Kurczak z zerwanej kartki z kalendarza

Przeczytałam kiedyś ostre słowa krytyki pod adresem internautów zamieszczających w sieci „byle jakie przepisy” pochodzące z zerwanych kartek z kalendarza… To już było jakiś czas temu, a ciągle nie mogę o tym zapomnieć. Bo dla mnie zerwane kartki z kalendarza są często inspiracją i mam dla nich wiele sentymentu.
Dlaczego miałby być złe te przepisy?
Równie dobrze złe mogą być te zamieszczane w kolorowych gazetach czy książkach….

Ostatnio zerwana kartka przyniosła propozycję kurczaka duszonego w aromatycznej, świeżo zaparzonej herbacie Earl Grey:
kurczak z kalendarza

1 pierś z kurczaka
sok z cytryny
sól, pieprz, przyprawa do drobiu (u mnie bawarska)
szklanka mocnej, świeżo zaparzonej herbaty Earl Grey
oliwa

Kurczaka umyć, osuszyć, pokroić na paski, oprószyć przyprawami, skropić sokiem z cytryny i odstawić do lodówki na 20 minut.
W tym czasie zaparzyć herbatę.
Rozgrzać w rondlu oliwę, obsmażyć z wszystkich stron paski kurczakowe, wlać herbatę.
Dusić pod przykryciem ok. 20 minut.

Szybkie i pyszne:)

Kura rosołowa

To było ciekawe doświadczenie:)
Od jakiegoś już czasu, w sklepie mięsnym pojawiła się nowa kategoria produktów: kura rosołowa. Zachęca się bardzo klientów do jej nabywania: wie pani, to taka prawdziwa wiejska kura, żadna tam przemysłowa hodowla, zobaczy pani jaka smaczna!
No dobrze, skusiłam się. Kupiłam ćwiartkę. Na rosół.
Gotowałam ten rosół zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki kulinarnej, zalałam kurę z włoszczyzną zimną wodą, dodałam listek laurowy i ziele angielskie i pomalutku doprowadziłam do wrzenia, skręciłam ogień i pozwoliłam zupce ledwo, ledwo bulgotać. Po godzinie chciałam wbić widelec w kurę, żeby sprawdzić miękkość mięsa.
Ha! I tu nastąpił szok!
Pamiętacie może, jak Portos z „Trzech muszkieterów” A. Dumasa był zaproszony na obiad do pani prokuratorowej? i podali właśnie kurę rosołową? do której nie dało się wbić widelca?
Otóż to; do mojej też się nie dało.
Gorzej, po kolejnych trzech godzinach gotowania sytuacja nie uległa zmianie.
Ale o dziwo, rosołek wyszedł naprawdę smaczny, piękny w kolorycie, z obowiązkowymi okami, pikantnie doprawiony – palce lizać!
rosół z okami

Spróbowałam pokroić kurę nożem o ząbkowanym ostrzu. Udało się. I wiecie, że nie była zła? Ona po prostu chyba ma bardzo, bardzo ścisłe mięso, takie ubite. Nie należy tracić nadziei gotując ją:)

kura rosołowa

Dzień kota

Och, nawet nie wiedziałam, że wczoraj był dzień kota! dopiero późnym wieczorem mi to uzmysłowiono:)

Ale teraz ponoć każdy dzień roku komuś lub czemuś jest poświęcony:)

Ja i mój kot w ogóle nie przygotowaliśmy się do TAKIEGO dnia; zdjęcia portretowego nie było i ekstra przysmaków nie było:(

Cóż, pokażę jedno z ostatnich zdjęć Bajeczki: leży ona sobie na szafie i z wysokości ogląda świat, łapa jej zwisa leniwie – to jej ulubiona pozycja:)

Bajeczka na szafie

Ona raczej nie podwija łapek pod siebie, jak inne koty; ma po prostu te łapy za długie (syjamy takie właśnie mają).

A wczoraj była, niezależnie od święta, bardzo szczęśliwym kotem: ja sprzątałam szafki kuchenne, a ona wchodziła z lubością w każdy zakamarek i nawet (myślę że spacjalnie) dała się zamknąć w jednej szafce!

Niech żyja koty!

