Żegnajcie, grzyby, na rok

To już chyba koniec sezonu na leśne grzyby. Na targu prawie już ich nie ma.
Jeszcze tylko trochę opieniek gdzieniegdzie się trafi, trochę zielonych gąsek, czasem jeszcze resztki rydzów lub kozaczków.
I właśnie z rydzów i kozaczków zrobiłam pożegnalną potrawę: makaron zasmażany z grzybami. Coś, co w moim domu rodzinnym było bardzo, bardzo lubiane i często pojawiało się na stole. Takie nostalgiczne danie dzieciństwa.

grzyby zasmażane z makaronem

Można to danie zrobić z każdej ilości grzybów, jakie się ma, i z każdego rodzaju grzybów. Jak najbardziej mogą być grzyby mieszane.
Oczyszczone i umyte grzyby wrzucamy na wrzącą, osoloną lekko wodę i obgotowujemy je przez 10 minut. Odcedzamy, przelewamy zimną wodą, żeby zahamować proces gotowania. Wykładamy grzyby na deskę i siekamy, aż uzyskamy drobniutką kosteczkę.
Siekamy drobno cebulę i wrzucamy ją oraz grzyby na roztopione masło w głębokiej patelni. Podsmażamy, doprawiając solą, pieprzem, szczyptą papryki.
Robimy zasmażkę z łyżki masła i łyżki mąki, dodajemy ją do grzybów.
Gotujemy makaron nitki; ile tego makaronu? to zależy od tego, ile mamy do dyspozycji grzybów, sami zobaczycie, ile będzie trzeba.
Odcedzony makaron mieszamy z grzybami, podsmażamy.
Gotowe.
Smacznego!
Potrawa nie musi być zjedzona od razu, jak najbardziej nadaje się do odsmażania.

Hiszpańska papryka wędzona

Przed kilku laty dostałam puszeczkę hiszpańskiej papryki wędzonej i …. przepadłam! cudowna rzecz! nadaje potrawom niezwykły aromat.
Odtąd staram się zawsze ją mieć w swojej kuchni, choć w Polsce niełatwo ją kupić. Miewa ją sieć Mark&Spencer, a w tych dniach pojawiła się w sieci Alma:

papryka wędzona

Mają trzy rodzaje: ostrą, półsłodką i słodką.

Schab z Karczmy pod Kluką

Tak prawdę powiedziawszy, to schab najbardziej lubię w postaci tradycyjnych kotletów w panierce:)
Ale przeglądając książkę „Kuchnia regionalna wczoraj i dziś” (którą kupiłam dawno, dawno, kiedy byłam jeszcze studentką i zaczynałam kompletować własną biblioteczkę domową) trafiłam na ciekawy przepis: schab po staropolsku z „Karczmy pod Kluką”. O tej karczmie od dawna słyszałam; sprawdziłam w necie, i wiecie? że ona ciągle tam w Słupsku jest? i schab po staropolsku ciągle jest jej popisowym daniem.

schab z karczmy pod Kluką

A oto przepis (jak to u mnie: proporcje z połowy składników)
0,5 kg schabu
ok. 5 dag smalcu
10 dag śliwek suszonych
3 dag rodzynek
łyżka miodu
łyżka masła
0,5 l rosołu
majeranek, sól

Mięso obrumienić na smalcu ze wszystkich stron, przełożyc do brytfanny, posypać solą.
Dodać sparzone śliwki, podlać rosołem i upiec (200 st. C, ok. 50 minut)
Wtworzony sos w czasie pieczenia przetrzeć przez sito, dodać namoczone w ciepłej wodzie rodzynki, miód, masło i majeranek. Chwilkę poddusić pod przykryciem.
Schab podzielić na porcje, polać sosem.
Smacznego!

