Talerz tapas

Tapas to świetna rzecz na przyjęcia; małe różności na jeden ząb i właściwie wystarczyłyby na całe party, w towarzystwie kieliszka czerwonego wina.

Na talerzu tapas, które podałam ostatnio znalazły się: mini kanapeczki z hiszpańskimi wędlinami, kawałki pieczonej polędwiczki, pierożki tortellini i dwa rodzaje sosów do ich maczania, sery hiszpańskie, zarówno twarde jak i białe, twarożkowe, pomidorki, oliwki, korniszony, mini cebulki marynowane, marynowana papryka. No i wybór pieczywa luzem.

Talerz bardzo się podobał.

tapas

Do tego czerwone wytrawne wino Rioja – moje ulubione.

Ale podałam też danie na ciepło: paellę z owocami morza.

paella

Wszystko to było bardzo sycące, więc zamiast deseru, na koniec była tylko misa winogron, zielonych i fioletowych.

A oglądaliśmy film hiszpański „Ignacio de Loyola” w reż. Paolo Dy, z 2016 roku.

Zupa ogórkowa na imieniny

W moim domu była tradycja, że  każdy na swoje imieniny dostaje taki obiad, jaki najbardziej lubi.

Dla mnie mama gotowała zupę ogórkową i kotlety schabowe.

No, może mało wyszukany ten ulubiony obiad, ale taki właśnie był. I właściwie nadal jest.

Dlatego, z okazji swoich imienin, ugotowałam ogórkową.

Taką, jak lubię.

ogórkowa



3 ziemniaki pokrojone w drobną kostkę

1 cebula pokrojona w cienkie półplasterki

2 duże ogórki kiszone starte na grubej tarce

czubata łyżka ryżu

łyżka masła

1-2 łyżki śmietany

pół szklanki wody z kiszenia ogórków

sól, grubo mielony pieprz

 

Ziemniaki i cebulę wrzucić do rondla, zalać zimną wodą; kiedy woda się zagotuje dodać wypłukany ryż, lekko osolić i gotować do miękkości składników.

Starte ogórki przesmażyć na maśle, dodając wodę spod ogórków, dodać do zupy.

Gotować nadal na małym ogniu jeszcze ok. 10 minut.

Dodać śmietanę, dokładnie ją roztrzepać, aby nie było grudek.

Doprawić zupę solą i pieprzem do smaku.



Coś dla zakupoholiczek

Oto torba, która przydałaby się każdej zakupoholiczce:

torba dla zakupoholiczki

Abym kupiła tylko to, po co przyszłam…..

Wiecie, jak to jest w supermarketach, co i rusz wpadnie coś w oko, a tu znów jest coś, co tak bardzo ostatnio reklamują…. i kiedy trafiasz do kasy – wózek pełny! Nie mówiąc już o wysokości rachunku!

A w domu często okazuje się, że znów przywlokło się zupełnie niepotrzebne gadżety….

Moje domowe rydze

Pewnie widzieliście, że pojawiły się rydze.

Czas na marynaty!

domowe rydze

Nasz domowy niezawodny przepis:

na 4 szklanki wody – 1 szklanka octu spirytusowego

pół szklanki cukru

czubata łyżka soli

Wszystkie te składniki – do rondla i zagotowuje się razem. Zalewa powinna nieco wystygnąć.

Zalewy wystarczy na ok. 6 takich małych słoiczków jak na zdjęciu.

Rydze są blaszkowe, dlatego trzeba je bardzo dokładnie umyć pod bieżącą wodą.

Wrzuca się je na lekko osolony wrzątek i gotuje ok. 10 min, następnie odcedza i odstawia do ostudzenia.

Do każdego wyparzonego słoiczka wkłada się liść laurowy, kilka ziaren pieprzu oraz grzyby i kilka plasterków cebuli pokrojonych w plastry.

Wlewa się zalewę.