Oczy okrągłe ze zdziwienia jak ziarnka grochu – czyli grochówka

Czyli Lucyny Legut „Romans kuchenny” i jej nauka gotowania dla pewnego pana:)
Dziś propozycja na zimę złą – czyli grochówka – która zawsze wygląda znacznie gorzej niż smakuje:)


grochówka

groch łuskany (1 szklanka grochu na 1-1,5 litra wody) wędzony boczek (ew. resztki kiełbasy lub szynki)
1 łyżka masła
tarty majeranek, 2 ząbki czosnku
sól, pieprz
 
„Co to ma znaczyć? Pan tu sobie leży i czyta książkę, tak jakby kuchnia w ogóle nie istniała albo jakby zjadł pan już wszystkie rozumy na temat gotowania. Kochany! Ja pana uczę jedynie podstaw gotowania, czyli czegoś, z czego inteligentny człowiek potrafi wyczarować milion różnych potraw, ale pan przecież nawet w podstawach jest jeszcze przedszkolakiem! Na przykład: czy mógłby mi pan powiedzieć, jak się gotuje grochówkę? Dlaczego pytam? Wystarczy spojrzeć na pana minę – nic pan nie wie! Ze zdziwienia ma pan okrągłe oczy jak te ziarnka grochu. Pan by wrzucił groch do garnka, zalał wodą i niech się gotuje! Ugotowanie grochowej zupy nie jest takie proste, jak zrobienie jakiegoś tam projektu osiedla. Ugotowanie zupy grochowej, proszę pana, wymaga inteligencji i wyobraźni. Przede wszystkim należy kupić groch wyłuskany. To są takie żółte połówki okrągłego grochu … Wyraźnie mówię: żółte nie zielone! Pewnie by się pan nie domyślił, że najpierw trzeba wymyć ten groch, więc przypominam! Weźmie pan, powiedzmy, szklankę grochu, wsypie na cedzak i porządnie pod zlewem kilkakrotnie przepłucze. Potem pan wrzuci do garnka, zaleje zimną wodą i zostawi w garnku na noc. Na rano groch napęcznieje. Już pan tej wody nie odlewa, bo jest czysta i są w niej witaminy, które się moczyły razem z grochem. Stawia pan garnek na ogień i czeka, aż się zagotuje. Nie musi pan stać przy garnku, może pan w tym czasie wynieść śmieci albo odkurzyć pokój, ale od czasu do czasu proszę zerknąć pod przykrywkę, czy groch się nie zaczyna gotować. Jeżeli pan przegapi ten moment, z całą pewnością groch wykipi i zaleje panu nie tylko maszynkę gazową, ale i pół kuchni. Groch lubi kipieć. Oj, lubi! Skoro się zagotował, zmniejszamy gaz na całkiem mały i podkładamy pod pokrywkę drewnianą łyżkę albo co pan chce, w każdym razie pokrywka musi być uchylona, bo – mówię panu – groch tylko czeka na to, aby wykipieć. Może pan od czasu do czasu zamieszać łyżką, aby ta piana na grochu opadła. Jeżeli ma pan w domu wędzony boczek, to proszę kawałek pokroić w kostkę i wrzucić do garnka. Można też wrzucić resztki kiełbasy czy szynki. Jeżeli pan nic z tych rzeczy nie ma, to dodaje pan łyżkę masła. Od razu, gdy zaczynamy gotować zupę grochową, dajemy tarty majeranek, pieprz i dwa ząbki zgniecionego czosnku. Sól dajemy na końcu, gdy groch się już rozgotuje na papkę. Ta szklanka grochu powinna się gotować w litrze wody albo nawet litr i pół, i proszę pamiętać, aby dolewać wody w czasie gotowania, bo przecież zupa paruje i będzie wody ubywało. Ale dolewać wodę GORĄCĄ.! Jeśli pan zapomni i doleje zimnej, to groch nigdy nie będzie już miękki. Radzę więc uważać na to, co ja mówię. Wiem, że panu teraz co innego w głowie niż zupa grochowa, ale ja upieram się przy zupie. Nie obchodzą mnie pana romanse. Więc gotuje pan tę zupę jakieś trzy godziny. Co mnie obchodzi, że to się panu wydaje długo? Może pan gotować w niedzielę. Nie musi pan cały czas stać przy garnku; zdąży pan w telewizji obejrzeć film przyrodniczy, a nawet poczytać prasę, byleby pan, od czasu do czasu, spojrzał, co się dzieje w garnku. Po tych trzech godzinach groch powinien się całkiem rozgotować. Musi pan tylko pokosztować, czy zupa jest dosyć słona i pieprzna. Najlepiej taką zupę jeść z grzankami. Uczyłam pana, jak się robi grzanki i nie mam zamiaru powtarzać. Tę zupę będzie pan miał co najmniej na dwa dni, więc, na miłość boską! niech pan nie wsypuje do garnka wszystkich grzanek, bo się na drugi dzień zrobi papka. Za każdym razem trzeba dać do talerza trochę grzanek, a reszta zupy niech stoi w lodówce bez niczego. Taka zupa jest bardzo dobra z lanym ciastem, ale musiałby pan zrobić ją tylko na jeden obiad, bo jak postoi, to zaraz strasznie zgęstnieje od lanego ciasta. Proszę więc zrobić jedną porcję. Na to wystarczy pół szklanki grochu i niecały litr wody. Tylko że takie gotowanie na jeden raz nie opłaca się. Znam już pana na tyle, aby wiedzieć o pana lenistwie.”