Wieczór kuchni hiszpańskiej

Do menu wybrałam kuchnię hiszpańską, bo jest to kraj zarówno Bunuela – reżysera filmu „Dyskretny urok burżuazji”, który towarzyszył naszemu spotkaniu, jak Salvadora Dali – przyjaciela Bunuela.

menu hiszpańskie

Najpierw były życzenia imieninowe: jedne zaległe, drugie właśnie nadchodzące wielkimi krokami:) i drink fifty-fifty (pół na pół martini dry i gin, z oliwką); bardzo lubił ten drink Bunuel.

fifty-fifty

Żywe kwiaty i suche liście to trochę zaskakujące zestawienie; to wszystko jeszcze w kubeczku z zegarem S. Dali i w metalowym koszu. Trochę to z różnych bajek jakby i nieco surrealistyczne – ale tacy właśnie byli, i Bunuel i Dali.

kwiaty i liście

Tapas wszystkim smakowały; a były polędwiczki w sosie vinegret, sałatka z pomarańczy, czerwonej cebuli i sera Manchego, szynka jamon serrano+oliwki+ser, chorizo+oliwki+ser, jajka przepiórcze+anchois+pasta kawiorowa

tapas 1

tapas 2

Zupa z południa Hiszpanii, andaluzyjska, krem z porów z pomidorami i ryżem

zupa andaluzyjska

Główne danie to wołowina+cielęcina+polędwica duszone w winie wg przepisu S. Dali; do tego fasolka po katalońsku

mięso duszone w winie

kuchnia S. Dali

Jeśli chodzi o wino do potraw, to zdecydowałam się na wytrawną czerwoną Rioję – flagowe wino Hiszpanii

Rioja

Ciasta nie są moją mocna stroną. Jasne, jasne, mam kilka swoich niezawodnych hitów, ale cukiernikiem nie jestem i raczej nie będę. Do kawy podałam bezpretensjonalny torcik hiszpański (z gotowych blatów), tylko krem kawowy z bitej śmietany zrobiłam sama:)

Następne (listopadowe) spotkanie – to również będzie kuchnia hiszpańska, ale z zachodniej prowincji, z Galicji. Już zaczynam szukać przepisów.

Suszone kwiaty w Kazimierzu Dolnym

Kiedy wybierałam się do Kazimierza, Jot z zazdrością w głosie powiedział: – o, ale ci dobrze, tam teraz będzie mnóstwo bukietów z suszonych kwiatów! To ich specjalność.
I rzeczywiście tak było.

suszki w Kazimierzu

Nie mogłam się zdecydować, co kupić:) W końcu wybrałam słomianą, wyplataną łyżkę wypełnioną suszkami i dzbanuszek ze stożkowatą kompozycją.

bukiety kazimierskie

 

Kazimierzowskie koguty

Warto mieć marzenia, bo one lubią się spełniać:)
Wreszcie doszła do skutku moja wymarzona podróż do Kazimierza Dolnego nad Wisłą.
Miasteczko-legenda – a jego kulinarną specjalnością są wypiekane z drożdżowego ciasta koguty.

kazimierzowski kogut

rynek w Kazimierzu

Legendę o kogucie opowiedziała nam właścicielka straganu, gdzie go kupowaliśmy; bardzo była speszona koniecznością opowieści, ale dzielnie stanęła na wysokości zadania.

kogut w Kazimierzu

Posłuchajmy tej historyjki w interpretacji p. J. Niegodzisza w książki „Kazimierz Dolny w 3 dni”

Jak kogut wygrał z diabłem  

Było to dawno, dawno temu, jeszcze w pogańskich czasach, kiedy na Wietrznej Górze (dawniej Kazimierz Dolny) szumiał ogromny, dębowy las. Na jego skraju, miejscowi odprawiali pogańskie praktyki oraz palili ognie, widoczne nawet z drugiej strony rzeki Wisły. Kiedyś, przelatywał tędy diabeł i bardzo mu się owe ognie spodobały. Rankiem, kiedy się rozwidniło i zobaczył tak cudną okolicę, postanowił tu zamieszkać na dłużej, bo okrutnie mu to wszystko przypadło do diablego serca. Najbardziej zachwyciły go wąwozy oraz dębowe i modrzewiowe lasy (bo wtedy rosło na granicznikach dużo modrzewi). Kazimierz Dolny tak mu się wtedy spodobał, że diabeł poczuł się tu jak w siódmym… piekle, oczywiście!

