Sos tatarski

Sos tatarski do jajek i świątecznej wędliny jest idealny. Ale to, co nam sprzedają w słoikach jest beznadziejne. Wątpliwej jakości majonez, w którym tu i ówdzie pojawiają się ślady konserwowego ogórka. Nie spotkałam jeszcze firmy, która miałaby w swojej ofercie dobry sos tatarski.
Zrobiłam swój, domowy. Owszem, poszłam trochę na skróty, bo wzięłam słoiczek gotowego, ulubionego majonezu:)

sos tatarski

słoik majonezu (u mnie jest to Hellmans Babuni)
słoiczek marynowanych grzybów (mam jeszcze rydze, które marynowałam jesienią)
duża cebula
ogórki konserwowe (7-8 średniej wielkości)

Ogórki, cebulę i grzybki posiekać na kosteczkę.
Wymieszać z majonezem.
Doprawić szczyptą soli i pieprzem.
Pyszne!


Mazurek św. Katarzyny

Na Święta Wielkanocne obowiązkowo piekę zawsze serowiec, piegus z makiem dla mamy, jakąś babkę i mazurek. I o ile tamtych pierwszych ciast, to zwykle ledwo skubnę, ot, tak mały kęs do kawy, to mazurek jest dla mnie. Nikt jakoś nie tęskni za tym ciastem, zresztą nie było u nas dawniej tradycji ich pieczenia. Ja natomiast od paru już lat wyszukuję przepisy na nie i bawię się ich przygotowaniem:)  Moją ambicją jest wypróbować co roku jakiś nowy przepis.
Popatrzcie, jaki przepis znalazłam w tym roku:

37 dag cukru, 6 białek, 25 dag migdałów, 25 dag daktyli, 1 cytryna, 2 tabliczki czekolady, 2 opłatki

Białka na pianę ubij, cukier dodać racz, wałkiem na masę ucieraj, utartą cytrynową skórkę, sok z cytryny całej i utartą czekoladę dodaj, a ucierać, aż gęsty i gładki zrobi się lukier, daktyle w paseczki pokrajane dodaj, takoż migdały bez łupin cienko w piórka poszatkowane; wymieszaj dokumentnie, na palec grubo na opłatki nałóż, brzegi wyrównaj, w bardzo chłodnym piecyku piec racz.
Bacz, bo mazurek schnąć raczej, niż piec się powinien.

Podoba mi się ten przepis:) i mam w planie wypróbować go:)

Orzechowy dziadek Siostry Anastazji

Wielki tort na wielką okazję.
O, matko! ile to kalorii!!!
Ale pyszny jest, to trzeba przyznać.
orzechowy dziadek

Ciasto:
30 dag mąki
25 dag masła
szklanka cukru pudru
5 żółtek
1i1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
Z podanych składników wyrobić (mikserem najlepiej) ciasto kruche. Podzielić na 2 części.

Piana do ciasta
4 białka
30 dag cukru pudru
20 dag pokrojonych drobno orzechów włoskich
Białka ubić na sztywną pianę, dodać cukier puder i pokrojone drobniutko orzechy.

Dodatek: mały słoiczek powideł śliwkowych

Ciasto rozłożyć do 2 tortownic (23 lub nawet 25 cm średnicy), posmarować powidłami i równomiernie rozłożyć pianę z białek.
Upiec (180 st. C, ok. 30 minut).
Wystudzić

Ciasto kokosowe
6 białek
1 szklanka cukru kryształu
20 dag wiórek kokosowych
1 łyżka mąki ziemniaczanej
pół łyżeczki proszku do pieczenia
Białka ubić na sztywną pianę, dodawać stopniowo cukier, nadal ubijając.
Wmieszać delikatnie wiórki kokosowe, mąkę ziemniaczaną i proszek.
Przełożyć do tortownicy.
Piec ok. 30 minut w temp. 180 st. C.
Wystudzić

Masa kawowo-orzechowa
1i1/2 kostki masła
5 łyżek cukru pudru
3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej nesca
5 łyżek zmielonych orzechów
2 łyżki rumu
Kawę rozpuścić w niewielkiej ilości gorącej wody.
Masło utrzeć z cukrem na pulchna masę, dodać przestudzona kawę, orzechy i rum.

Polewa
1i1/2 tabliczki czekolady gorzkiej
100 ml śmietanki 30%
Śmietankę zagotować, dodać pokruszoną czekoladę, wymieszać aż dokładnie się rozpuści czekolada.

