Mizeria małopolska

Propozycja z mojej, małopolskiej, kuchni regionalnej (przepis z książki Hanny Szymanderskiej „Potrawy regionalne”). Świeże, starte ogórki z dodatkiem białego sera, cebuli i śmietany są dobrą propozycją zarówno jako dodatek do obiadu, jak i na śniadanie (z dodatkiem bagietki).

mizeria małopolska

2 spore świeże ogórki, takie grubsze, na mizerię

1 cebula

łyżka posiekanego koperku

kawałek twarogu (dobry będzie też ser sałatkowy, lekko słony)

2-3 łyżki śmietany

sól, pieprz

Ogórki obieramy i kroimy na cienkie plasterki (dobrze sprawdza się starcie na tarce, tej części do ogórków), lekko solimy.

Cebulę obieramy i kroimy na cieniutkie plasterki. Dodajemy do ogórków.

Ser kruszymy na kawałki (lub kroimy w kostkę), dodajemy do niego śmietanę, sól i pieprz, po czym wymieszawszy, dodajemy do ogórków.

Mieszamy delikatnie i posypujemy pokrojonym koperkiem.

Kuchenny fartuch

Jest w każdej kuchni. Bo po prostu nie może go nie być. Sami wiecie, tu coś pryśnie, tu chlapnie, plamy są na porządku dziennym, a przecież bluzeczki czy sukienki jednak szkoda. Fartuch łatwo wyprać, kupno nowego też nie jest problemem.

Ileż to już fartuszków przewinęło się przez moją kuchnię!

Kiedy widzę jakiś nowy wzór, pokusa zakupu jest często nieodparta.

To mój najnowszy nabytek: ludowy, polski i taki słoneczny!

fartuch polski



Kiedy zobaczyłam go w Cepelii, od razu zaczęłam sobie kalkulować, ileż też jestem w stanie na niego wydać. Podejrzewałam, że – jak to w Cepelii – może być drogi. Myślałam sobie: nooo, pięćdziesiąt… drogo… ale zobaczmy, zobaczyć można…

Ha! okazało się że tylko dwadzieścia cztery! Kupuję!

Zwoziłam fartuchy z różnych zakątków świata, a takiego typowo polskiego jakoś nie miałam.

 

Ostatnio dyżur pełnią u mnie w kuchni fartuch w słoneczniki z Prowansji, angielski w kolorowe koty i „Ani z Zielonego Wzgórza” (towarzyszył książce o kuchni Zielonego Wzgórza, wydanej przez Wydawnictwo Literackie).

moje fartuchy

Łazanki z młodą kapustą

Łazanki były w moim rodzinnym domu zwykle zimowym daniem, sytym i rozgrzewającym, przygotowywanym zarówno z kapusty białej jak i z kiszonej.

Ale akurat zostało mi kawałek młodej białej kapusty oraz kawałek podsuszanej kiełbasy, więc postanowiłam zrobić letnie łazanki – czyli takie ekspresowe, bo młoda kapusta nie wymaga długiego czasu duszenia.

azanki_z_mod_kapust

pół główki niezbyt dużej kapusty

  1. 10 dag kiełbasy podsuszanej
  2. 5 dag boczku (miałam parzony)

2 cebule

1 szalotka

2-3 suszone grzybki

2 łyżki oleju, 2 łyżki masła

łyżka mąki

przyprawy: sól, pieprz, ziarna kminku, czosnek niedźwiedzi

 

makaron łazanki – ok. 20 dag

 

Rozgrzać w rondlu olej i masło, dodać posiekane w kostkę cebule, kiełbasę i boczek, smażyć mieszając. Dodać poszatkowaną dość drobno kapustę, posolić, wymieszać, podlać niewielka ilością wrzątku, dusić do miękkości kapusty, dodając grzybki.

W tym czasie ugotować osobno łazanki.