Teraz pasteryzacja: słoiki ustawia się w dużym rondlu, zalewa zimną wodą i na małym ogniu doprowadza wodę do wrzenia (ale tylko tak, żeby woda lekko mrugała). Pasteryzuje się 15 minut.

Po tym czasie wodę odlewam, słoiki wyciągam, odwracam do góry dnem, przykrywam ściereczką i odstawiam do przestygnięcia.

Rydze gotowe są do jedzenia po ok. 2-3 miesiącach, kiedy już złapią smak zalewy.

Kanapki żydowskie

Nasze powakacyjne spotkanie filmowe odbyło się znienacka; okazało się, że jest tylko jeden jedyny dzień, który wszystkim pasuje i w dodatku wypada on za kilka dosłownie dni. Musiałam więc bardzo sprężyć się z przygotowaniem menu i siłą rzeczy jest ono trochę mniej wyszukane niż zwykle.

Tematyka filmu („Sprawa Chrystusa” z 2017 roku) zdecydowała o kuchni żydowskiej.

Niewątpliwym przebojem menu były kanapki żydowskie – podane jako przystawka. Kanapki w ogóle cieszą się zawsze wielkim powodzeniem i myślę, że może powinnam się wyspecjalizować w ich przyrządzaniu:)

Kanapki żydowskie – tak je nazwałam – to malutkie kromeczki bagietki posmarowane masłem i obłożone tzw. żydowskim kawiorem, tj. pastą z kurzych wątróbek i jajek na twardo, ozdobione kiszonym ogórkiem i pomidorem.

kanapki żydowskie

Przepis na kawior (według Kuchni żydowskiej Rebeki Wolff, opracowanej przez Barbarę Adamczewską, z moimi lekkimi modyfikacjami – np. nie grillowałam wstępnie wątróbek i nie miksowałam cebuli, bo lubię jak mi chrupie)

20 dag kurzych wątróbek

4 jajka na twardo

1 duża cebula

1-2 łyżki majonezu

sól, pieprz

siekany szczypiorek i koperek

Wątróbki wrzucić do lekko osolonego wrzątku i gotować kilka minut. Odcedzić, wystudzić, po czym zmiksować.

Cebulę obrać i pokroić w drobniuteńką kosteczkę.

Jajka zetrzeć na drobnej tarce.

Połączyć wątróbkę, cebulę i jajka, dodać szczypiorek, koperek, sól, pieprz i majonez. Wymieszać, rozgniatając widelcem, aż powstanie pasta. Oziębić ją w lodówce.

Jako danie główne podałam czulent – jednogarnkowa, bardzo sycąca potrawa z wołowiny, fasoli i kaszy, do której świetnie pasowało czerwone wytrawne wino przywiezione z Kany Galilejskiej.

czulent

Do kawy upiekłam szarlotkę – są już szare renety.

Nie uwierzycie, jak dawniej wyglądała moja kuchnia

Popatrzcie, to taka zwykła kuchnia w bloku. Na tyle duża, że oprócz standardowej zabudowy w kształcie litery L, dało się jeszcze zmieścić stół z krzesłami.

A teraz cofnijmy się w czasie o sześćdziesiąt lat.

Wczesne budownictwo PRL-u rządziło się specyficznymi regułami. Owszem, budowane bloki mieszkalne były nowoczesne, gdyż miały centralne ogrzewanie, doprowadzony gaz, rzecz jasna bieżącą wodę, junkersy gazowe podgrzewające ją, w pokojach dębowy parkiet, ale też w kuchniach umieszczono wmurowane piece kaflowe z płytą do gotowania i tzw. duchówką do pieczenia.

O, coś takiego stało w naszej kuchni, tyle że nie było tak ładnie obudowane kafelkami

stary piec kuchenny

(zdjęcie z internetu)

Ważnym elementem był wiszący pogrzebacz, tym przesuwało się węgiel w piecu. Żelazna płyta do gotowania miała okrągłe, ruchome, wyjmowane tzw. fajerki, można było stawiać garnek czy patelnię nawet na otwartym ogniu – do woków byłoby obecnie w sam raz:)

A jak smakowały pieczone bezpośrednio na tej płycie podpłomyki czy rydze! Ech, były to czasy!