Przełożenie tortu:
ciasto kruche – połowa masy – ciasto kokosowe – druga część masy – ciasto kruche (orzechami do środka) – polewa.
Udekorować orzechami i płatkami migdałowymi

Trufelki czekoladowe dla koneserów

Są z gorzkiej czekolady (70%), z suszonymi śliwkami nasączonymi brandy, bez cukru… pyszne!
Dla mnie czekolada 70% jest optymalna, większy procent – to już zbyt wytrawna wydaje mi się. Bardzo polecam czekoladę Wawel 70 % ze skórką pomarańczy – jest idealna:)
trufelki

150 g suszonych śliwek
1/4 szklanki brandy
1/3 szklanki śmietanki 30%
2 tabliczki (200 g) gorzkiej czekolady 70%
1 łyżka masła
10 dag drobniutko posiekanych orzechów włoskich
+ spora garść mieszanki różnych orzechów i migdałów do obtoczenia trufli

Śliwki pokroić na drobne raczej kawałki, zalać brandy i zostawić na 2-3 godziny.
Następnie połamać czekoladę na drobne kawałki. Wlać śmietankę do rondelka i kiedy się zagotuje, dodać czekoladę, mieszać aż masa będzie jednolita. Dodać masło, wymieszać. Zdjąć z ognia. Dodać odsączone śliwki, orzechy i łyżkę brandy. Wymieszać. Wystudzić.
Przykryć i włożyć do lodówki na kilka godzin, żeby masa stężała (gdyby masa nie była zbyt ścisła, można dodać nieco zmielonych migdałów, ale nie powinno się to zdarzyć).
Formować kulki i otaczać w mieszance posiekanych drobniutko orzechów.
Podawać w papilotkach.

Wpadłam tu w biegu….

I się pytam: co to jest internet?
Ba! ja się pytam, co to jest komputer???
Nie dla mnie ostatnio komputery i internety! Gorączkowo odhaczam kolejne punkty listy „do zrobienia”, i – o dziwo! – logistyka wychodzi mi coraz lepiej:)
Właściwie to nie mam opóźnień i na imprezie imieninowej Zet chyba jednak coś do jedzenia będzie:)
Wpadłam tu, bo czekam aż się serowiec upiecze, więc póki co, pochwalę się domowym pasztetem:)
pasztet domowy

½ kg wieprzowiny (np. łopatki)
½ kg wołowiny na gulasz
½ kg cielęciny
½ kg wątróbki drobiowej
½ kg podgardla (lub tłustego boczku gdyby akurat nie było podgardla)
1 duża cebula
2-3 łyżki tłuszczu (najlepiej smalec)
ziele angielskie (kilka ziarenek)
liść laurowy (2-3 szt)
sól, pieprz
2 bułki pszenne
bułka tarta do posypania
4 jajka

Sposób przygotowania:
Wszystkie rodzaje mięsa (oprócz wątróbki) i cebulę pokroić na dość małe kawałki, wrzucić do rondla na rozgrzany tłuszcz, na samo dno dać podgardle, osolić, dusić na tłuszczu na malutkim ogniu do miękkości. W zasadzie nie trzeba podlewać wodą, gdyż podgardle jest tłuste i ładnie się topi. Gdy mięso będzie miękkie (tj. po ok. 1-1i 1/2godz.), wtedy dopiero dodać wątróbkę, poddusić jeszcze 10-15 min. Odstawić do ostudzenia.
Wyjąć z rondla wszystkie składniki, w sosie z duszenia namoczyć 2 bułki.
Wszystko łącznie z namoczoną bułką przekręcić przez maszynkę 3 razy.
Dodać 4 całe jajka, pieprz, wymieszać dokładnie.
Rozłożyć masę do blaszek, wyłożonych papierem pergaminowym, posypać na wierzchu bułką tartą, ponakłuwać w kilku miejscach patyczkiem.
Piec w nagrzanym do 200 st.C piekarniku ok. 40 min.

