Kuchnia włoska w Pałacu Pugetów

„Il Calzone” jest w zasadzie w centrum Krakowa: Starowiślna 13.
Dobry adres na obiad dla odwiedzających Kraków trzynastego, i to w dodatku w piątek:))))

Pałac Pugetów

Miły, klimatyczny lokal

Il Calzone

Ale w porze lunchu, ok. godz. 14, niemal pusty.
Czy z uwagi na ceny? Poniekąd pewnie tak: obiad dla trzech osób (coś zimnego do picia, przystawka, głowne danie i wino) – to wydatek dwustu złotych.
Może położenie niezbyt szczęśliwe? Lokal, mimo, iż to centrum miasta, jest jednak troszkę na uboczu, nie przy samej ulicy. Trzeba wejść na dziedziniec kompleksu pałacowego Pugetów i przejść do leżącej na uboczu oficyny.
Ale decydująca jest tu chyba kuchnia: poprawna, ale niezachwycająca. Bez polotu, bez tej jakiejś nutki, która każe „wylizywać” talerze.
Nasz wybór:
Przystawki: sałatka Siena (boczek z grilla, suszone pomidory, czerwona cebula, grzanki, sos), sałatka Volterra (cielęcina, pomidor, karczochy, czarne oliwki, sos), samżone małże św. Jakuba z rucolą i suszonymi pomidorami

przystawki

Dania główne: pierś gęsi w sosie śliwkowym, filet z indyka na szpinaku z serem Taleggio, eskalopki cielęce w borowikach

dania główne

Porcje były solidne, ale…. więcej tam nie wrócę.
I w dodatku wina nie sprzedawano na lampki, tylko na butelki jedynie. A przeciez każda z nas zamówiła potrawę, do której pasowało inne wino. I nikt sam przecież nie wypije całej butelki do obiadu. Cóż, jakieś tam wino wybrałyśmy metodą kompromisu.
Ale tak się nie robi, panowie restauratorzy.

Zioła i kwiaty na MB Zielną

To piękna tradycja święcenia ziół, kwiatów i owoców 15 sierpnia w uroczystość Matki Boskiej Zielnej.
Dużo było bukietów na krakowskim rynku, znikały jak świeże bułeczki, nawet Japończycy byli nimi zainteresowani

bukiety ziół

Myślałam, że sobie kupię, ale jednak od piątku do niedzieli to chyba by nie wytrzymał. Ostatecznie zrobiłam go sama.
Tak wyglądał mój bukiet w tym roku:)

bukiet ziół i kwiatów

Krakowski festiwal pierogów

I oto mamy już VIII Festiwal Pierogów w Krakowie. Impreza trwa na Małym Rynku od piątku do niedzieli (13-15 sierpnia). I do zdobycia 2 nagrody przez restauratorów: od jury – statuetka św. Jacka, i od publiczności – statuetka św. Kazimierza:

statuetka św. Jacka

statuetka św. Kazimierza

migawki z festiwalu

stoisko z pierogami

A taka była propozycja na pierogi św. Jacka w tym roku:

pierogi św. Jacka

Zdjęcie dnia: zupełny absurd i prawie że surrealizm; nie dość że to dość karkołomny pomysł, by szlachcic w kontuszu, z pasem słuckim – równy wojewodzie, panie kochanku! – robił za naganiacza (rozdawał wizytówki i zachęcał do stoiska), to jeszcze trafił mu się półnagi Krakus, obywatel XXI wieku:)))

szlachcic

Ta pani w wianku usiłowała mnie przekonać że na pewno nie jadłam pierogów z wątróbką! Wolne żarty!!!

stoisko z pierogami

Podaję więc moją propozycję, w dodatku z przepisem:

pierożki z wątróbką

To przetestowany przepis z książki o świętach i kuchni żydowskiej; pierożki nazywają się kreplach.

30 dag wątróbki drobiowej
2 cebule
2 żółtka z jajek ugotowanych na twardo
1-2 łyżki smalcu lub miękkiego masła
2 łyżki oleju, 1 łyżka masła do smażenia
sól, pieprz