Kiedy kapusta będzie już miękka (ale koniecznie jędrna), doprawić ja przyprawami, po czym zasmażką zrobioną z łyżki mąki i łyżki masła.

Dodać do kapusty ugotowane łazanki, wymieszać.

Potrawa bardzo dobra jest również odgrzewana.

Krupnik pani Ćwierczakiewiczowej

Kiedy czytałam „Córkę kucharki” (o losach Tosi, przybranej córki słynnej pani Lucyny Ćwierczakiewiczowej), od razu wiedziałam, że muszę wypróbować przepis na krupnik. Bo, po pierwsze, zachwycali się nim bohaterowie książki i po drugie, bo był robiony inaczej niż robię go ja i wszyscy moi znajomi.

Jak więc?

Pani Ćwierczakiewiczowa zaleca:

„Ugotować rosół jak zwyczajnie z tych kości i żyłowatych kawałków, osobno także ugotować kwaterkę kaszy jęczmiennej na gęsto, lejąc parę łyżek tłuszczu z rosołu i gdy się dostatecznie rozklei, wziąć jeszcze kawałek masła, włożyć w kaszę, ubić ją z tym masłem doskonale i rozprowadzić ugotowanym rosołem. Wiele osób zasypuje od razu rosół kaszą jęczmienną; nie jest to dobrze, bo krupnik nie będzie kleisty i biały, a kasza będzie oddzielać się od rosołu”.

Czyli cały sekret w tym, żeby osobno ugotować rosół z jarzynami, a osobno kaszę i dopiero później wszystko razem połączyć.

Tak też zrobiłam. I wyszło pysznie, chyba będę zawsze tak krupnik gotować.

krupnik

Przepis? proszę bardzo, choć jeśli ktoś czytał książki kucharskie pani Ćwierczakiewiczowej, to wie, że nie ma tam dokładnych proporcji składników, dokładnych wskazówek (ot, choćby to stwierdzenie: „ugotować rosół jak zwyczajnie” – co wtedy znaczyło to: zwyczajnie?)

Tak więc przepis, który podam, będzie moją interpretacją tego bardzo ogólnego z książki. Ot, choćby dodanie ziemniaków; pani Lucyna pisze tylko o dodaniu włoszczyzny, a ziemniaki na pewno nie zaliczają sie do tej kategorii. Ale ja po prostu MUSZĘ mieć w krupniku ziemniaki. U nas w domu nikt nie wyobrażał sobie, że może ich w krupniku nie być.

Co do jarzyn, to albo mają się gotować w całości i potem zostaną pokrojone, albo ściera się je na tarce – nie kroi!

Bardziej mi się podoba to tarkowanie:)

To zacznijmy:

kawałek wołowiny (mogą być też kości)

skrzydełko z kurczaka

liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego

2-3 suszone grzybki

sól, pieprz

Wrzucamy wszystko do rondla, zalewamy zimną wodą i gotujemy na małym ogniu ok. 2 godzin (uzupełniając wodę).

marchew

pietruszka

kawałek selera

cebula

kawałek pora

3-4 ziemniaki

Marchew, pietruszkę i seler po obraniu zetrzeć na grubej tarce, pora pokroić w plasterki, cebulę w piórka, ziemniaki w kostkę, dodać wszystko do rosołu i gotować dalej do miękkości warzyw, ok. godziny.

filiżanka kaszy pęczaku

2-3 łyżki masła

Wypłukać pęczak, po czym wrzucić do zagotowanych w rondelku trzech filiżanek wody (lekko osolonej) i gotować do miękkości, mieszając i uzupełniając wodę. Kiedy kasza się już rozklei (będzie gęsta, klejąca się), dodać do niej kilka łyżek rosołu i masło, po czym zdjąć z ognia, rozetrzeć pałką lub drewnianą łyżką i połączyć ją z naszą zupą.

Mięso wyjąć i pokroić na małe kawałki, po czym z powrotem wrzucić do zupy.

