Książka na Dzień Książki

Wybrałam książkę „Tysiąc dni w Orvieto” Marleny de Blasi.


1000 dni w Orvieto

książka 1000 dni w Orvieto

Znałam autorkę z książki „Tysiąc dni w Wenecji”, a poza tym byłam w Orvieto i jestem zachwycona tym, położonym na wzgórzu, umbryjskim miasteczkiem


katedra w Orvieto

Zaczęłam już czytać; Marlena pięknie opowiada o swoim (amerykańskim) zetknięciu z kulturą włoską, dużo miejsca poświęcając urokom włoskiej kuchni.
Do lektury mam białe wino z Orvieto – pyszne! (do kupienia w Polsce)

wino Orvieto

Książka i róża

Dziś, 23 kwietnia, w dzień św. Jerzego, Małopolska (już od kilku lat) obchodzi święto książki: kupowanej, darowywanej, czytanej.
Księgarnie każdemu kupującemu wręczają różę:)
„Książka i róża” jest wzorowana na katalońskim święcie przypadającym w dniu św. Jerzego – patrona tej krainy. Hiszpanie obdarowują się wówczas książkami i kwiatami.
Data święta książki nie jest przypadkowa – 23 kwietnia przypada rocznica urodzin i śmierci Wiliama Szekspira. W 1995 r. UNESCO ogłosiła 23 kwietnia Międzynarodowym Dniem Książki i Praw Autorskich.
książka i róża

23 IV dzień książki

Zaraz po pracy biegnę buszować, coś koniecznie muszę sobie wyszukać na księgarskiej półce

Wystarczy

Szymborska Wystarczy

Do własnego wiersza

W najlepszym razie
będziesz, mój wierszu, uważnie czytany,
komentowany i zapamiętany.

W gorszym przypadku
tylko przeczytany.

Trzecia możliwość –
wprawdzie napisany,
ale po chwili wrzucony do kosza.

Masz jeszcze czwarte wyjście do wykorzystania –
znikniesz nienapisany,
z zadowoleniem mrucząc coś do siebie.
(Wisława Szymborska, z tomiku Wystarczy, Kraków 2012, s. 20)

Tak więc zamknął się już ostatecznie rozdział życia zatytułowany: Szymborska.
Ukazał się pośmiertnie wydany tomik wierszy „Wystarczy” i już nic nowego jej autorstwa nie będzie:(
Już żaden wiersz nie będzie miał szansy uciekać z zadowolonym pomrukiem….

Jubileuszowo….

To już ładny kawałek czasu:) filmowe spotkania i towarzyszące im przyjęcia zaczęły się w 2004 roku i właśnie mieliśmy 50. spotkanie
torcik jubileuszowy

Do mnie należy oprawa kulinarna i każde spotkanie to indywidualny, autorski projekt tematyczny, często eksperymentalny:)
Uwielbiam ten czas studiowania regionalnych, narodowych kuchni, wyszukiwanie i wcześniejsze testowanie przepisów, gromadzenie akcesoriów wystroju stołu i produktów kulinarnych, czasami aż z zagranicy.
To także opracowywanie pamiątkowych kart menu o różnych formach i kształtach
menu

Jubileuszowym filmem było „Pi” w reżyserii Aronofskiego, mający wiele odniesień żydowskich. Kuchnia była więc żydowska.
Głównym źródłem przepisów były książki: „Kuchnia żydowska według Rebeki Wolff” w opracowaniu Barbary Adamczewskiej i „Cymes czyli kuchnia żydowska” Katarzyny Pospieszyńskiej

oglądamy film

Mieliśmy więc:
Jako przystawkę: gałki drobiowe w galarecie i pierożki kreplach (2 rodzaje: z wątróbką i białym serem)
gałki drobiowe w galarecie

pierożki kreplach

Były też jabłka, ale okazały się ostaecznie tylko elementem dekoracyjnym; każdy z gości rezygnował skwapliwie z możliwości ich degustacji:) nawet tych zielonych, kupowanych na sztuki!
jabłka

Zupa Jankiela, która zrobiła furorę:) gulaszowa, z rodzynkami, podprawiona dżemem
Długo czekałam, ale wreszcie udało mi się kupić do zupy nowe bulionówki, kremowe Le Creuset; są takie piękne i bardzo pasują do mojej zastawy stołowej (właściwie nigdy nie używam talerzy głębokich do podawania zup, wolę bulionówki lub miseczki).
zupa Jankiela