Z pieczeniem ciast nie było łatwo; trzeba było naprawdę znać swoją duchówkę i umiejętnie regulować płomień w piecu.

Ale nasze mieszkanie, oprócz pieca w kuchni, miało również zawieszoną na specjalnej półce dwupalnikową kuchenkę gazową do gotowania. Jak trzeba było coś szybko upichcić, to głównie na tej kuchence.

Z czasem mieszkańcy bloku zaczęli rozbierać te kuchenne piece i wstawiali kuchnie gazowe, znane nam dzisiaj.

U nas tato dość długo opierał się likwidacji pieca. Jak to argumentował? Jeśli znów wybuchnie wojna, to gaz mogą odciąć, a trochę drewna czy węgla do pieca zawsze się znajdzie i jakoś przetrwamy. Pamiętajmy, że to był okres zimnej wojny w Europie i naprawdę nie wiadomo było, co z tego wyniknie, a doświadczenia wojenne rodziców robiły swoje.

W końcu jednak i u nas piec zniknął.

Ach, jeszcze taka ciekawostka: podłoga w kuchni była z sosnowych, jasnych desek i deski te szorowało się szczotką ryżową! A parkiet się pastowało i froterowało. Wyobrażacie to sobie?! Ile trudu trzeba było włożyć w utrzymanie mieszkania w czystości?!

Brzmi to dziś jak opowieści głodnego wilka, ale to były realia mojego wczesnego dzieciństwa.

Dziś historia zatoczyła koło i znów mieszkam w tym samym mieszkaniu, jakże teraz zmienionym.

Siadam czasem w kuchni i patrzę: to tu był piec i widzę tę małą dziewuszkę, którą mama i babcia upominają: uważaj, nie dotykaj blachy, bo się poparzysz….

 

Święty Jacku z pierogami

Nie zapominam o dniu świętego Jacka w sierpniu (17-tego) i o pierogach, którymi karmił głodnych. Pamiętam o tym również ze względu na dziadka, ojca mamy, który nosił to imię w rzadkim już dzisiaj, starodawnym brzmieniu: Jacenty (nie znałam go, zmarł wiele lat przed moim urodzeniem).

Z tych względów robię co roku w ten dzień pierogi. W tym roku siedemnasty sierpnia wypadł w piątek, więc były to pierogi jarskie, z grzybami (mieszanka pieczarek i kurek).

pierogi św Jacka

(przepis od lat ten sam, kilka dni temu był na moim blogu).

A w Krakowie, już szesnasty raz odbył się festiwal pierogów; czasami bywałam na nim, ale tegoroczne upały zniechęcają do podróży.

W tym roku konkurs był tematyczny: oceniano pierogi ruskie; statuetkę św. Jacka zdobyły pierogi Babci Władzi z Trzciany, zaś nagrodę publiczności, statuetkę św. Kazimierza, zdobyła firma „Pierogowe Fantazje”.



Ciekawe dlaczego w sklepach nie ma dżemów jabłkowych?

W końcu, czego, jak czego, ale jabłek to nam w Polsce nie brakuje.

A jabłka wszyscy w Polsce lubią. Ba! każdy ma swoją ulubioną odmianę!

I dżemy też wszyscy lubią. Do świeżej chrupiącej bagietki, na grzankę…

Ale dżemów jabłkowych w sklepach nie ma. Są wszystkie inne: truskawkowe, śliwkowe, wiśniowe, agrestowe, pomarańczowe….

Czemu nie jabłkowe? Zbyt banalne w smaku? Mało ciekawy kolor? Czy zbyt rozciapana konsystencja?

Naprawdę nie wiem.

