Paryskie ciasteczka sablé

To maślane ciasteczka w wersji wytrawnej, z serem comté, według receptury amerykańskiego blogera, Davida Lebovitza, zamieszkałego w Paryżu.

Jako przekąska – idealne. Bardzo uzależniające!

115 g masła

1 łyżeczka czarnego zmielonego pieprzu

1/2 łyżeczki soli gruboziarnistej

2 łyżeczki posiekanego szczypiorku (lub tymianku)

210 g grubo startego sera comté (może być też cheddar lub gouda)

140 g mąki

45 g kaszki kukurydzianej

 

Masło, pieprz, sól i szczypiorek utrzeć na gładką masę

Przesiekać nożem starty ser i dodać do masy maślanej, dodać mąkę i kaszkę, wyrobić zwarte ciasto.

Podzielić ciasto na pół i z każdej połówki uformować wałek.

Obydwa wałki zawinąć oddzielnie w folię spożywczą i odstawić do lodówki na godzinę.

Rozgrzać piekarnik do 180 st. C.

Blachę wyłożyć pergaminem.

Wyjąć wałeczki ciasta z lodówki, pokroić je ostrym nożem na plasterki grubości ok. 0,75 cm i ułożyć na blasze. Zachować odstępy, bo ciasteczka urosną.

Piec ok. 12 minut, aż będą rumiane.

Odstawić do wystudzenia.

Uważać przy zdejmowaniu z blachy, gdyż są bardzo kruche.

Smacznego!

Party – Amerykanin w Paryżu

Świąteczno-noworoczne zabieganie nie za wiele czasu zostawiało na rzeczywistość wirtualną. Czas to nadrobić.

Najpierw napiszę może o party, które towarzyszyło oglądaniu filmu Bóg nie umarł – światło w ciemności.

Film był amerykański, dlatego przyszło mi na myśl, że może przygotowałabym menu autorskie, według Amerykanina, Davida Lebovitza, który zamieszkał w Paryżu i cudownie opisuje kulinarne przygody Amerykanina we Francji. Czyli kuchnia francuska, ale według Amerykanina.

party amerykańskie

menu amerykańskie

Na stole położyłam jedwabny bieżnik z napisami i widoczkami Paryża, który tak naprawdę jest szaliczkiem:)

Jako czekadełko wybrałam ciasteczka piaskowe (sablé) z serem comté – zrobiły furorę, są cudowne i uzależniające!

ciasteczka sables

Pierwsze danie to paryska zupa cebulowa

zupa cebulowa

Danie główne to duszony w winie indyk ze śliwkami, kluseczkami i surówką z marchewki

indyk ze śliwką

Koniecznie muszę dodać tutaj parę słów  o marchewce. Ale najlepiej oddajmy głos Davidowi:

„Nie da się napisać książki o kuchni francuskiej bez wzmianki o surówce z tartej marchewki. Nie ma w tym kraju chyba nikogo, kto by jej nie lubił. Autorzy francuskich książek kucharskich nawet o niej nie wspominają, wychodząc z założenia, że każdy Francuz ma ją w genach. (..) Poprosiłem kiedyś o wskazówki pewnego Francuza. W odpowiedzi pokazał mi specjalną tarkę do warzyw (…) mouli-Julienne, której nie można dostać nigdzie indziej poza Francją. To poręczne urządzenie trze marchewkę na długie, cienkie i lekko zwijające się wstążeczki, które są znakiem rozpoznawczym tej surówki.”

Nie mam takiej tarki, ale starłam marchewkę na takiej specjalnej zastrugaczce do jarzyn; bardzo się podobała:) i smakowała.

Do tego czerwone wytrawne wino Medoc-Cru Bugeois 2013 i francuska woda mineralna Perier

wino francuskie

woda perier

Do kawy ciasteczka imbirowe i wybór pierniczków

ciasteczka imbirowe

Święta Bożego Narodzenia

Szybciutko przyszły te święta; czekają tradycyjne potrawy wigilijne, czeka choinka na blask światełek, czekają opłatki na sianku, na zapóźnionego wędrowca czeka puste nakrycie na stole, czeka wigilijna świeca.