Danie główne: wołowina duszona po sefardyjsku z farfelkami i mixem sałat

wołowina po sefardyjsku

Najsłynniejszy szampan literacki świata

Przyszedł czas na spełnienie kolejnego marzenia: ten najsłynniejszy, wymarzony szampan pojawił się na moim przyjęciu:)
Mowa tu o Veuve Clicquot, o którym świat nie zapomina dzięki Karen Blixen i jej „Uczcie Babette”.


szampan

toast

Veuve Clicquot

Teraz przyćmił go nieco Dom Pérignon (który upodobał sobie James Bond), ale w XIX wieku piękna i zaradna wdowa po producencie szampana, pani Barbe-Nicole Ponsardin, po mężu Clicquot, osiągnęła międzynarodowy sukces na winiarskim rynku sprzedając swojego szampana. Cały ówczesny wielki świat uwielbiał smak jej trunku, a już szczególna estymą cieszył się on w Rosji. Dwór cara Aleksandra nie wyobrażał sobie życia bez niego i to tam nazwano go „wino Klikowskoje”. Szampan – znaczyło w Rosji – wino madame Clicquot. Żadne inne.
Pisali o nim Puszkim, Gogol, Czechow.
Właściwie to o jego smaku nikt nie pisał; pani Blixen próbuje tylko opisać jego magiczną moc:

„Bracia i siostry wiedzieli tym razem, że to, czego im nalano, nie jest winem, bo miało bąbelki. Musi to być jakiś rodzaj lemoniady. Lemoniada zaś bardzo szła w parze ze stanem uniesienia, w jakim się znajdowali, i zdawała się ich porywać w wyższą i czystszą sferę.
Generał Loewenhielm znowu odstawił kieliszek, zwrócił się do sąsiada z prawej i powiedział:
– Ależ to na pewno Veuve Cliquot 1860?
Chłopak Babette miał swoje polecenia: członkom bractwa nalewał do kieliszków tylko raz, lecz kieliszek generała napełniał, skoro tylko został opróżniony. Generał opróżniał go szybko. Bo jak ma się zachować człowiek przy zdrowych zmysłach, kiedy zmysłom ufać przestaje?”

A Antoni Czechow przestrzega przed jego zgubnym wpływem (o tym za chwilę).

No a ja – nie jestem znawcą i niewiele potrafię wam powiedzieć o nutach i symfonii smaków szampana Veuve Clicquot. Szczerze mówiąc, nie zrobił na mnie zbyt oszałamiającego wrażenia; był bardzo łagodny i żaden smak jakoś nie wybił się na pierwsze miejsce. Ale pewnie się nie znam.
Karen Blixen w usta Babette włożyła bardzo istotne słowa właśnie na ten temat:

„Bo oni, Mesdames – rzekła w końcu – tamci ludzie należeli do mnie. Byli moi. Moje biedne panie! Panie nie mogą sobie w ogóle wyobrazić, panie nie mogłyby uwierzyć, jak ogromnym kosztem wychowywano ich i kształcono, żeby potrafili pojąć, jak wielką jestem artystką. Mogłam uszczęśliwiać ich. Jeśli dawałam z siebie wszystko, im mogłam dawać szczęście doskonałe.”

No właśnie – tu pewnie leży pies pogrzebany; mnie, wychowywanej w peerelowskim drastycznym braku wszystkiego, nikt czegoś takie nie uczył:(
Wróćmy jednak do szampana; już od dawna nie ma bez niego Sylwestra, ślubów, jubileuszy. Ale – ostrożnie! posłuchajmy Antoniego Czechowa, choć pewnie i tak do szamapana wrócimy:

„Nie ufajcie szampanowi… skrzy się jak diament, jest przezroczysty niby strumyk leśny, słodki jak nektar; ceni się go wyżej od pracy robotnika, pieśni poety, pieszczoty kobiecej, ale… z daleka od niego! Szampan – to olśniewająca kokota, która łączy urok z kłamstwem i bezczelnością Gomory; to pozłacana trumna, pełna spróchniałych kości i wszelkiego bezeceństwa. Człowiek pije go tylko w chwilach smutku, przygnębienia i ułudy optycznej.