Doprawić solą i pieprzem, dosypać posiekaną zieleninę (pietruszka, koperek, szczypiorek).

Można jeszcze dodać każdemu na talerz łyżeczkę gęstej śmietany.

Smacznego!

Zupa cukiniowa z drobiowymi łezkami

Zapraszam na szybki, smaczny, letni obiad

CUKINIOWA Z DROBIOWYMI ŁEZKAMI

ZUPA

Pół cukini

2 ziemniaki

1 cebula

4 duże ząbki czosnku

pół litra bulionu warzywnego (u mnie tym razem z kostki)

po 1 łyżce masła i oliwy

zioła prowansalskie

sól, pieprz

 Cebulę, czosnek i ziemniaki obrać, pokroić w kostkę. Cukinię umyć (jeśli młodziutka, to nie obierać), pokroić w półplasterki.

Rozgrzać w szerokim rondlu oliwę i masło, wrzucić cebulę i czosnek, zeszklić je (nie rumienić), popieprzyć, dodać troszkę ziół prowansalskich, dorzucić ziemniaki, chwilę przesmażyć, dorzucić cukinię, smażyć aż stanie się ona szklista.

Przygotować bulion warzywny z kostki, wlać go do rondla z warzywami, gotować ok. 30-40 minut, aż warzywa będą miękkie. W razie potrzeby, uzupełniać zupę gorącą wodą.

Wyjąć kilka półplasterków cukini.

Pozostałość zmiksować na krem. Sprawdzić, czy nie trzeba doprawić solą lub pieprzem.

Do każdej bulionówki wlewać zupę i dorzucić kilka półplasterków cukini (tych odłożonych).

ŁEZKI DROBIOWE

pojedyncza pierś z kurczaka

1 jajko

kilka łyżek grysiku (kaszy manny)

sól, pieprz, papryka

Surową pierś z kurczaka zmielić w maszynce, dodać jajko i tyle grysiku, żeby powstało luźne ciasto, dające się formować łyżką. Doprawić dobrze przyprawami.

Na wrzącą osoloną wodę wrzucać uformowane łyżeczką kluseczki. Po wypłynięciu gotować 2 minuty.

Gotowe kluseczki dodać do zupy.

Córka kucharki

Oto nowa książka – jeszcze cieplutka, jak świeża bułeczka – parę dni temu pojawiła się na księgarskim rynku. Nieprzypadkowo porównałam ją do ciepłej bułeczki, bo jest to powieść kulinarna, o Tosi, przybranej córce słynnej w XIX wieku kucharki i – jak byśmy to dziś nazwali – kulinarnej celebrytki, Lucyny Ćwierczakiewiczowej.

córka kucharki

Tosia, wychowana przez tak silną osobowość, jaką była p. Lucyna (często bardzo kontrowersyjna w poglądach i ich oznajmianiu światu) i tak świetną kucharkę, nie miała wyboru: sama została świetną kucharką i zachwycała swym kunsztem rodzinę, jak i znajomych, zarówno w swojej młodości, kiedy łatwo było o znakomitej jakości produkty kulinarne, i kiedy ceniło się sztukę kulinarną, jak i w mrocznych czasach powojennej Warszawy, kiedy jako osiemdziesięcioletnia staruszka, umiała wyczarować pyszności po prostu z niczego.

Bo autorka, Weronika Wierzchowska, prowadzi nas przez dzieje Tosi symulatanicznie, XX wiek jest odskocznią we wspomnieniach Tosi do czasów belle époque.

Książka ta spodobałaby się także wielbicielom kryminałów, bo i te, zarówno sensacyjne, jak i zabawne – jak się okaże – wątki pojawiają sie na kartach powieści. O! i szachiści znajdą coś dla siebie!

Ale wróćmy do kuchni.