Wszystkim tu zaglądającym życzę ciepłych Świąt, pełnych radości z narodzenia Bożej Dzieciny.

A do obejrzenia fragment ołtarza Wita Stwosza z Kościoła Mariackiego w Krakowie – scena narodzenia Jezusa:

A do poczytania fragment powieści Antoniny Dumańskiej Historia żółtej ciżemki, opowiadający o tym, jak to Wawrzuś, uczeń Wita Stwosza, rzeźbił figurki do bernardyńskiej szopki:

„Brat Melchior zapowiadał każdemu, co w jakimkolwiek inte­resie przychodził do klasztoru, że w tym roku będą przedsta­wienia jasełkowe w kaplicy świętej Anny, począwszy od pierw­szego dnia Bożego Narodzenia aż po koniec stycznia, we wszystkie niedziele i święta po nieszporach; przy czym dodawał z tajemniczą miną:

Cale nowe kukiełki; jeszcze tak pięknych Kraków nie wi­dział.

Już 23 grudnia rano posłano po Wawrzusia, który też jed­nym tchem biegł z Poselskiej do bernardynów, jakby się paliło. I dobrze ksiądz gwardian uczynił, że chłopcu wolną rękę zosta­wił, bo tak zgrabnie jak Wawrzuś w stajence Świętą Rodzinę umieścił i pastuszków, jakoby na wyścigi bieżących z darami, malowniczo porozrzucał, nikt z braci nie byłby w żadnej mierze potrafił.

Tłumy pobożnych i niepobożnych cisnęły się co święto w lewej nawie kościoła, której zakończeniem właśnie była kaplica  świętej Anny. W samych drzwiach kaplicy, na drewnianym  rusztowaniu osłonionym jaskrawymi kobierczykami, wśród zieleni żywych świerczków i jodełek, przez księdza podkustoszego  z Tyńca przysłanych, szarzała uboga stajenka, niedbale z deszczułek sklecona i słomianą dziurawą strzechą pokryta. Jednej połowy bramy wcale nie było, druga wisiała krzywo na zepsutej zawiasie. U samego niemal wejścia, by widzowie mogli się dobrze napatrzyć, stał na ziemi żłóbek siankiem wysłany, w nim Dzieciątko szmatkami owinięte. Z lewej Najświętsza Panna pochylona, ze złożonymi rękoma, z prawej święty Józef u drzwi stojący, jakby miał wyjrzeć, co za kroki i głosy coraz się zbliżają. W głębi wół i osioł na klęczkach, według słów kolędy, oddechem swym zziębłe niemowlątko ogrzewały. Nie dwunastu,  jak żądał ojciec gwardian, ale ze dwudziestu pasterzy biegnie powitać Mesjasza, a każdy z podarunkiem w rękach. Są tam bochenki chleba i jaja w kobiałkach, jabłka, orzechy, kiełbasy, kurczęta; jeden pastuszek pędzi przed sobą prosiątko uwiązane na powrózku za tylną nogę, aż dziwo, że głośno nie kwiczy, bo wygląda jak żywe.

Poza szopką, ukryci za choinami, braciszkowie klasztorni i żacy szkolni kolędują pięknie; jest na co patrzeć, jest czego posłuchać.”

Adwentowe lektury w kuchni – wigilia pp. Iwaszkiewiczów

Dużo w tym roku u mnie o pisaniu listów. Pewnie dlatego, że odchodzi ta tradycja w cień, w zapomnienie, a szkoda.

A przecież dzięki listom mamy, ot choćby opis wigilii u pp. Iwaszkiewiczów (cyt. za książką Jarosława Iwaszkiewicza Listy do córek)

„Stawisko, dn. 26 XII 1949

Moje dziecko drogie i kochane!