Pije go, kiedy jest bogaty, przesycony, czyli wtedy, kiedy tak trudno przedostać się do światła, jak wielbłądowi przez ucho igielne. Jest to wino kasjerów-defraudantów, alfonsów, rozwydrzonych lampartów, kokot… Gdzie tylko hula pijacka orgia, rozpusta, nabijanie bliźniego w butelkę, tryumf geszeftu, tam przede wszystkim szukajcie szampana. Płaci się za niego nie zapracowanym groszem, lecz pieniędzmi, które wpadły fuksem, nieprzewidzianymi, szalonymi, częstokroć cudzymi…

Wkraczając na śliską ścieżkę, kobieta zaczyna zawsze od szampana – dlatego też syczy on jak wąż, co skusił Ewę!

Pije się go na zaręczynach i ślubach, kiedy w zamian za parę ułud człowiek bierze na siebie ciężkie kajdany na całe życie. Pije na jubileuszach, rozwadniając pochlebstwem i rozwlekłym ględzeniem za zdrowie jubilata, tkwiącego już zazwyczaj jedną nogą w grobie.

Po twoim, czytelniku, zgonie będą go pili krewni z radości, że zostawiłeś im spadek.

Piją go, witając Nowy Rok: z pucharem w ręku krzyczą na jego cześć „hura”, przekonani najzupełniej, że po dwunastu miesiącach dadzą mu po karku i poślą do wszystkich diabłów. Słowem, gdziekolwiek panuje radość na zamówienie, kupiony zachwyt, pochlebstwo, puste gadanie, gdzie przesyt, próżniactwo i świństwo – tam zawsze znajdziecie wdowę Cliquot. Nie, lepiej z dala od szampana.”


Pasztet z Krainy Wzgórz Trzebnickich

Szukałam przepisów regionalnych kuchni dolnośląskiej. Trafiłam na pasztet z selera. Opis brzmiał tak:

„Pasztet z selera jest charakterystycznym produktem lokalnym Krainy Wzgórz Trzebnickich o wyjątkowym smaku selera, a przygotowywanym przez Koło Gospodyń Wiejskich z Głuchowa Górnego. Jest to produkt naturalny, bez konserwantów o dodatkowych walorach dietetycznych.
Sposób produkcji to stara receptura z Kresów Wschodnich, przywieziona z Tarnopola jako dziedzictwo kulturowe rodziny Kaczkowskich. Pasztet był kiedyś serwowany na stołach podczas większych uroczystości rodzinnych, a dziś jest elementem integracji mieszkanców Głuchowa Górnego i promocji regionu.
Pasztet jest prawdziwym rarytasem. Na jego smak wpływa podstawowy składnik, którym jest korzeń selera. Ponadto w skład tego wyjątkowego produktu wchodzą: cebulka, jaja, wątróbka z kurczaka i specjalnie dobrany zestaw przypraw. Powierzchnia produktu po upieczeniu jest jasno brązowa z szarym odcieniem, na przekroju – jednolita masa, a konsystencja łatwo smarna. Posiada  charakterystyczny smak pasztetu z wyraźną nutą selera.
Produkcja. Wyselekcjonowane, zdrowe i umyte korzenie selera obiera się, myje i gotuje do odpowiedniej miękkości, a następnie rozdrabnia. Do powstałej masy dodaje się rozdrobnioną cebulę, surowe jaja, wątróbkę z kurczaka i przyprawy. Całość formuje się i zapieka w piecu opalanym drewnem przez ok. 2 godziny.”

Oczywiście go zrobiłam. Lubię takie wyzwania:)
pasztet z selera

A proporcje dostosowałam sobie tak:

1 mały seler bulwiasty (30 dag)
30 dag wątróbki drobiowej
1 cebula
łyżka smalcu
1 jajko
pół szklanki bułki tartej
sól, pieprz, ostra papryka, czubryca zielona i czerwona
Seler obrać i ugotować (powinien wejść w niego widelec, ale nie może być zbyt miękki).
Cebulę pokroić na kawałki i razem z wątróbką podsmażyć na łyżce smalcu.
Ostudzić wszystko i zemleć w maszynce do mięsa.
Dodać bułkę tartą, doprawić, wbić surowe jajko, dobrze wymieszać.
Przełożyć masę do foremki pasztetowej, posypać po wierzchu bułką tartą i przyprawami, wstawić do nagrzanego do 180 st. C piekarnika.
Piec ok. 45 minut.
Zapraszam!

