Przyszedł czas na spełnienie kolejnego marzenia: ten najsłynniejszy, wymarzony szampan pojawił się na moim przyjęciu:)
Mowa tu o Veuve Clicquot, o którym świat nie zapomina dzięki Karen Blixen i jej „Uczcie Babette”.



Teraz przyćmił go nieco Dom Pérignon (który upodobał sobie James Bond), ale w XIX wieku piękna i zaradna wdowa po producencie szampana, pani Barbe-Nicole Ponsardin, po mężu Clicquot, osiągnęła międzynarodowy sukces na winiarskim rynku sprzedając swojego szampana. Cały ówczesny wielki świat uwielbiał smak jej trunku, a już szczególna estymą cieszył się on w Rosji. Dwór cara Aleksandra nie wyobrażał sobie życia bez niego i to tam nazwano go „wino Klikowskoje”. Szampan – znaczyło w Rosji – wino madame Clicquot. Żadne inne.
Pisali o nim Puszkim, Gogol, Czechow.
Właściwie to o jego smaku nikt nie pisał; pani Blixen próbuje tylko opisać jego magiczną moc:
„Bracia i siostry wiedzieli tym razem, że to, czego im nalano, nie jest winem, bo miało bąbelki. Musi to być jakiś rodzaj lemoniady. Lemoniada zaś bardzo szła w parze ze stanem uniesienia, w jakim się znajdowali, i zdawała się ich porywać w wyższą i czystszą sferę.
Generał Loewenhielm znowu odstawił kieliszek, zwrócił się do sąsiada z prawej i powiedział:
– Ależ to na pewno Veuve Cliquot 1860?
Chłopak Babette miał swoje polecenia: członkom bractwa nalewał do kieliszków tylko raz, lecz kieliszek generała napełniał, skoro tylko został opróżniony. Generał opróżniał go szybko. Bo jak ma się zachować człowiek przy zdrowych zmysłach, kiedy zmysłom ufać przestaje?”
A Antoni Czechow przestrzega przed jego zgubnym wpływem (o tym za chwilę).
No a ja – nie jestem znawcą i niewiele potrafię wam powiedzieć o nutach i symfonii smaków szampana Veuve Clicquot. Szczerze mówiąc, nie zrobił na mnie zbyt oszałamiającego wrażenia; był bardzo łagodny i żaden smak jakoś nie wybił się na pierwsze miejsce. Ale pewnie się nie znam.
Karen Blixen w usta Babette włożyła bardzo istotne słowa właśnie na ten temat:
„Bo oni, Mesdames – rzekła w końcu – tamci ludzie należeli do mnie. Byli moi. Moje biedne panie! Panie nie mogą sobie w ogóle wyobrazić, panie nie mogłyby uwierzyć, jak ogromnym kosztem wychowywano ich i kształcono, żeby potrafili pojąć, jak wielką jestem artystką. Mogłam uszczęśliwiać ich. Jeśli dawałam z siebie wszystko, im mogłam dawać szczęście doskonałe.”
No właśnie – tu pewnie leży pies pogrzebany; mnie, wychowywanej w peerelowskim drastycznym braku wszystkiego, nikt czegoś takie nie uczył:(
Wróćmy jednak do szampana; już od dawna nie ma bez niego Sylwestra, ślubów, jubileuszy. Ale – ostrożnie! posłuchajmy Antoniego Czechowa, choć pewnie i tak do szamapana wrócimy:
„Nie ufajcie szampanowi… skrzy się jak diament, jest przezroczysty niby strumyk leśny, słodki jak nektar; ceni się go wyżej od pracy robotnika, pieśni poety, pieszczoty kobiecej, ale… z daleka od niego! Szampan – to olśniewająca kokota, która łączy urok z kłamstwem i bezczelnością Gomory; to pozłacana trumna, pełna spróchniałych kości i wszelkiego bezeceństwa. Człowiek pije go tylko w chwilach smutku, przygnębienia i ułudy optycznej.
Pije go, kiedy jest bogaty, przesycony, czyli wtedy, kiedy tak trudno przedostać się do światła, jak wielbłądowi przez ucho igielne. Jest to wino kasjerów-defraudantów, alfonsów, rozwydrzonych lampartów, kokot… Gdzie tylko hula pijacka orgia, rozpusta, nabijanie bliźniego w butelkę, tryumf geszeftu, tam przede wszystkim szukajcie szampana. Płaci się za niego nie zapracowanym groszem, lecz pieniędzmi, które wpadły fuksem, nieprzewidzianymi, szalonymi, częstokroć cudzymi…
Wkraczając na śliską ścieżkę, kobieta zaczyna zawsze od szampana – dlatego też syczy on jak wąż, co skusił Ewę!
Pije się go na zaręczynach i ślubach, kiedy w zamian za parę ułud człowiek bierze na siebie ciężkie kajdany na całe życie. Pije na jubileuszach, rozwadniając pochlebstwem i rozwlekłym ględzeniem za zdrowie jubilata, tkwiącego już zazwyczaj jedną nogą w grobie.
Po twoim, czytelniku, zgonie będą go pili krewni z radości, że zostawiłeś im spadek.
Piją go, witając Nowy Rok: z pucharem w ręku krzyczą na jego cześć „hura”, przekonani najzupełniej, że po dwunastu miesiącach dadzą mu po karku i poślą do wszystkich diabłów. Słowem, gdziekolwiek panuje radość na zamówienie, kupiony zachwyt, pochlebstwo, puste gadanie, gdzie przesyt, próżniactwo i świństwo – tam zawsze znajdziecie wdowę Cliquot. Nie, lepiej z dala od szampana.”