W czwartą rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej ukazała się wspomnieniowa książka jej sekretarza, Michała Rusinka, zatytułowana: „Nic zwyczajnego”.
Zet zadzwonił:
– Musisz ją przeczytać. Jest mnóstwo szczegółów i odniesień kulinarnych.
Kiedy więc trafiła do mnie, wyczulona już byłam na te wątki.
Nie, żebym szukała tanich sensacyjek.
Po prostu, zwykle, po ludzku, byłam ciekawa, co lubiła jeść, czy lubiła gotować, jaka była jej kuchnia – czyli jaki był ten cały mikroświat, który każdy z nas jakoś tworzy w swoim życiu, i który nas jakoś określa.
Popatrzmy: jest zdjęcie słynnej komody, stojącej w przedpokoju, a przy okazji możemy zajrzeć do kuchni (tak do fragmentu kuchni, ściśle mówiąc)

Kuchnia jest raczej mała. Jasna kremowa posadzka i w takim samym kolorze płytki na ścianie, jasne blaty szafek i bardzo ciemne, prawie czarne kontrastowe drzwiczki. Przejrzystość i prostota, żadnych bibelotów na wierzchu.
Czy pani Wisława gotowała sama? Czy lubiła to?
Poczytajmy:
„Zawsze się zastanawiałem, czym WS właściwie się żywi. Wiem, że sama sobie gotowała. Kupowała najchętniej jakieś półprodukty. Od czasu do czasu prosiła, żebym jej kupił pikantne skrzydełka w KFC, najchętniej tak zwany mega kubełek, w którym ich było ze czterdzieści. Za którymś razem się przyznała, że je zamraża, a potem sobie kilka takich zamrożonych rzuca na patelnię, na rozgrzany tłuszcz i ma pyszny obiad. Usiłowałem ją od tego odwieść, mówiąc, że to potwornie niezdrowe, ale mi się nie udało. Próbowałem zniechęcać ją do takiego jedzenia, szydzić ze skłonności do fast foodu, narzekać na zapach, który potem jeszcze długo utrzymywał mi się w bagażniku — bezskutecznie. Moją klęskę spotęgowało dodatkowo to, że podobną namiętnością do tych samych skrzydełek zapałał mój syn Kuba, wówczas sześcioletni. I mówił o nich „skrzydełka pani Wisławy”.
Historia o KFC przedostała się do prasy. Moja w tym wina, bo poskarżyłem się na niezdrowe nawyki gastronomiczne Szymborskiej w jakimś wywiadzie. Po pewnym czasie firma KFC przesłała jej podziękowanie za korzystanie z ich oferty oraz specjalny dokument, po którego okazaniu mogła dostawać za darmo mega kubełki pikantnych skrzydełek restauracji KFC w całej Polsce. Ogromnie ją to rozbawiło. Odpisała w ten sposób: „Szanowna Firmo, to prawda, że lubię pikantne skrzydełka i od czasu do czasu je kupuję. Jednak z waszej karty gratisowej korzystać nie będę — po prostu mi nie wypada. Zachowam ją sobie jako miłą pamiątkę”.
Lubiła wydawać przyjęcia; słynne były jej zupki Knorra w torebkach, czasami na stół trafiały kartony zamówionej pizzy, ale były i bardziej wykwintne potrawy:
„Kiedy Szymborska zaczyna organizować pierwsze loteryjki w nowym mieszkaniu, to znak, że przeprowadzka się zakończyła, że życie wróciło do normy. Wreszcie ma nowy stół, przy którym mieści się więcej osób (czyli koło dziesięciu). Jeszcze przed Noblem twierdziła, że powyżej ośmiu osób to już jest tłum. Po Noblu zmieniła zdanie i podniosła liczbę osób do dziesięciu. Myślę, że nie tyle pod wpływem nagrody, ile właśnie przeprowadzki i nowego, rozkładanego stołu.
Rytuał zawsze jest taki sam. Najpierw wybiera datę (bywa, że pretekstem do kolacyjki jest przyjazd znajomej osoby z zagranicy). Potem w kalendarzyku wpisuje listę gości, do których następnie dzwoni z zaproszeniem. Kolacja składa się z trzech elementów: drinka na początek (zazwyczaj jest to martini, campari lub gin z tonikiem), dania głównego oraz loteryjki, przy której pije się herbatę i brandy. Danie główne albo zamawiane jest w zaprzyjaźnionej i zaufanej restauracji Pod Baranem (boeuf Strogonow lub wołowina po burgundzku), albo gotuje je sama gospodyni. Tradycją stało się, że wiosną na cześć Czesława Miłosza, który zwykle o tej porze roku przyjeżdżał z Kalifornii, Szymborska gotowała zrazy (z polędwicy) z kaszą i podawała – oprócz tradycyjnego wina – zamrożoną wódeczkę. On tak lubił. A to było jej danie popisowe (obok sałatki z kiszonej kapusty i kurek, wspaniałej).”
I na koniec jeszcze ciekawostka o zakupach:
„(…) pojawiają się w naszym mieście pierwsze hipermarkety. Szymborska je, o dziwo, bardzo lubi, choć nie pamięta ich nazw (na Allkauf uparcie mówi Alzheimer). Czuje się w nich o wiele lepiej niż w małych sklepikach. Jest anonimowa, rzadko ktoś ją tam rozpoznaje, bo ludzie głównie patrzą na półki, a nie na innych. Chodzę za nią z koszykiem, do którego wkłada słoiki z wisienkami koktajlowymi, miniaturową kukurydzą, oliwkami nadziewanymi czymś podejrzanym. Oraz bekon. Którego nie ma, ale WS uznaje, że najbardziej przypomina go wędzonka krotoszyńska. Kiedyś wysyła mnie samego po bekon, a że mi nie ufa w tym względzie, rysuje mi przekrój poprzeczny bekonu. To znaczy wędzonki.
Do produktów żywnościowych ma podejście nieco zbyt estetyzujące, moim zdaniem. Fascynuje ją żółty ser kolorowany czymś, rzekomo naturalnym, na zielono. Znajduje gdzieś ciasteczka, które może nie są najlepsze, ale nazywają się Brzydkie i to ją przekonuje do kupowania ich namiętnie przez dłuższy czas. Lubi pewien gatunek czerwonego wina, bo jest sprzedawane w krzywych butelkach.”
Zapraszam do lektury całej książki; jest tam też trochę o balu noblowskim, jest o obiadach u siostry Nawoi….