Trudno się nie uśmiechnąć, prawda?
Ja dodałam do grochówki jeszcze 1 sporego ziemniaka pokrojonego w kostkę i jedną cebulę pokrojoną w piórka i podsmażoną.
Smacznego!

„Nie morduj brukselki”

„Nie morduj brukselki gotowaniem” – to cytat z Agnieszki Kręglickiej (nawiasem mówiąc uwielbiam czytać jej felietony kulinarne w „Wysokich obcasach”) – Długie gotowanie powoduje, że żywa zieleń listków zamienia się w szary odcień khaki. Uwalniające się związki siarki napełniają kuchnię i klatkę schodową zapachem zgniłych jajek. A konsystencja staje się brejowata”.
A smażenie i pieczenie – to już dla tego warzywa coś zupełnie innego:)
Zwykle dotąd kupowałam brukselkę mrożoną, wrzucałam ją na wrzątek i podawałam z tartą bułką w maśle. Była pyszna.
Ale kiedyś mama kupiła świeżą brukselkę – ty ją lubisz, to zrób sobie coś ze świeżej.
Było jej nie dużo, więc dorzuciłam ją do smażonych na patelni warzyw; okazała się zdumiewająco smaczna! Wtedy przypomniałam sobie artukuł A. Kręglickiej. I postanowiłam zacząć nowe eksperymenty z brukselką, ale tą świeżą.
I proszę! – małe danie kolacyjne, które się zupełnie jeszcze nie nazywa, powstałe z tego, co tam w lodówce znalazłam:

brukselka

20 dag świeżej brukselki
garść rodzynek
garść kluseczek typu spaetzle
kawałek sera żółtego wędzonego (miałam roladę ustrzycką)
1 szalotka
sól, pieprz,
masło, oliwa
2-3 łyżki sosu słodko-kwaśnego (Uncle Ben`s)

Brukselkę obrać z wierzchnich przywiędłych listków, pokroić w grube plastry. Przełożyć do miski, po czym zalać wrzątkiem. Po chwili odcedzić.
Ser pokroić w grubą kostkę (potrzebny jest ser, który ładnie zmięknie w czasie smażenia, ale nie rozleje się).
Szalotkę pokroić w piórka.
Na głębokiej patelni rozgrzać łyżkę oliwy i łyżkę masła, wrzucić szalotkę i brukselkę, dodać rodzynki i smażyć, mieszając. Dodać kluseczki i ser. Kiedy ser już podtopi się lekko, dodać jeszcze łyżkę masła, doprawić solą i pieprzem.
Na talerzu skropić danie sosem.
Smacznego!

Falafel – opowieść żydowska, a może arabska?