Tosia, młoda panienka, z zamożnego mieszczańskiego domu, kończy właśnie pensję, i staje się panną na wydaniu. Słynne obiady wtorkowe, wydawane przez panią Ćwierczakiewiczową, staną się sceną prezentacji Tosi i jej kulinarnych umiejętności. Wyobrażacie sobie tę krzątaninę w kuchni? Te zapachy i aromaty? Opis obiadu zwykłego, opis obiadu weselnego, zakupy na targu… Koniecznie trzeba to przeczytać.

Lektura tej książki sprawiła, że ponownie sięgnęłam do zapomnianej już nieco książki Ćwierczakiewiczowej  „365 obiadów”, która gdzieś tam kurzyła się na półce. Wszystkie przepisy, tak barwnie opisane w „Córce kucharki”, tu są.

Przyznam też, że być może zweryfikuję swoją pewność co do sposobu przygotowania niektórych potraw… I jedna i druga autorka z taką pewnością siebie twierdzą, że tylko taki a nie inny sposób gotowania jest właściwy. Choćby taki krupnik; matko jedyna, może ja naprawdę źle go gotuję???? Sprawdzę to:)

 



W kuchni tajskiej z filmem „Niemożliwe”

O tym, jak straszne może być tsunami, dowiedzieliśmy się parę lat temu, kiedy fala poczyniła tak ogromne spustoszenie u wybrzeży Tajlandii. Jeden z filmów fabularnych, który nakręcono na podstawie tych wydarzeń, to „Niemożliwe” – film z 2012 roku w reżyserii Juana Bayony.

Rodzina, która przyjechała tu na święta, rozdzielona została przez żywioł. Czy ocaleje ktoś z nich, czy uda im się spotkać? Jak zachowają się w obliczu śmiertelnego zagrożenia? Jest to piękny film, który pokazuje szukanie nadziei tam, gdzie wydawałoby się, nadziei już nie ma. Jest pochwałą ludzkiej niezłomności, determinacji i – co zaskakujące, zwykłej ludzkiej empatii wobec dramatu spotkanych nieznajomych.

fim niemożliwe

Kolacja, która nam towarzyszyła po obejrzeniu filmu, była inspirowana, rzecz jasna, kuchnią tajską.

menu tajskie

stół

Jako przystawkę podałam surówkę warzywną z azjatyckim dressingiem

surówka azjatycka

Później tajska zupa z kurczakiem

zupa tajska

Danie główne to wołowa polędwica w sosie ostrygowym z ryżem jaśminowym

polędwica w sosie ostrygowym

Deser – pucharek świeżych owoców: ananas, mango, morele, borówki, truskawki.

pucharek owoców

Do kawy było kruche ciasto z owocami i galaretką.

ciasto z owocami

Regionalne pierogi z Zalipia

Pozostańmy jeszcze chwilę w kręgu kuchni regionalnej Małopolski.

Moje zauroczenie malowaną wsią Zalipie trwa i ciągle szukam również kulinarnych tropów tej niezwykłej kultury. Przyznam, że idąc do krakowskiej restauracji „Zalipianki”, liczyłam na regionalne dania właśnie z okolic Zalipia, choćby na sławne tam pierogi z farszem ze słodkiej kapusty i kiełbasy. No, ale niestety, nie; inspiracja kultura Zalipia ograniczona została tylko do wystroju lokalu.

Ostatnio trafiłam na prawdziwą perełkę: „Pamiętnik kulinarny Ponidzia i  Powiśla”, gdzie znalazłam przepis na „pirogi zalipskie”. Wyszukałam już kiedyś recepturę na te pierogi, robiłam je, ale ten tutaj przepis ma dodatkowy składnik, który dodaje nadzieniu pełniejszego smaku: to tarta marchewka, dodana w końcowej fazie robienia farszu. Zrobiłam według wskazówek, dostosowawszy tylko proporcje do kuchni singla i proszę, oto rezultat:

pierogi_zalipiaskie_2

A oto przepis:

Słodka kapusta – pół małej główki

wiejska  kiełbasa około 10 dag,

cebula  –  2, marchew- 1 szt, czosnek –  4  ząbki,

ziele  angielskie  – 2-3 ziarenka,  liście  laurowe  –  1  szt,

sól,  pieprz  do  smaku,

słonina  do smażenia  kapusty  i omaszczenia pierogów

Składniki na ciasto na pirogi:

0,5kg   mąki

1 jajko

1 szklanka dobrze ciepłej wody.