Zamieszkał w dębowym lesie, w jamie wąwozu. Z czasem miał coraz więcej roboty, bo leżące u stóp Wietrznej Góry miasteczko zaludniało się coraz bardziej, więc było kogo kusić. Kiedy pobudowano klasztor zmienił lokum – wylazł, acz bardzo niechętnie, z wąwozu i zamieszkał na dnie klasztornej fosy. Pewnego dnia zobaczył w miasteczku pięknego, tłustego, zadowolonego z życia kazimierskiego koguta – złapał go i zjadł ze smakiem. I wtedy przepadł z kretesem! Kogut tak mu zasmakował, że teraz jadał już tylko koguty, więc wszystkie w miasteczku, a potem całej okolicy, znalazły się w ogromnym niebezpieczeństwie. Szczególnie upodobał sobie te czarne (wiadomo, dlaczego – bo w jego ulubionym diabelskim kolorze), z czerwonymi strojnymi grzebieniami. Przyszedł jednak czas, gdy w całej okolicy został jeden jedyny – ostatni kogut. Był czarny, stary, mądry i bardzo sprytny. Postanowił przechytrzyć koguciego prześladowcę i w upatrzonej wcześniej kryjówce znakomicie się schował, w towarzystwie młodej urokliwej kazimierskiej kury.

Zrobił to tak skutecznie, że nawet diabeł, z całą swoją diabelską mocą, nie był go w stanie odnaleźć, mimo że głodny i zły przetrząsał drewniane kazimierskie zagrody, okoliczne lasy oraz zarośla w całej okolicy. Kogutowi pośpieszyli z pomocą ojcowie reformaci. Dość już mieli diablego tutaj panowania! Poświęcili diablą norę i wszystko wokół. Kiedy diabeł powrócił z bezowocnych poszukiwań, nie mógł znieść zapachu święconej wody, więc uciekł szybko, gdzie pieprz rośnie.

Kiedy już wszystko ucichło i nad miasteczkiem wstało wesoło słońce, ostatni czarny kazimierski kogut wyszedł z ukrycia, aby zbudzić miasteczko donośnym pianiem. Dumnie spacerował ulicami, strosząc swe piórka. Wszyscy witali go z uśmiechem. A kogut-bohater dziarsko zabrał się do odbudowania kurzo-koguciego stadka. Na pamiątkę tego wydarzenia i dla oddania czci jego zdrowemu rozsądkowi oraz sprytowi w ratowaniu koguciego gatunku, zaczęto w Kazimierzu wypiekać koguty z drożdżowego ciasta. I piecze się je aż do dziś.

Amerykański futbolista w Parmie

W księgarni wpadła mi w ręce książka Johna Grishama „Zawodowiec”.

Zawodowiec

Z dotychczasowych spotkań z tym autorem wiem, że jego książki można kupować w ciemno. I tak zrobiłam, nie bardzo nawet patrząc na opis książki.
Z przyjemnością czytając, z kartki na kartkę byłam jednak coraz bardziej zdumiona. Czekałam na aferę, prawnicze perypetie, wątek kryminalny, z których znany jest Grisham … a tu nic. Nic z tych rzeczy.
Zawodnik amerykańskiego futbolu znalazł się we Włoszech, w Parmie i odkrywa europejską kulturę, włoską kuchnię… inny świat.
I Grisham pokazuje nam ten włoski świat w sposób cudowny. Ot, chciażby takie pierożki w rosole – jakże smakowicie opisane:

Powrócił Carlo, dyrygując kelnerami i zmieniając nakrycia. Nino przyniósł kolejną butelkę wina, które produkowano – co niespodzianka – tuż za rogiem. Tym razem było to czerwone musujące lambrusco i oczywiście Nino znał winiarza. Wyjaśnił, że w Emilii-Romanii wytwarza się wiele świetnego lambrusco, ale to jest najlepsze. I będzie idealnym uzupełnieniem tortellini in brodo, które właśnie podaje jego brat. Nino cofnął się o krok i Carlo zaczął szybko recytować po włosku.
Sam po cichu błyskawicznie tłumaczył.
– To tortellini w mięsnym bulionie, słynne tutejsze danie. Małe kulki pasty, ciasta makaronowego, są faszerowane duszoną wołowiną, prosciutto i parmigiano. W różnych miastach dają różne nadzienia, ale oczywiście przepis z Parmy jest nąjlepszy. Pasta została wyrobiona dziś po południu osobiście przez Carla. Legenda głosi, że facet, który wymyślił tortellini, w ich kształcie odwzorował pępek pięknej nagiej kobiety. We Włoszech jest mnóstwo legend o jedzeniu, winie i miłości. Bulion jest na wołowinie, czosnku, maśle i paru innych rzeczach.
Nos Ricka zawisł kilka centymetrów nad miską, wchłaniając gaty aromat potrawy.
Carlo ukłonił się, a potem powiedział coś, jakby ostrzegając. Sam wyjaśnił: – Mówi, że porcje są nieduże, ponieważ w drodze jest pierwsze danie.
Po pierwszym tortellini Rick prawie się rozpłakał. Pływające w bulionie nadziewane kulki ciasta uwiodły jego zmysły. – To najlepsza rzecz, jaką w życiu jadłem – jęknął. Carlo uśmiechnął się i ruszył do kuchni.
Rick popił pierwsze tortellini lambrusco i zaatakował pozostałe kulki pływające w głębokiej misie. Małe porcje? Paolo i Giorgio w skupionym milczeniu rozprawiali się ze swoimi tortellini. Tylko Sam okazywał nieco opanowania.