Ale ja sobie zrobiłam trochę dżemów jabłkowych. Może z uwagi na dodatki (cebulka, ostre przyprawy, jak choćby pieprz) trzeba by je nazwać chutneyem?

Ale dla mnie to jednak ciągle dżem, z uwagi na zastosowanie. To słodkie, acz z pikantną nutą, smarowidło na chleb.

dżem jabłkowy

Bawię się tą manufakturą dżemową, bo dostaję ostatnio sporo papierówek, głównie w formie spadów, i znudziły mi się już naleśniki z jabłkami, racuszki z jabłkami i kompoty.

Nie robię pulpy do szarlotki, bo nie lubię. Nadzienie do szarlotki, którą lubię, jest zawsze ze świeżych jabłek, startych na grubej tarce, i położonych na warstwie ciasta, bez żadnej wstępnej obróbki cieplnej. Żadne rozprażanie czy zasmażanie jabłek.

Ale wróćmy do dżemów.

Jabłka obieram, kroję na kawałki, wkładam do rondla, zasypuję cukrem (ilość cukru do smaku, trzeba próbować) i zaczynam podgrzewać na małym ogniu.

Kroję cebulę na drobniutką kosteczkę, dodaję do jabłek, podlewam niewielką ilością wrzątku.

Dodaję dodatki typu rodzynki, suszoną żurawinę, pokrojone śliwki, co tam mam akurat pod ręką.

Doprawiam pieprzem, szczypta cynamonu, szczyptą papryki.

Smażę, mieszając (!) aż masa zgęstnieje.

Po czym przekładam do słoiczków twist, zakręcam, obracam denkami w dół i zostawiam do wystygnięcia.

Naprawdę pyszne!

Są już kozaczki – czas na pierogi

Ponoć grzybów jest już zatrzęsienie.

Cóż, ja jako mieszczuch, mogę powiedzieć coś o tym tylko na podstawie tego, co widzę na Burku – naszym tarnowskim targu.

A widzę teraz przede wszystkim kozaczki, głównie te brązowe, ale i te czerwone już się pojawiły. Są moimi ulubionymi dla letnich dań, mają tę rewelacyjną chrupkość, nawet po obróbce cieplnej. Do pierogów, do zupy, do sosów – nie do zastąpienia!

Dziś proponuję farsz do pierogów.

pierogi z kozaczkami

Przepis przywędrował wraz z mamą i babcią ze Świętokrzyskiego.

ok. 5-6 sporych czerwonych kozaczków oczyścić, wrzucić na osolony lekko wrzątek i zblanszować przez ok. 4-5 minut. Odcedzić, przestudzić.

Przełożyć na dużą deskę i drobno posiekać. Mama i babcia robiły to tasakiem – mieliśmy taki. Dużo było hałasu i stukania, może dlatego, że deski były raczej cienkie.

Ja robię to na masywnej, grubej desce, a zamiast tasaczka używam do siekania szerokiego ząbkowanego noża do krojenia pieczywa.

Teraz sporą cebulę drobniutko posiekać, przesmażyć kilka minut na łyżce masła, dodać posiekane grzyby i 1-2 łyżki bułki tartej, żeby farsz był zwarty. Doprawić solą, pieprzem i czosnkiem niedźwiedzim. Zostawić do ostudzenia.

Ciasto:

do pół kilograma mąki wsypać sporą szczyptę soli, zalać wrzątkiem 250 ml, wymieszać łyżką, zostawić by nieco przestygła.

Dodać 5 łyżek oleju i 1 jajko, wyrobić na miękkie, elastyczne ciasto, zostawić na pół godziny, żeby odpoczęło.

Ciasto rozwałkować i wyciąć krążki, na każdy nakładać farsz, zlepiać, wrzucać na osolony wrzątek  i gotować 2-3 minuty od wypłynięcia.

Najlepsze są – moim zdaniem – odsmażane, ale świeżo ugotowane też pyszne.