Amerykański kanapkowy raj

Jednym z zadań ostatniego odcinka Top Chefa było odtworzenie sławnych amerykańskich kanapek. Jak dla mnie przeciekawe zadanie!

kanapki w top chef

Bo właśnie jest kilka powodów, dla których chciałabym pojechać do Ameryki (znaczy się, do USA). Jednym z nich są kanapki!

Mówi się, że raj dla kanapkożerców zlokalizowany jest właśnie w USA. Dopracowane, standardowe rodzaje, o określonych nazwach, pysznie zbalansowanych smakach, olbrzymie różnorodności – poezja!

Uwielbiam złożone kompozycje smakowe, zwłaszcza na śniadanie. Jak kanapka – to ma być na niej/w niej kolorowo i różnorodnie.

A niestety, propozycje kanapkowe, które oferują polskie piekarnie i sklepiki są raczej ubogie: zwykle podstarzała nieco buła, plasterek wędliny, jakiś listek sałaty. Wszystkiego mało. A gdzie różne dodatki, warzywa, sosy? Chyba tylko sieciówki (typu McDonald) mają bogatszą, bardziej różnorodną ofertę.

A jury dzisiejszego odcinka – o długoletnim stażu smakowania kanapek w USA – opowiada o pysznych, bogatych propozycjach; na przykład: jak w kanapce ma być pieczony rostbef, to naprawdę jest i jest go ilość niemal nie do przejedzenia.

Czytałam mnóstwo relacji „kanapkowych” – wszyscy amerykańskimi kanapkami się zachwycają i nie mówią, że to fast food, tylko zajadają.

Coś w tym musi być. Chciałabym tego kiedyś spróbować.

A w programie wystąpiły następujące kanapki:

– nowojorski bajgiel z łososiem

– reuben sadwich z rostbefem

– PB&J – ulubiona kanapka Elvisa Prestleya – z bananem i masłem orzechowym

– Po`Boy – kanapka z Luizjany z krewetkami (najczęściej, bo są tez wersje z mięsem)

 

Najgorzej wypadł nowojorski bajgiel, bo przygotowujący go kucharz z Krakowa, nie wyjął ości z ryby (a były to ości długości niemal zapałki!). Kucharz trafił do dogrywki, ale i tam nie obronił się i musiał opuścić program. Przyznam, że miałam na niego oko, z uwagi na to, że był z Krakowa, i nawet przymierzałam się, aby odwiedzić jego restaurację w Krakowie na Zabłociu, ale po tym odcinku programu straciłam ochotę. Kucharz nie przyznał się, że to on był odpowiedzialny za przygotowanie ryby do kanapki (uczestnicy w tym zadaniu pracowali w parach), wyrzucał żywność do kosza (!), był arogancki.





Kuchnia filmowa w Top Chef

Co nowego w Top Chef?

Ostatnio z wielkim zaciekawieniem oglądałam konkurencję zatytułowaną „kuchnia filmowa”, tak bliską moim osobistym zainteresowaniom i cyklicznym kolacjom towarzyszącym spotkaniom, w czasie których wraz z gronem moich bliskich znajomych oglądamy filmy.

W programie Top Chef zaproszeni goście-jurorzy wybrali charakterystyczne dania z filmów fabularnych, które mieli odtworzyć uczestnicy podzieleni na 4 grupy (z tym, że była to jednak konkurencja indywidualna, a grupę łączył jedynie temat filmowy).

kuchnia filmowa w top chef

(zdjęcie z sieci)

I tak:

Aktorka Sonia Bohosiewicz zaproponowała spaghetti z klopsikami z filmu „Zakochany kundel”

Artystka kabaretowa Katarzyna Pakosińska wybrała krem sułtański z filmu „Dziewczyny do wzięcia”

Aktor Piotr Gąsowski życzył sobie gnocchi z filmu „Ojciec chrzestny”

Jeden z jurorów Top Chefa, Grzegorz Łapanowski zaproponował hamburgery z filmu „Pulp fiction”

 

Ciekawe, że najwięcej problemów mieli uczestnicy z hamburgerami, które, co by tu nie mówić, są dość proste w przygotowaniu.