Ale nie tylko miłośnicy kulinariów będą zachwyceni; miłośnicy sportu, a zwłaszcza amerykańskiego futbolu będą zafascynowani.

Miłej lektury!

Australijski shiraz z karkówką w tle

Wino australijskie jest ostatnio bardzo na topie.
Właśnie parę dni temu słyszałam, że jest polecane jako dobry prezent dla koneserów.
I przypomniałam sobie, że przecież niedawno dostałam właśnie australijski shiraz. Chyba przyszedł czas, by go spróbować.
Podałam go do zamarynowanej, obgotowanej i upieczonej karkówki.

shiraz

Więc pasuje to wino do ciemnego mięsa.
Jest pięknego, ciemnobordowego koloru, o wyczuwalnym smaku czarnej porzeczki, mocne, z nieco cierpkim aromatem.
Shiraz to bardzo popularny francuski szczep z Doliny Rodanu (tu nosi nazwę syrah), a zawędrował do Australii w XIX wieku. Australia nazywana jest drugą ojczyzną Syrah.

Jeśli szukacie wina do mięs czy dzikiego ptactwa, to na pewno wina ze szczepu Syrah czy Shiraz można polecić.

Zupa cytrynowa z kurkami

Zerwałam kolejną kartkę z kalendarza (w tym roku mam kalendarz kulinarny pp. Adamczewskich).
Patrzę: zupa z kurek. W pierwszej chwili nawet nie bardzo chciało mi się czytać ten przepis, bo w zasadzie każdy robi tak samo tę zupę: podsmaża się grzybki, zalewa wodą lub bulionem, dorzuca różne dodatki, dosmacza ziołami i ew. śmietaną lub zasmażką – ale ciekawość zwyciężyła:)
Miałam rację co do metody. Ale dodatki były zaskakujące: do zupy dodaje się pokrojoną na plastry cytrynę (!)
No więc zrobiłam:) wyszła pyszna zupa cytrynowa z kurkami. Smakowo – bomba!

zupa cytrynowa z kurkami

Oryginalny przepis brzmi tak:
6 szklanek rosołu warzywnego z kostki, ok. 50 dag kurek, łyżka masła, cytryna, pół szklanki śmietany i 2 łyżki białego wina (niekoniecznie), 2 łyżki siekanej zielonej pietruszki, łyżeczka (łącznie) posiekanego świeżego tymianku i rozmarynu, sól, pieprz.
1. Kurki oczyścić, starannie umyć, posiekać, podsmażyć na maśle. Podsmażone grzyby dodać do rosołu warzywnego
2. Cytrynę pokroić w cienkie półplasterki i dodać do zupy. Zagotować. Kto nie lubi zbyt kwaśnego smaku zupy może pokroić tylko połówkę cytryny.
3. Śmietanę wymieszać z winem (jeśli chcemy użyć),dodać zioła i wymieszać z zupą, doprawić solą i pieprzem .Doprowadzić do wrzenia. Posypać zupę zieloną pietruszką. Zupę z kurek można podawać z makaronem, kluskami lanymi lub z ryżem ugotowanym na sypko. Można też podać zupę bez żadnych dodatków.

Ja zmniejszyłam proporcje, bo na ogół robię dania na 2 osoby.
Cytrynę dodawałam ostrożnie, próbując:) tylko 4 półplasterki – w zupełności wystarczy. Nie miałam świeżego tyminaku i rozmarynu -dodałam zioła prowansalskie. Wino miałam półsłodkie.
Dorzuciłam do zupy kluseczki typu spaetzle.
Warto spróbować:)