Ciasto:
30 dag mąki
1 surowe żółtko
ok. pół szklanki ciepłej wody
2-3 łyżki masła

sposób przygotowania
Przygotować ciasto: dodać do mąki żółtko i dolewając po troszku wody, zagniatać ciasto. Dodać masło, jeszcze raz wyrobić ciasto aż będzie gładkie i lśniące. Przykryć ściereczką i zostawić aż farsz będzie gotowy.
Przygotować farsz: wątróbkę oczyścić z błonek i tłuszczu.
Cebulę pokroić w drobniutką kostkę.
Rozgrzać na patelni olej i masło, wrzucić cebulę i wątróbkę, smażyć mieszając ok. 15 minut. Odstawić do przestygnięcia.
Następnie wyjąć wątróbkę, bardzo drobniutko ją posiekać, aż będzie wyglądała jakby była zmielona, wymieszać z pozostałymi na patelni tłuszczem i cebulą, dodać rozgniecione widelcem żółtka jajek, przyprawić solą i pieprzem. Dodać tyle smalcu lub miękkiego masła, aby farsz nie był suchy i nie kruszył się (powinna wystarczyć troszkę więcej niż 1 łyżka).
Ciasto rozwałkować na cienki placek, pokroić w małe kwadraty (4cm), nakładać po troszku farszu, zginać każdy kwadrat z farszem po przekątnej w trójkąt, zlepić dobrze brzegi.
Zagotować osoloną wodę w dużym rondlu, wrzucać partiami pierożki, gotować 3 minuty od wypłynięcia pierożków na powierzchnię. Wyjmować pierożki łyżką cedzakową, przekładać na płaskie talerze, układając tylko w jednej warstwie, zostawić do ostygnięcia.
Podawać przysmażone na oleju wymieszanym z masłem.

I jeszcze lokal z pierogami na ulicy Szpitalnej, Jana Kościuszki, propagatora kuchni siermiężnej

pierogarnia na Szpitalnej

Bób i kurki – połączenie idealne

To jedne z moich ulubionych smaków lata: bób i kurki. Ugotowałam bób, podsmażyłam na oliwie z masłem kurki, dorzuciłam kilka brązowych kozaczków. Wymieszałam na patelni, posypałam startym żółtym serem i chwilę jeszcze podsmażyłam. Doprawiłam pieprzem.
Połączenie smakowe – idealne!

bób i kurki

Niebanalna sałata ze śliwkami

Śliwki świetnie współgrają z zieloną sałatą, papryką, cebulą i ogórkami. Zapraszam!

sałata ze śliwkami

sałata strzępiasta
kilka śliwek węgierek
pół ogórka
pół papryki
cebula
Sałatę myjemy i dobrze odsączamy w wirówce
Ze śliwek usuwamy pestki i kroimy je w paseczki
Paprykę – również w paseczki
Cebulę – w cieniutkie pierścienie
Ogórek ścieramy na cieniutkie plastry, lekko solimy.

Robimy sos: 2-3 łyżki majonezu mieszamy z łyżką śmietanki, dodajemy troszkę cukru i łyżkę likieru pomarańczowego, dobrze mieszamy.

W salaterce układamy składniki sałatki, polewamy sosem.
Z kawałkiem bagietki mamy świetne, lekkie danie na kolację:)

Smak moreli

Pokazało się polskie wydanie magazynu kulinarnego Marthy Stewart „Living”. I tam najciekawszym tekstem – moim zdaniem – była opowieść nowojorskiego szefa kuchni, Dana Barbera, o jego pobycie we Francji, o smaku moreli kupionych na targu.
Takie dwie stroniczki bitego druku, bez żadnego zdjęcia, ale zaraz zobaczycie, że po jego przeczytaniu, człowiek musi, po prostu musi, lecieć na targ i kupić morele:

morele

„W Prowansji ludzie nie spędzają weekendów w supermarketach, najchętniej kupują w małych sklepach albo wybierają się na lokalne targi, które mają tam długą i wciąż żywą tradycję. Ja też postanowiłem w końcu wybrać się na wiejski targ. I wtedy właśnie zauważyłem morele.
Nigdy w życiu nie widziałem bardziej okazałych owoców: błyszczały soczystą czerwienią i były tak dojrzałe, duże, że prawie pękały. Morele? – zapytałem dla pewności.
„Qui, monsieur, des abricots”, odpowiedziała farmerka,  wskazując na duży napis tuż przed moim nosem.
Sięgnąłem po owoc. Ale Madame zdecydpwanym gestem odsunęła moją rękę, tak jakby odganiała natrętną muchę, po czym pochyliła się nad owocami i zaczęła stukać w nie palcami. Nagle trafiła środkowym palcem na jedną z dojrzałych. Dla pewności stuknęła w nią jeszcze parę razy. „Parfait”, powiedziała. Nie do mnie, tylko do moreli, przenosząc ją na miękką papierową serwetkę (całkowicie zignorowała moje protesty i bezradnie wyrażaną ochotę, by zjeść owoc od razu). Przyjęła pieniądze i niechętnie podała mi morelę.
Spróbowałem. Nie jestem w stanie dokładrie opisać tego, co stało się potem. Byłem urzeczony; miałem mętlik w głowie i to nie dlatego, że skosztowałem najlepszej moreli w moim życiu, ale z zupełnie innego, znacznie prostszego powodu: ja nigdy; nawet w najśmielszych marzeniach, nie wyobrażałem sobie, że gdzieś na świecie mogą istnieć takie owoce.
Zbliżając morelę do ust, w momencie całkowitej rozkoszy, zdobyłem się na odwagę i zapytałem po francusku: „C`etait ne, ou?” (To się urodziło gdzie?). I nagle, zapewne sprawiły to emocje, spojrzałem wstecz, na moje dwa lata spędzone we Francji, które właśnie dobiegały końca. Wracałem do Ameryki stawić czoła nie znanej przyszłości. I oto odkryłem rzecz niezwykłą – smak Prowansji i jej moreli.
Madame, jakby rozumiejąc moje zmieszanie, wyszła zza straganu i położyła mi rękę na ramieniu. Przez następne pół godziny opowiadała mi o sadzie, który jest własnością rodziny od dwóch pokoleń; o tym, jak się uprawia najwspanialsze morele na świecie, jak się je sadzi i przycina. Wracałem do domu obładowany dorodnymi owocami.
Kupiłem od Madame więcej moreli, niż mogłem udźwignąć, nawet część z nich poupychałem w kieszeniach marynarki. Zjadłem wszystkie, co do jednej, ani na chwilę nie przestając się delektować ich wspaniałym, soczystym smakiem. Od tamtej pory każdy sierpień spędzam na farmie (a gdzie indziej warto być o tej porze roku?), prawie codziennie wspominając Madame i jej morele.” (Dan Barber)