Co do spaghetti, to uważano, że tylko własnoręcznie zrobiony makaron jest godny podania (z czym bym polemizowała!); jeden z uczestników, który chciał wykorzystać gotowy makaron, stchórzył i w efekcie w ogóle nie zdążył zrobić makaronu; podał paseczki warzyw a`la makaron.

Jeśli chodzi o gnocchi, to oczywiste, że zwyciężył Włoch, Ivo Violante – w jego kraju to klasyka.

A krem sułtański? Hmmm… młodzież nie pamięta już tego kultowego deseru PRL-u, tych pucharków z bitą śmietaną, owocami i koniecznie rurką waflową, stojących za ladą chłodniczą w każdej cukierni i kawiarni. Ach, chyba muszę sobie przypomnieć ten deser!

 

A dobór filmów?

Pamiętam w miarę dokładnie „Zakochanego kundla” i scenę, kiedy pieski jedzą jedną długą makaronową nitkę, w efekcie czego na końcu spotykają się ich pyszczki, i jedzenie zamienia się w czuły pocałunek.

Zupełnie nie pamiętam sceny robienia gnocchi  z „Ojca chrzestnego”; już nawet pożyczyłam sobie od Zet. film, żeby ją znaleźć.

A pozostałych dwóch filmów po prostu nie znam. Wiem, wiem, że „Pulp fiction” Tarantino to klasyk, ale jest to film gangsterski, i raczej niekoniecznie chcę go poznać.

A  „Dziewczyny do wzięcia” – to – jak wyszukałam – film Janusza Kondratiuka z 1972 roku, ukazujący jeden dzień z życia dziewcząt, które w celu odnalezienia odskoczni od wiejskiej monotonii jadą do Warszawy, licząc że uda im się odmienić swoje życie. I to jest film, który, myślę, warto by obejrzeć.

 

Ciekawe, co będzie dziś, w kolejnym odcinku, i czy wreszcie wybiorę osobę, której kibicuję?





Kot w muzeum

Pojechałam do Krakowa obejrzeć eksponowany
tylko do 22 marca br obraz El Greca „Ekstaza św. Franciszka”. Piękny,
ale nie o tym chcę pisać.

Zwiedzając oddział Muzeum Narodowego
„Europeum, odkryłam w kącie, tuż koło windy przepiękny obraz, zwłaszcza
dla miłośników kotów. Popatrzcie:

walka kota z kogutem

A opis w katalogu jest taki:

Obraz nabyty w Rzymie przez biskupa H.Stroynowskiego znajdował się w jego zbiorach w Horchorowie, a następnie u jego bratanicy w Dzikowie, w rodzinie Tarnowskich. Jacobs działał w Wenecji i w Amsterdamie. Najchętniej używał włoskiej formy swego imienia Jacomo. Jeden z
najlepszych w zbiorach polskich przykładów holenderskiego malarstwa animalistycznego. Pełen realizmu opis zwierząt łączy się w tym przedstawieniu ze świetną obserwacją psychologiczną ich stanów emocjonalnych. Jak większość animalistycznych obrazów tego czasu jest to też swoistą parabolą ludzkich emocji, na podobieństwo popularnych w epoce baroku bajek (np. La Fontaine’a), analizujących pod postacią zwierząt ludzkie zachowania, a przede wszystkim
ludzkie wady i przywary.

Obraz został zakupiony przez Muzeum przy
dofinansowaniu Ministerstwa, w 2012 roku (za 5 obrazów zapłacono prawie 600 tys zł).

Dziś wraca Top Chef

Dziś (4 III) w telewizji Polsat, o 20.40 nowy sezon rywalizacji kucharzy – Top Chef.

top chef

zdjęcie z sieci

Moim zdaniem, to najlepszy obecnie z polskich programów kulinarnych. Ciekawy, twórczy, prezentujący najnowsze trendy zarówno jeśli chodzi o techniki kulinarne, jak i sposób podania dań.