Dzisiejszy drugi dzień świąt pusty i spokojny, mogę więc napisać parę słów do Ciebie.

W piątek rano przyjechałem do domu i zaczęły się przenudne porania się przedwigilijne, których bardzo nie lubię. Oczywiście gosposia zachorowała (spuchła cała!) i stąd płynęły liczne kłopoty, ale ostatecznie wszystko poszło swoim trybem. Choinka bardzo ładna stoi w swoim miejscu, gdzie zawsze Stach i Wiesio oprawiali ją od samego rana, potem ubierało się ją, świeczek dużo i lichtarzyków, i bombek, ale zabawek mało, bo nikt nie dorobił, a Ciebie nie było. Hela Andrzejowa przywiozła trochę ślicznych laleczek z bibułki. Oczywiście przy wigilii najwięcej napracował się Wiesio, posyłany do Grodziska, Milanówka i do Śliwy ze struclą. Na wilię oprócz Marka nikogo obcego nie było, ale z Wandą i Natą, i z Ciocią Jadwinią szesnaście osób było. Zupa była rybna, potem sandacz i szczupak podawany po polsku z sałatką z jarzyn, potem karp smażony z kapustą i grzybami, a potem mak, kompoty i bakalie, gosposia, że z Wołynia, zrobiła także i kutię. Dzieci siedziały z nami (pierwszy raz) przy wilii i były bardzo grzeczne. Potem oczywiście była choinka i prezenty. Maciek sam rozpakował traktor, który dostał ode mnie, i obojętnie skonstatował: to, o czym marzyłem! Od Stachów dostały telefony i słonia; Dzidzia od mamy szafkę dla lalek na ubrania, a od babci Włodkowej kredensik! Oczywiście szalały zupełnie i potem długo nie mogły zasnąć jak zwykle i jak wszystkie dzieci na całym świecie, obstawione wszystkim co dostały. Dorośli dostali mniej prezentów i mniej ładne, ja tylko od mamy ramkę do fotografii moich rodziców, nawet Wiesio nie ofiarował mi tradycyjnego zbioru rysunków. Listów z życzeniami też miałem mało, myślę, że jutro przyjdzie więcej.

(…) Pogoda nam na święta nie dopisała, zarówno w wilię, jak i wczoraj i dzisiaj leje deszcz ulewny z wiatrem, rankami nawet dość pogodnie, ale potem straszno.

(…)

Ojciec”

Co do listów, ja jeszcze się nie poddaję, i piszę, choć czasem doskwiera brak odpowiedzi. Ale to odwieczny problem, nawet wspomniana w poprzednim wpisie Maria Konopnicka skarżyła się, że wujek nie odpowiada na jej listy.

Inna sprawa, że dostawać listy jednak każdy lubi:)

Adwentowe lektury w kuchni

Ludzie listy piszą… Zwłaszcza przed świętami. Kolorowe kartki z życzeniami, kawałek opłatka, czasami jeszcze mała karteczka z garścią wiadomości. Lubimy je znaleźć w naszych skrzynkach pocztowych.

Czy jednak znajdzie się w tym roku choćby jedna kolorowa koperta w naszej skrzynce na listy?

Czy są one potrzebne, kiedy można wysłać e-maila lub smsa lub po prostu zadzwonić? Bo przecież wszyscy mamy telefony, darmowe minuty czy pakiety rozmów bez limitu.

I o czym tu pisać, skoro mija dzień za dniem, jeden podobny do drugiego, a czasu ciągle brak….

Rzecz dyskusyjna.

A jednak wielką popularnością cieszą się wydawane z wielką pieczołowitością listy i korespondencja znanych osób.

Umiała ubrać w słowa swoje życzenia i uczucia Maria Konopnicka. Jej listy do stryja, Ignacego Wasiłowskiego, to dobra lektura przed świętami.

Konopnicka_listy

Warszawa, d. 18 XII [18]85

Drogi Stryju!