Książka blogerki Tartelette

Wydawnictwo Helion wydało właśnie książkę Helene Dujardin (Tartelette): Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań.
książka Tartelette

Czytam ją właśnie i jak dla mnie to rewelacja!
Wreszcie jest książka poświęcona tylko i wyłącznie fotografii kulinarnej. Na rynku jest wiele pozycji poświęconych fotografii cyfrowej, ale są to tomiszcza traktujące o fotografii w ogóle, fotografii wszystkiego, o zasadach ogólnych.
Tu mamy jeden konkretny temat fotografii i to napisany przez blogerkę, której blog: Czytam ją właśnie i jak dla mnie to rewelacja!
Wreszcie jest książka poświęcona tylko i wyłącznie fotografii kulinarnej. Na rynku jest wiele pozycji poświęconych fotografii cyfrowej, ale są to tomiszcza traktujące o fotografii w ogóle, fotografii wszystkiego, o zasadach ogólnych.
Tu mamy jeden konkretny temat fotografii i to napisany przez blogerkę, której blog: http://www.tarteletteblog.com/  pewnie każda blogerka kulinarna od dawna zna i podziwia:)
Czytając ją – wiemy, o czym pisze. Znamy tę walkę z oporem materii, z parszywym wyglądem pysznej zupy czy sałatki, ze światłem padającym nie tak jak trzeba, czy z płaskim, sztucznym światłem, które ma do dyspozycji przez sporą część roku kobieta pracująca, która do kuchni dociera dopiero pod wieczór, a chciałaby coś jednak poeksperymentować:)
Świetne w tej książce jest to, że Tartelette nie tylko omawia słowami poruszany problem; ona go również DOKŁADNIE ilustruje zdjęciami. Mamy każdorazowo kilka ujęć tego samego tematu i dokładnie opisane różnice zastosowanych ustawień aparatu.
Zdjęcia są kolorowe, na dobrym papierze i to za niewygórowaną, jak na taką tematykę i ilość zdjęć, cenę – 59 zł.
Już widzę, że będzie ta książka u mnie w bibliotece podręcznej i będę do niej ciągle wracać.

P.S. Jeśli szukalibyście tej książki w Merlinie, to uwaga! jako jej autora podano tłumacza, P. Cieślaka – naprawdę nie rozumiem dlaczego???????

Kwaśnica góralska

Odmian tej zupy jest chyba tyle, ile gospodyń, czy jakby to na Podhalu powiedziano – gaździn.
W książkach, które mam o kuchni góralskiej – naliczyłam ich z osiem. Podstawą jest kiszona kapusta i sok z kiszenia oraz jakieś mięso, zwykle z kośćmi lub wędzonka.
A u mnie w domu ta zupa zawsze się nazywała zarzucajką:)
To taka zimowa zupa, rozgrzewająca, kiedy wraca człowiek zziębnięty, chroniąca przed skutkami przeszywających podmuchów wiatru, a nawet lecząca smutek w zły dzień…
Zwykle robię wersję bardziej lżejszą, bez mięsnych wkładek, ale tym razem klasyczna wersja:


kwaśnica

0,5 kg kapusty kiszonej
30 dag schabu z kością
cebula
liść laurowy, kilka ziarnek ziela angielskiego, szczypta kminku
sól, pieprz

Schab zalać zimną wodą (ok. 2 l), lekko osolić, dodać liść i ziele angielskie oraz pokrojoną w piórka cebulę i gotować do miękkości.
Kapustę – jeśli długa – pokroić, włożyć razem z sokiem z kiszenia do osobnego rondla, podlać niewielką ilością wody, wsypać kminek i gotować do miękkości.
Miękki schab wyjąć z garnka, pokroić na paski.
Połączyć wywar mięsny z kapustą i pokrojonym mięsem. Doprawić solą i pieprzem.
Gotowe:)

I jeszcze autentyczny góralski przepis na kwaśnicę z grzybami:

Weż dwie gorztki
susonych grzybecków
i zalej w gornecku
zimniućkom wodeckom
worz kwile
niek pochność grzybkowa
ukłoni sie ścianom
wtej zalej kwaśnickom
z becoski cerpanom
dej zawryć – mość olejem lnianym
o jakie do dobre
Jezusku kochany

Paryskie purée

Znacie książkę Elizabeth Bard „Lunch w Paryżu”? pisałam kiedyś o niej – http://prowincjalnawioska.blox.pl/2011/05/Lunch-w-Paryzu.html
Dziś przypomniałam sobie o purée z ziemniaków i selera, którym tak zachwycała się Amerykanka:)
Voilà! to właśnie to!

puree z selera

Tak pisze o potrawie autorka:
„Padnijcie na kolana, oto wasze ukochane ziemniaczki w nowej odsłonie – teraz o delikatnym zapachu selera i konsystencji purée z rzepy! Seler może i wygląda jak mózg Frankensteina, ale to jedno z moich paryskich odkryć, z których jestem najbardziej dumna. Poniższe danie powinno odpowiadać zarówno Francuzom, którzy uwielbiają smak masła, jak i ograniczającym spożycie węglowodanów Amerykanom.”