Ciekawa jestem bardzo uczestników; szukałam w necie jakiejś listy, ale wygląda na to, że to, póki co, wielka tajemnica. Do wieczora.

Mam nadzieję, że walka będzie szlachetna i już nie mogę się doczekać, komu będę kibicowała.

No i czekam niecierpliwie na nowe koszule i muszki jurora, p. Macieja!



Sałatka ziemniaczana z plebanii ojca Mateusza

W książce sałatka ta nazwana jest „na raty” – bo ostateczny przepis powstawał sukcesywnie, przy kolejnych jej realizacjach, kiedy kolejne dodatki, oprócz Natalii, zaproponowali Michał i Babcia.

Bardzo polecam tę sałatkę

 sałatka Natalii Borowik

4 ziemniaki ugotowane w mundurkach

1 cebula

2 ogórki kiszone

5 dag sera bałkańskiego (typu feta, ja swój kupiłam w Lidlu)

Sól, pieprz

Majonez, łyżeczka chrzanu utartego (ja wzięłam taki ze słoiczka – Polonaise)

 

Ziemniaki obieramy ze skórki i kroimy w kostkę.

Podobnie w kosteczkę kroimy ogórki kiszone i ser bałkański.

Cebulę pokroiłam w cieniutkie półplasterki, które ładnie się rozdzielą na cienkie włosy (w tej formie najbardziej lubię cebulę w sałatkach).

Mieszamy wszystkie składniki, doprawiamy solą, pieprzem i majonezem wymieszanym z chrzanem.



Przysmaki ojca Mateusza

Pierwsza moja myśl, kiedy usłyszałam o tej książce to było:

Ależ bzdura! Przecież Natalia (gospodyni księdza) nie umie gotować! Wiele razy jej kompetencje w tym zakresie były na filmie wykpiwane!

Ale zwrócono mi uwagę, że film ewoluował, w kolejnych sezonach Natalia szkoliła się, studiowała kulinarne poradniki, i nawet zaczęła prowadzić w lokalnej prasie kącik kulinarny.

No, dobrze. O.k. Ciekawe, jaka będzie ta książka.

książka o Mateusza

Z notatek prasowych dowiedziałam się, że będą tam stare przepisy regionalne, świętokrzyskie. Ten region to kolebka mojej rodziny, więc książka zaczęła mnie interesować.

Dostałam ją pod choinkę:)

Właśnie przyszedł czas na jej lekturę, i powiem wam, że jest to książka przedziwna!

Utrzymana w formie gawędy Natalii, która opowiada o przygodach na plebanii, wspomina swoje dzieciństwo, mówi o upodobaniach kulinarnych ks. Mateusza, ks. Biskupa, itp. – a przecież wiemy, że są to postaci fikcyjne, literackie tylko. Wykorzystano tu mechanizm, który często występuje w społeczeństwie: tak, jak były przypadki, że ludzie zgłaszali się do fikcyjnego przecież szpitala w Leśnej Podkowie z serialu „Na dobre i na złe” (tak bardzo chcieli się tam leczyć, bo wzbudzał ich zaufanie), tak teraz założono, że ludzie uwierzą w smakowitość dań przygotowywanych przez Natalię. Super. Tylko kto stoi za tymi przepisami? Przecież nie Kinga Preiss, grająca rolę Natalii.

Szukam autorów; ok. coś jest: w notce na ostatniej stronie książki jest adnotacja: przepisy kulinarne zebrali: Michał Szczęsny, Alicja Stępień – Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Koprzywnicy, Stowarzyszenie „Sandomierski Szlak Jabłkowy”.

Sprawdzamy: tak, Koprzywnica to miasto w woj. świętokrzyskim, w powiecie sandomierskim, więc przepisy stamtąd mogły być inspiracją dla filmowej pani Natalii. Pieczeń koprzywnicka, fasolka po korczyńsku, pasztet kurozwęcki, świętokrzyski barszcz wigilijny, zalewajka świętokrzyska, maścibrzuch, parzybroda świętokrzyska – to ciekawe propozycje; na pewno większość z nich wypróbuję.