Chciej przyjąć moje serdeczne, z szczerych uczuć płynące życzenia, i oby się one spełniły! Nie było nam dano żadnej takiej rodzinnej uroczystości, jak jest Wigilia, spędzić razem. Z oddalenia też tylko łamię się z Tobą, mój najdroższy Stryju, tym opłatkiem, i proszę o trochę pamięci. Wyobrażam sobie, jakie to niegdyś miewałeś Wigilie, drogi, tam, daleko. Jaka to była tęsknota do naszej kolędy, do naszego stołu zasłanego sianem, do naszych świateł jarzących tego wieczora, do gwiazdki, której tak wszyscy wyglądają z nieba. I tam były gwiazdy, sine gwiazdy Sybiru, ale jakież inne, jakie mroźne! Jakie to tam myśli, jakie dumania przechodziły przez głowę wy­gnańców; jak im się ta oddalona ojczyzna wydawała piękną, drogą; jak się ten dom rodzinny, marzony, zdawał ciepłym, jasnym, serdecznym…

Od tej pory, niejedną już znowu Wigilię spędziłeś, drogi mój Stryju, na tej upragnionej ziemi polskiej, a wiem przecież, czuję, że było Ci znów smutno i tęskno. Nie wszystko dotrzymało tu słowa sercu i przeczuciom, nie wszystko takie na jawie, jak było we śnie…

I znów ku czemuś innemu unosi się dusza spragniona światła i ciepła, znów chroni się myśl tęskna w jakieś lepsze kraje wspomnień i nadziei. Gdzie one? Może za tymi gwiazdami wieczoru wigilijnego, może za tą całą wigilią życia, która poprzedza jakieś wielkie Narodzenie ducha…

O drogi, drogi mój Stryju! Ty zawsze jesteś dla mnie duchem dobrym i pokrewnym, kocham Cię gorąco i często myślę o Tobie!

Maria

 

Warszawa, d. 22 XII [18]86

Mój Najdroższy Stryju!

Oto cząsteczka opłatka, którym chciałabym kiedykolwiek osobiście przełamać się z Tobą, drogi Stryju, i życzyć Ci słowem, tak jak to teraz w sercu czynię, choć tej odrobiny szczęścia, jaka się dostać może człowie­kowi każdemu: zdrowia i spokoju.

Całuję Cię serdecznie, drogi Stryju, i pragnę, aby Ci było dobrze i bło­go na ziemi!

Jakże ze zdrowiem Twoim tej zimy? Ufam w to całym sercem, że lepiej niż dawniej. Oszczędzaj się, drogi Stryju, nie toń tak w ciągłej pracy, daj spoczynek swoim nerwom, pozwól odpocząć mózgowi, a i trawienie będzie dobre i sen posilniejszy. Mój drogi Stryju! I tego jeszcze życzyć bym Ci chciała, abyś mnie zachował w swym sercu, gdyby to nadto egoistycznym nie było.

Zima u nas rozpoczęła się od dwu dni śnieżna i wietrzna, prawdziwa zima. Na Święta oczekuję niektórych z dzieci moich, a mianowicie Tadeu­sza, Janka, który jest mi od kilku miesięcy słaby, ale pracuje jak dawniej, i Lorki. Zosia ma tam swoje chwile tryumfów naukowych w Paryżu, skąd niedawno księżna Czartoryska, a potem wdowa po Janie Działyńskim, z wielkimi o niej pochwałami do mnie pisze. Stasiek zamieszkał w Lubel­skiem, gdzie u Epszteinów, w Pilaszkowicach, ma praktykę w gospodar­stwie rozwiniętym przemysłowo i fabrycznie.

Co do mnie, smutno mi dość życie upływa, zabija mnie zwłaszcza to trzecie piętro, na które sto razy na dzień wbiegać muszę dając lekcje. Ale na lepsze mieszkanie teraz mnie nie stać, kiedy jeszcze trzeba na dzieci wykładać.

Maria

 

Abacja, 8 I [18]96

Mój drogi Stryju!