A to moje proporcje dania na dwie osoby, albo cztery odchudzające się:)
2 spore ziemniaki
pół niezbyt dużego selera
łyżka masła
sól, pieprz
zielenina (np. bazylia)
garstka startego parmezanu (lub innego twardego sera)

Ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę, zalewamy zimną wodą, delikatnie solimy i doprowadzamy do wrzenia.
Wtedy dodajemy obrany i pokrojony w kostkę seler.
Gotujemy całość do miękkości warzyw, ok. 30 minut.
Odcedzamy (warto zachować odcedzony wywar, jest pyszny sam w sobie lub może stanowić bazę zupy).
Ubijamy odcedzone warzywa na purée, dodając masło i pieprz. Tu autorka przestrzega:

„Tylko nie rozkręć się za bardzo – to wiejska potrawa, która powinna mieć grudki, a nie przecierek dla niemowląt” 🙂

Posypujemy zieleniną i startym serem. Podajemy z miską sałaty na przykład.

Smacznego!

„Podróż na liściu bazylii”

Książka Krzysztofa Mazurka „Podróż na liściu bazylii” zaczęła się dość zwykle, choć ciekawie.
Marianna – bibliotekarka z małej mieściny wygrywa konkurs i wyjeżdża na kulinarny kurs do Toskanii.
Opis cyprysów, rozrzuconych wzdłuż toskańskich dróg, żywiołowy włoski kucharz i jego kulinarne tajemnice, które odkrywa zapatrzonym w niego uczniom, willa z kamiennymi posadzkami i wielką kuchnią. I zachwyt prostotą i smakiem włoskiej kuchni.
Ale zanim zdążyłam się tym znużyć – pojawiła się tajemnica, której powierniczką stała się Marianna, i stara księga, na poły kulinarna….
I w ślad za tajemnicą – zbrodnia…. kucharz zostaje zamordowany! ouuuuu!
Akcja potoczyła się wartko, czasem aż nazbyt wartko, jak dla mnie:)
Toskania, Genua, Sycylia, wyspy greckie – doprawdy, chciałoby się gdzieś zostać, zatrzymać na dłużej. A tu ciągle jedziemy dalej, i dalej….
Marianna spotyka coraz to nowych ludzi, aż w końcu ślad prowadzi – jak myślicie, gdzie???? – ano do Polski:)
Trafiamy do Krakowa, do Bochni, a potem – tu aż westchnęłam i oczy otworzyły mi się szerzej i usta uśmiechnęły – trafiamy do Nowego Wiśnicza, do zamku! który z różnych względów jest mi bardzo bliski:) i koło którego mieszkam tak bardzo blisko:) (stosunkowo)


Toskania i Nowy Wiśnicz

Mamy więc już zarys akcji; czas na kulinaria.
Nie brakuje tu ich. W końcu to laureaci kulinarnego konkursu przyjechali do Toskanii na kurs.
– jak zagniata się włoski makaron?
– jak przyrządzić małże?
– jak usmażyć sycylijskie arancino?
– jak skomponować menu na włoską kolację?
– jak i z czym pic grappę?
– znajdziemy tu odpowiedź na wszystkie te i wiele innych frapujących pytań.
A bazylia odgrywa w książce zupełnie niebagatelną rolę!

Spróbowałam zrobić opisane tutaj kule pomarańczy po sycylijsku; popatrzcie, wskazówki są naprawdę dokładne:)


