Rydze i oscypek

Takie małe co nieco, mała przystawka, może drugie śniadanie?

Robiłam marynowane rydze; do słoików wzięłam tylko te najmniejsze i obcinałam ogonki, trzeba było z tych pozostałości coś zrobić. Najpierw myślałam o sosie, ale wyszła taka potrawka. Do tego grillowany na patelni oscypek.

Na 2 osoby:

2 garście rydzów (u mnie: głównie ogonki i większe kapelusze, za duże do marynowania)

1 cebula

Łyżka oleju, łyżka masła

Sól, pieprz

 

Rydze dość grubo posiekać.

Cebulę pokroić w półplasterki.

Rozgrzać w rondelku olej i masło, wrzucić rydze, smażyć aż rydze puszczą sok i on odparuje.

Wtedy podlać niewielką ilością wody, dodać cebulę, doprawić solą i pieprzem. Dusić aż większość płynów odparuje.

Plastry i warkocze oscypkowe zgrilować na gorącej patelni.

Ułożyć na talerzu.

Smacznego!

Grzyby leśne ciągle jeszcze są

Dziś proponuję zupę z prawdziwków: świeżych i suszonych. Jest fantastycznie aromatyczna, smaczna i sycąca.

4-5 szt średniej wielkości prawdziwków

Kilka sztuk suszonych prawdziwków

Cebula

2 ziemniaki

Garść makaronu rurki

Mała marchewka

Mała pietruszka

Kawałek pora

Duża łyżka gęstej kwaśnej śmietany

Olej i masło

sól, pieprz

 

Świeże prawdziwki oczyścić, pokroić , wrzucić do rondla na rozgrzaną niewielką ilość oleju z dodatkiem masła. Przesmażyć.

Zalać wodą, dodać pokrojone ziemniaki, cebulę, por, marchewkę, pietruszkę; dodać suszone prawdziwki i makaron; lekko osolić i gotować do miękkości.

Na końcu gotowania dodać śmietanę i doprawić do smaku.

Maślaczki do obiadu

Maślaczki często są niedoceniane; mało kto się nimi interesuje na targu, w restauracjach też raczej nie ma ich w menu. A smak mają rewelacyjny, zupełnie odmienny od prawdziwków czy kozaczków. Maja też ten charakterystyczny śluz, który powoduje że do sosów są idealne. I w dodatku są tanie:)

Dziś proponuję maślaczki jako dodatek drugiego dania, np. do ziemniaków. Do mięs też są świetne.

2 spore garście maślaków

1 duża cebula

sól, pieprz

masło i 2 łyżki gęstej śmietany.

 

Maślaki, po opłukaniu, zblanszować krótko we wrzątku, jeszcze raz przepłukać (u nas w domu nigdy nie obierało się maślaków).

Pokroić na kawałki.

Rozgrzać w rondlu 2 łyżki masła, wrzucić maślaki, dusić ok. pół godziny, podlewając niewielką ilością wrzątku w miarę potrzeby. Dodać cebulę pokrojoną w cienkie półplasterki, dusić mieszając aż cebula się zeszkli.

Doprawić solą, pieprzem i śmietaną. Dusić jeszcze chwilę, aż całość będzie gęsta.

Lubicie warsztaty kulinarne?

Ja uczestniczyłam już w różnych warsztatach:  takich, w profesjonalnych kuchniach i takich, organizowanych w przypadkowych salach; w takich, gdzie uczestnicy byli tylko widzami, i takich, gdzie każdy miał swoje stanowisko, swój fartuszek i musiał sam nieco się natrudzić.

Każdy rodzaj warsztatów ma swoje plusy i minusy.

Ostatnio byłam widzem, słuchaczem i degustatorem warsztatów (pierwszej części), które nazywają się „Austriackie kuchenne historie Tarnowa”.

Autorzy tak promowali swój pomysł na zajęcia: „Jest to projekt, w którym odwołujemy się do tego, co po dziś dzień zostało wpisane przez zabór Austriaków w nasze kulinarne nawyki. Odwołujemy się do dań, które królują obecnie na talerzach, a także do tych o których już dawno zapomniano, a którymi delektowała się śmietanka towarzyska dawnej Galicji.”

Zabrzmiało ciekawie, prawda?

I tak też było.

Pierwszą część stanowił pełen pasji wykład historyka, który o dziejach Tarnowa wie chyba wszystko. Opowiadał nam o tym, co działo się w Tarnowie za czasów zaboru austriackiego.