A ja z kupionych moreli zrobiłam austriackie knedle, z ciasta serowego, według przepisu Bajaderki z portalu Mniammniam:

knedle z morelami

250g białego sera
1 jajko
szczypta soli
ok. 3/4 szklanki mąki
2 łyżki roztopionego masla

12 małych, slodkich moreli
Ser dobrze rozgnieść widelcem. Dodać sól, jajko i stopniowo dodawać mąkę. Jeżeli ser jest wilgotny, dodać trochę więcej mąki (ciasto powinno mieć konsystencję ciasta ziemniaczanego). Dodać roztopione masło i dobrze wymieszać. Zawinąć w folię i schłodzić przez około 2 godziny, można je zostawić w lodówce na całą noc.
Nastawić lekko osoloną wodę do gotowania knedli w dużym, szerokim rondlu. Morele umyć, naciąć i usunąć pestki i w ich miejsce włożyć kostkę cukru (nie miałam kostek, wsypywałam cukier luzem). Ciasto podzielić na 12 części, z każdej uformować cienki placuszek (najlepiej na dłoni, bo ciasto się nieco klei) i otoczyć nim morele dobrze sklejając brzegi. Układać na lekko oprószonej mąką stolnicy.
Delikatnie włożyć knedle do gotującej się wody i zagotować na dużym ogniu. Kiedy knedle wypłyną na powierzchnię, obniżyć ogień i gotować 8-10 minut, aż morele będą miękkie. Delikatnie wyjać knedle łyżką cedzakową. Podawać gorące, polane masłem ze zrumienioną bułeczką i posypane cukrem.

Są pyszne. Smacznego!

Ciasto ze śliwkami

Zaczęły się pojawiać na blogach ciasta ze śliwkami; broniłam się przed tym, nie chciałam jeszcze śliwek!
Bo śliwki to sygnał, że już, wielkimi krokami, idzie jesień. A chciałoby się jeszcze lato zatrzymać…
Ale kiedy weszłam między stragany na targu, kiedy zobaczyłam te różne odcienie fioletu na śliwakch, kiedy poczułam ich słodki zapach – skapitulowałam:)
Kupiłam śliwki, upiekłam ciasto.

ciasto ze śliwkami

Od lat piekę ciasto ze śliwkami z przepisu Anusiaczka:

http://po-nitce.blogspot.com/2010/07/sliwkowe-popoudnie.html

Jest takie jak lubię: lekko wilgotne, w sam raz słodkie, z nutką cytryny.

„Życie we Francji” z Julią Child

Przeczytałam tę książkę. I muszę przyznać, że dawno już żadna książka nie wzbudziła we mnie tylu emocji, co ta.

