz”, na którego ma się chrapkę, „Jabłuszko” pełne snu, „Szła dzieweczka do laseczka” – tu jest o chlebie z masłem! Kiedy byłam nastolatką popularna była piosenka, taka trochę w stylu disco-polo „A ja nie chcę czekolady, chcę by miłość dał mi ktoś”. Jeszcze W. Młynarski śpiewał o kartoflance, o ile dobrze pamiętam to z rybą.

O, jeszcze Trubadurzy śpiewali „Przyjedź mamo na przysięgę” i tam było: „kucharz daje wciąż to samo, ale tremę ma przed mamą, więc po zupie chciałby upiec nawet schab!”

I chyba mi się już pomysły kończą.

No, chyba żeby jeszcze: „Wszystkie rybki śpią w jeziorze, tiulala, tiulala, la” – rybka nadaje się do jedzenia, co nie?!!!!

Ruskie z góralską nutą

Od dawna już pierogi ruskie robię w wersji bardziej ostrej, bardziej zdecydowanej smakowo, co uzyskuję używając, oprócz białego sera, również bryndzy góralskiej. Zapraszam, są świetne!

ruskie z góralską nutą

Na farsz: 4 ziemniaki, 10 dag twarogu półtłustego, 10 dag bryndzy, cebula, sól, pieprz, majeranek

Ziemniaki ugotować, kiedy przestygną zemleć w maszynce wraz z serem i bryndzą.

Cebulę drobno posiekać, podsmażyć na maśle.

Wymieszać wszystko dobrze, dodając przyprawy.

 

Na ciasto: pół kilograma mąki, 1 jajko, 5-6 łyżek oleju, sól

Mąkę wsypać do miski, dodać sporą szczyptę soli  i zalać szklanką wrzątku. Wymieszać i zostawić by przestygła.

Potem do mąki dodać jajko, olej i wyrobić ciasto, w miarę potrzeby dolewając wody.

Zostawić ciasto na jakieś 20 minut, by odpoczęło.

Podzielić na pół, z każdego kawałka utoczyć wałek, który kroić w poprzek na równe kawałki. Każdy kawałek rozwałkować na okrągło.

 

U nas w domu zawsze formowało się pierogi właśnie w ten sposób; nie rozwałkowywało się ciasta i nie wycinało gotowych krążków. To prawda, że pierożki nie są idealnie równe, ale cały ich urok domowości w tym się kryje. I nie ma problemu z okrawkami ciasta. Dla mnie ta metoda jest wygodniejsza. Ale to –  rzecz jasna – dość subiektywne zdanie:)

 

Na każdy krążek nakładać farsz, zlepić pierożki.

Wrzucać partiami na osolony wrzątek i gotować  2-3 minuty od wypłynięcia na powierzchnię.

Najlepsze są odsmażane.

 





Kuchnia w „Licencji na wychowanie”

Od razu mówię, że ja to oglądam jako powtórkę w TVP Seriale. Nic nowego, ale ja dopiero teraz na ten serial trafiłam. I uważam, że to jeden z lepszych polskich seriali, o życiu codziennym dwóch rodzin, wychowujących dzieci, zderzających się z codziennością i w różny sposób sobie z nią radzących.

I proszę: akurat trafił się odcinek o perypetiach Barańskich w kuchni (tak na marginesie, to ta kuchnia mi się bardzo podoba).

licencja na wychowanie



Niepracująca zawodowo pani domu wyrywa się z domu na cały wieczór (i pół nocy – jak się potem okaże) i mąż z czwórka dzieci muszą radzić sobie sami. Trudności zaczynają się mnożyć jak króliki: nikt nie umie włączyć zmywarki, nie wiadomo gdzie w domu jest termometr, a gdy się już znajdzie, to nie wiadomo, jak go włączyć (jest elektroniczny), i pytanie: co by tu zrobić na kolację? Pada propozycja: naleśniki. To przecież proste.

Czy rzeczywiście? Jak się to robi? Ile czego potrzeba? Może znaleźć przepis w książce kucharskiej? Ale gdzie w domu jest książka kucharska? Co zrobić żeby nie było grudek w cieście? Dlaczego z robota wypadają trzepaczki?

W końcu jednak naleśniki pojawiają się na stole: są sztywne i twarde jak maca, trochę przypalone.

„Zrobienie naleśników nie jest takie proste” – stwierdzają wszyscy.

A kiedy wraca wreszcie pani domu, mąż, opowiadając o przeżytych perypetiach, stwierdza:

„W tych programach kulinarnych, kiedy pokazują takie podrzucanie naleśników na patelni, to musi być jakiś efekt specjalny. Przecież tego … NIE DA się zrobić!