A potem, mistrz kuchni przyrządzał na naszych oczach dania, które zostawili nam w spadku zaborcy, i które pokochaliśmy: kawę po wiedeńsku (z czekoladą i bitą śmietaną), strudel jabłkowy, deser Sissi – Kaiserschmarren, Tafelspitz – wołowinę w sosie chrzanowym, sznycel wiedeński.

W kuchni było trochę chaosu, zwłaszcza z próbowaniem, przerzucaliśmy się między smakami, tak jak to wymuszał cykl i czas gotowania i pieczenia.

Dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie, bo kuchnię wiedeńską trochę znam ze swoich austriackich wojaży, wypróbowałam wiele z tych przepisów, i na przykład omlet Sissi robię nieco inaczej, a  sznycla wiedeńskiego nie roztrzepuję aż tak cienko. Ale może nie mam racji?

Panowie prowadzący zwrócili uwagę, że niektóre z tych potraw można nadal, mimo upływu lat, zjeść w naszych kawiarniach i restauracjach, jak choćby „Tatrzańskiej” czy „Wiedeńskiej”. I to jest fajny trop do sprawdzenia:)

Ciąg dalszy z relacji – również fotograficzny – nastąpi:)

Każdy ma swoją ulubioną szarlotkę

Moja ulubiona jest z kruchego ciasta, z cukrową posypką, a jabłka kładę na ciasto tylko utarte, bez ich podsmażania czy duszenia.

Jest idealna.

30 dag mąki

15 dag cukru

10 dag masła

1 jajko

2 łyżki gęstej kwaśnej śmietany

1 łyżeczka proszku do pieczenia

Szczypta soli

 

I na nadzienie:

3 duże jabłka odmiany szara reneta

4 łyżki cukru

Łyżeczka cynamonu

 

Składniki ciasta umieszczamy na stolnicy i wyrabiamy ciasto, siekając nożem, a kiedy składniki będą już dobrze rozdrobnione i połączone ze sobą, zagniatamy szybko ciasto. Wkładamy do lodówki, aby oziębiło się.

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C.

Blachę do wypieku wykładamy pergaminem.

Jabłka obieramy, trzemy na tarce o grubych oczkach. Mieszamy z cukrem i cynamonem.

Ciasto wyjmujemy z lodówki i dzielimy na pół.

Każdą połówkę wałkujemy na prostokąt o wymiarach blachy.

Jedną rozwałkowana połówkę dajemy na dno foremki, rozkładamy na cieście jabłka, przykrywamy drugim rozwałkowanym ciastem.

Posypujemy z wierzchu grubym cukrem kryształem, który dociskamy lekko dłonią do ciasta.

Nakłuwamy ciasto zaostrzonym patyczkiem.

Pieczemy ok. 40-50 minut.

 

Kanapka z pulled pork jest przepyszna

Kanapka jest idealna na pochmurny, zimny poranek, ale jakości zdjęcia ta pogoda nie służy. Cóż, samo życie.

kanapka_2_z_pulled_pork

Co potrzebujemy:

Bułkę z ziarnami

„Włosy” z pulled pork (wolno pieczonej łopatki wieprzowej)

Sałata

Masło

Krążki cebuli

Ogórek kiszony

Cieniutkie plastry żółtego sera

Łyżeczka majonezu wymieszana z łyżeczką chrzanu

Rozkrojoną bułkę smarujemy masłem i nadziewamy wszystkimi składnikami.

Smacznego!

 

Ta modna pulled pork

Tyle ostatnio pojawiało się na blogach tej szarpanej wieprzowiny (pulled pork), że i ja się skusiłam.

Kupiłam wieprzową łopatkę (1 kg), zamarynowałam ją w przyprawach (sól, pieprz, papryka) i w dressingu z oliwy, musztardy, brązowego cukru i przeciśniętego czosnku – całą noc w lodówce.

Potem przełożyłam razem z dressingiem do żeliwnego rondla, podlewając jeszcze nieco oleju i piekłam pomalutku w 160 st. C przez 4 godziny. Początkowo pod przykryciem, a jakąś godzinę przed końcem pieczenia zdjęłam pokrywkę.

Mięso wyszło miękkie i smaczne, i faktycznie można go rozdzielić widelcem na „włosy”.

Myślę, że powinnam mu dać jeszcze jakąś godzinę czy półtorej pieczenia. Pięć – sześć godzin, a byłoby rozpływające się w ustach. Następnym razem zarezerwuję sobie więcej czasu na pieczenie (tym razem zastała mnie północ i już nie chciało mi się dłużej siedzieć i pilnować).

Oprócz typowego zastosowania obiadowego i kanapkowego, proponuję wyszarpane włosy wrzucić na rozgrzaną patelnię z niewielką ilością tłuszczu; zrobią się pysznie chrupiące i w towarzystwie przysmażanych kostek oscypka będą znakomitą przekąską.