Julia Child

Najpierw byłam zachwycona opisem paryskich ulic, sklepików, placów targowych, resaturacji, całym tym szczególnym klimatem Paryża, który też kiedyś troszkę liznęłam:)
Opis zajęć w szkole gastronomicznej Cordon Bleu był równie zachwycający, ale już nieco mnie zaniepokoił. Julia pisała o gotowaniu takie rzeczy, że poczułam się bardzo niedouczona. Ale wtedy jeszcze marzyłam o zajęciach w tej szkole.
Potem Julia zaczęła pisać książkę; tę najsławniejszą: Mastering the Art of French Cooking. Opowiadała, że książka ta jest jedyna i niepowtarzalna, że nikt tak do tej pory nie pisał przepisu kulinarnego, dokładnie a zarazem lekko i dowcipnie. Pisała o testowaniu każdego przepisu, i to wielokrotnie, żeby mieć pewność, że przepis jest dobry. Zapragnęłam zdobyć tę książkę! (mimo iż wiedziałam, że ma przeszło 700 stron i jest cegłą bitego tekstu, bez żadnych zdjęć czy rysunków, a moja znajomość angielskiego, którego niedawno zaczęłam się uczyć, na pewno nie pozwoli na lekturę „do poduszki”, tylko będę się przedzierała z mozołem ze słownikiem w ręku).
Ale gdzieś tak w połowie książki pojawiły się fotokopie kilku przepisów z „Mastering”. No i – czy ja wiem? czy rzeczywiście taka odkrywcza jest forma tych przepisów? Wydały mi się zwykłym przepisem. Już nie jestem taka pewna, że chcę polować na „Mastering” 🙂
Julia z pisania tej książki uczyniła idee-fix swojego życia; nic juz nie było ważne, wszystko musiało się temu pisaniu podporządkować. To zaczęła być obsesja szczegółów, wersji przepisów, modyfikacji. Uznała, że ludzie nie mają pojęcia o gotowaniu i ona MUSI im powiedzieć, jak mają to robić. Choćby takie jajko: czy wiesz jak z nim postępować??? Czytając takie słowa, wytrzeszczałam oczy i myślałam sobie: choinka, pewnie nie wiem. Przez wiele, wiele stron czułam się stłamszona i baaaardzo niedouczona.
W końcu zaczęła mnie ta książka denerwować.
Julia chyba przesadziła z tą swoją misją uczenia świata. Zwłaszcza, że zaczęła robić programy telewizyjne o gotowaniu, i wyszło, że nie jest sama taką perfekcjonistką, jak to opisywała. Widziałam kilka jej programów, i wiem, że nie jest.
Powoli wydobywałam się z dna totalnej załamki na polu kulinarnym:)
Dobrze, że książka się skończyła!
Oj, Julio, Julio…..

Sos grzybowy do placków z cukinii

Znalazłam 3 brunatne kozaczki w parku-zagajniku na przedmieściach, hura!!!! To cudowne uczucie: budzi się w człowieku instynkt poszukiwacza i ta satysfakcja, że się znalazło:)
– Czekały na ciebie – tak zawsze mówił tato w czasie naszych wypraw do lasu:)
Trzy kozaczki to jednak niewiele, ale dorzuciłam do nich garść kurek i zrobiłam sos grzybowy do placków z cukinii; przepyszny!

sos grzybowy

Rozgrzałam w rondelku trochę oliwy, dodałam kawałek masła i wrzuciłam posiekane niezbyt drobno grzyby. Lekko osoliłam.
Trzeba je dusić, aż sok, który puszczą, wyparuje. Wtedy dołożyłam jeszcze kawałek masła, dodałam posiekaną w piórka niezbyt dużą cebulę, chwilę poddusiłam, po czym dolałam trochę wrzątku, tak żeby wyszedł gęsty raczej sos. Wszystko się poddusiło jeszcze jakieś 5-10 minut. Dodałam łyżkę śmietanki 36%, doprawiłam pieprzem.
I gotowe!

Kalafiorowa z kurkami

Moja codzienna droga do pracy prowadzi obok targu. Nigdy nie mogę się oprzeć ciekawości i zawsze wchodzę między stragany, wdychając wspaniały zapach jarzyn i owoców. Nie ma to jak zakupy na targu:)
Ostatnio nie mogę oprzeć się pokusie kupowania kurek; tak pięknie złocą się na stołach.
Marynuję je, mrożę, suszę, i rzecz jasna jem na świeżo:) Dziś proponuję zupę kalafiorową z kurkami.

kalafiorowa z kurkami

1 cebulę pokrojoną w piórka i garść kurek podsmażam na niewielkiej ilości rozgrzanej w rondlu oliwy, do której dodaję nieco masła. Dodaję klika różyczek kalafiora, pokrojonego w małe kawałeczki, zalewam wrzątkiem, dodaję garść makaronu zacierkowego, szczyptę ziół prowansalskich i gotuję do miękkości, jakieś 20-30 minut. Doprawiam solą, pieprzem, szczyptą papryki i szafranem (ostatnio nie mogę się oprzeć tej przyprawie). Dodaję 2 łyżki śmietany i pół łyżki masła. W ostatniej chwili gotowania dorzucam natkę pietruszki. Teraz najlepiej zostawić zupę pod przykryciem na jakieś 10 minut. Po tym czasie trzeba sprawdzić smak, może konieczne będzie dodanie jakiejś przyprawy jeszcze.
I smacznego!
Słodycz kalafiora świetnie komponuje się z ostrym nieco, pieprznym smakiem kurek.