arancio siciliane

„Myślałem, żeby zrobić coś sycylijskiego. Jest ryż, mielone mięso i groszek. Tu mamy jajka i mozarellę.
– Arancine siciliane? – spytała.
– Tak – uśmiechnął się i Marianna zorientowała się, że zdała egzamin wstępny.
Po minucie już wiedziała, gdzie są noże, miski i deski do krojenia. Kuszelas nacisnął na odtwarzaczu płyt jakiś guzik i z ukrytych w ścianach głośników popłynął głos Sade. Pracowali w skupieniu, bez niepotrzebnych słów, jak gdyby znali się od lat. Nie odrywając się od tego, co robiła, Marianna podała mu cebule do posiekania, a kiedy rzucił mięso na gorącą oliwę, podsunęła trzy ząbki czosnku. Uśmiechnął się niedostrzegalnie, kiedy jednym ruchem rozbiła główkę na ząbki, uderzając pięścią o bok szerokiego noża i przygważdżając czosnek do blatu. Poszukała wzrokiem kopyści do mieszania ryżu, a on już ją podawał, jakby zgadywał jej myśl. Podsunął masło, kiedy zabarwiony żółtkami ryż wchłonął już cały wywar, a ona – widząc, że jest zajęty czym innym – pokroiła w kostkę mozarellę. Dopiero kiedy układali na dłoniach warstwy przestygniętego ryżu, nadziewali je przesmażonym z odrobiną koncentratu pomidorowego mięsem i mozarellą, formowali podobne do pomarańczy kule i wiedzieli, że kolacja będzie na czas, zaczęli rozmowę. Może dlatego, że poczuła w nim bratnią duszę, a może wiedziała, że to spotkanie jak w pociągu relacji Przemyśl-Szczecin, w którym ludzie przez jedną noc opowiadają cale swoje życie nieznajomym, Marianna snuła opowieść o tym, czego nauczył ją Giorgio, o szczęśliwych dniach w willi Santa Maria, o surowym pięknie Toskanii i o tajemniczej książce kucharskiej.”

Smacznego! i miłego czytania! 

O czym można myśleć w kuchni?

Kiedy jest jakiś problem z potrawą, kiedy coś nie wychodzi – nie ma czasu na żadne tam rozmyślania!
Ale kiedy wszystko idzie gładko, bez stresów – ho, ho! ileż możliwości otwiera się dla świata myśli.
W książce „Podróż na liściu bazylii” autor tajemnej, siedemnastowiecznej włoskiej książki kucharskiej zamieszcza obok przepisów kulinarnych – swoje rozważania nad istotą świata. Czytając je, łatwo sobie wyobrazić tło tych rozważań:
Oto kuchnia. Pewnie z kamienną posadzką, z dużą żelazną płytą na piecu opalanym drewnem, na płycie miedziane wypolerowane garnki, w których pyrkocze zupa i gęsty sos. Słońce zagląda przez okno, które wygląda jak obraz na ścianie, wypełnione drzewami i niebem. Na parapecie okna siedzi kot, wygrzewając się w słońcu i wdychając upojne zapachy gotujących się potraw.


w kuchennym oknie

Przy piecu, opasany fartuchem, z drewnianą łyżką w dłoni, stoi zapatrzony w swoje myśli kucharz (a może kucharka). Wchłania w siebie urok chwili, by wieczorem, w pokoiku na mansardzie zanotować przy świetle kaganka:

    „Stworzyliśmy słowa, by mówić: «Drzewo jest wysokie» albo: «Oliwki z Sycylii są lepsze niż oliwki z Rzymu», albo: «Zaraz napiję się wina». Czy to wystarczy? Wszak istnieje nie tylko materia. Co z duchem? Czy da się ducha opisać słowem? Próbowali poeci piszący o miłości pięknie nakładać słowo na słowo, a spomiędzy słów wyłaniało się coś ulotnego. I odfruwało. Próbujemy to coś uchwycić muzyką, tańcem, sztuką kulinarną. Jeśli czasem nam się udaje, nie umiemy później o tym opowiadać. Brakuje nam słów, bo te, które mamy, pasują tylko do opowieści o materii.
    Mój kot siedzący na oknie patrzy na mnie zielonymi oczami. Co widzi? Co odczytuje? Na pewno nie zdania, które kreślę na pergaminie. Czy mogę zatem powiedzieć, że jestem doskonalszy od mojego kota? Jeśli tak, to kot jest doskonalszy od drzewa, które rośnie pod moim oknem, a drzewo od kamienia, który pod nim leży, i tak bez końca. Co nas różni? To, że ja z Tobą, Czytelniku, rozmawiam, kot ma zachwycające kocie ruchy, drzewo szumi na wietrze, a kamień leży obojętny na wiatr i deszcz. Co dalej? Deszcz pada, zamienia się w strumień, a zimą skuwa go lód. I dalej. Gdzie woda jest prawdziwsza? W kropli deszczu, w strumieniu czy w bryle lodu? I jeszcze dalej. Kto z nas jest prawdziwszy? Ja, kot, drzewo czy kamień? Dzieli nas to, że w nich jest więcej materii, a we mnie i w Tobie więcej uwolnionego ducha. Co nas z nimi łączy? To, że zostaliśmy stworzeni z tej samej boskiej gliny. Stworzeni słowem. Na początku bowiem było słowo.”

Jakie piękne… i tylko mój kot ma oczy niebieskie…