Opis przygotowania nadzienia do pirogów:

Kapustę obgotować, dodając ziele angielskie i liść laurowy, następnie odcisnąć i drobno poszatkować.

Drobno pokroić słoninę i podsmażyć na patelni, dodać pokrojoną w kostkę cebulę, czosnek  i pokrojoną wiejską kiełbasę, zeszklić, następnie   wymieszać   z kapustą.

Dodać  marchewkę  startą  na  grubych oczkach, wszystko razem smażyć do miękkości. Doprawić solą i pieprzem do smaku.

Wystudzić.

Opis przygotowania ciasta na pirogi:

Składniki   na   ciasto   dokładnie  wymieszać,   dodawać   odrobinę ciepłej  wody,  aby  wyrobione  ciasto  miało  elastyczną  i jednolitą konsystencję.   Następnie   należy je  rozwałkować  i wyciąć  kwadraty. Na każdy kwadrat, nakładamy nadzienie  i każdego  piroga  pięknie  sklejamy  tak,  aby  miał  ładną i zgrabną falbankę. Tak przygotowane  pierogi  wrzucamy  do  gotującej  wody  i gotujemy  przez  trzy minuty.  Po  ugotowaniu  należy  je przelać  zimną  wodą,  żeby  pierogi  nie  sklejały  się.  Dla  pięknego apetycznego wyglądu oraz dobrego  smaku,  omaszczamy  je  usmażoną  słoniną  z cebulą.

Smacznego!

Czy gotuje jeszcze ktoś zalewajkę?

Zalewajka to dla mnie zupa dzieciństwa, rodzinna tradycja i często pojawia się na moim stole.

Ja jestem już małopolanką, od urodzenia, ale moja rodzina wywodzi się ze świętokrzyskiego, i stamtąd przywędrowała moja zalewajka.

Parę dni temu jadłam zalewajkę w krakowskiej restauracji „Zalipianki” Ewy Wachowicz, bardzo ucieszona, że tak prosta, chłopska właściwie zupa, pojawiła się w tak renomowanym lokalu. I okazało się, że to, co nam podano, zalewajką chyba jednak nie jest. To był raczej wielkanocny żurek, z dużą ilością kiełbasy, jajek i chrzanu. A nie było w zupie ziemniaków, a są one nieodłącznym elementem zalewajki.

Sprawdziłam to sobie; ziemniaki to naprawdę niezbędny element zalewajki. Zupa wpisana jest na ministerialną listę produktów tradycyjnych i rozumie się przez nią zupę wiejską, zawierającą ugotowane, pokrojone w kostkę ziemniaki, zalane (stąd właśnie nazwa zupy) żurem z zakwasu chlebowego. Wywodzi się z centralnej Polski (Łódź, Kielce), a jej regionalne odmiany różnią się jedynie dodatkami; ale sposób przygotowania jest niezmienny.

Zaraz więc po powrocie z Krakowa, ugotowałam naszą, rodzinną zalewajkę.

moja_rodzinna_zalewajka

Robię ją tak, jak robiły babcia i mama. Nawet miejsce przygotowania jest to samo. Ta sama kuchnia, te same składniki, ta sama kolejność przygotowania. Dawno już nie przemówiła tak bardzo do mnie  tradycja i wspomnienia. To był nasz rodzinny, domowy czas. To jest teraz mój czas, mój udział w zachowywaniu i tworzeniu domowej tradycji.