Czy falafel – kotleciki z mielonej ciecierzycy z ziołami – pochodzą z kuchni żydowskiej? czy też arabskiej? a może egipskiej?
To prawda, że pierwszy raz jadłam falafel w Jerozolimie, z chlebem pita i z różnymi pikantnymi dodatkami jak plastry cebuli, kawałki papryki, pomidorów, oliwkami, z ostrym sosem. Ale budka, gdzie był kupiony, należała chyba (o ile dobrze pamiętam) do Araba:)
Faktem jednak jest, że do smaku ciecierzycy, doprawionej szczodrze cuminem i czosnkiem trzeba się przyzwyczaić. Ale potem już się to danie uwielbia:)
Zrobiłam według przepisu Agnieszki Kręglickiej, tyle że bez świeżej mięty, bo jej nie miałam i w znacznie zmniejszonych proporcjach:
falafel

falafel

20 dag suchej ciecierzycy (zwanej inaczej grochem włoskim)
pęczek zieleniny: natki pietruszki, szczypiorku i koperku
2 duże posiekane ząbki czosnku
cebula i szalotka pokrojone w drobną kostkę
sporo kuminu, chili, pieprz, sól
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1-2 łyżki mąki
olej do głębokiego smażenia

Ciecierzycę namocz na noc w zimnej wodzie. Osącz ziarna i zmiel je dwukrotnie w maszynce do mielenia mięsa; ma to wyglądać jak drobna kasza. Zmiksuj drobno zieleninę i czosnek. Wymieszaj zmieloną ciecierzycę z cebulą, szalotką, ziołami, przyprawami i odstaw na kilka godzin. Przed smażeniem dodaj proszek do pieczenia. Jeśli masa nie jest dość klejąca, dodaj mąkę. Formuj w dłoniach niewielkie kulki, smaż partiami w gorącym oleju, aż będą złote. Osuszaj na papierze.
Podawaj na ciepło – lub na zimno – z sosem typu tzatziki lub czerwonym słodko-kwaśnym, lub innym dipem, który lubisz. Możesz podać same lub z pitą.
Smacznego!!!

Gołąbki w polskiej prezydencji

Anna Applabaum-Sikorska, żona polskiego ministra spraw zagranicznych, w jednym z wywiadów, chwaliła bardzo polskie gołąbki:
„Podczas nieformalnego spotkania ministrów spraw zagranicznych UE, które odbyło się we wrześniu (2011 r.) w Sopocie, podano na przekąskę maleńkie gołąbki z kaszą gryczaną i przyprawami. Wyglądało to trochę jak chińskie danie. Wszyscy byli zachwyceni – takich smaków nie ma w Szwecji, w Irlandii czy w Hiszpanii. Tradycyjnie, a jednak prościej, nowocześniej.”

O.K. podoba mi się ta idea, kupuję ją. Takie maleństwa do zimnego bufetu to dobry pomysł. Gołąbki świetnie smakują na zimno.
Zrobiłam sobie na próbę takie ptaszydełka, tyle że z mięsem i ryżem.


mini gołąbki

To najmniejsze, jakie udało mi się zrobić:)

Kuchnia żony ministra

Nie zwróciłabym na tę książkę uwagi, gdyby nie przypadkowo usłyszana rekomendacja Oli Lazar w „Kuchni.Tv”.
Zwłaszcza tytuł książki jest dla mnie mało nośny: „Przepisy z mojego ogrodu” – nie mam ogrodu, działki, ani niczego takiego.
Przyznam też, że nazwisko autorki: Anna Applebaum-Sikorska – też nic mi nie mówiło, zwłaszcza, że nie skojarzyłam jej od razu z nazwiskiem polskiego ministra spraw zagranicznych:)
książka żony ministra