Ale jest w książce sporo przepisów innych, współczesnych, inspirowanych głównie kuchnią włoską – taka tam kuchnia fusion – trudno powiedzieć, czyjego autorstwa i czy trafiona smakowo. Wiadomo, że z przepisami i smakami jest różnie; jednemu odpowiadają, drugiemu nie. Ale wolałabym wiedzieć, komu zawdzięczam ewentualny sukces, czy klęskę przygotowanego według książki dania.

 Zwłaszcza, że zdjęcia potraw są z bazy zdjęć kulinarnych, to nie są zdjęcia tych, konkretnych potraw, opisywanych w książce. To – jak dla mnie duży minus.

Wydawnictwo książki – „Zwierciadło” – miało fajny pomysł, ale można było bardziej przyłożyć się do niego, aby powstała książka promująca faktyczną kuchnię sandomierską (czy szerzej świętokrzyską); myślę, że lokalne koła gospodyń wiejskich byłyby zachwycone, gdyby mogły przygotować swoje popisowe dania, a ich sfotografowanie nie jest znów takim dziełem nie wiadomo jak skomplikowanym, ile to blogerów by sobie z tym śpiewająco poradziło.

A ja – nie miałabym wątpliwości, czy na przykład parzybroda (o której wczoraj pisałam) jest zupą czy daniem głównym.

A gawędy są fajne, miłe, ciepłe, takie jak i fabuła filmu o przygodach ojca Mateusza.

W sumie cieszę się, że mam tę książkę.

 



Czym jest parzybroda?

Czy parzybroda jest:

a)      Gęstą zupą?

b)      Czymś w rodzaju puree?

c)       Jeszcze czymś innym? Tylko czym?

Mówimy tu o parzybrodzie świętokrzyskiej (bo są i parzybrody śląskie i wielkopolskie, trochę inaczej przygotowywane), i to tej zamieszczonej w książce „Przysmaki Ojca Mateusza. Domowa kuchnia Natalii”.

parzybroda

O książce jeszcze napiszę, a na razie przyjrzyjmy się parzybrodzie, którą przygotowałam, wykorzystując przepis Natalii, który brzmi tak:

1 świeża kapusta

2 kg ziemniaków

20 dag słoniny

1 szklanka kwaśnej śmietany

½ szklanki octu

Sól, pieprz do smaku

Kapustę szatkujemy i gotujemy.

Ziemniaki gotujemy i rozgniatamy, wszystko mieszamy, dodajemy skwarki z wytopionej słoniny, śmietanę, ocet, doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Możemy podawać na gorąco i na zimno.

Niby proste, prawda?

Tylko z tymi dawnymi przepisami ludowymi, regionalnymi jest taki problem, że zbyt dokładne to one nie są. A w dodatku jak się nie wie jak potrawa wygląda i czym jest (zupą czy drugim daniem) – to rodzi się problem, bo nie wiadomo w pewnym momencie co robić dalej. Zredukować zupełnie wodę, w której gotowała się kapusta, czy też może zostawić ją jako zupę? A śmietana? Przecież jednak jej dodatek (i jeszcze ocet) wpłyną na rozrzedzenie konsystencji potrawy.

Ja w końcu zdecydowałam się, by danie było czymś w rodzaju puree. Oczywiście zmniejszyłam ilości składników, i zamiast słoniny (której nie miałam) użyłam boczku, i dodałam jeszcze kminku, bo zawsze go dodaję do kapusty. Z octem też byłam ostrożna.

Ale potrawa smakowo jest super!

Myślę tylko, że trzeba by przemyśleć sposób jej podania, żeby była atrakcyjna.