Choć parę stów z zapytaniem o zdrowie Twoje, i z ucałowaniem rąk Twoich! A ot nam się zaczął rok nowy – oby szczęśliwy. Obyś w nim nie cierpiał ani fizycznie, ani moralnie, tyle, co w upłynionym, najdroższy mój Stryju! A co tam słychać u Ciebie? Jak zdrowie Twoje, jaka tam zima, i czy nie bardzo się przykrzy? Tutaj były długie słoty, potem nieco pięknej pogo­dy, słońca, ciepła, a teraz przyszedł wiatr wschodni przykry, przenikliwy. Ludzi też to odstrasza, więc jest dość pusto, a zatem przyjemniej.

Czytałam tu przez święta wstrząsającą książkę Wacława Sirka: Na kre­sach lasów, opowieść wygnańca żyjącego na tundrach między Jakutami. Przy takich dopiero cierpieniach – jakże się blado wydają wszelcy Płoszowscy i inni bohaterowie nowożytnej powieści. Tu się widzi, jak te przerafinowane analizy psychologiczne są mdłe, i sztuczne, i bezcelowe. Nieszczęście, – to chodzi w prostej szacie, a ból prawdziwy nie dysekuje swoich subtelności.

Wigilię spędziłam sama, dzieląc się w myśli opłatkiem z moimi uko­chanymi: z dziećmi, z Tobą, z więźniami, z wygnańcami, z unitami, z roda­kami. Miałam też chwilę radości jedną i drugą. Z Litwy przysłała mi rodzina Machwiców album z kory brzóz litewskich, a w nim widoki Ostrej Bramy – Obrazu tamtejszego, Katedry, Antokola, kaplicy królewicza Kazimie­rza, kościoła Ś[więt]ej Anny, Góry Zamkowej, Śnipiszek (gdzie w 1863. tracił Murawiew  naszych), tudzież Trockiego jeziora i ruin.

A inny rodak, też Litwin, Michał Hruszwicki, którego nie znam, przy­słał mi piękną pieśń przez siebie skomponowaną do moich wierszy; a jest on już, jak z litewska pisze: „w zesześćdsziesiątych latach”. Więc gdy tak nieco ojczyzny przyszło tu do mnie, było mi raźniej i weselej.

M. Konopnicka

Kuchnia Iwaszkiewiczów – dlaczego nie kupię tej książki

Pokazała się ta książka w Wydawnictwie „Znak”; okładka wygląda kusząco, tytuł zachęca, bo przecież Stawisko – siedziba pp. Iwaszkiewiczów – to legendarne miejsce spotkań całej plejady pisarzy i artystów, a p. Maria, córka Jarosława Iwaszkiewicza, to niekwestionowany autorytet kulinarny epoki PRL-u.

Mam jej książki wydane na przełomie lat 70 i 80 XX wieku: „Z moim ojcem o jedzeniu”, „Gawędy o przyjęciach”, „Gawędy o jedzeniu”. Zaczytywałam się nimi, zwłaszcza książką „Gawędy o przyjęciach”. Akurat wtedy wprowadziłam sie do pierwszego, własnego mieszkania, urządzałam kuchnię i bardzo chciałam, by moje przyjęcia dla gości, których nigdy u mnie nie brakowało, były piękne, nietypowe, niepowtarzalne. Ta książka to była moja biblia i objawienie w tym zakresie. Właśnie od p. Iwaszkiewiczowej zaczerpnęłam pomysł tworzenia kartonikowych menu wydawanych przyjęć, które goście zabierali ze sobą. Całe pudło tych menu się u mnie już uzbierało.

Ale ta nowa książka?  – o! jest trochę tych „ale”.