 

Jak tę zupę u nas robimy? Proszę bardzo, oto przepis:

Na 2-3 osoby biorę 2 duże ziemniaki, obieram, kroję w kostkę, wrzucam do rondla, zalewam zimną wodą gdzieś tak do połowy garnka. Dodaję 1 cebulę pokrojoną w kostkę. Lekko solę. Wrzucam listek laurowy i 2 ziarna ziela angielskiego oraz 1-2 ząbki czosnku. Gotuję do miękkości ziemniaków.

Teraz dodaję zakwas żurkowy, jakieś pół szklanki. Trudno powiedzieć, ile go dać, bo wszystko zależy od tego, jaki on jest, czy bardzo kwaśny. Trzeba dodawać po troszku i próbować, czy smak nam już odpowiada. Chwilę jeszcze trzeba pogotować i na końcu dodaję śmietanę. Taką porządną, kwaśną, gęstą (18 % co najmniej), jakieś 2-3 łyżki. Mieszam mątewką, żeby nie było grudek. Posypuję posiekanym szczypiorkiem lub zieloną cebulką.

Próbuję, ewentualnie doprawiam solą i pieprzem. Gotowe.

W wersji bardziej bogatej, razem z ziemniakami dodaje się do garnka kawałek kiełbasy drobno posiekanej. Ja lubię jeszcze dorzucić 2-3 suszone grzyby.

Zalipianki Ewy Wachowicz

Pod koniec ubiegłego roku otwarto na nowo dawną restaurację „U Zalipianek”, u zbiegu ulicy Szewskiej i Karmelickiej w Krakowie. Teraz lokal nosi nazwę „Zalipianki” a jej właścicielka jest p. Ewa Wachowicz, znana z kulinarnych programów i książek.

Czaiłam się na obiad tutaj, zwłaszcza, że restauracja w zamyśle nawiązuje do lokalnej kuchni galicyjskiej, a tytułowe Zalipie – słynna, malowana wieś, leży w bliskim sąsiedztwie mojego miejsca zamieszkania.

Tak więc trafiłyśmy tu z siostrzenicą przy okazji jej pobytu w Polsce.

Różnie już pisano o tej restauracji, więc tym bardziej byłyśmy ciekawe. Zgodnie przyznajemy obie, że było warto, było miło i było smacznie. Byłyśmy w zwykły, wtorkowy dzień, po południu, prosto z ulicy, bez rezerwacji. Na tarasie było sporo gości, ale wewnątrz – miejsc ile by się nie chciało. Ja zawsze wolę posiłek wewnątrz lokalu; wtedy odczuwa się klimat miejsca.

Zalipianki mają wnętrza stylizowane na ludowo, z barwnymi kwiatami malowanymi na ścianach, surowymi podłogami, umeblowanie jednolite, proste. Ludowe akcenty, ale i prostota – to duże atuty lokalu.

Chyba czas już na menu. To będzie dwugłos – każda z nas opisze swoje dania. Już kiedyś miałyśmy takie lato, kiedy jadałyśmy codziennie obiady w lokalach naszego miasta i opisywałyśmy swoje wrażenia:) Miło było do tej tradycji wrócić.

Marta:

Za moich studenckich czasów Zalipianki nigdy nie były miejscem, gdzie chciało się wejść na polski, domowy obiad. Może dlatego, że takowy był najlepszy w domy  i zawsze można było nim jeszcze wypchać słoiki. Gości z zagranicy zabierało się w inne miejsca. Dlatego trochę zdziwiła mnie propozycja zjedzenia tam obiadu.

Tak kiedyś wyglądały Zalipianki:

Najpierw dostałyśmy czekadełko – świetny chleb z czarnuszką, do tego pyszny smalec  i nieco mniej pyszna pasta z fasoli

Polski obiad musi mieć zupę. Ja wybrałam zalewajkę; szalenie byłam jej ciekawa, bo też rzadko można znaleźć restaurację, gdzie by ją podawano. Ta tutaj zasługuje na osobny wpis na blogu; póki co powiem tylko, że bardziej przypomina ona świąteczny żurek. Ale smakowała!