Znalazłam jeszcze przepis na parzybrodę wpisany przez Koło Gospodyń Wiejskich w Mirocicach, przygotowany na ogłoszony przez wojewodę konkurs kulinarny „Świętokrzyska potrawa świąteczna” (też niezbyt dokładny):

Składniki:
– 1/2 kg kapusty kiszonej,
– 1/2 kg kapusty świeżej,
– 1/2 kg wędzonej słoniny lub żeberek,
– 4 ziemniaki,
– przyprawy.
Sposób przyrządzenia:
Obydwie kapusty ugotować osobno, po ugotowaniu połączyć je z obsmażoną słoniną lub żeberkami. Zagęszczamy to ugotowanymi ziemniakami, doprawiając do smaku solą, pieprzem oraz dowolnymi przyprawami.

Typowo kuchenna

Ciągle nie jestem pewna, czy podobają mi się firanki i zasłonki typowo kuchenne, takie z wzorami i motywami kuchennymi: w owoce, warzywa, sprzęty kuchenne. Kuszą mnie co jakiś czas.

Zawsze jednak uważałam, że w kuchniach, zwłaszcza małych, pełnych przedmiotów, kolorów i faktur, zasłony i firanki powinny być raczej gładkie, bez wzorów, by nie tworzyć, czy wręcz nie pogłębiać, chaosu.

Ale kiedy zobaczyłam zasłonkę z motywami kawowymi, skusiłam się.

Zwłaszcza, że szukałam akurat czegoś lekkiego, jasnego, wiosennego. Myślałam o różyczkach, ale takich w kolorze sepii, może o jakichś groszkach, ale kawa – młynki, ekspresy, ziarna – to też miły sercu motyw.

zasłonka kawowa

zasłonka kawowa

 I o dziwo, efekt okazał się wcale, wcale. 

Uczta św. Macieja

Do dziś nie słyszałam o takiej uczcie.

A chyba powinnam, bo uczta św. Macieja (Matthiae-Mahl) wydawana jest rokrocznie, od 1356 roku, przez władze hanzeatyckiego miasta Hamburga. 24 luty – dzień św. Macieja uznawany był w Hamburgu za początek roku handlowego i dzień podejmowania ważnych decyzji, m.in. wybierano wówczas burmistrza miasta. I wydawano ucztę, na którą zapraszano kilkuset dostojników. I tak jest do dziś.

A dowiedziałam się o tej uczcie, bo w tym roku został na nią zaproszony Prezydent Polski i wiele o tym pisano. Zostawmy na boku polityczny wydźwięk spotkania, i przyjrzyjmy się stronie kulinarnej.

Stoły, ustawione w sali balowej średniowiecznego ratusza, nakryte białymi obrusami, prezentowały się imponująco. Pośrodku każdego ułożono łososiowy bieżnik, na którym ustawiono niskie dekoracje kwiatowe, małe świeczuszki przy każdym nakryciu (co dawało piękny efekt) i tzw. „srebrne skarby hamburskiego ratusza”: ozdobne puchary, misy, świeczniki.

Zastawa stołowa była biała, ze złotymi paskami, sztućce wyglądały na srebrne, a białe serwety ułożono w wachlarze. Co ciekawe, jeden z kieliszków w każdym nakryciu był zielony. Ciekawe, jakie wino w nim podawano, bo przecież żadne nie będzie w takim kolorze kieliszka dobrze wyglądało. No, może białe. A z tego, co pisano, podawano zarówno wina czerwone jak i białe z rejonu Palatynatu.

Menu wydrukowano w formie dość dużej dwustronnej książeczki, z ozdobnym sznureczkiem, ale bez żadnych ozdób; na jednej stronie był spis potraw, na drugiej wykaz utworów muzycznych towarzyszących uczcie (Beethoven, Mozart, Moniuszko, Dobrzyński). Ze zdjęć, które widziałam, to nie bardzo było co zrobić z tym tak dużym menu, goście wkładali je np. w środek dekoracji stołu.

A co podano?

Przystawka: makrela z gruszką, boczkiem i fasolą

Zupa śląska: krem z pietruszką i grzankami

Danie główne: gotowana cielęcina, puree z marchewki, buraki i zapiekanka ziemniaczana

Deser: krem akacjowy z winogronami, orzechami i estragonem