Okazuje się, że nie jest to nowa pozycja p. Marii, ale kompilacja jej trzech książek, o których wspomniałam wyżej. Kompilacja nie wiadomo przez kogo dokonana, bo w książce nie ma na ten temat ani słowa; żadnego wstępu, żadnej notatki autorki. Zwykle, kiedy ukazuje się nowe, zmienione wydanie znanej już książki, autor pisze, co nim kierowało, dlaczego i co zmienił. Ja rozumiem, że p. Iwaszkiewicz ma już 94 lata i pewnie nie jest już w stanie aktywnie uczestniczyć w procesie wydawniczym. Nie lubię jednak pozycji, które nie mają swojego autora. Mamy jedynie notatkę wydawnictwa na ich stronie internetowej:

Kuchnia Iwaszkiewiczów to kompilacja trzech uwielbianych książek: Gawęd o jedzeniu, Z moim ojcem o jedzeniu oraz Gawęd o przyjęciach, które po latach doczekały się wydania w odświeżonej formie.

 

Porównałam kilka przepisów, zamieszczonych w tej książce z tymi poprzednimi. Nie są dokładnie takie same (choćby sławna kura po literacku); ktoś zaproponował proporcje składników, uściślił sposób przygotowania, wykonał potrawę, zrobił zdjęcie – kto? Lubię takie rzeczy wiedzieć.

A` propos zdjęcia – mamy tu przepis na magdalenki, słynne proustowskie ciasteczka. Każdy, kto wie cokolwiek o kuchni francuskiej, wie też, że magdalenki mają kształt muszelek. Można kupić specjalne formy do tego wypieku (także i w Polsce!). A co mamy w książce? – magdalenki w kształcie babeczek (!)

 

Dlatego nie kupię tej książki, wolę pozostać przy tych starych, nieco siermiężnych wydaniach, w broszurowych okładkach, wydanych na szarym, brzydkim papierze.

 

 

Pierniczki na choinkę

Teraz chyba mamy najlepszy czas na pieczenie i lukrowanie pierniczków, które powiesimy na choince. Jeszcze nie zaczęło się przedświąteczne szaleństwo, kiedy nie wiadomo w co najpierw ręce włożyć:) Pierniczki w puszce spokojnie dotrwają do świąt.

Zapraszam!

pierniczki na choinkę

1/2 kostki masła
1/2 kostki margaryny
3/4 szklanki jasnego brązowego cukru
1/2 szklanki cukru pudru
1 opakowanie przyprawy do pierników
szczypta soli
1 duże jajko
2 łyżki miodu
3 szklanki mąki
3 łyżki mąki ziemniaczanej

Masło i margarynę utrzeć z cukrem, solą i przyprawą do pierników na lekką i puszystą masę. Dodać jajko i miód i dobrze rozetrzeć. Wsypać połowę mąki do masy i dokładnie utrzeć, wsypać pozostałą mąkę i mąkę ziemniaczaną i wymieszać. Podzielić ciasto na pół, każdą połowę spłaszczyć, zawinąć w folię i schłodzić w lodówce przez co najmniej godzinę.
Rozgrzać piekarnik do 180ºC. Na lekko posypanej mąką stolnicy wywałkować ciasto (grubość jest dowolna – im cieńsze ciasto, tym kruchsze i delikatniejsze ciasteczka) i wycinać pierniczki. Zrobić dziurkę na wstążkę, jeśli chcemy powiesić pierniczki na choince (np. słomką do napoi). Układać na wyłożonej pergaminem blasze. Piec 10-12 minut, aż zaczną się lekko rumienić na brzegach. Wystudzić na drucianej siateczce.
Polukrować.

Smak kwiatów pomarańczy – Tessy Capponi Borawskiej

Tak wygląda najnowsza książka Tessy Capponi-Borawskiej.

Podtytuł mówi o niej właściwie wszystko: Rozmowy o kuchni i kulturze

książka Tessy Capponi

Tak wygląda najnowsza książka Tessy Capponi-Borawskiej.

Podtytuł mówi o niej właściwie wszystko: Rozmowy o kuchni i kulturze

 

P. Tessy Capponi-Borawskiej – Włoszki osiadłej w Polsce – raczej nie musi się przedstawiać tym, którzy interesują się kuchnią. Wszyscy pamiętają jej „Kuchnię pachnącą bazylią”.