Mam świetną jesienną zupę

Jest gęsta, sycąca i rozgrzewająca. W sam raz na chłodne, wietrzne, jesienne dni.

25 dag kapusty kiszonej

1 cebula

1 duży ziemniak

5 dag ugotowanej kaszy bulgur

Kawałek wiejskiej podsuszanej kiełbasy

2 plastry wędzonego boczku

Łyżka gęstej śmietany

Gałązka tymianku

Sól, pieprz, papryka mielona, majeranek, liść laurowy, ziele angielskie, kminek

 

Cebulę, kiełbasę i boczek kroimy w kostkę, podsmażamy w rondlu, zalewamy zimną wodą, gotujemy. Dodajemy pokrojonego ziemniaka i gotujemy do miękkości. Dodajemy gałązkę tymianku oraz ugotowaną kaszę bulgur (można ją wrzucić surową i gotować razem z ziemniakiem, ale ja po prostu miałam ugotowaną, została mi z poprzedniego dnia).

Osobno gotujemy pokrojoną kapustę kiszoną, z dodatkiem listka laurowego i kilku ziarenek ziela angielskiego i kminku. Kiedy kapusta jest już miękka, dodajemy ją do zupy.

Do całości dodajemy śmietanę oraz doprawiamy solą, pieprzem, papryką, majerankiem.

Jest przepyszna. Smacznego!

Nowa książka okołokulinarna

Skusiłam się na „Foodie w wielkim mieście” (autor: Jessica Tom), bo na okładce był widelec, smakosz w tytule i ciekawy opis fabuły, która rozgrywa się w nowojorskich restauracjach pierwszogwiazdkowych:

Mamy znanego krytyka, który jest wyrocznią oceniającą kuchnię w NY, mamy studentkę, która zaczyna razem z nim odwiedzać restauracje i przekazywać mu swoje opinie o potrawach, bo krytyk stracił smak, mamy nadmiar intryg i zawirowań uczuciowych, mamy trochę fajnych opisów podawanych potraw, mamy trochę luksusowych ciuszków dla biednego Kopciuszka.

Oczywiście tytuł nasuwał skojarzenia z filmem „Seks w wielkim mieście”, ale to mogło być ciekawe, pomyślałam. Trochę tego wielkiego świata, tym razem kulinarnego, czemu nie?

W miarę czytania, skojarzeń było coraz więcej, i coraz bardziej przestały mi się podobać. Fabuła została wymyślona według schematu książki „Diabeł ubiera się u Prady”, ale tam bohaterka budziła sympatię i nie kłamała na każdym kroku, nie prowadziła niezbyt czystych gierek. Tu bohaterka nie przejmuje się grą fair play. Dlatego jej nie polubiłam. I nic nie pomogło, że na końcu odkręca wszystko, co zamotała.

Sam tytuł książki też pozostawia wiele do życzenia, bo nie jest tłumaczeniem dosłownym i zupełnie nie wiadomo dlaczego część tytułu pojawia się po polsku, część po angielsku, skoro żadne z użytych słów nie znajduje się w tytule angielskim. Angielski tytuł jest raczej wulgarny („Food Whore” ), więc pewnie dlatego wymyślono inny, ze słowem „foodie”, które oznacza smakosza, ale tłumacz podaje nam jeszcze inne jego znaczenie: człowiek, który dla jedzenia zrobiłby wszystko.

Jeśli chodzi o moją opinię o tej książce, to jestem na: NIE.

Książka została wydana w USA w 2015 roku, od razu z prawem do nakręcenia filmu, które zostało zakupione przez Harper Collins; pewnie niedługo się pojawi na ekranach.

Niedzielne kakao z pianką

To wpis dedykowany dla mojej siostrzenicy, która kiedyś zapytała: a to kakao z pianką, o którym tyle mówicie, wspominając dzieciństwo, to właściwie co to było?

Ona tego już nie zna.

Nie pamięta niedzielnego poranka, kiedy mama (jej babcia) gotowała kakao na mleku, ucierała kogel mogel z żółtek, a białka ubijała na talerzu widelcem. I potem łączyła: każdemu do kubeczka utarte żółtka, na to wlewała kakao i ozdabiała białą czapą piany.

Mhmmmm, ależ to było pyszne!

Słodkie brązowe kakao i ta piana, którą topiło się po troszeczku, aż robiła się brązowa i słodka.

Do tego chałka z masłem.

Sprawdziłam sobie: ciągle jeszcze potrafię ubić pianę widelcem! Tego się jednak nie zapomina.