Ale cieszę się, że trafiłam na tę książkę, ładnie wydaną, na pakunkowym papierze, stylizowaną na staroć (fakt, że zdjęciom ta stylizacja na dobre nie wyszła!)
To bardzo ciekawe móc popatrzeć na naszą rodzimą kuchnię oczami cudzoziemki, która tu zamieszkała i którą zaciekawiła nasza kuchnia na tyle, że zaczęła ja stosować w swoim domu.
Znalazłam u niej i moje ulubione dania: bigos, żurek (którym p. Sikorska szczególnie się zachwyca), grzyby, gołąbki, pierogi.
Czytam tę książkę bardzo uważnie i nie przeszkadza mi, że są tu przepisy na potrawy zwykłe, codzienne w polskiej kuchni (a był to jeden z zarzutów, który przeczytałam w jednej z recenzji książki). Wręcz przeciwnie, rzeczy, wydawałoby się najbardziej oczywiste, często takimi wcale nie są.
Autorka zbierała przepisy kulinarne w Polsce, po czym testowane one były przez nią tutaj, w Polsce, i przez jej przyjaciółkę, w Nowym Jorku.
Fuzja kuchni polskiej, żydowskiej i amerykańskiej wydaje się być bardzo ciekawa.
Póki co zszkował mnie jednak jeden przepis: do grochówki autorka każe dodać poszatkowaną kapustę włoską! Rany!!!! skąd taki pomysł??? ja się z czymś takim nie spotkałam:) ale może jednak nie znam dogłębnie niuansów polskiej kuchni? postudiuję ten problem:)

Eintopf – panaceum na zimę złą

Bardzo marznę i bardzo źle znoszę te wielkie mrozy:(
I właściwie to nie mam się w co ubrać, bo klimat w ostatnich latach odzwyczaił nas od myślenia o rzeczach naprawdę ciepłych.
A do pracy chodzić trzeba.
Więc trzeba też było sobie przypomnieć o potrawach rozgrzewających, pomagających przetrwać atak zimy.
Kłaniają się nisko eintopfy – potrawy jednogarnkowe, gorące i sycące.
Choćby taka, z kiszonej kapusty:
eintopf z kiszonej kapusty

Przepis powstał wczoraj, właściwie w trakcie gotowania, pod wpływem przeglądu zawartości lodówki.
I okazał się być wcale, wcale:)

pół kg kiszonej kapusty
5 dag boczku wędzonego pokrojonego w kostkę
kawałek kiełbasy chorizo również pokrojonej w kostkę
duża cebula pokrojona w piórka
łyżka smalcu ze skwarkami
kieliszek czerwonego wytrawnego wina
sól, pieprz, wędzona papryka, szczypta ziaren kminku
i dodatek nietypowy – garść ugotowanego ryżu (akurat się plątał w lodówce)

Do rondla włożyć pokrojoną kapustę razem z sokiem, zalać zimną wodą (niezbyt dużo tej wody), dodać trochę soli i kminek, gotować ok. pół godziny.
Po tym czasie na rozgrzany na patelni smalec wrzucić wędlinę i cebulę, przesmażyć, po czym dodać je do kapusty.
Dodać ryż.
Doprawić przyprawami, wlać wino i gotować aż ryż wchłonie cały płyn.
Otrzymamy pyszny, pikantnie rozgrzewający, gęsty bigos.
Smacznego!

Dużo kotów w kuchni:)

Fartuszek, łapka i Bajeczka – ileż tu kotów mi się namnożyło! 🙂
koty w kuchni

fartuszek z kotami

Propozycja nie do odrzucenia dla miłośników kotów:)
I to propozycja trochę snobistyczna:) bo fartuch został zaprojektowany w Irlandii przez Ulster Weavers, firmę, która dostarcza tekstylia kuchenne dla królowej Elżbiety II i członków rodziny królewskiej od 1995 roku.
Szczegóły: http://www.mniammniam.com/sklep/8196,Fartuch_kuchenny_bawelniany_Cats_in_Waiting_Ulster_Weavers.html

fartuszek z kotami

Skoro już tak fartuszkowo nam się zrobiło, to nie oprę się pokusie zacytowania wiersza Jana Brzechwy z dziecinnej książeczki; kiedyś umiałam go na pamięć:):

Tańcowała igła z nitką,
Igła – pięknie, nitka – brzydko.

Igła cała jak z igiełki,
Nitce plączą się supełki.

Igła naprzód – nitka za nią:
„Ach, jak cudnie tańczyć z panią!”

Igła biegnie drobnym ściegiem,
A za igłą – nitka biegiem.

Igła górą, nitka bokiem,
Igła zerka jednym okiem,

Sunie zwinna, zręczna, śmigła.
Nitka szepce: „Co za igla!”

Tak ze sobą tańcowały,
Aż uszyły fartuch cały!