Tym razem przepisów kulinarnych raczej tu nie znajdziemy (od czasu do czasu pojawi się tylko jakiś zarys receptury), a książka ma właściwie dwóch autorów, a raczej autorek; bo jest to rozmowa pisarki i dziennikarki Agnieszki Drotkiewicz z Tessą Capponi-Borawską.

Osobiście nie przepadam za tą formą literacką, tymi wywiadami-rzekami.

Tematyka tej książki jednakże skłania do lektury. Poziom nasycenia rynku księgarskiego i mojej biblioteczki książkami z przepisami sięgnął już zenitu. Chcę czegoś więcej niż tylko zbioru przepisów. I między innymi dlatego warto tę książkę przeczytać.

Znajdziecie w niej trochę wspomnień autorki z pierwszych dni pobytu w Polsce, trochę rozważań o dietach, trochę o roli kobiet w kuchni, dużo o kulturze kulinarnej Włoch, ich książkach kucharskich i włoskich ucztach, sporo o zapachach, dźwiękach i wrażeniach wizualnych w kuchni; dla mnie rewelacyjny był rozdział poświęcony malarskim „martwym naturom”, które zawsze mnie fascynowały. Nie, w książce nie ma reprodukcji obrazów (musiałaby wtedy kosztować majątek), więc czytając, otwórzcie internet.

Jest też coś dla blogerów kulinarnych – prezentacja trzech blogerek z Nowego Jorku, Rzymu i Medoc we Francji, autorstwa A. Drotkiewicz (dlaczego nie ma nikogo z Polski??), jest omówienie polskiej prasy kulinarnej. Ciekawostką jest rozmowa z córką p. Tessy, Flavią, która pracuje jako szef kuchni.

Przeczytałam tę książkę szybko, ale myślę, że jeszcze wrócę do niektórych rozdziałów – bo proszą się o więcej uwagi i przemyśleń.



Zarzucajka – stary, domowy przepis z XIX wieku

Zarzucajka to zupa  z kiszoną kapustą i ziemniakami. Syta, rozgrzewająca, w sam raz na zaczynające się chłody.

Przywędrowała ta zupa do Małopolski (gdzie mieszkam) z mamą i babcią z Wierzbnika, który dziś jest najstarszą dzielnicą Starachowic w Świętokrzyskiem.

Zupa towarzyszyła babci Katarzynie odkąd pamięta, a urodziła się w 1882 roku.

Nie było wtedy zeszytów z przepisami, nie było książek kucharskich, córki uczyły się gotowania od matek. Zapewne moja prababcia Petronela nauczyła córkę gotować tę zupę.

Ja przejęłam przepis, towarzysząc w kuchni mamie i babci.  One gotowały tę zupę na kościach, ale kiedy zachorował tato, musieliśmy jeść bardziej dietetycznie i wywar z kości został wyeliminowany i tak już z tym przepisem u mnie zostało.

zarzucajka zupa z kiszoną kapustą

pół kilograma kiszonej kapusty (takiej z marchewką w środku)

2 cebule

2 duże ziemniaki

sól, pieprz, szczypta ziarenek kminku, liść laurowy, 2 ziarenka ziela angielskiego

łyżka oleju

łyżka masła

2 łyżki mąki

kawałek kiełbasy lub boczku do smaku

Kapustę trzeba lekko posiekać (jeśli jest zbyt kwaśna przepłukać wodą), przesmażyć na łyżce oleju, dodając pokrojoną w kostkę kiełbasę lub boczek, zalać zimną wodą, tyle, żeby przykryła kapustę, wrzucić ziele angielskie, listek laurowy i kminek i gotować aż do miękkości, jakieś 30 minut.

W osobnym rondlu zalewamy zimną wodą pokrojone w kostkę ziemniaki i cebule, lekko solimy i gotujemy do miękkości ziemniaków.