Najlepsza baba wielkanocna

Upiekłam babkę na święta: czekoladowo-herbacianą; wyszła lekko wilgotna, pyszna.
Ale…. ale i tak najbardziej mi smakowała kupiona w sklepie włoska colomba:)


baba colomba

Colomba jest taka jak panettone, tylko ma inny kształt. Niezbyt słodka, z kandyzowaną skórką pomarańczową, ciasto ma strukturę tak jakby włosów, z dziurami powietrza między nimi.
Długo utrzymuje świeżość.
Zdecydowanie polecam:)

Pomysł do chrzanu

Nie ma to jak przedświąteczne babskie rozmowy!  Pod ich wpływem wprowadziłam pewną innowację do świątecznego chrzanu:)

– A chrzan jak pani robi?
– A do tego ze słoika dodaję jajka, cukier i trochę śmietany.
– No ja też jajka, ale zamiast śmietany – trochę majonezu, i wie pani, dodaję kawałki ananasa z puszki.
– O, i dobre to?
– Ależ pyszne!


chrzan z ananasem

Rzeczywiście pyszne:)
To ja go teraz robię tak:
2 słoiczki – 2 x 180 g – utartego chrzanu z octem (firmy Polonaise)
4 jajka ugotowane na twardo
ok. 2-3 łyżek gęstej kwaśnej śmietany 18 %
ok. 2 łyżeczek cukru
2-3 łyżki posiekanych i odsączonych kawałków ananasa w puszce

Ugotować jajka na twardo, dobrze ostudzić, obrać.
Chrzan przerzucić ze słoiczków na sitko i dobrze odcedzić z zalewy.
Utrzeć na drobnej tarce jajka, lekko osolić.
Wymieszać w salaterce odcedzony chrzan z utartymi jajkami, doprawiać stopniowo dodawaną śmietaną i cukrem do uzyskania smaku, który nam najbardziej odpowiada. Dodać kawałki ananasa, wymieszać.

Życzenia

wielkanoc

A Ty od wieków wstajesz. Coraz głębsze groby,
Co wiek cięższe kamienie i czujniejsze straże.
A czuję: stoisz znowu. I widzę Twe stopy,
I blask bije z rąk Twoich, z zmartwychwstałej twarzy.
                                              (Wojciech Bąk)

To już dziś Noc Zmartwychwstania.
Wszystkim tu zaglądającym życzę wspaniałych Świąt, pewności i radości Zmartwychwstania Chrystusa,
no i trochę zwykłych, ludzkich radości: pysznych wypieków, smacznego jajka, mokrego dyngusa:)

Pasztet z jajek

Bardzo prosty a jednocześnie widowiskowy, idealny na wielkanocne śniadanie; w przekroju wygląda jak mozaika z kolorowych kamyczków
(przepis Grzegorza z serwisu mniammniam.pl, tylko – jak to u mnie zwykle – pomniejszony o połowę)

pasztet z jajek

10 jajek
świeże zioła: szczypiorek, natka pietruszki, koperek
sucha bułka
2 łyżki masła
sól, pieprz, ostra papryka

8 jajek trzeba ugotować na twardo, po wystudzeniu obrać i niezbyt drobno posiekać.
Pozostałe 2 jajka rozbić, oddzielając żółtka od białek.
Zioła posiekać. Bułkę namaczać w wodzie, po czym odcisnąć i utrzeć z żółtkami i łyżką masła.
Wymieszać wszystko, doprawić dość ostro (zawsze w pieczeniu przyprawy lubią się „ulatniać”). Na koniec ubić białka na sztywną pianę i ostrożnie połączyć z jajeczną masą.
Formę do pieczenia (fajne są do tego jednorazowe keksówki z folii aluminiowej) wysmarować pozostałym masłem, przełożyć do niej masę.
Piec w piekarniku ok. 30 minut w temperaturze 200 st. C.
Dobrze smakuje z sosem tatarskim, z chrzanem.