Marta:

Jako przystawkę/ zupę wybrałam krem z ogórka kiszonego ze słodką śmietaną i bundzem. Zupa była dobra, kwaśna, z dobrej jakości ogórków kiszonych, gęsta i kremowa. Jeżeli ktoś nie jest fanem kwaskowatości śmietana ją idealne zbalansuje. Polecam też pozostawić ser na parę chwil w zupie, wtedy będzie miał czas na rozpuszczenie się.

Danie główne.

Wybrałam maczankę po krakowsku, jako że to nasze regionalne, sławne danie. Tradycyjnie powinna być podana w bułce z dużą ilością sosu. Tutaj była to raczej wariacja klasycznej maczanki, jako że w misce ułożono spory kawałek chleba (z czarnuszką), polano sosem i na to nałożono kawałki wieprzowiny i ozdobiono jeszcze chrupiącym chipsem z bekonu. Ale dobre było.

Marta:

Jako danie główne wybrałam tradycyjny kotlet schabowy, ziemniaki i  zasmażaną młodą kapustę.  Kiedy myślę o tradycyjnym polskim obiedzie w czerwcu to ten zestaw zawsze będzie numerem jeden. I muszę przyznać, że to był strzał w 10. Wszystko było bardzo smaczne. Kapusta była zupełnie inna niż ta, którą znałam  z domu rodzinnego, ale do jej  smaku nie mogłam się przyczepić. Kotlet słusznych rozmiarów, mięso nie było rozbite zbyt cienko ani zbyt grubo, panierka nie była mokra i nie odklejała się od mięsa. Jedyne zastrzeżenie mogę mieć do zbyt malej ilości soli na kotlecie. Ale zawsze lepiej dosolić.

Deser

Czułam, że będę zbyt przejedzona, by dać radę deserowi. Dlatego zdecydowałam się tylko na sorbet, ale i tak porcja była za duża

Marta:

Niestety, deser mnie rozczarował. Chociaż prezentacja była oszałamiająca. Zamówiłam szarlotkę na rubinoli z lodami waniliowymi i sosem cynamonowym. O ile ani do sosu ani do lodów nie mogę się przyczepić, choć nie wiem czy lody robią sami, o tyle szarlotka nie za bardzo przypominała szarlotkę. W cieście dominującym smakiem był smak cytryny, który maskował wszystkie inne smaki, przez co szarlotka smakowała bardziej jak ciasto cytrynowe. Próbowałam różnych kombinacji składników na talerzu, niestety nic nie ocaliło nieszczęsnej szarlotki.

Generalnie – ja jestem zadowolona. Cenowo – jak to w krakowskich lokalach – trochę to wszystko kosztuje, ale ceny są porównywalne do innych lokali. Obiad dla dwóch osób, z napojami na początek, lampką wina dla mnie i drinkiem dla Marty – kosztował nas 200 zł (bez napiwków).

Fatalny minus – BRAK SERWETEK!

Marta:

Ogólnie muszę przyznać, że obiad był bardzo udany. Jedna przestroga uważajcie na porcje – są ogromne. 2 – daniowy obiad z deserem to było zdecydowanie zbyt dużo. Jest  jedna rzecz, którą chętnie bym zmieniła  – dekoracja dań. Zarówno „na” zupie i „na” schabowym rzucona była kupka liści sałatopodobnych.  Trochę nie zrozumiałam zamysłu kucharza po co ją tam umieścił i nie widziałam też sensu, ponieważ zaburzało to spójność dania. Ale to tylko taka mała uwaga- żeby nie było zbyt cukierkowo.

Ach, jeszcze jedno – sztućce dostaje się w ładnej kopercie

sztućce