Następnie łączymy kapustę z zupą, dodajemy pieprz. Gotujemy razem jakieś 15 minut.

Na patelni roztapiamy masło, wsypujemy mąkę i robimy rumianą zasmażkę, którą dodajemy do zupy (to się nazywało `zapalić` zupę).

Całość gotujemy jeszcze jakieś 10 minut.

Rogale na świętego Marcina

Jak co roku – były u mnie, własnoręcznie robione, z białym makiem, z listkującego się ciasta francusko-drożdżowego:

rogale świętomarcińskie

A oto przepis:

Ciasto:

1 szklanka ciepłego mleka

4 dag świeżych drożdży

1 jajko

1łyżeczka ekstraktu z wanilii

3 i 1/2 szklanki mąki

3 łyżki cukru

szczypta soli

225g masła

Do miski wsypać łyżkę mąki i łyżeczkę cukru, wkruszyć drożdże, zalać szklanką ciepłego mleka. Zostawić na kilka minut aby drożdże urosły. Dodać jajko i wanilię i lekko wszystko wymieszać.

Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać 2 łyżki masła, rozcierając je palcami razem z mąką.

Dodać rozczyn mieszając łyżką, lekko i krótko ciasto wyrobić (najlepiej robotem, końcówką do wyrabiania ciasta). Uformować ciasto w prostokąt, przykryć folią i schłodzić w lodówce około 1 godziny.

Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x15cm, tak aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Zimne masło zetrzeć na grubej tarce, rozkładając je równomiernie na cieście (zostawić ½ cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak aby przykryła to złożenie (tak jak składamy kartkę papieru). Obrócić ciasto o 90 stopni, po czym rozwałkować je i znów złożyć na trzy. Schłodzić przez 45 minut. Powtórzyć proces wałkowania i składania ciasta 3 razy, chłodząc ciasto miedzy wałkowaniami przez 30 minut. Po zakończeniu procesu wałkowania ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc.

Przygotować nadzienie:

30 dag białego maku

10 dag marcepanu (pasty migdałowej)

2 żółtka

1 czubata szklanka cukru pudru

5 dag orzechów włoskich

5 dag migdałów

1 łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej

2-3 łyżki gęstej śmietany

2 łyżki likieru pomarańczowego

Do posmarowania:

1 rozbełtane jajko

Lukier:

Ok. 2 szklanek cukru pudru

1 białko

Kandyzowana skórka pomarańczowa i posiekane orzechy do posypania

 Mak sparzyć gorącą wodą (w ilości takiej, by mak przykryty był całkowicie), wymieszać, po 15 minutach odcedzić i dobrze odsączyć. Zmielić trzykrotnie w maszynce mak. Zmielić orzechy i migdały w maszynce do mielenia orzechów. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem w mikserze, dodać masę marcepanową, rozetrzeć, dodać zmielony mak, orzechy, migdały,  skórkę pomarańczową, likier, wymieszać. Dodać śmietanę – ale tylko tyle by uzyskać dość zwartą ale plastyczną masę. Masa nie może być zbyt płynna, ani za twarda i właśnie świetnie reguluje się jej konsystencję dodając śmietanę stopniowo.

Wywałkować ciasto na prostokąt o wymiarach mniej więcej 65x34cm i przeciąć wzdłuż długiego boku na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 12 trójkątów.

Rozsmarować nadzienie zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta – zwijać w rogaliki zaczynając od najszerszego boku. Ułożyć na wyłożonej pergaminem blasze, przykryć i zostawić do wyrośnięcia aż podwoją objętość, około 1 i 1/2 godziny.

Rozgrzać piekarnik do 180ºC, wyrośnięte rogale posmarować rozbełtanym jajkiem i piec około 20 minut aż się ładnie zezłocą.

Utrzeć lukier z białka i cukru pudru. Wyjąć rogale na drucianą siateczkę i jeszcze ciepłe posmarować lukrem. Posypać skórką pomarańczową i posiekanymi orzechami.

Smacznego!